Siódmy Warszawski Festiwal Piwa – przegląd skrócony.

Warszawski Festiwal Piwa, jak żaden inny, jest ogromnym wyzwaniem dla każdego beer geeka. Zwyczajnie nie ma szans skosztować wszystkiego, na co mamy ochotę, bo po pierwsze brakuje czasu, po drugie szkoda wątroby, po trzecie brakuje czasu i po czwarte szkoda dnia kolejnego (if you know, what I mean 😉 ). I wiem, co mówię, bo kiedy osobiście wynotowywałem sobie pozycje „must-drink” na koniec podsumowując całość, to zwyczajnie złapałem się za głowę z myślą „to się, ku**a, nie może udać”. A umówmy się, że poza listą „must-drink” były inne pozycje, godne mojej uwagi. Cóż, nie było jednak wyjścia i musiałem stoczyć tę nierówną i skazaną na porażkę walkę. Poniżej kilka wybranych tematów, w trakcie degustacji których miałem chwilę na strzelenie zdjęcia i zanotowanie sobie czegokolwiek. A wierzcie mi, że wśród tylu znajomych nie było to łatwe. No to jedziemy. Kolejność przypadkowa

Birbant – Jules (Double Robust Porter)

Pierwsze co przykuwa tutaj uwagę, to przyjemna słodowość i fajne akcenty palone. W tle kołacze się delikatny zapach kawy. W smaku kawa też została przyjemnie zaznaczona, aczkolwiek finalnie miałem wrażenie delikatnej wodnistości całego trunku. Jules jest raczej wytrawny w odbiorze, z dobrze zaznaczoną, acz niewysoką goryczką. Szału może nie ma, ale nie powiem, żeby mi się to piwo źle degustowało. 6/10

 

Browar Alternatywa – 7#1 (Wędzony Koźlak Pszeniczny)

Alternatywa co prawda potrzebowała chwili czasu, aby wejść na dobre tory, ale to piwo finalnie potwierdza, że ta śląska ekipa na tych torach już dość solidnie się rozpędziła. 7#1 bowiem raczy nas fantastycznym aromatem bananów, goździków, rodzynek i subtelnym akcentem chlebowym. Po kilku łykach jest jeszcze lepiej. Fajna gładkość trunku, z zaznaczoną słodowością i typowymi akcentami weizenowymi świetnie komponuje się z niską goryczką i niewysokim wysyceniem. Tylko tematów wędzonych trochę brakuje. Pomimo tego jest to naprawdę udane piwo. 7.5/10

 

Browar Brovca – Geronimo (West Coast IPA)

WFP to także możliwość spróbowania piwa od ekip, z jakimi wcześniej nie miałem do czynienia. I takim piwem zostało Geronimo. Przewodnim tematem w tym trunku zdecydowanie był Mosaic. Mnie takie podejście pasuje, bo akurat jest to jeden z moich ulubionych chmieli. Tutaj pod postacią nafty mocno zdominował zapach, dając na szczęście dojść do głosu także cytrusom. Z kolei w smaku to już typowy West Coast – wytrawnym, gorzki, owocowy. Mały minus za pojawiającą się po kilku łykach cebulkę, ale to akurat drobiazg, zupełnie nie odbierający radości z degustacji. 7/10

 

Browar Rockmill + Browar Deer Bear – Hazy Dreamer (New England Style Sour IPA)

Co się stanie, kiedy weźmiesz załogę doskonale umiejącą w piwa kwaśnie i połączysz ją z ekipą, wykręcającą jedne z najlepszych IPA w tym kraju? Można się tego dowiedzieć sięgając właśnie po Hazy Dreamera. Ten mariaż stylów raczy nas niesamowicie owocowym aromatem, z mocno podkreślonymi akordami chmielowymi. Od razu też czuć, iż jest to piwo kwaśne. W smaku mega wyraźne cytrusy świetnie komponują się z przyjemną kwasowością trunku. I w tym miejscu także rewelacyjnie można wyczuć chmiel. Doskonale orzeźwiające piwo, ze świetnym balansem między kwasem, a tematami owocowymi. 8.5/10

 

Browar Golem – Sour Shower (Lite Sour Rye Milk Hoppy Ale)

Albo kiedy przychodzisz na drugi dzień festiwalu piwa, czując w głowie pozostałości po minionej nocy i sięgasz po Sour Shower. Tak, to jest właśnie ten moment i idealny starter dnia kolejnego. Uśmiech na ustach maluje zapach przyjemnych, białych i cytrusowych owoców, z zaznaczoną, subtelną mlecznością. Po kilku łykach robi się jeszcze bardziej błogo. Jest kwaśno, jest lekko, jest agrest, jest biała porzeczka. Żyć, nie umierać. 8.5/10

 

Beer Bros. – Zyrardomyces (Sour Wild Ale)

Jest taki człowiek, nazwany imieniem Henry, który zwariował na punkcie drożdży. I teraz jeździ tu i tam, starając się pozyskać najbardziej wykręcone szczepy tych jednokomórkowych grzybów, przy okazji ubogacając tym samym nasz lokalny kraft. Efektem współpracy Henrego i ekipy Beer Bros. jest właśnie piwo Zyrardomyces, fermentowane drożdżami, pobranymi ze ścian browaru. A jaki jest efekt finalny. Oj jest dziko. W aromacie końska derka wjeżdża na pełnej petardzie, świetnie wtórując czerwonym owocom. Dziko, owocowo i kwaśnie jest także w smaku. Zyrardomyces dodatkowo posiada w mojej opinii bardzo fajną szorstkość, rewelacyjnie komponującą się z przyjemną goryczką tego piwa. Świetny pomysł, jeszcze lepsze wykonanie. 8/10

 

Brokreacja – Battle Master (Wee Heavy)

Jakoś nigdy nie miałem okazji trafić na przedstawiciela stylu Wee Heavy, który ujął by mnie za serce. Dlatego do nowego pomysłu Brokreacji, będącego finalnym efektem Krakowskich Bitew Piwowarów Domowych, podchodziłem ze sporą dozą sceptycyzmu. I chyba niesłusznie, bo już w aromacie można się zauroczyć. O ile lubi się tematy toffi, melanoidyny i głęboką słodowość oczywiście. Smak też jest pełen powyższych akcentów, a uzupełniony o odczucie niesamowitej głębi i gładkości pozwala na kiwanie głową z aprobatą. Tylko ten alkohol jeszcze nie do końca ułożony nieco przeszkadza. Czas z pewnością będzie sprzymierzeńcem tego wojownika. A tymczasem i w tym stanie mocne 6.5/10

 

Brokreacja – Kamikaze Kiwi (Fruit Gose)

Są takie piwa, które nie muszą zrywać papy z dachu, a które po prostu fajnie się pije. I takim piwem jest właśnie Kamikaze Kiwi. Jeśli ktoś z Was kiedykolwiek miał okazję wąchać pulpę z kiwi, to z pewnością sięgając po ten trunek będzie miał dokładnie takie skojarzenie. Zarówno w smaku, jak i w aromacie. I jest to skojarzenie z gatunku tych zdecydowanie przyjemnych. Poza tym jest lekko słodkie, subtelnie kwaśne, z odpowiednim poziomem słoności. Czego chcieć więcej? No mnie pasuje. 7/10

 

Browar Szpunt – Spectrum BA (RIS Bourbon BA)

Tutaj będzie krótko. Jest cios, jest kokos z odrobiną wanilii, są czerwone owoce, jest lekka paloność i czekolada. Już po pierwszym łyku czuć niesamowitą głębie oraz gładkość tego piwa. Do tego wszechobecna beczka i unoszący się wokół duch Bourbonu. OK, ktoś może powiedzieć że czuć alkohol, ale jest to alkohol typowo z destylatu i fajnie się tutaj komponuje. Chłopaki dali radę i jeszcze bardziej podkręcili swój, skąd inąd rewelacyjny Russian Imperial Stout. 9/10

 

Browar Szpunt – Mangonel (Mango Wheat IPA)

Mango to jeden z tych owoców, które zwyczajnie mi się nie nudzą. Czy to w jogurcie, czy to świeże, czy to w piwie. Wszystko jedno. I o ile nie zawsze mango zagra w piwie jak trzeba, tak w tej propozycji Browaru Szpunt dało ono popisowy koncert. Zapach tego owocu po prostu zachwyca. Do tego czuć wyraźnie mosaicowa naftę oraz lekką gumę balonową. No miód malina! Smak to też popisówa na miarę Eddiego Van Halena. Jest owocowo, dość wytrawnie i niezwykle gładko. Osobiście mógłbym to piwo pić wiadrami. 8/10

 

Browar Raduga – 34° BLG Russian Imperial Stout

Kiedy w zeszłym roku Andrzej Kiryziuk zaskoczył wszystkich RIS’em 28° BLG nie myślałem, że minie niecały rok, aby ponownie podniósł on poprzeczkę. I to nie o 2 czy 3 punkty, lecz aż o 6 pozycji! Szaleństwo! Ale w tym szaleństwie jest metoda. Ten RIS to jedno z potężniejszych piw, jakie piłem. Znajdziemy tutaj nuty czekolady, kawy, świeżo gniecionego ciasta drożdżowego, ciasteczek i subtelnego alkoholu likierowego. Po pierwszym łyku także czuć, że to nie spacer po leśnej polanie. Niezwykle gęsta i gładka ciecz przyjemnie osadza się na podniebieniu, uwalniając smak słodko-gorzkiej czekolady i kawy. Co prawda alkohol na tym polu jest jeszcze zbyt wyraźny, ale bardzo nie przeszkadza. Umówmy się – to na razie pierwszy występ tego mocarza i pewnie Andrzej jeszcze go trochę w tanku potrzyma. Na ten moment 8.5/10

