Silesia Beer Fest 3, czyli veni, vidi… bibere!

Oj bałem się w tym roku o kondycję trzeciej odsłony Silesia Beer Festu. Po pierwsze w tym samym terminie odbywały się Piwowary, czyli łódzkie targi piwne; po drugie, zapewne przez to pierwsze, wystawcy stawili się w niezbyt oszałamiającej liczbie (23 browary); po trzecie zapowiadane premiery nie rzucały na kolana; i w końcu po czwarte – mimo tego, iż ekipa organizatorów to pozytywnie zakręcona załoga, to, delikatnie mówiąc, są oni lekko roztrzepani. Po czym wnoszę? O tym, iż prowadzę wykład w trakcie pierwszego dnia imprezy dowiedziałem się… czytając program, ogłoszony na stronie wydarzenia w połowie marca. Ok, co prawda w styczniu zostałem poproszony o poprowadzenie prelekcji i z końcem stycznia podesłałem propozycję tematów, ale w między czasie chyba umknęło komuś potwierdzenie tego faktu. Nie ma jednak tego złego, więc z dość pozytywnym nastawieniem i przygotowaną pod wykład prezentacją ruszyłem w piątek w stronę Galerii Szybu Wilson. Jak było? Zacznijmy od początku.

Marcin Surdyka z Browaru ReCraft

Na miejsce dotarłem chwilę przed oficjalną godziną rozpoczęcia imprezy i dzięki ekipie Białej Małpy dostałem się na teren festiwalu tylnymi drzwiami, zgrabnie omijając kolejkę. I to wszystko za pomoc przy wniesieniu kartonu z piwem. No tyle wygrać. Następnie wykonałem szybki rajd po znajomych, obiecując swój powrót na dłuższe tête-à-tête po wykładzie, jaki o 17:30 miałem poprowadzić na scenie głównej. Wszystko fajnie, pięknie, ale zorganizowanie obiecanego kompa pod prezentację, jego podłączenie i ogólne przygotowanie sceny było w takim proszku przed planowanym startem prelekcji, jakiego niemiecka chemia gospodarcza w życiu nie widziała. Na szczęście po krótkim zamieszaniu udało się wszystko ogarnąć i na kilka minut przed osiemnastą odpaliłem pierwszy slajd i począłem jeszcze niezbyt pokaźną gawiedź wprowadzać w meandry świata kraftu. Jak mi poszło? Chyba nie najgorzej, bo pod koniec mojego wystąpienia i w chwili, kiedy robiłem z siebie głupka, pokazując wąchanie retronosowe pod sceną zgromadziło się całkiem sporo słuchaczy. Mam nadzieję, iż nikt nie zauważył mojej merytorycznej wtopy z kategorii „dlaczego nie wiesz, ile miligramów zizomeryzowanych alfakwasów w litrze piwa odpowiada jednej jednostce IBU?!?”. Ja do dzisiaj przez ten błąd nie mogę spać po nocach. W każdym razie dzięki wszystkim, którzy słuchali i odpowiadali na zadawane przeze mnie pytania.

Chmielobrody On Stage
„I za chwilę zrobię przed Państwem z siebie głupka, pokazując wąchanie retronosowe”

Po szybkim ogarnięciu się ruszyłem ze szkłem w dłoni na podbój kolejnych stoisk Silesia Beer Festu. A sprawa nie była prosta, gdyż przez zaplanowany na sobotę wyjazd służbowy, piątek miał być jedynym dniem, jaki mogłem poświęcić na imprezowanie. O tym, czego udało się spróbować i jak te „próby” oceniam dowiecie się z kolejnego wpisu, ale podsumowując w skrócie – moje obawy co do kiepskiej obsady tego eventu były przesadzone. Mając nawet pełne 3 dni ciężko byłoby spróbować wszystkiego, na co miałem ochotę. Jedynie liczba food trucków była trochę licha i pewnie nie wszyscy znaleźli coś dla siebie. To dodatkowo wpływało na wydłużony czas oczekiwania, bo zainteresowanych było dość wielu.

Ekipa Tattooed Beer
Walenty Kania jak zwykle w formie

Na szczęście to nie żarcie było głównym tematem SBF’u, a piwo oraz możliwość przybicia piątki z piwowarami, browarnikami oraz całą rzeszą znajomych, jaka na terenie Galerii Szybu Wilson się pojawiła. I tutaj jestem kontent w 100%. Śmiganie po terenie festiwalu to była czysta przyjemność. Każdy był uśmiechnięty, zadowolony i chętny do pogadanek. Tylko czas uciekał, niczym Harrison Ford w Ściganym, więc piątek zleciał mi w tempie ekspresowym i tuż po północy obrałem kierunek na dom.

