Ballada o piwnym zabarwieniu wrocławskim

Raz, dwa, trzy… próba klawiatury… czy mnie słychać? Chociaż w sumie powinienem zapytać o to, czy mnie widać… tak że tego no, dawno nie publikowałem dłuższego tekstu pisanego, ale równie dawno nie wybierałem się na imprezę piwną z takim nastawieniem, jak na tegoroczny Wrocławski Festiwal Dobrego Piwa. Zacznijmy jednak od początku.

Żebyście dobrze mnie zrozumieli – to nie będzie tekst z cyklu „o kurła, „kiedyś to było”. W tym wypadku to od nas zależy, jak jest! A jak było do tej pory. Od pewnego czasu praktycznie w ogóle nie skupiałem się na tym, co mam w szkle podczas festiwalu. OK, jakaś konstatacja w trakcie degustacji przychodziła, chwilę się nawet na ten temat z ekipą browaru pogadało, ale potem rozmowa schodziła zazwyczaj na inne tory. Wiecie – nie bez kozery mówi się, że kraft to ludzie. I to na nich opierałem swoje całkowite skupienie. Czy to źle? Absolutnie nie. Niemniej kiedy w tym roku pojawiła się lista piw, udostępniona przez ekipę wrocławskiej piwnej fiesty, tak pomyślałem sobie „hej, w sumie dawno nie jechałem na festiwal przygotowując sobie listę pozycji do spróbowania, więc czemu by do tego nie wrócić?”. I chociaż finalnie takowego wykazu nie sporządziłem, tak obiecałem sobie że tym razem mocniej skupię się na piwie, poświęcając mu oddzielną notkę na blogu.

Czy było warto? Tak, bo absolutnie nie straciły na tym relacje ze znajomkami, a ja niejako „odzyskałem” dawno temu utraconą frajdę z festiwalowych degustacji. Co prawda nie spróbowałem połowy z tego, co mogłem i chciałem, ale hej – jak ogarniasz scenę, a na niej panel dyskusyjny i dwa „pokazo-wywiady”, to niestety – coś za coś.

Nim przejdę do głównych bohaterów tego wpisu kilka słów o samej imprezie. No działało. Co prawda nie do końca rozumiem rozmieszczenie niektórych browarów w spotach mało widocznych oraz zostawiania ogromnych połaci tam, gdzie następuje największa migracja ludności, ale wierzę że to jest element do ogarnięcia. W tym miejscu pozdrawiam Przetwórnię Chmielu, gdzie trafiłem na sam koniec WFDP całkowitym przypadkiem. Powiem więcej – gdybym nie spotkał wcześniej Łukasza (głównego piwowara – przyp. aut.) na innym stoisku, to pewnie byłbym wielce zdziwiony, że w ogóle Przetwórnia była na tym evencie. Ale dość przypierdzielania się, bo ogólnie było w mojej ocenie bardzo dobrze, ludzie dopisali, na scenie ciągle coś się działo, a większość browarów nie miała raczej większych powodów do narzekań (a przynajmniej takie miałem wrażenie).

Jedziemy zatem z piwem. Na pierwszy strzał browar, który najmocniej mnie zaskoczył i z trzech wypitych pozycji każda wywarła na mnie mega wrażenie. Mam tu na myśli Browar Przełom. Ich black IPĘ z miętą polecało mi kilku piwowarów i niech to Wam wystarczy za rekomendację. Było chmielowo, goryczkowo, a mięta podkręcała przyjemną żywiczność, wpadając w lekkie akcenty sosnowe. Pyszna rzecz!

Z kolei Sezon Urlopowy, czyli juicy APA, niewiele powyższemu ustępowała, bo jej soczystość podkręcała tempo pracy ślinianek do niebotycznych prędkości. Takie piwo mógłbym pić i codziennie. Na marginesie jeno zaznaczę, iż „przełomowy” porter bałtycki był swego rodzaju wisienką na torcie, a moje serduszko do piw z tegoż białowieskiego przybytku od tamtej degustacji zaczyna bić nieco mocniej (wink, wink 😉 ).


Skoro już o ciemnych i mocnych piwach mowa, to wstyd byłoby pominąć Czekoladową Dolinę z Podgórza. Ten naładowany habanero RIS wręcz idealnie i bez zbędnej ostrości uchwycił charakter wspomnianej wcześniej papryczki. Zresztą nie od dzisiaj wiadomo, iż połączenie smaku pikantnego z czekoladowym robi robotę. Nie inaczej było w tym miejscu.