 

Browar Łańcut – Zawisza Czarny (RIS Bourbon BA)

Skoro już przy RIS’ach jesteśmy, to nie sposób było ominąć Zawiszę Czarnego. Miałem okazję próbować tego piwa na wielu jego etapach i z każdym kolejnym podejściem było co raz lepiej. Jednakowoż to, co wydarzyło się na WFP to jest jakiś kosmos! Tutaj po prostu nie ma się do czego przyczepić. Jeśli są jakieś wyznaczniki, które mogą definiować idealnego RIS’a, leżakowanego w beczce po Bourbonie (czy też gwoli ścisłości po Tennessee Whiskey), to Zawisza ma je wszystkie. Kropka. W tej niepozornej buteleczce zamknięto po prostu esencję tematu – aromaty beczkowe, kokos, wanilię, czekoladę, kawę, czerwone owoce, solidną gorycz, niezwykłą pełnię i fantastyczną fakturę. I do tego jak to zostało wydane. Panie i Panowie, czapki z głów, bo obok Samca Alfa to dla mnie najlepszy, polski RIS po beczce. 10/10

 

Wybornych piw, spróbowanych w ciągu tych kilku dni było oczywiście o wiele, wiele więcej. Można w tym miejscu wspomnieć chociażby genialnego Double Dybuka z Browaru Golem albo świetnego, brokreacyjnego Naficarza Dukielskiego, leżakowanego w beczce po 10-letniej whisky. Kolejne pozycje, które wspominam nad wyraz przyjemnie, to 1#4, czyli Ryżowa IPA autorstwa Browaru Alternatywa oraz dzikusy z Browaru Jana. Świetnie wypadł Baran z Jajem, ReCraftowy FES z beczki  po whisky czy też absolutnie nokautujący Porter Urodzinowy z Browaru Widawa. I w sumie mógłbym wymieniać tak jeszcze przez kilka linijek, ale nie w tym rzecz. Ważne jest to, iż forma polskiego kraftu zwyczajnie ma się całkiem nieźle, bo słabe piwa, jakie wpadły w moje łapy można policzyć na palcach jednej ręki. Osobiście mam wrażenie, że powoli pukamy już do drzwi najlepszych na tym łez padole. A może już je przekroczyliśmy?

Reklamy

Chmielobrody On Tour – rejs po Małopolsce

Część 2 – The Blogger

Już niebawem, w listopadzie, podczas Poznańskich Targów Piwnych 2017 światło dzienne ujrzy uwarzone wspólnie przez krakowską Brokreację oraz brać blogerską piwo w stylu Ultra Islay Whisky Barrel Aged Salty Kiwi & Cocoa West Coast White Bitter. I wiecie, co robi to piwo? Ono odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa! To jest piwo na skalę naszych możliwości. I wiecie, co my robimy tym piwem? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie – mówimy – to nasze, przez nas uwarzone i to nie jest nasze ostatnie słowo!

Tak w skrócie przedstawia się tegoroczna idea akcji The Blogger. I w ślad za zeszłoroczną praktyką również i tego roku wybraliśmy się całą ekipą do szczyrzyckiego browaru Gryf, aby, powiedzmy sobie szczerze, trochę poimprezować i trochę popracować. Z tą pracą nie żartuję, bo w końcu całe zamieszanie zaczęliśmy od przerzucania zawartości worków ze słodem do śrutownika. I nie tylko Panowie garnęli się żwawo do śrutowania – Panie równie chętnie próbowały swoich sił przy dźwiganiu 25 kilogramowych ciężarów.

Po tej porannej siłowni przyszła pora na śniadanie. Warto tutaj zaznaczyć, iż warzenie piwa to nie rurki z kremem. Wyjazd do browaru zaordynowano na 7:30, aby punktualnie o 9:00 rozpocząć zabawę. W związku z tym śniadanie ekipie jak najbardziej się należało. W tym miejscu z pomocą przyszła ekipa Brokreacji, rozstawiając swój uroczy rollbar z podpiętymi doń dwiema pozycjami – The Nurse (Hefeweizen) oraz The Cop (American Pils). Osobiście lepszego poranka nie mogłem sobie wyobrazić. Pełne słońce, przyjemny cień, leżaczki i kieliszek wypełniony przepyszną, brokreacyjną pszenicą na przemian z ultra rześkim The Copem. W takich okolicznościach równie doskonale się rozmawiało.

Po tych krótkich przyjemnościach przyszła pora na wycieczkę po browarze. Co prawda już w zeszłym roku miałem okazję zwiedzić zakamarki Gryfa, ale było tak przednio, że powtórka z rozrywki malowała szeroki uśmiech na mojej twarzy. Mateusz Górski (właściciel i piwowar Brokreacji) ponownie wcielił się w rolę przewodnika, opowiadając m. in. o procesie warzenia, idei posiadania jednego z nowocześniejszych laboratoriów w polskich browarach oraz o tym, cóż ciekawego leżakuje w tankach, czekając na swoją kolej. I to właśnie leżakownia zrobiła na mnie największe wrażenie. Rozmieszczenie tak ogromnej liczby tanków na tak niewielkiej przestrzeni zwyczajnie przyprawiało o zawrót głowy. No i możliwość spróbowania piwa prosto z tanku też ponownie okazało się nie lada gratką. Największą impresję na mnie wywarł ledwo kilku miesięczny Porter Bałtycki Deep Dark Sea (kolejna, świeża warka). Już w tej formie prezentował doskonałą czekoladowość i subtelną nutę pralin. O alkoholu nie wspominam, bo jest go na tym etapie niewiele, więc czas spokojnie pokona tego jegomościa z palcem… we wskazówkach? W każdym razie ja już teraz czekam z wypiekami na twarzy na premierę tego cuda.

Po tych rewelacjach przyszła pora na spacerek do położonego kilkadziesiąt metrów dalej browaru restauracyjnego Marysia, gdzie czekał na nas pożywny obiad oraz druga część wycieczki. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że Marysia w stosunku do zeszłego roku zwiększyła wybicie na warzelni oraz swoje możliwości leżakowe. Oglądając zawieszki na tankach w tym miejscu i mając w pamięci te z większego browaru od razu można pomyśleć „o Panie, to kto tutaj jeszcze nie warzy”? Serio, ilość kontraktów, obsługiwanych przez te dwa browary robi wrażenie.

Można by pomyśleć, że tych atrakcji to aż nadto, ale nie na tym etapie. Ekipa Brokreacji zaprosiła na miejsce zaprzyjaźnionych cydrowników ze Smykana. Dzięki temu mieliśmy okazję skosztować rewelacyjnych cydrów, przewyższających totalnie swoją jakością i smakiem jabłkowe popłuczyny, oferowane przez te firmy, jakie są szerzej znane w świadomości przysłowiowego Kowalskiego. I tak do kieliszków wjechała m. in. Grochówka z dwóch roczników (2015 i 2016), Stary Sad czy też mój absolutny faworyt, czyli Cuvee Garage. Na cydrach być może się nie znam, ale mogę powiedzieć, że zwyczajnie zerwało mi papę z dachu i z pewnością nie raz sięgnę po produkty tej załogi.

Po cydrowych rewelacjach czekała nas z kolei degustacja brokreacyjnych sztosów . Wystartowaliśmy od Nafciarza Dukielskiego z drugiej warki, aby swobodnie przejść do wersji imperialnej tegoż Pana oraz do wersji imperialnej, leżakowanej w beczce po Laphroaig. Co prawda miałem już okazję prowadzić panel porównawczy tych piw (KLIK!!), ale powiem ponownie – JA PIER… NICZĘ. Testowane następnie dwa dymione RISy – Certain Death i Buried Alive – były przysłowiową wisienką na torcie. Ludzie, jak traficie na te piwa, to się nie zastanawiajcie, tylko kupujcie na potęgę, pijcie i cieszcie się życiem.

Swoją drogą chłopaki temat dobrze przemyśleli, pojąc nas takimi cymesami, bo „najlepszą” atrakcję zostawili na koniec. Mam tu na myśli 215 kilogramową beczkę, wypełnioną pulpą z kiwi, jaką mieliśmy dodać na whirlpool. W międzyczasie szybkie chmielenie i już mogliśmy wnosić wiadra, wypełnione owocowymi specjałami na pięterko. A sprawa nie była prosta, bo przelać te 215 kilogramów niewielką chochelką zajęło trochę czasu. Nie ma jednak tego złego, bo obsługa w/w chochli okazała się doskonałym ćwiczeniem na barki. Do dzisiaj mam zakwasy.

Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i tak niemal cały dzień zleciał jak z bicza strzelił. Szybkie pakowanie rollbaru, turlanie Jerrego w beczce po kiwi (sam się prosił), osuszanie resztek z kieliszków i już mogliśmy się pakować do busa, który miał odwieźć nas do Krakowa na Pinta Party 2017. A co tam się wydarzyło, to już jest temat na kolejną historię.