Artur Karpiński – Browar Golem
Tomasz Syguła z Browaru Leśniczówka jak zwykle dzielnie stał na posterunku Piwowarowni
Hajery Hajerzom!

Najcenniejszą, fizyczną zdobyczą piątkowego abordażu Silesia Beer Festu stał się malutki kieliszek degustacyjny, jaki zakupiłem na stoisku Deer Bearów. To stu mililitrowe szkło okazało się przepustką do sobotniego podboju targów. No bo skoro wyjazd służbowy miałem zaplanowany na godzinę 16:00, to nie ja byłem kierowcą, a tak mała pojemność nowo zdobytego szkła pozwoliła przypuszczać, iż mój stan psychofizyczny będzie odpowiedni do długiej jazdy w busie, tak rano podjąłem decyzję o powrocie na SBF. I był to zdecydowanie strzał w dziesiątkę, bo dzięki temu udało się spróbować kilku sztosowych tematów, zapoznać się bliżej z ekipą Piekarni Piwa i nagrać z Kacprem Groniem z Piwnej Zwrotnicy krótki wywiad z Leszkiem Jasińskim (piwowar Piekarni Piwa). Tyle wygrać razy dwa!

Trzecia edycja Silesia Beer Festu ponownie udowodniła, iż na festiwalowej mapie polskiego kraftu taka impreza jest potrzebna. Już w piątek wieczorem dwie hale Galerii Szybu Wilson pękały w szwach, a ponoć to sobota pokazała, na co stać Ślązaków, spragnionych dobrego piwa. Pomimo kilku drobnych wpadek i słabego zaplecza gastronomicznego oceniam ten event bardzo pozytywnie i ciągle trzymam kciuki za organizatorów, aby kolejna edycja odbyła się w mieszącym się w centrum Katowic MCKu. To z pewnością wpłynie na frekwencję zarówno po stronie zwiedzających, jak i wystawców. Umówmy się – skoro Poznań czy Warszawę stać na imprezę piwną o takim rozmachu, to my nie damy rady? No to potrzymaj mi piwo i patrz…

PS
Wielkie dzięki dla Miłosza za ogarnięcie fot podczas mojego wykładu i dla Pani Kapitan za obróbkę zdjęć, bo bez tego czekalibyście na tę relację jeszcze dłuuuuugo.

Pani Kapitan wie, jak się wkręcić na „backstage”

Pani Kapitan najwidoczniej zawstydziła Mateusza Górskiego z Brokreacji
Chmielobrodzi
Odkrycie festiwalu, czyli najlepszy kieliszek degustacyjny na tego typu imprezy

Reklamy

1 urodziny Chmielobrodego!

fot. Marta Lebiocka

Jakby mi ktoś 2 lata temu powiedział, że kiedyś, w przyszłości będę prowadził bloga, to postukałbym się w czoło. OK, moje tłamszone zapędy dziennikarskie wcześniej czy później musiały znaleźć ujście, ale prędzej spodziewałem się powrotu do radia lub czegoś pochodnego, niż zmierzenia się z tą dość trudną formą komunikacji ze światem. I to jeszcze wybrałem ten najtrudniejszy koncept blogowania, czyli formułę pisaną. Ale hej, do odważnych świat należy i wiecie co? Nie żałuję. Owszem, początkowo blog miał służyć jako wsparcie prowadzonego interesu, co jednakowoż po kilku miesiącach totalnie się zmieniło, a „Chmielobrody Blog” stał się bytem uniezależnionym od działalności sklepu. Co prawda nadal jest dla niego wsparciem, ale jedynie częściowym. Tym samym mogę dzisiaj świętować pierwsze urodziny powołania do życia publicznego mojego alter ego. Wszystkiego najlepszego dla mnie! 😀

Przez te 366 dni (poprzedni rok był przestępny 😉 ) udało mi się „popełnić” 97 wpisów, w których przetestowałem dla Was 162 piwa, z czego 7 wpisuje się w moją prywatną pokutę i motto „piję, abyście Wy nie musieli!”. Mam tu oczywiście na myśli produkty piwne, nieprzekraczające w detalu okolic 2 zł brutto per puszka, czyli te obrandowane „szalupą FHP”.