Zresztą przepysznych, ciemnych piw na WFDP nie brakowało. Łańcutowy Podbipięta cudownie nęcił swym bourbonowo-beczkowym charakterem, Latający Holender ze Spółdzielczego kusił budyniowo-deserowym obliczem, a golemowy Milky Moon leżakowany w beczce po winie Rioja upajał aksamitnym ciałem i subtelnymi nutami winnymi. I nawet lejący się z nieba żar jakoś specjalnie nie zniechęcał do sięgania po taki kaliber!



Osobny akapit muszę z kolei poświęcić na Buzdygan Turborozkoszy. Nie powiem, polowałem na to piwo, ale z marnym skutkiem, a ponoć ta wersja Buzdygana cieszyła się ogromna estymą wśród birgikowej dziatwy. W tym miejscu kłaniam się nisko Łukaszowi Grudniowi z Browaru Harpagan, dzięki któremu miałem okazję zanurzyć się w tym czekoladowo-kokosowo-waniliowo-pralinowym cymesie. Warto tutaj zaznaczyć fakt zlicytowania we Wrocławiu buteleczki wyżej opisywanego specyfiku za niebagatelną kwotę 600 PLNów. Najs!

Skoro większość ciężarowców za nami, to może pora rzucić okiem na klasykę, hmmmm? Takową niewątpliwie będzie świeżuteńki Kazbek Lager autorstwa naszych południowych sąsiadów z Rodinnego pivovara Rampušáka. Oesu, no po prostu piwne Czechy zamknięte w butelce. Czy tam w kegu. Było chmielowo, gorzko i z muśnięciem diacetylu. Doskonały czeski lager!

Z kolei ulotną zwiewnością i lekkością nacechowane było piwo festiwalowe, czyli daily  APA, uwarzona przez Browar Deer Bear. Niby nic zaskakującego, bo to bodaj 10 BLG o zawartości niecałych 4% alkoholu, ale mimo wszystko chmiel ładnie się w tym piwie komponował z lekko słodowym charakterem trunku. Ot pijalny „pejl ejlik” with no strings attached.

Nieco inną stronę Deer Bear pokazał w swoim Say My Name. Opisywane jako modern west coast IPA w moim odczuciu wyszło jako wytrawny, gorzki new england. Były płatki? Były! Było hazy? Było! I o takie NEIPY nic nie robiłem, a Panu Grzegorzu Durtanu kłaniam się nisko za zrobienie tak cudownego trunku!


Na WFDP były też piwa zaskakująco dziwnie-smaczne! W mojej pamięci najmocniej zapisał się Macuilttochtli (weź to wymów po 3 piwach! IMPOSIBRU!) miśków z Browaru Golem. No bo czego normalnego można by się spodziewać po meksykańskim, dymionym gose?!? Otóż na pewno charakteru stylu bazowego, ale pięknie oplecionego dymem i owocem opuncji. Idealnie się to to sączyło w słoneczku.

A skoro o słoneczku mowa, to nie sposób nie wspomnieć o przerandallowanym Amarillo z Przetwórni Chmielu! Co prawda nie mam pojęcia co ma słoneczko do Przetwórni czy randalla, ale to mój tekst, więc powiedzmy że niech ma! No i piwo było dobre. Niby hazy APA, a charakter kawy został tu pięknie oddany. Tzn. dla ścisłości – kawa zdominowała aromat, a APA smak. Ja takie połączenie kupuję!


Na koniec chciałbym coś więcej napisać o Kapitanie, czyli west coast IPIE z Browaru Odrzańskiego, ale niestety niezbyt zapadła mi w pamięć. Niby coś tam pod kopułą stuka, że to taki west coast sprzed 5 lat, ale jak sami pewnie czujecie te skojarzenia nie są zbyt pozytywne, więc przemilczę ten fragment, a kiedyś być może jeszcze skonfrontuję swoje kubki smakowe z tą pozycją.


Tym samym dobrnąłeś do końca mego wpisu, mój Drogi Czytelniku. Jeśli czytasz te słowa, to przybij sobie ode mnie piątkę, bo naprawdę na to zasługujesz 😉 Dziękuję Ci za uwagę, a jak przy tym jeszcze zostawisz wpis na fanpeju, że tu dotarłeś, to w ogóle będziesz prze-kozak. Do następnego razu gdzieś, jakoś czy coś. Cheers!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s