CDN…

ZOBACZ PEŁNĄ FOTORELACJĘ!

Beer Week Festival 2017 – ludzie, piwo i śmiech

Kraków to jedno z tych miast, do których wracam zawsze z szerokim uśmiechem na gębie. Wiecie – odjechany rynek, smok wawelski, fajne knajpki i dobre żarcie. Więc kiedy dowiedziałem się, że w grodzie Kraka trzecia edycja Beer Week Festivalu jest organizowana w terminie, jaki w końcu mi pasuje, tak też z nieskrywaną przyjemnością zabookowałem sobie tę datę w kalendarzu. Radości nie było końca, gdyż dodatkowo Jurek aka Jerry Brewery, odpowiedzialny za organizację mediów i sceny festu, poprosił mnie o poprowadzenie jednego z wykładów. No tyle wygrać! Zwarty i gotowy, z prezentacją na pendrive’ie oraz z konspektem wykładu w kieszeni ruszyłem w piątek na drugi dzień tego beer-geekowego święta.

Tegoroczny Beer Week Festival umiejscowił się na stadionie Cracovii. Biorąc pod uwagę bliskość wszelkiej maści ciągów komunikacyjnych wybór okazał się strzałem w dziesiątkę. Dodatkowo stadion ów został pod ten event solidnie przygotowany. Część wystawców zakotwiczyła pod dachem, z przewiewnymi kratami zamiast betonowych ścian, część przed tymi, stalowymi konstrukcjami, a część w strefie relaksu, gdzie dodatkowo znalazły się food trucki i masa wygodnych leżaków. Dostępna dla gości trybuna z widokiem na murawę, wzorem Warsaw Beer Festivalu, idealnie dopełniła całości. Ok, być może mógłbym się w tym miejscu doczepić małej liczby koszy na śmieci czy sceny umiejscowionej „pod chmurką”, która utrudniała wyświetlanie w pełnym słońcu slajdów lub nie zapewniała ochrony przed ewentualnym deszczem (czego osobiście doświadczyłem, ale o tym za chwilę), ale hej – to są takie drobiazgi, na jakie można przymknąć oko.


Ponadto organizatorzy zadbali o to, aby zebrana gawiedź zbytnio się nie nudziła. Zaplanowano szereg wykładów, paneli dyskusyjnych czy w końcu kino letnie, w trakcie którego z piwerkiem w dłoni można było zobaczyć takie filmy, jak „Sztos” Olafa Lubaszenki czy „Rolling Stones w blasku świateł” Martina Scorsese. Dodatkowo kilka razy dziennie na scenie pojawiał się Jerry, przedstawiając ekipy poszczególnych browarów, które jednocześnie mogły pochwalić się tym, co aktualnie mają na kranach.

Ja osobiście na terenie stadionu Cracovii pojawiłem się w piątek po 19tej. Mając na uwadze swój wykład, jaki miałem poprowadzić tego dnia o 21:00, niespiesznie przemierzałem teren festiwalu, zbijając piątki ze znajomkami, bez zawrotnego tempa degustacji (all hail to 10 cl whisky glass!). Na moje nieszczęście, punktualnie o dziewiątej zaczął padać deszcz. Kwadrans później, bez ani jednej kropli, spadającej z nieba udało się jednakowoż stanąć na scenie, odpalić prezentację i wystartować z moimi opowieściami o szkle do piwa. Po kolejnych 15 minutach aura stwierdziła, iż ma dość mojego pieprzenia o tej godzinie i przegoniła wszystkich pod dach. I na nic się zdała przewaga zmroku i idealnie ostry, wyraźny obraz mojej prezentacji, rzucany na festiwalowy ekran. Deszcz zwyczajnie przesunął mój wykład na sobotnie popołudnie, tym samym odbierając mi handicap idealnego oświetlenia sceny. A w zasadzie jego braku. Na szczęście drugie podejście odbyło się bez większych zakłóceń (wyłączając z tego kręgu szalejącego Power Pointa i nikłej jakości, czy też jasności wyświetlany obraz).

Po wykładzie mogłem złapać chwilę oddechu i ugasić pragnienie. Nie trwało to jednak długo, gdyż już o 16:30 mieliśmy wystartować z zaplanowaną batalią trzech wersji Nafciarza Dukielskiego – standardowej, imperialnej oraz imperialnej, leżakowanej w beczce po whisky Laphroaig. Szybkie przygotowanie sali w sky barze, z pięknym widokiem na murawę, test sprzętu i zgodnie z planem w towarzystwie Miłosza (z blogu Miłosz – wink, wink), Grzegorza z blogu Smakosz Grzegorz oraz Kacpra z Piwnej Zwrotnicy poczęliśmy mlaskać i cmokać nad szkłem, wypełnionym torfowymi tematami. Całości przyglądał się Mateusz Górski (piwowar i właściciel Brokreacji), wraz z Jurkiem, który tym razem stanął po drugiej stronie blogerskiej barykady. Jak wyszło? Sami rzućcie okiem na fejsa, gdzie pełny live stream jest dostępny:

LIVE STREAM – KLIK!

Kolejną godzinę spędziłem z aparatem w ręku, śmigając po całym festiwalu i cykając foty. Powiem Wam tak – byłem już na kilku tego typu imprezach i jeszcze żadna nie była tak pełna uśmiechniętych i pozytywnych ludzi. Czy wpływ miała na to pogoda, czy dobre piwo, czy może świetna organizacja, czy obecność blisko 40 wystawców, czy po prostu obecna faza księżyca? Wszystko jedno – na tej edycji Beer Week Festivalu po prostu chciało się być i żal ściskał serducho, kiedy przed północą trzeba było zwinąć się do domu.

Niezliczona ilość rozmów, przybitych piątek, spróbowanych piw, poznanych ludzi i przede wszystkim uśmiechów stawia Beer Week Festival w mojej ocenie w czołówce piwnych eventów w Polsce. Ci, których zabrakło mają czego żałować i mam nadzieję, iż pojawią się na przyszłorocznej edycji. Słowa te kieruję w szczególności do browarów – m. in. Trzech Kumpli i Radugi 😉 Ja jestem w pełni ukontentowany i zadowolony. I oby kolejna edycja także trafiła w gusta mojego wybrednego kalendarza.

PS
A o tym, czego próbowałem dowiecie się tradycyjnie z kolejnego wpisu.

PPS
Łapcie pełną galerię z Beer Week Festival 2017 TUTAJ!

Wywody Chmielobrodego – cz. 4

The Blogger 2017, czyli o co całe „halo”?

Dzisiaj będzie krótko. A przynajmniej taki jest zamysł. No bo ileż można napisać o tym, czym jest brokreacyjny „The Blogger 2017”? Chyba niewiele. Tylko czy aby na pewno? Ale od początku, bo przecież nie wszyscy muszą orientować się w temacie, prawda?

W zeszłym roku niejaki Jurek Gibadło aka. Jerry Brewery podczas wychylania kolejnych szklanek na premierze piwa Ale Cocones (kooperacja Alebrowaru i Artezana – przyp. aut.) przekonał piwowara i właściciela browaru Brokreacja – Mateusza Górskiego – do pewnego konceptu. W skrócie: uwarzmy odjechane piwerko wraz z innymi blogerami, nazwijmy je The Blogger i machnijmy premierę tegoż na Poznańskich Targach Piwnych Anno Domini 2016. Jak pomyśleli, tak zrobili (a relację z samego warzenia znajdziecie tutaj -> KLIK!). Oczywiście styl, w jakim uwarzono zeszłorocznego „blogera” musiał być odjechany, co też zostało potwierdzone w nazwie: Cherry Smoked Pepper Rye Wood Aged Strong Ale. Samo piwo okazało się dość ciekawe, ale jednak całe środowisko jak jeden mąż krzyknęło „tutaj powinno dziać się o wiele więcej!”. Jerry z Mateo sporządzili notatki i obiecali wrócić do tematu w roku 2017.