Jak szybko się przekonałem degustacje to nie jedyna droga, jaką może piwny bloger podążyć i na jaką moi czytelnicy chcą wkraczać. O wiele większą frajdę mam z tworzenia publicystyki około piwnej. Felietony czy relacje, to rzeczy, jakie przychodzą mi z dość dużą łatwością. Takich wpisów pojawiło się 16, w tym 3 relacje z festiwali piwnych, 3 części cyklu „Wywody Chmielobrodego”, kilka randomowych i opisanych wypadów ze znajomymi oraz 1 wywiad. Nota bene ten ostatni wydarzył się przypadkiem, wziął mnie z zaskoczenia i przypomniał starą, dziennikarską prawdę, iż na wywiad nie chodzisz nieprzygotowany. Na szczęście wybrnąłem z tego dość zgrabnie, a sama rozmowa z Wojtkiem Solipiwko cieszyła się dość dużą poczytnością (KLIK!). Tyle wygrać!

A skoro już o czytelności mowa. Chmielobrody Blog nie należy do czołówki polskiej sceny blogerskiej. On nawet nie jest w połowie tej traktującej o piwie (a przynajmniej tak mi się wydaje). Na szczęście kropla drąży skałę i z miesiąca na miesiąc słupki lecą w górę. Jak wyglądał pod tym względem miniony rok? WordPress mówi o 11 600 odwiedzających i 18 560 wyświetleń bloga. Do tego należy doliczyć 660 lajków na Facebooku i 149 followersów na Instagramie (ten ostatni odpaliłem nieco ponad miesiąc temu). Jak dla mnie, to i tak zaskakująco dużo i cieszę się, że jest Was co raz więcej. W tym miejscu wielkie dzięki dla każdego, kto tu zagląda, kto śledzi fejsa i Instagram. Kłaniam się w pas i chylę czoła.

Pani Kapitan i Chmielobrody In The Flesh!

Zaskoczeniem są też dla mnie narodowości, jakie czasem odwiedzają blog. Algieria, RPA, Izrael, Tajlandia, Meksyk, Arabia Saudyjska, Kolumbia czy Mauritius to tylko niektóre z Państw odnotowujących swoją obecność w tym miejscu. Jeśli chodzi o podium pod tym kątem, sprawa wygląda następująco:

  1. Polska
  2. Wielka Brytania
  3. Stany Zjednoczone (którym po piętach depczą Niemcy)

Na końcu rzecz, jaka nie podlega jakimkolwiek cyferkom i statystykom. Ilość fantastycznych ludzi, eventów, wydarzeń i miejsc, jakie miałem okazję poznać, odwiedzić czy zobaczyć jest nie do przecenienia! Tutaj swoją szczególną uwagę zwrócę właśnie na ludzi – to dzięki Wam po prostu mi się chce. Dziękuję wszystkim, których spotkałem na swej piwnej drodze i którym zawdzięczam to, w jakim miejscu się znalazłem. Mógłbym zacząć Was wymieniać, ale po pierwsze zajęło by to masę miejsca i czasu, a po drugie nie chciałbym przypadkiem kogokolwiek pominąć. Zresztą – Wy wiecie, o kogo chodzi. Dzięki za ten rok, za wsparcie, za dobre słowo, za to, że czytacie, za to, że komentujecie, lajkujecie, za rozmowy, za pomoc. No po prostu – dobrze jest być Chmielobrodym!  🙂

Browar Raduga – Kassiopeya (Topinambur Milk Stout)

Jeżeli miałbym wskazać najlepsze etykiety piwne w polskim browarnictwie, to Raduga z pewnością zajęła by jedno z miejsc na podium. Co prawda nie wliczam w to serii „Kazek”, ale cała reszta po prostu urywa łeb przy samym karku. Kiedy patrzysz na półkę z kraftem, to nie ma bata, żeby grafiki, zdobiące butelki tej ekipy nie przykuły Twojej uwagi. Do tego pomysł z użyciem tytułów klasycznych filmów w nazwach. No po prostu widać, że Raduga wie, jak zainteresować potencjalnych klientów swoimi wyrobami. Z kondycją samych piw też jest całkiem nieźle. OK, być może Key Largo nie trafiło w mój gust, a My Geisha potrzebowała czasu, aby nieco się ułożyć, ale zdecydowana większość asortymentu jest co najmniej przyzwoita. A że w moje ręce ostatnio wpadła świeżynka spod szyldu tej warszawskiej załogi, tak też postanowiłem sprawdzić, w jakiej kondycji obecnie Raduga się znajduje.