I tak w zeszłym miesiącu główny autor zamieszania na niezwykle tajnej grupie na fejsie zamieścił post, informujący o starcie projektu The Blogger 2017. W ubiegłym roku głosowanie na styl odbywało się poprzez wybieranie poszczególnych składników piwa przez blogerów i ich czytelników. Skoro jednak całość miała pójść o krok naprzód, tak też trzeba było tę formułę nieco zmienić. W sukurs przyszedł Łukasz Matusik z blogu piwolucja.pl, a konkretnie jego generator stylów piwnych w wersji hardcore (http://piwolucja.pl/generator). I nie żeby autor tego narzędzia sam siebie zaproponował. Ot jeden z blogerów (Mateusz Wata) dla zgrywy rzucił ideą, aby styl wylosować właśnie z pomocą piwolucyjnego generatora. Jerry załapał temat i dzień później zaproponował go reszcie. Większość była za, a więc poszło. Szybkie losowanie „on-line” 12 stylów oraz sprawdzenie możliwości ich uwarzenia przez Mateo i tak oto stanęliśmy przed następującym wyborem:

1) ULTRA SENCHA & HAZELNUT AMERICAN DUNKELWEIZEN
2) ULTRA LAVENDER & ESPRESSO NEW ZEALAND RED ALE
3) ULTRA BOURBON BARREL AGED WILD MOLASSES & CHOCOLATE EAST COAST RED ALE
4) QUAD BAY LEAF & WALNUT POLISH BLACK WEIZEN
5) TRIPLE TABASCO BARREL AGED SWEET WURST RYE POLISH DUNKELWEIZEN
6) DOUBLE ORANGE PEEL & HAZELNUT TURBO WEST COAST RED MARZEN
7) QUAD SORREL & COFFEE WEST COAST DARK OLD ALE
8) TRIPLE SWEET CRANBERRY & WALNUT AUSTRALIAN DARK BERLINER WEISSE
9) ULTRA ISLAY WHISKY BARREL AGED SALTY KIWI & COCOA WEST COAST WHITE BITTER
10) DOUBLE BARREL AGED SORREL RYE AUSTRALIAN RED MILK STOUT

Trochę odjechaliśmy, prawda? No i w tym miejscu zaczęły się schody. Najpierw pojawiło się jęczenie części towarzystwa, że oni swojego głosu nie oddadzą, dopóki każdy z podanych stylów nie zostanie dokładnie opisany. „Przecież ja muszę wiedzieć, czego się po piwie spodziewać, jak je oceniać i czy aby na pewno mi smakuje!”. W tym miejscu rozumiem, że bez arkusza BJCP naprawdę ciężko stwierdzić, czy piwo jest dobre czy nie jest, tak? Pomijam fakt, iż grono tych marud przy wyborze pomysłu na losowanie stylu nawet słowa sprzeciwu nie wypowiedziała, o zaproponowaniu innego rozwiązania nie wspominając. Cóż – najlepiej zagrać typowego Janusza, ręką nie ruszyć, ale nawrzucać innym, bo ja się przecież znam, mam certyfikaty, kursy i ja Wam jeszcze pokażę.

Kiedy już wybór padł na uwarzenie ULTRA ISLAY WHISKY BARREL AGED SALTY KIWI & COCOA WEST COAST WHITE BITTERA pojawiły się głosy innych, twierdzących że „jak to może być, że to już jest nienormalne, dokąd to ten kraft zmierza i zara bedo robić takie pijwa, co to ich normalny człowiek nie tknie”. W tym miejscu chciałbym i jednym, i drugim odpowiedzieć:

Po pierwsze – robimy takie, a nie inne piwo i mamy na to taki, a nie inny pomysł… bo możemy! W końcu o to chodzi w krafcie, aby się nie ograniczać. Proces tworzenia piwa, jak sama nazwa na to wskazuje, powinien być twórczy i nie odrzucający tych nawet najbardziej szalonych pomysłów.

Po drugie – „why so serious”? Przecież nikt tym piwem nie otwiera oczu niedowiarkom. Nie mówimy: „patrzcie, to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo! I nikt nie ma prawa się przyczepić.” Chociaż w zasadzie właśnie dokładnie to mówimy, ale robimy to z przymrużeniem oka i w formie dobrej zabawy. Chcesz się przyczepić – spoko, nie ma problemu, ale niech Twoje argumenty nie będą inwalidą. Pogadajmy rzeczowo, a nie róbmy z tego hurr, durr wielkiego problemu.

I w końcu po trzecie – nikt, nikogo do niczego nie zmusza. Nie chcesz, to nie bierz udziału w tym zamieszaniu. Nie masz ochoty, to nie planuj zakupu The Bloggera 2017. Nie przyjeżdżaj na Beer Blog Day 2017, ale nie psuj tej zabawy innym. Proste? No proste jak droga na Ostrołękę.

Natomiast nie ma też co popadać w skrajności. The Blogger 2017 nie będzie piwem, wytyczającym nowe trendy. Nie będzie to produkt rewolucyjny, przewracający polski kraft do góry nogami. To ma być piwo pokazujące otwarty umysł na nowe, nawet te najbardziej odjechane pomysły, przy których chcemy się dobrze bawić i chcemy pokazać, że się da. No bo jak nie my, to kto? Na zdrowie, peace, chill & love, everybody! Złocisty trunek ma łączyć, a nie dzielić i ma być przyczynkiem do dobrej zabawy. Tego mam zamiar się trzymać i tego życzę wszystkim, z malkontentami na czele 😉

Krakowski Bottle Sharing, czyli jak połączyć przyjemne z przyjemniejszym. Cz. 1

Nigdy wcześniej nie miałem okazji brać udziału w tak zwanym bottle sharingu. Dla niewtajemniczonych – zbiera się grupa osób w umówionym miejscu i czasie na wspólne dzielenie się i degustację swoich piwnych dóbr. Idea bardzo prosta, mądra i umożliwiająca test wielu piw, jednego dnia, bez konieczności osiągania stanu upojenia alkoholowego. Do tego dochodzi możliwość wymiany doświadczeń i wrażeń, co w przypadku mniej doświadczonych sensorycznie piwoszy jest w mojej ocenie nad wyraz pożądane.

Okazja do nadrobienia tej zaległości pojawiła się w miniony weekend. Razem z Panią Kapitan wybraliśmy się do naszego dobrego kumpla Miłosza, gdzie w towarzystwie gospodarza, jego dziewczyny oraz pewnego znanego, małopolskiego blogera, o ksywie Jerry, mogliśmy oddać się przyjemności smakowania łącznie siedemnastu różnych piw. Ja na tę sposobność wybrałem cztery butelki wraz z niespodzianką. Konkretnie postawiłem na:

  • Imperial Wild Black Kiss R z Browaru Widawa
  • The Gravedigger z Brokreacji (bodaj pierwsza, albo druga warka; w każdym razie mocno po terminie ważności)
  • Pożegnanie Korporacji z Piwowarowni (pierwsza warka; również po terminie)
  • Imperium Prunum z Browaru Kormoran („leżakowa” perełka; oczywiście z  pierwszej warki)

Moją niespodzianką dla pozostałych okazało się Grillowe Mocne z Browaru Głubczyce, a więc niezwykły okrutnik spod szyldu FHP, jaki na moment miał nas sprowadzić na ziemie, gdybyśmy za bardzo odlecieli. Będzie on oczywiście bohaterem oddzielnego wpisu, gdyż jego „walory” z pewnością nie dadzą rady zawrzeć się w krótkiej multirecenzji.

Po przyjeździe i szybkim ogarnięciu się przystąpiliśmy do „pracy”. W tym miejscu warto nadmienić, iż Miłosz wraz ze swoją Martą okazali się gospodarzami w pełnym tego słowa znaczeniu – poza swoją „paczką” piw przygotowali przekąski, które przez cały wieczór umilały nam spotkanie i nie pozwoliły nawet na chwilę zgłodnieć. Szanowni – chylę czoła i jeszcze raz bardzo dziękuję. Przed otwarciem pierwszej butelki ustaliliśmy kolejność degustacji, zgodną z kluczem od najlżejszych do najcięższych, po czym wystartowaliśmy z imprezą.

Tym samym oddaję w Wasze ręce pierwszą część moich wrażeń z tego sobotniego spotkania. Kolejność nie jest przypadkowa, gdyż rozpoczynamy od najniżej ocenionego tego wieczoru piwa.

Miejsce 16

Berliner Kindl Schultheiss Brauerei – Berliner Kindl Weisse (Berliner Weisse)

Na pierwszy strzał poszedł dość znany kwas z browaru Berliner Kindl Schultheiss Brauerei. Ważna informacja – nie była to świeża warka, a piwo leżakowane rok w piwnicy. Ten styl jednak chyba do tych celów się nie nadaje, czego wyrazem było dość wyraźne utlenienie pod postacią mokrego kartonu w aromacie. Poza tym w zapachu można było uchwycić dość wyraźną kwasowość, połączoną z subtelnymi akcentami… apteki. Smak to już spodziewany kwas, połączony z witaminą C. Szału nie było, ale nie powiem żeby było źle. 5.5/10

Miejsce 15

Tempest Brewing Co. – Unforgiven Red Rye (Smokey Red)

To piwo ma dość ciekawą historię. Otóż Pani Kapitan nabyła je na podstawie opisanego stylu przez portal Ratebeer, klasyfikującego Unforgiven Red Rye jako… sahti. No cóż, koło sahti to nawet nie stało, ale co tam ja się znam. Skupmy się jednak na konkretach. Wiodącym zapachem w tym piwie była wyraźna, bukowa wędzonka, z delikatnymi melanoidynami (przypieczona skórka od chleba) i czerwonymi owocami w tle. Z kolei po kilku łykach miałem wrażenie, jakbym pił chrupki Peppies Bekon w płynie. I nie było to wcale takie złe. Całości smaku dopełniły subtelne akcenty drewniane. I tylko tego żyta szkoda, bo poza lekką wytrawnością w aromacie nie nadało ono piwu spodziewanej, gładkiej faktury. 6/10

Miejsce 14

De Struise Brouwers – Tsjeeses Reserva PBA (Belgian X-mas Ale Port Barrel Aged) (2013)

Człowiek to ma szczęście, że od czasu do czasu może trafić na rzeczy już raczej niedostępne. Bo właśnie do tej kategorii należy Tsjeeses Reserva PBA z rocznika 2013. To zdecydowanie likierowe i niezwykle pełne piwo oprócz wyraźnej słodyczy raczyło nas solidną, owocową podbudową, w której czerwone porzeczki wiodły prym. Nie wiem czy to zasługa porto czy pozostałych składników, niemniej zrobiło się wyraźnie deserowo. Aromat niestety okazał się trochę słabszy od smaku, gdyż na najwyższym stopniu pudła uplasowało się miodowe utlenienie, jakie nie do końca fajnie grało z akordami borówek i jagód. Na szczęście pojawiła się tutaj charakterystyczna „ciasteczkowość”, jaką bardzo szanuję. Tsjeeses Reserva PBA to z pewnością piwo smaczne, ale w tym przypadku nieco zbyt utlenione w stronę miodu. 6.5/10

Miejsce 13

Browar Widawa – Imperial Wild Black Kiss R (Imperial Stout Rum BA)

Widawa ma to do siebie, że lubi zaskakiwać nas kiszonką w swoich leżakowanych w beczkach piwach. Nie jest to rzecz do końca pożądana. W każdym razie kiedy kilka dni wcześniej testowałem wersję bourbonową na szczęście nic się w niej nie zakaziło. W związku z tym wziąłem to za dobry omen i na bottle sharing zabrałem wersję z beczki po rumie. I o ile na pierwszym planie w zapachu pojawiły się nuty brettowe, tak zaraz za nimi wyszła średnio przyjemna, kiszona kapusta. Pod spodem można było wyczuć fajną paloność i gorzką czekoladę. Smak okazał się o wiele lepszy, niż aromat. Czekolada fajnie współgrała z lekko kwaśnymi, czerwonymi porzeczkami i umiarkowaną goryczą. Ciało tego RISa być może nie powalało pełnią, ale było zdecydowanie bardziej krągłe, niż w wersji po Bourbonie. Byłoby bardzo dobrze, gdyby nie ta kapucha. 6.5/10

Miejsce 12

Brokreacja – The Gravedigger (Russian Imperial Stout – warka do 30.06.2016 r.)

To piwo trochę poleżało u mnie w piwniczce i liczyłem na jego sporą poprawę w stosunku do świeżej warki, którą wspominam jak bardzo nudną i bez szału. Na szczęście Grabarz popracował i poprawił swoje notowania. Oczywiście nie obyło się bez lekkiego utlenienia, objawiającego się poprzez sos sojowy, ale na szczęście po chwili aromat ten ustąpił miejsca czerwonym, leśnym owocom, suszonym śliwkom i czekoladzie. W smaku też się polepszyło, chociaż liczyłem na więcej, szczególnie jeśli chodzi o pełnię tego piwa. Dość wysoka popiołowa gorycz mogłaby być bardziej skontrowana poprzez słodycz, ale nie jest źle. Duży plus ponownie za czerwone owoce i w tym miejscu. Wyszło całkiem smacznie. 6.5/10

Miejsce 11

Piwowarownia – Pożegnanie Korporacji (Russian Imperial Stout – warka do 12.2016 r.)

Tę butelkę otrzymałem bezpośrednio od Łukasza Gustkiewicza (piwowara Piwowarowni – przyp. aut.) podczas drugiej edycji Silesia Beer Festu (dzięki Łukasz!). Jako iż była to pierwsza warka Pożegnania, tak też postanowiłem zachować ją na lepsze czasy. Ten wybór okazał się nad wyraz trafiony, bo tak dzięki temu w nos zebrałem konkretnego liścia z czekolady, śliwki i rewelacyjnych, leśnych owoców, a w gardło przyjemną słodycz, dobrze skontrowaną przez znaczną gorycz tego piwa. Co prawda mogłoby być nieco pełniejsze, ale i tak jest dobrze. Za rekomendację niech posłuży fakt, iż ta wyleżakowana wersja smakowała mi o wiele bardziej, niż świeża, druga warka. 7/10

C. D. -> KLIK!

Brokreacja – Wine Cake (Barrel Aged Wheat Wine)

W zasadzie to niezbyt przepadam za wszelkiej maści piwami świątecznymi. Ok, są wyjątki od tej reguły, jak np. Too Young To Be Herod z browaru Artezan (2016), niemniej jednak jakoś nieszczególnie przekonują mnie te wszystkie piernikowo-goździkowo-pomarańczowo-mandarynkowe fantazje. No ale są Święta, klimat sprzyja, więc i ja postanowiłem specjalnie dla Was wziąć na tapetę jakieś „kristmesowe” piwo. Niestety zamiary jedno, życie drugie. Otóż okazało się, iż ludzie na te świąteczne tematy rzucili się, jak baba z Radomia na 3 Cytryny. I kiedy już miałem wybierać coś do degustacji… piw takowych zwyczajnie na sklepie zabrakło. Nie żebym się jakoś specjalnie z tego powodu smucił. Wręcz przeciwnie – dzięki temu bohaterem dzisiejszego wpisu jest piwo, na jakie zacierałem swoje rączki od dłuższego czasu. Panie i Panowie, przed Państwem Wine Cake autorstwa browaru Brokreacja.

Bazą tego leżakowanego w beczkach po winie ze szczepu Tempranillo piwa jest „standardowy” Wheat Wine, jakiego miałem okazję już próbować (limited edition, niedostępny w regularnej sprzedaży). Baza co prawda przyzwoita, ale nie rozkładająca na łopatki. Starzenie w beczkach na szczęście nie jeden raz pokazało, że ze zwykłego, niczym niezaskakującego trunku może zrobić całkiem sztosowy temat. Jak wyszło tutaj? Zacznijmy od początku.

Wine Cake w trakcie przelewania do szkła od razu ukazuje praktycznie zerowe wysycenie oraz znikomy, minimalny krążek białej piany. W przypadku tego stylu rzecz zupełnie normalna, a wręcz wskazana, choć wizualnie niezbyt atrakcyjna. Sam trunek jest dość gęsty, bursztynowy i bardzo ładnie prezentuje się w kielichu. Aromat to już przebogata kawalkada najróżniejszych zapachów. Na pierwszym planie wyraźnie swoją obecność zaznaczają estry, z przepiękną wiśnią na czele. Alkohol w nosie pojawia się pod postacią szlachetnego likieru owocowego, co mi osobiście bardzo pasuje. Po ogrzaniu pojawiają się także akordy winogronowe, zapewne pochodzące z wcześniej wspomnianej beczki po winie. Bukiet Wine Cake’a to niezwykle złożona i bogata kompozycja, jaka mi osobiście kojarzy się z owocowym ciastkiem z kremem. W smaku jest równie dobrze. Niezwykle pełne, gęste i słodkie piwo świetnie kontruje nieprzesadzona gorycz, której mogłoby być ciut więcej, ale umówmy się – to już będzie zwykłe czepialstwo z mojej strony. Całość jest niezwykle smaczna, deserowa i przywołująca skojarzenia z tortem owocowym. Kilka chwil, parę ruchów ręką i piwo znikło ze szkła, zostawiając bardzo szeroki uśmiech na mojej twarzy.

Mateusz Górski, piwowar Brokreacji, po raz kolejny pokazał, że stawia na receptury i pomysły bezkompromisowe. Wine Cake udowadnia wysoką formę browaru i w mojej opinii stawia Brokreację na zdecydowanym topie wśród polskich, piwnych rzemieślników. Samo piwo mnie osobiście sprawiło wiele radości i nie powiem – idealnie wpasowało się w świąteczny klimat, jaki towarzyszy Bożemu Narodzeniu. Więc jeśli jeszcze tego piwa nie piliście, to koniecznie nie przegapcie okazji. 9/10

Szybki Strzał – Poznańskie Targi Piwne 2016 Edition

Cechą dużych festiwali piwnych, do jakich z pewnością zaliczają się Poznańskie Targi Piwa, jest wręcz monstrualny wybór piw. No zwyczajnie nie ma szans, aby wszystko ogarnąć. Dlatego przed wyjazdem przygotowałem sobie listę 30 pozycji, jakich będę chciał spróbować. Jak się okazało zmierzenie się z tak dużym wyborem było również nie do końca możliwe. Na szczęście prawie się udało, a mój szeroki uśmiech okazał się przepustką do pojemności poniżej 300 mililitrów per sztuka, co okazało się niezwykle pomocne, żeby nie powiedzieć zbawienne. I nie mam tutaj na myśli jedynie mojego portfela, if you know what I mean 😉 W skrócie – skosztowałem blisko 30 piw, z których wybrałem dla Was dziesiątkę, nad jaką chciałbym się skupić nieco bardziej.