Kassiopeya to mleczny stout z dodatkiem kawy z topinamburem. Co prawda nie wiem, jak smakuje topinambur, ale pozostałe dodatki w postaci kardamonu, mniszka lekarskiego, cynamonu i goździków są mi już nieco bardziej znane. Ale chwila, chwila – mniszek lekarski? Cynamon? Goździki? Patrząc na skład trochę zakręciło mi się w głowie od tego „dobrobytu”. Pierwsza myśl – Andrzej chyba trochę przesadził. No ale skoro powiedziałem A, to trzeba powiedzieć B. Jedziemy.

Wizualnie jest w normie – ot nieprzejrzyście czarne, zmętnione piwo zdobi średniopęcherzykowa korona, która nieco za szybko redukuje do niewielkiego krążka. A co dostajemy w zapachu? No tutaj jest już bogato i baaaardzo przyjemnie. Intensywnie kakaowe i mlecznoczekoladowe nuty przeplatają się z subtelnym akordem kardamonu i goździków. W tle pojawia się delikatna kwaskowość i paloność. Aromat tego piwa automatycznie kojarzy mi się ze słodką, mleczną kawą. Fajnie! Sam trunek jest umiarkowanie słodki, z bardzo intensywną, paloną goryczą. Finalnie okazało się, że właśnie ta gorycz jest dla mnie trochę zbyt męcząca i zbyt długo zalegająca. Na szczęście to tylko drobiazg, jaki nie wpłynął mocno negatywnie na odbiór Kassiopei. Piwo nie bez kozery kojarzy się z mleczną i lekko orzechową kawą z dość pełnym ciałem, jak na 16° BLG. A wspomniane na początku dodatki? Nie przeszkadzają, co znowu pozytywnie wpływa na finalną ocenę tego piwa.

Kassiopeya to kolejny dowód na to, że Raduga trzyma wysoko zawieszoną poprzeczkę. Ten mleczny stout okazał się piwem niezwykle przyjemnym i dość złożonym, w którym dodatki znają swoje miejsce i nie przeważają w tym, co jest tutaj najistotniejsze. A mam tu na myśli radość z degustacji i przyjemność, jaka płynie z kolejnych łyków tego trunku. Co prawda życzyłbym sobie lepiej ułożonej goryczki, ale to tylko drobnostka i subiektywna ocena tego elementu. Finalnie daję okejkę i 7.5/10

Van Pur – Chojrak

Tego piwa trochę się bałem. No bo umówmy się – jak ktoś nazywa piwo Chojrak, to nie robi tego bez powodu. Być może producentowi chodziło o zawartość alkoholu, która powali na łopatki każdego, kto rzeczonym Chojrakiem nie jest? Otóż nie, bo 7% na wprawnym piwoszu raczej wrażenia nie zrobi. Tym bardziej na Tadziu z osiedlowej ławki, c’nie? A jeśli nie o alkohol biega, to znaczy, że o co? W tym miejscu przychodziły mi do głowy najgorsze wady, jakimi możemy zebrać w ryj od pełnego, jasnego. Kanaliza, wymiociny, rozpuszczalnik, roztopione masło czy mokry karton. To tylko niektóre z „przyjemności”, jakich oczekiwałem od tego piwka. I to wszystko za circa about 1,79 PLN per pół litra. Chojrak grzecznie czekał w lodówce na swój czas, a że czas przydatności do spożycia gonił ku końcowi, niczym terminy w Universalu, tak też postanowiłem zmierzyć się z wyzwaniem i całkiem niedawno wyciągnąłem tę puszkę z „chłodniczej dekontaminacji” celem jej ogrzania oraz przygotowania do spożycia.