  1. Golem – Lilith (RIS)

Lilith okazała się moim wstępniakiem do tej wielkiej, poznańsko-piwnej przygody. I wiecie co? Nie mogłem sobie wymarzyć lepszego startu. Tak oto w moje ręce wpadł pokal wypełniony smoliście czarnym trunkiem, ozdobionym ciemnobeżową pianą. Pianą co prawda szybko redukującą, ale umówmy się – w przypadku RISów jest to drobiazg. Mocno palony zapach, z wtórującą mu kawą i przyjemną czekoladą okazał się przemiłym preludium, do tego co w tym piwie drzemie. I nawet na delikatny alkohol można było przymknąć oko wiedząc, iż ten imperialny stout ma dopiero 3 miesiące. Smak Lilith to już prawdziwa symfonia nut palonych i kawowo-czekoladowych. Piwo jest gęste, likierowe i słodkie. Niech Was jednak ta słodycz nie zmyli, bo ekipa Golemów tak wykręciła goryczkę, aby była ona doskonałą przeciwwagą. OK, niektórzy powiedzą, że powinno być jej mniej, ale dla mnie jest idealnie. Sama gorycz długo się utrzymuje, ale nie męczy, przywołując jednocześnie skojarzenia z wybitnym espresso. W mojej opinii Lilith jest jednym z najlepszych polskich RISów i basta. 8/10

  1. Brokreacja – Wheat Wine

W sumie to nie bardzo wiedziałem, czego powinienem spodziewać się po tym piwie. Co prawda Mateusz słabych trunków nie wypuszcza, ale czy aby na pewno akurat ten będzie mi pasował? Duży plus należy się za aromat, jaki dostałem w trakcie degustacji. Piwo jest wyraźnie owocowo-słodkie i estrowe. W tle pojawia się też odrobina lukrecji i subtelna ziołowość. Całość muska lekki, likierowy alkohol. A im bardziej Wheat Wine nabierał temperatury, tym robiło się ciekawiej. Faktura tego trunku to dla mnie kolejny plus – jest gładko, z delikatnym nagazowaniem i sporym ciałem. Estry ponownie pojawiają się w smaku, a ich słodycz dobrze ripostuje stosunkowo średnia gorycz. Jest przyjemnie, fajnie się pije, nie ma wyraźnych wad, niemniej jednak brakuje mi tutaj jakiegoś konkretnego charakteru i punktu zaczepienia. 6.5/10

  1. Browar Zakładowy – Przerwa Kawowa (Coffe Extra Stout)

Z tego browaru nie miałem jeszcze okazji pić słabego piwa i ja to szanuję. Dlatego z dużą dozą spokoju sięgnąłem po Przerwę Kawową. Wizualnie dostajemy czarny, nieprzejrzysty i lekko zmętniony płyn, w którym niestety zawodzi piana. Redukuje ona w zastraszającym tempie, pozostawiając lichy krążek. No mogłoby być w tym miejscu nieco lepiej. Na szczęście reszta szybko nadgania stracone punkty. Przyjemny zapach kawy miksuje się z czekoladą oraz subtelną nutką paloności. To wszystko dostajemy również po kilku łykach Przerwy Kawowej. Szkoda jedynie, że zabrakło odrobiny ciała i słodyczy, jakiej ja oczekuję od Extra Stoutów. Szczególnie ta druga cecha mogłaby być bardziej uwydatniona, gdyż gorycz tego piwa byłaby idealną dla niej kontrą. Żeby nie było – piwo jest smaczne, dobrze się je pije, ale brakuje tej przysłowiowej kropki nad „i”. 6.5/10

  1. Brokreacja – The Blogger (Cherry Smoked Pepper Rye Wood Aged Strong Ale)

Nie ukrywam – na to piwo czekałem z niecierpliwością, gdyż sam dorzuciłem do niego swoje trzy grosze. A co dostałem w zamian? Hmmmm, na pewno piwo zbyt grzeczne, jak na gargantuicznie opisany styl i zbyt spokojne, jak na blogerski wkład. Ale hej, czy nie może być ono smaczne? Okazuje się, że może. Dla mnie wygrywa tutaj użyty słód wędzony wiśnią. Nie wiem, czy to zasługa tego, że obżarłem się tym słodem podczas warzenia czy tak jest, ale zarówno w smaku, jak i w aromacie ja te nuty dość wyraźnie czuję. Poza tym The Blogger kojarzy mi się nieco z Belgią. Dlaczego? Z pewnością za sprawą wyraźnych fenoli, brzoskwiń i lekkiej pieprzności. Samo piwo jest dość wytrawne, z odrobiną wędzonki, goździków i ze zbyt małą jak dla mnie goryczką. OK, być może The Blogger dupy nie urywa, ale mnie piło się je nad wyraz przyjemnie. 7/10

  1. Golem – Grin Sove (Black IPA z rozmarynem)

Grin Sove’a miałem okazję skosztować tuż po golemowym RISie, ale przeskok z wysoko ekstraktywnego piwa na 14,1° BLG raczej nie pomagał w jego ocenie. Jednakowoż rozmaryn w tym trunku utkwił w mej pamięci, więc dzień później ochoczo pognałem do chłopaków po dolewkę. I w tym miejscu ostrzegam – nie lubisz rozmarynu, to absolutnie nie sięgaj po to piwo, bo jest on wszędzie. W zapachu dodaje lekkich nut świerkowych, a w smaku czyni Grin Sove’a mocno rześkim i pijalnym. Fajnie też wyszło połączenie charakteru tego zioła z palonością Black IPA. No i nie zapominajmy o cytrusach pod postacią grejpfruta i pomarańczy. Nawet delikatny brak ciała mi tutaj nie przeszkadza, a wręcz podbija chęć sięgnięcia po kolejny łyk. Dla mnie bomba. 7.5/10

  1. Piwne Podziemie – Cascade-Chinook Wet Hop (Wet Hop Pale Ale)

Piwne Podziemie nie robi słabych piw. Kropka. Przynajmniej ja nie trafiłem na słabeusza od tej załogi. Stąd też bez obawień sięgnąłem po ich propozycję podania Cascade i Chinooka. Mowa tutaj o tzw. „mokrych” chmielach, jakich piwowar zdecydował się użyć. Pierwsze, co przykuwa uwagę, to wygląd – prawie klarowny, subtelnie opalizujący, złoty trunek pięknie zdobi drobniutka piana. Aż chce się je pić. To piwo wręcz atakuje nasz nos chmielowością. Jest niezwykle przyjemnie, z owocami egzotycznymi i mango na czele. Sznytu całości dodaje subtelna nuta nafty. Dla mnie rewela. Egzotyka pojawia się również w smaku, ale nie podbija ona słodyczy. Piwo jest wytrawne z umiarkowaną goryczą i lekko zaznaczoną słodowością. To wszystko czyni ten Pale Ale trunkiem niezwykle pijalnym i przyjemnym. I ponownie ekipa Piwnego Podziemia potwierdziła swoją klasę. 7.5/10

  1. Raduga – RIS 28 BLG

O tym RISie w zasadzie miałem nie pisać. No bo jak tu recenzować piwo, które ekipa Radugi zabrała ze sobą jedynie na skosztowanie, a jakie nie ma nawet nazwy, gdyż jeszcze 2 miesiące będzie leżakować w tanku? Po kilku łykach zmieniłem zdanie, bo to piwo już teraz urywa cztery litery. Po pierwsze prezentuje się jak rasowy likier kawowy. Patrząc na szkło widać jak jest ono gęste i likierowe. Bukiet tego RISa to prawdziwa 5 Symfonia Beethovena – czekolada i lekka, kawowa paloność pięknie przygrywają nutom śliwki, moczonej w likierze i szlachetnym akordom alkoholu. Już sam aromat pokazuje, jak ten trunek jest złożony. Smak tylko te wrażenia podkręca. Jest gładko, słodko i likierowo. Czekolada, kawa i czerwone owoce ze śliwką w tle tańczą tak, jak nie śniło się nawet jurorom Tańca z Gwiazdami. Zerowe wysycenie temu tańcowi nie przeszkadza. Zresztą kiedy dzień później ponownie próbowałem tego RISa, a samo piwo poleżało podpięte pod CO2, nabrało już odpowiedniego nagazowania. RIS 28 BLG już teraz jest piwem rewelacyjnym, a co będzie za te dwa miesiące? Oj bójcie się kraftowcy, bójcie się, bo nadchodzi solidny kontratak. 8.5/10

  1. Pracownia Piwa – Devil Pact (Imperial Saison)

Saison z reguły powinien być piwem lekkim, rześkim i pijalnym. Więc czy jest sens robić z tego stylu wariant  imperialny? A kto bogatemu zabroni? Poza tym ja takie pomysły szanuję, ot co! Więc wyobraźcie sobie klasyczny, fenolowy, przyprawowy i słodki Saison wykręcony do likierowego poziomu piw imperialnych. Pasuje? No mnie jak najbardziej. Co prawda alkohol mógłby być nieco bardziej ukryty zarówno w zapachu, jak i smaku, ale czy jakoś bardzo mi on przeszkadza? Mimo lekkiego szczypania w język – nie. Devil Pact jest piwem przyjemnym i degustacyjnym. Jak ktoś lubi Saisony, to niech koniecznie go spróbuje. 7/10

  1. Browar Okrętowy – Langskip (Gotlandsdricka)

Tego piwa nie miałem na swojej liście. Ba, było to moje pierwsze spotkanie z tym browarem. Jak wypadła ta randka? Najpierw zerknijcie na styl. Gotla-co? O co tutaj chodzi? O Gotlandsdricka, czyli piwo fermentowane Kveikami z użyciem słodów Sahti i wędzonych… brzozą. Nie powiem – użycie brzozy w naszym kraju, to dość odważne posunięcie (wink, wink 😉 ). Połączenie tego wszystkiego dało piwo o melanoidynowym charakterze, z lekką rześkością iglaków i subtelną słodyczą miodu. Tylko czy aby ten miód nie wynika z utlenienia? Hmmm, ciężko mi ocenić, bo pierwszy raz spotykam się z Gotlandsdricka, ale mi ta miodowość akurat pasuje. W ustach Langskip jest pełny, delikatnie słodki, z wyczuwalnymi nutami rodzynek, chleba i czerwonych owoców. Lekka kwaskowość miesza się fajnie ze średnią i krótką goryczką. Całkowicie subiektywnie – dla mnie jest smacznie, fajnie i przyjemnie. 7/10

  1. Westbrook – Mexican Cake (Imperial Stout)

Na finał wybrałem pewniaka, który miał mi dostarczyć wiele radości i przyjemności z degustacji. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Mexican Cake to piwo, jakie najlepiej wypić siedząc przy kominku w wygodnym fotelu i z dobrą książką w rękach. Aromaty ciasteczek czekoladowych, pralin, wanilii oraz lekko podbitej pikantności powodują, że nie chcemy, aby zbyt szybko to piwo wyparowało nam ze szkła. Zresztą to samo dzieje się po kilku łykach. Mexican Cake jest niesamowicie pełne, wyklejające, słodkie, z idealną goryczą w kontrze. I do tego ta bardzo przyjemna pikantność. Wszystko się tutaj zgadza. Wszystko. 9.5/10

W tym miejscu kilka słów należy się także innym piwom, jakie zrobiły na mnie wrażenie. I niestety nie zawsze były to wrażenia pozytywne. Zacznijmy jednak od tych przyjemniejszych doznań.