Szybkie psssst i dosłownie chwilę później w pokoju uniosła się delikatna woń podmiejskiej kanalizacji. O matko, czyżby faktycznie na to piwo potrzebny był tęgi chojrak? Po przelaniu do szklanki na szczęście temat zelżał. Obfita piana nie była tego powodem, gdyż znikła tak szybko, jak się pojawiła. Więc może jednak nie będzie tak źle? No nie do końca. Jak na piwo poniżej 2 PLN przystało Chojrak na starcie raczy nas aromatem zielonych jabłek. Umówmy się – aldehyd octowy to już standard w tej lidze i jego obecność wywołuje we mnie jedynie wzruszenie ramion i przysłowiowe „meh” na twarzy. Nuda Panie, jak w polskim filmie. Dalej też poleciał standard w postaci zajebiście wysokiej estrowości. Chociaż zamiast czerwonych jabłek objawiła się ona pod postacią wiśniowych landrynek. No dobra, tego jeszcze w FHP nie grali, więc jest ciekawiej. I ostatnia ciekawostka – utlenienie w stronę miodu. Tutaj już pełne zaskoczenie, bo spodziewałem się raczej mokrego kartonu, a dostałem mały słoiczek nektaru wielokwiatowego. Całość spowił zapach przetrawionego alkoholu, przywołując w mej pamięci okres młodości, kiedy z kumplami w krzakach waliliśmy tanie winiacze. Zresztą po kilku łykach to wspomnienie pozostało już do końca degustacji (ale nie całego piwa, bo to poszło finalnie w kanał), bo Chojrakowi bliżej do owocowego jabola, niż do mocnego piwa. Ale chwila, chwila, jednej rzeczy tutaj brakuje. Gdzie diacetyl?!? Przecież w każdym FHPie, jaki piłem dotychczas był diacetyl. Tu go nie ma? No kurde nie ma! Normalnie szok i niedowierzanie! Gdzie tu rozum i godność browaru? Czyżby Van Pur się tak postarał? Raczej nie – przy tak ogromnej ilości wad brak tej jednej to pewnie wypadek przy pracy.

Moje nadzieje na odnalezienie złotego Grala, Championa i Tytana Festivalu Huyowego Piva w tym piwie spełzły na niczym. Liczyłem na ostry wpierdol merkaptanu, solidny łopot kanalizy i mocny, prawy sierpowy z octanu etylu, a dostałem piwo nudne i bez wyrazu, niczym kolejne odcinki M jak Miłość. Ok, wiadomo że znalazła się tu cała gama wad i wtop browaru, ale każda z nich niczym mnie nie zaskoczyła, co stawia Chojraka jako przykład nudnego, pospolitego i taniego piwa. I do tego ten brak diacetylu. Smutek, żal i marazm, Panie. 5/10

Wywody Chmielobrodego – cz. 3 – Co z tym szkłem?

Teku, Nonic, Shaker, Tulip, Snifter, Craft Master One, IPA Glass, Stout Glass, Wheat Glass, kufel,  Tumbler, Goblet. To tylko niektóre rodzaje szkieł, jakie są dostępne na rynku, a mają służyć m. in. do degustacji piwa. Szczególnie początkującym piwoszom może się nieźle w głowie zakręcić od wyboru. Więc co z tym szkłem? Jakie szkło wybrać? Czy dopasowywać je do gatunku czy może do okoliczności? Może to zależy od gęstości piwa? A może to w sumie wszystko jedno? Nie będę się rozwodził nad testowaniem poszczególnych szklanek, pokali i kufli, bo to nie jeden bloger już zrobił (ot chociażby ostatnio Sidd z Chmielokracji -> KLIK!); chciałbym skupić się nad tym, jak ja osobiście do tej sprawy podchodzę i jak sam wybieram szkło, z którego mam ochotę się napić.

Na początku skupmy się nad podstawowym rozróżnianiem typów szkła. A więc mamy kufel, czyli grube szkło, koniecznie z uchem; następna będzie szklanka, czyli szkło, za jakie chwytamy całą dłonią, bez ucha i bez nóżki (skojarzenia ze zwykłą szklanką na herbatę będzie jak najbardziej na miejscu); na końcu mamy pokal (krótka nóżka, zwieńczona różnymi formami czasz) oraz kieliszek (długa, zazwyczaj cienka nóżka, zwieńczona zwykle zaokrągloną czaszą). Kufel nigdy nie będzie szklanką, szklanka pokalem, a kieliszek kuflem. Proste? Proste.

Oczywiście szkła można robić z różnych materiałów – w tym miejscu wyróżnię najbardziej popularne szkło sodowe oraz kryształowe. Do tego można dorzucić ceramikę, która mnie osobiście nie przekonuje (no może poza ceramiczną, czarną szklanką z Browaru Solipiwko 😉 ). Robi się już zamęt? No to przypomnijcie sobie wstęp i wypisane przeze mnie przykładowe rodzaje szkieł.

Ktoś może powiedzieć, że tak szeroki wybór jest chwytem marketingowym, a nam szkło ma się jedynie podobać. Połowicznie się z tym stwierdzeniem zgodzę. Przynajmniej w odniesieniu do mojej skromnej osoby. Tak – lubię jak szkło mi się podoba. Kropka. Niemniej jednak w tym miejscu przywołam panel degustacyjny szkieł marki Spiegelau, w jakim brałem udział. Porównywaliśmy w jego trakcie trzy rodzaje szklanek kryształowych Spiegelau (IPA Glass, Wheat Glass, Stout Glass) ze zwykłą, najprostszą szklanką sodową. O rany, różnice w aromacie powaliły mnie na kolana. Zwyczajnie byłem zaskoczony przepaścią, jaka dzieli szklankę sodową od pozostałej trójki. Co prawda prelegent starał się udowodnić, że dodatkowo kryształ jest inaczej wyprofilowany na rancie, przez co trunek lepiej rozprowadza się na języku, ale umówmy się – to już był zwyczajny, marketingowy bull shit.

Czyli jednak wybór szkła ma znaczenie! Fakt – odpowiednie wyprofilowanie szklanki czy pokala pozwala na kumulowanie się aromatu trunku u szczytu, dzięki czemu zabawa z degustacji będzie o wiele większa. Po prostu – wyczujemy więcej, intensywniej, mocniej i przyjemniej. No chyba że trafimy na wadę w stylu kanalizy albo kwasu masłowego. Wtedy też będzie intensywniej, ale tego raczej nikomu nie życzę. Ja osobiście rzadko kiedy sięgam po typową szklankę, bo i rzadko piję piwa, jakie mi do niej pasują.

Dodatkowo dla mnie znaczenie mają okoliczności, w jakich przychodzi mi pić piwo. Siedząc w knajpie i oglądając mecz czy tocząc żywą dyskusję ze znajomymi wolę prostsze rozwiązania, ale i mniej skomplikowane style. W tym miejscu piwo można mi lać w barbarzyński Shaker (gruba, wysoka i szeroka szklanka) czy Nonic (szklanka z obłym zgrubieniem blisko szczytu, ułatwiająca trzymanie jej w dłoni). Oczywiście tego typu szkło ma nikłą wartość sensoryczną, ale i okoliczności oraz kultura wymagają tego, aby nie onanizować się nad zapachem w poszukiwaniu wad i zalet. Jak to mawiał klasyk – to się pije, a nie wącha. Dodatkowo tego typu szkło, obecne w multi tapach ma ułatwiać obsłudze jego zbieranie i mycie. Skoro możemy w ten sposób jeszcze komuś pomóc, to czemu nie? Ja jestem za.

A właśnie – multi tap. Wiadomo, że w takim miejscu na kranach (czy w butelkach) pojawiają się sztosy. Wtedy zawsze staram się prosić o jakiś kieliszek czy chociażby pokal. Skoro wyskakuję z grubej mamony, to niech mam więcej frajdy z tej okazji, prawda? Czuję się również usprawiedliwiony z racji tego miejsca i chętniej „ocham” i „acham” nad IBU, goryczką, aromatami i innymi tego typu pierdołami, z jakich podśmiechują się moi nie-kraftowi koledzy. No taki mamy klimat, sorry Winnetou.

To teraz jak wybrać piwo pod konkretny rodzaj szkła? Tutaj możemy sugerować się nazwami. Skoro mamy IPA Glass, to wszelkiej maści odmiany India Pale Ale jak najbardziej się sprawdzą. Do Wheat Glass można lać pszenicę „bez obawień”. Stout Glass… czaicie klimat, prawda? Oczywiście są jeszcze szkła uniwersalne, jak np. Craft Master One, które sprawdzi się w zasadzie w każdej sytuacji. Dla wyraźniejszych doznań zapachowych polecam Teku czy Snifter, gdzie osobiście leję Imperialne odmiany India Pale Ale’i czy RISy. Da się? No da się. Zresztą w mojej ocenie nie ma się co spinać i jeśli chcecie poeksperymentować, to proszę bardzo. A jak Wam ktoś będzie stękał „hurrrr, durrrr, jak można pić ajpieja w Nonicu?”, to sugeruję liścia w potylicę i przywołanie delikwenta do porządku.