  • brawa dla Browaru Recraft za Cherry Ridera; połączenie brettów, stylu sour i wiśni zrobiło robotę.
  • Brokreacja dorzuciła oliwy do ognia Imperialnym Nafciarzem Dukielskim. I pomyśleć, że to nie koniec, bo Nafciarz jeszcze będzie sobie chwilę leżakował.
  • na Kwas Eta z Pinty ludzie marudzili, a wyszło niezwykle lekkie i przyjemne piwo. Dla mnie bomba.
  • Widawa ze swoim Imperial Black Kiss Cherry BA rozdała tak, że zerwało mi papę z dachu
  • podobnie zresztą było w przypadku Korda Quintuple’a z browaru Jan Olbracht
  • nagroda za Kawko i Mlekosza dla PiwoWarowni należała się po stokroć – wspaniałe piwo
  • a co powiedzie o Whiskerze B z Wąsosza, czyli dymionym, słonym stoucie? Dla mnie było przesmacznie, aczkolwiek mam nadzieję, że ekipa następnym razem trochę przykręci chłodziarkę. Przywierająca skóra do szkła to nie była rzecz przyjemna 😉
  • Chmielokrata z Piwnego Podziemia ponownie podkreślił klasę i niezwykle równy, wysoki poziom piw z tego browaru.
  • na koniec jeszcze raz największe brawa dla Browaru Szałpiw za Bubę Extreme, leżakowaną w beczce po Jacku Daniel’sie – dla mnie to było najlepsze piwo festiwalu.

Na koniec jedynie przestrzegę przed piwami z Osowej Góry – RIS i Imperialna IPA to zło wcielone i nic nie ratuje tych piw. Mam nadzieję, że piwowarzy mają tego świadomość i popracują nad recepturami oraz samym procesem warzenia, bo szczególnie w tym drugim dopatruję się ich porażki.

The Blogger, czyli jak uwarzyć odjechane piwo z pomocą kilkudziesięciu beer geeków.

Kiedy w czerwcu trafiłem na akcję pod tytułem „niechaj blogerzy uwarzą swoje piwo”, organizowaną przez Browar Brokreacja i pod batutą Jerrego z bloga Jerry Brewery, od razu ochoczo tej sprawie przyklasnąłem. Owszem, były obawy o stworzenie piwnego potworka. No bo skoro każdy ma wpływ na recepturę i możliwość zagłosowania na wybrany składnik, plus jak do tego dojdzie ułańska fantazja, to czy czasem nie dostaniemy piwa, leżakowanego w beczce po bigosie (© by Suseł) albo innego chrzanowo-boczkowo-śledziowego „cudu piwowarstwa”? Na szczęście ekipa okazała się nad wyraz ogarnięta i w ten oto sposób na początku lipca składniki na The Bloggera (bo taką właśnie nazwę będzie nosiło to piwo) zostały zatwierdzone. Chociaż nie powiem – praktycznie do samego końca nikt nie wiedział, czym jest delikatna nutka zajebistości. Ale o tym nieco później.

Wisienką na torcie był mail, jaki dostałem w połowie sierpnia, zapraszający wszystkich uczestników do szczrzyckiego browaru Cystersów, gdzie 17 września mieliśmy zabrać się za warzenie naszego blogerskiego specjału. Pewnym problemem była kwestia logistyczna. Browar znajduje się około 50 kilometrów od Krakowa, ja mieszkam w Katowicach, a warzenie startowało o godzinie 9:00. Jechać samochodem do browaru? Na warzenie piwa? No nie ma takiej opcji. To byłoby jak lizanie szklanej witryny cukierniczej w momencie, kiedy mamy smaki na tort czekoladowy. Na szczęście z odsieczą przybył mój bardzo dobry kumpel Miłosz. I nie dość, że zaoferował nocleg w grodzie Kraka, tak dodatkowo zaproponował, abym przybył dzień wcześniej, „to może byśmy skoczyli na akurat trwające Dni Otwarte Pracowni Piwa?”. Za ten pomysł powinien dostać Oscara! Jak pomyśleli, tak zrobili, a pierwszą część wycieczki uczcili Noa Pecan Mud Cake’iem ze szwedzkiego browaru Omnipollo (w towarzystwie Jerrego i Piwologa). Delicje i idealny prolog do dalszych wydarzeń.

Tomasz Rogaczewski opowiada o pracy w browarze Pracowni Piwa
Zebrana gawiedź na tle tanków fermentacyjnych
Maszyneria Pracowni Piwa pomysłu własnego cz. 1
Maszyneria Pracowni Piwa pomysłu własnego cz. 2, butelkująca.
Omnipollo – Noa Pecan Mud Cake (10/10)

W sobotę plan był prosty – pobudka przed 6:30, prysznic, kawa, śniadanie i teleportacja pod miejsce zbiórki w centrum Krakowa, skąd odjeżdżał podstawiony do Szczyrzyca busik. Niecała godzina i byliśmy na miejscu.

Pojechaly, przyjechaly, dojechaly…
Cysterski Browar Gryf
Budynek Browaru Gryf

Opactwo i teren browaru prezentowały się nad wyraz urokliwie. Całość osadzona w lekko  górzystym terenie, pełnym sadów, lasów i rewelacyjnych widoków. Niestety na ich podziwianie nie było zbyt wiele czasu. Na miejsce przyjechaliśmy nieco spóźnieni, a praca była zaplanowana co do minuty. Zaczęliśmy od wizyty w pierwszej z sal odrestaurowanego browaru Gryf. Mateusz z Brokreacji z dumą prezentował tanki zacierne, warzelne i filtracyjne wraz z aparaturą, a potem zagonił nas pod sam strop, gdzie każdy miał okazję wrzucić do śrutownika worek słodu… lub ewentualnie siedem. W końcu przyjechaliśmy tutaj do roboty, prawda? Po drodze udało się ustrzelić fotę planów warzelnych i nazwy stylu, jaki będzie patronował The Bloggerowi (cóż zrobić, że z pewnymi ortograficznymi błędami 😉 ). Przynajmniej nie będzie problemu z przygotowaniem morskiej opowieści na kontrę, bo poza tym opisem nic więcej się nie zmieści (wink, wink 😉 ).

A dokładniej: Cherry Smoked Pepper Rye Wood Aged Strong Ale
Kotły i blogerzy
To w tym kotle za parę godzin będzie gotował się The Blogger
Żadna praca nie hańbi, a już na pewno nie śrutowanie słodów
Tutaj do śrutownika leci słód wędzony wiśnią…  omnomnomnomnom
Po śrutowaniu prosto do kotła…

Po wysiłku fizycznym (do kadzi zaciernej poszło ponad pół tony zesłodowanego ziarna) przyszła pora na chwilę relaksu. W tym miejscu ekipa Brokreacji przywitała nas pod swoim namiotem, gdzie każdy mógł dowoli częstować się Hefe-Weizenem (The Nurse), Bohemian Pilsnerem (The Teacher), Red IPA (The Butcher) oraz domową wersją The Gravediggera (RIS), warzoną z użyciem słodów wędzonych (cud-malina i absolutny sztos).

Przybytek relaksacyjny
Moi dwaj ulubieńcy z tego dnia
The Butcher prezentuje się jak należy! W tle jakiś randomowy gość z wodą, ja nie wiem, ja nie wiem… 😉

Chwila dyskusji, wymiany zdań i przyszedł czas na dalsze zwiedzanie cysterskiego browaru Gryf ze szklaneczką złocistego trunku w ręce (no chyba że ktoś akurat nalał sobie RISa 😉 ). W rolę przewodnika ponownie wcielił się Mateusz, oprowadzając nas po wszystkich zakamarkach tego oszałamiającego miejsca. I kiedy myślałem, że nic mnie już nie zaskoczy w sukurs przyszły tanki fermentacyjne, a w zasadzie ich zawartość. Każdy miał okazję spróbować wprost z nich Imperialnego Nafciarza Dukielskiego (piwo w dieselu i na sterydach, oesu jakie to dobreee), świeżej warki The Alchmiesta (nachmielonego tak, że aż w nosie kręciło), The Dancer oraz oczywiście już fermentującej, pierwszej warki The Bloggera, która uwarzona została dwa dni wcześniej.