I w tym miejscu, zbliżając się już do końca tych moich smętnych wywodów, zwrócę uwagę na jedną, bardzo ważną kwestię. Pamiętam, jak swego czasu po bardzo pracowitym dniu wróciłem do domu, gdzie czekała na mnie butelka Nosferatu z Browaru Raduga. Wyciągnąłem szklankę, otwarłem butelkę, przelałem jej zawartość w szkło i wącham. Oesu, czemu to piwo śmierdzi mi tak, jakbym właśnie siedział w świeżo zdezynfekowanej łazience?! Czystej, ale dalej czuć zapach jakby chloru czy innego środka czystości. Matko… Piwo zjechałem z góry na dół na fejsie (przepraszam Andrzej, kajam się po raz kolejny), a do tego popsułem sobie humor tegoż dnia. Parę miesięcy później temat wrócił, ale tym razem w innym piwie. W tym miejscu coś mnie tknęło i przelałem trunek z jednego szkła do drugiego, gdzie efekt „kibla” już nie występował. Werdykt – słabo wypłukane szkło po jego czyszczeniu płynem do mycia naczyń dzień wcześniej. Szanowni – mycia szkła jest bardzo ważne i róbcie to np. gąbką, nasączoną stosownym środkiem. Ale na rany Chrystusa, dokładnie płukajcie szkło po wykonaniu powyższej czynności. Dodatkowo każdorazowo przed otwarciem piwa i przelaniem doń zawartości butelki wsadźcie nochal do środka i sprawdźcie, czy wszystko gra.

I mógłbym pisać o tym szkle jeszcze długo, wartko i szeroko, ale nie widzę w tym większego sensu. Umówmy się – szkło jest jedynie nośnikiem tego, co ma nam sprawiać radość i przyjemność, więc nie rozwódźmy się nad tym Bóg wie ile. Owszem, fajnie jest pomóc sobie i znaleźć takie szkło, które podkręci nasze wrażenia z degustacji, ale jeśli komuś bardziej pasuje picie z butelki? OK, nie ma problemu, jego sprawa. Ktoś chce sobie „rząpnąć” Imperim Prunum z kufla albo filiżanki? Be my guest. Finalnie chodzi o to, żeby to nam i nikomu innemu szkło pasowało i jeśli o jego wyborze zadecyduje fikuśny kształt albo fajne logo (do dzisiaj nie wiem czemu wolę Craft Master One z logiem Brokreacji niż bez), to trzymajmy się swoich preferencji. Wasze zdrowie!

Browar Stu Mostów + Naparbier – ART.+11 (Double Cherry Rauchweizenbock)

Miniony weekend upłynął mi pod szyldem kolaboracyjnego układania klocków Lego wespół z moją wspaniałą Panią Kapitan. Powiem Wam, że takie zabawy to ja rozumiem! Nie dość, że poczułem się, jak dziesięciolatek, to dodatkowo mogłem przy tej okazji sączyć sobie niespiesznie różne smakowitości. I jeszcze ta frajda z wspólnej pracy i zabawy. No po prostu strzał w dziesiątkę. Dlatego nie dziwi mnie, iż kolaboracje różnych browarów mają się co raz lepiej na scenie piw rzemieślniczych. No bo skoro można w dwie (trzy, cztery…) ekipy skomponować jakieś odjechane piwo, a następnie je uwarzyć, to czy nie będzie to podobne do układania klocków Lego? Oczywiście, że nie, bo fun z udanej warki będzie z pewnością zdecydowanie większy, o finansowym aspekcie tego dealu nie wspominając. Dlatego też podczas składania Ocean Explorera z wielkim zapałem sięgnąłem po Art.+11, czyli Double Cherry Rauchweizenbocka, uwarzonego przez Browar Stu Mostów oraz hiszpański Naparbier.

OK, ze stylem to Panowie (i Panie?) pojechali. Jeszcze jeden wyraz i można by stawać w szranki z nazwą stylu brokreacyjnego The Bloggera stawać. Niemniej jednak to głównie właśnie ten zlepek słów przekonał mnie do otwarcia butelki. No bo wiśnie uwielbiam, wędzonkę również, a dołożenie do tego pszeniczno-koźlakowych tematów na sterydach sprawiało wrażenie dość sensownego posunięcia. I faktycznie już zapach tego piwa pokazał, że jest bardzo dobrze. Wiśnie świetnie zagrały z dymną wędzonką, melanoidynami i bananowo-goździkowymi akordami weizenbocka. Z kolei w smaku słodycz górowała nad goryczą, fajnie podkreślając wiśniową owocowość Arta. W tym miejscu pojawiły się także delikatne akcenty chlebowe oraz subtelne nuty kwaskowe. Piwo okazało się pełne i gęste, co tylko podkręcało apetyt i chęć wzięcia kolejnych łyków. Jedyne mankamenty tego trunku to zbyt niskie wysycenie, ocierające się wręcz o jego brak oraz nikła piana, która znika całkowicie w kilka chwil po nalaniu.

Mimo tych dwóch drobiazgów Art.+11 to świetne piwo, fajnie ułożone i sprawiające wielką frajdę w trakcie jego degustacji. Z pewnością nie jest to prosty temat, jaki może nam towarzyszyć przy kibicowaniu w trakcie meczu Champions League. Co to, to nie! Tutaj świetnie sprawdzi się koc, książka albo dobry film… lub oczywiście wspólne składanie mega odjechanych zestawów Lego. 7,5/10

Browar Maryensztadt – Żywot Barley’a (English Barleywine)

Wiecie jak było. Była wojna! Pięć lat wojny, pięć lat okupacji, wiecie… było ciężko. A przed wojną jak było? Za sanacji proszę ja Was? I teraz też jest ciężko. Z czasem mianowicie. Praca, zespół, sklep, czasem jakiś workout na siłowni, co by w tłuszcz nie obrosnąć i doba kurczy się z prędkością mknącego po szynach Pendolino. Przez to wszystko jak za mgłą majaczy do mnie obraz pewnego niedzielnego wieczoru, kiedy to w spokoju ducha, ciszy i zamyśleniu mogłem usiąść wygodnie w fotelu, rozkoszując się chwilą wytchnienia. Pamiętam też, że piłem wtedy piwo. Mocne i pełne, niczym gabaryty Joanny Liszowskiej. I gdybym wtedy nic sobie nie zanotował na ten temat, tak i wspomnienie to byłoby jeno majakiem. Na szczęście człowiek nie jest w ciemię bity i przewidział, co może się wydarzyć. Tym samym znajdując chwilę wolnego czasu w końcu wracam do pisania oraz do tamtego trunku, który zostawił po sobie nikłe wspomnienia. Czy dobre? To się zaraz okaże!

Barleywine to styl, do którego chętnie wracam, a wszelkie jego wariacie łykam, jak pelikan ryby. Dlatego też z miłą chęcią otwarłem jakiś czas temu angielską wersję tego przedstawiciela gatunku, czyli Żywot Barley’a z browaru Maryensztadt. Ten ciemno bursztynowy, wyraźnie zmętniony trunek zdobi drobniutka, acz niezbyt obfita piana, dość szybko redukująca do niewielkiego krążka. Czyli prawie wszystko póki co się zgadza (poza tym zmętnieniem). Złożony aromat, pod postacią rodzynek i delikatnych ciasteczek powoduje, że mamy ochotę delektować się tym zapachem jak najdłużej. Jak się po chwili okazuje – to tylko preludium do dalszej zabawy. Dodatkowo można tutaj wyczuć subtelną brzoskwinię, odrobinę miodu oraz wyraźną estrowość. To wszystko jest spowite delikatną mgiełką likierowego alkoholu. Jak to śpiewa pewien znany, polski zespół – no miód, malina (tak, niestety znam, chociaż chciałbym wyprzeć ten fakt ze swej pamięci). Żywot Barley’a i w smaku nie zawodzi. Ok, jak dla mnie jest on nieco zbyt słodki, w związku z czym oczekiwałbym mocniejszej, goryczkowej kontry, ale to jedyny minus w mojej ocenie, jakiego się doszukałem. Poza tym to piwo jest niezwykle pełne, gładkie, z mocno słodowym charakterem na pierwszym planie. I jak tutaj ponownie pięknie współgrają rodzynki z likierowością tego trunku. Umiarkowane wysycenie idealnie dobrano do tego stylu, co tylko uprzyjemnia degustację, a delikatnie grzejący w przełyk alkohol stawia przysłowiową kropkę nad „i”.

Żywot Barley’a to piwo o solidnie degustacyjnym charakterze, przy którym warto niespiesznie posiedzieć z książką w ręku lub z dobrym filmem w tle. Ta niespieszność pomoże też w rozłożeniu nieco zbyt solidnej słodyczy w czasie, dzięki czemu nie zalepi nas ona, a piwo będzie cieszyć nasze podniebienie do ostatniego łyku. A skoro już o czasie mowa, to dość tych wspominek, bo jutro rano powrót do szarej, pracowniczej rzeczywistości. I „czasem, aż oczy bolą patrzeć jak się przemęcza, dla naszego klubu, prezes Ochudzki Ryszard, naszego klubu „Tęcza”. Ciągle pracuje! Wszystkiego przypilnuje i jeszcze inni, niektórzy wtykają mu szpilki. To nie ludzie – to wilki!” To pisałem ja – Chmielobrody, bloger drugiej klasy 😉 7.5/10