Mateusz potrafi skupić uwagę…
…szczególnie przy nalewaniu świeżego piwa wprost z tanku
The Blogger świntuszy, znaczy fermentuje
Wirówka
Dalsze testy piwnych specjałów

Monoblok, czyli butelkujemy i kapslujemy. Nie my, tylko monoblok.
Ekologia przede wszystkim, czyli pompa ciepła, odzyskująca energię, jaka wytraca się podczas warzenia.
Ponoć to próbki laboratoryjne. Część ekipy stawiała jednak na żółć bydlencą 😉
Niezwykle skomplikowana i precyzyjna… waga

Trochę się nachodziliśmy, gdyż budynek browaru jest dość spory. Do tego spożycie trunków o wysokim indeksie glikemicznym doprowadziło do pojawienia się dość wyraźnego uczucia głodu. Tym sposobem trafiliśmy do drugiego browaru, mieszczącego się na terenie opactwa. Mam tu na myśli browar restauracyjny Marysia, gdzie czekał już na nas konkretny posiłek, pozwalający przetrwać dalsze trudy tego dnia. Po wszamaniu przesmacznego rosołku i schaboszczaka przyszedł czas na zwiedzanie Marysi. Ponownie naszą największą uwagę skupiły zarówno tanki fermentacyjne, jak i drewniane beczki, wypełnione po brzegi samym dobrem i wspaniałościami. Niestety beczkowych delicji próbować nie było jak, więc pozostało nam słuchać, jak Mateusz skrzętnie przybliża nam zawartość każdej z nich. Niespodzianką w tym miejscu była rzecz, o której w zasadzie dowiedzieć się nie powinniśmy. Cóż, nie do końca wyszło, ale ja nie będę uprzedzał faktów i poczekam do stycznia na premierę pewnego zacnego trunku.

To będzie doskonały ()&(*^$#^%#$&( 😉
Browar Marysia (a kotły na sprzedaż, gdyby ktoś chciał)

Jedna z beczek, mieszcząca w swoim wnętrzu same dobroci

I kiedy późnym popołudniem lunął deszcz, a cała załoga przeniosła się pod strzechy dawnej słodowni, aby tam  kontynuować rozpoczęte dyskusje, ja postanowiłem sobie zadać pytanie: jesteśmy w browarze Cystersów, a ja do cholery jeszcze żadnego Cystersa na oczy nie widziałem. W tym  momencie na salony wkroczył właściciel tegoż przybytku wraz z dwoma Cysterami właśnie. Panowie skosztowali zawartości brokreacyjnego rollbaru, po czym zabrali nas na wycieczkę do muzeum, jakie mieściło się w budynku klasztoru. Wśród muzealnych zbiorów moją uwagę przykuły stare, miejscowe etykiety oraz kopia mapy świata z XIII w. I niech Was nie zmyli plan koła, na jakim ta mapa się znajduje. To dalej jest płaski dysk, gdzie w dolnym, lewym rogu znajdowała się nasza ojczyzna.

Piwo Jasne Pełn Kac… tak, to był zwiastun dnia następnego 😉

Kopia mapy świata z XIII w.

Po zwiedzaniu cysterskiego muzeum przyszedł czas na kolację i na ostatni punkt procesu warzenia, w którym blogerzy maczali palce, czyli przyprawianie. W tym miejscu razem z Jerrym miałem okazję dorzucić do kotła 2.5 kilograma nowozelandzkiego chmielu Sticklebrat. Tyle wygrać. I tutaj spieszę z wyjaśnieniem, czym jest owa delikatna nuta zajebistości, jaka miała znaleźć się w The Bloggerze. Postanowiliśmy zaufać inwencji Mateusza, który postawił na czerwony pieprz oraz płatki z drewna wiśniowego. Pieprzu co prawda już nie widziałem, ale kilka osób miało okazję dorzucić ten składnik do kotła warzelnego, a więc wszystko się zgadza. Finisz nastąpił bardzo szybko i każdy z nas, z uzupełnionym po brzegi szkłem udał się do busa celem dotransportowania naszych zmęczonych ciał do krakowskiego Weźże Krafta. Podróż przebiegła niezwykle sprawnie, z co jakiś czas wybuchającymi salwami śmiechu. Strasznie wesołe towarzystwo, nie powiem (wink, wink no. 2 😉 ). Ze względu na aurę zaplanowany multitap crawling niestety nie doszedł do skutku, w związku z czym imprezę zakończyłem stosunkowo szybko, acz z ogromnym uśmiechem na twarzy. Na sam koniec do mej szklanki wpadła rewelacyjna Czarna Mańka z Bazyliszka, prezentując się jak na obrazku, tudzież zdjęciu, jakie zamieszczam poniżej.

Bazyliszek – Czarna  Mańka (8/10)

Wyjazd na warzenie The Bloggera zaliczam do niezwykle udanych – nie dość, że zaliczyłem jedną z najlepszych wycieczek po browarze, w jakich brałem udział, tak jeszcze poznałem masę pozytywnych, wesołych i jak najbardziej normalnych ludzi, z lekkim odjazdem na punkcie piwa. Może się powtórzę, ale co tam – tyle wygrać! A kiedy piwo będzie miało swoją premierę? 21:00 – 4 listopada 2016 r. na Poznańskich Targach Piwnych. Widzimy się na miejscu!

O abordażu na Silesia Beer Fest II słów kilka

00

Ależ było! No nie spodziewałem się, że druga edycja Silesia Beer Festu będzie aż tak udana. Owszem, można było kilka rzeczy poprawić, część nieco zmienić, a jeszcze część wywalić na zbity pysk (w tym miejscu pozdrawiam Pana z Burger Pro, który najpierw formował z surowego mięsa kotlety, aby następnie bez zmiany rękawiczek zabrać się za przygotowanie bułek – higiena przede wszystkim!), ale nie o to chodzi. Ludzie i piwo – to wygrało i wygrywać będzie jeszcze wiele razy. Dobra, to ogólne wrażenia już znacie, więc może teraz co nieco o szczegółach?

Hajery

Galeria Szyb Wilson to dość znana lokalizacja na Śląsku, głównie ze względu na licznie odbywające się tutaj eventy kulturalne i fajnie, że SBF właśnie tutaj się wydarzył. Miejsce i klimat zdecydowanie wygrywają w mojej opinii z Fabryką Porcelany, która gościła festiwal podczas ubiegłorocznej edycji. Dojazd komunikacją miejską odbył się bezproblemowo, a i powrót taxą do centrum nie kosztował fortuny. Sam Szyb Wilson to dwie duże hale, gdzie wszystkie browary mogły się elegancko rozstawić i kusić przybyłych tym, co aktualnie mieli na kranach i w butelkach. W tym miejscu trochę pomarudzę, bo niby wystawców więcej niż przed rokiem, ale kilku zabrakło, jak chociażby Artezana czy AleBrowaru. Tylko czy aby na pewno to tak całkiem źle? Nie do końca, bo i tak miałem problem, aby w trakcie obecności na dwóch dniach imprezy skosztować wszystkiego, na co miałem ochotę. Niemniej jednak liczę na poprawę podczas kolejnej edycji. A czy wspominałem już o fantastycznych ludziach? Bo to dzięki nim Silesia Beer Fest II był dla mnie tak niezwykle udany. W tym miejscu pozdrawiam ekipę Białej Małpy (dzięki za pomoc wszelaką, Panowie!), świętochłowickiego Redena (Marcin, mam nadzieję że odespałeś 😉 ), wesołych ziomków z Hajera (to nie przypadek, że Farorz lądował w moim kuflu aż trzy razy!), Andrzeja z Radugi (ja i tak wierzę, że Forbidden wróci do łask!), chłopaków z Brewklyna (chili do dzisiaj czuję i cmokam z zachwytu), zespół PiwoWarowni (jeszcze raz gratuluję wygranej!), Brokreacji, Ursy Maior, Kraftwerka i wesołych współblogerów Jerrego z Jerry Brewery oraz Tomasza z Piwnych Podróży. Mega brawa lecą dla Miłosza z Krakowa, który przemycił mi leżakowaną butelkę pierwszej warki Nafciarza Dukielskiego – dziękiiiiii! Szkoda tylko, że czasu było tak mało, ale nadrobimy, nadrobimy! Z kolei pierwszoplanowym bohaterem festiwalu było piwo. Piwo w ilościach niezmierzonych. Piwo w ilościach ogromnych. Piwo w ilościach nie do spożycia. W związku z powyższym trzeba było ograniczyć się do kilku pozycji, czego strasznie żałuję, bo wielu rzeczy po prostu nie udało się spróbować. W każdym razie tutaj też z pewnością nadrobimy, o! A kilka słów na temat tego, co udało się wypić znajdziecie poniżej. Oczywiście wrażenia te są mocno subiektywne i wpływ na nie miało wiele czynników, jak chociażby unoszący się zapach ciasteczek w drugiej hali. Tak, ciasteczek. Takich z kawałkami czekolady. I zapach ten mógł mylić. Mnie zmylił. Przy Jolly Rogerze leżakowanym w beczce po rumie, w którym ciągle te ciasteczka czułem. W każdym razie frajda z degustacji była, a o to w tym wszystkim chodzi, czyż nie? Na publiczne balsamowanie tatuaży moich i Pani Kapitan przez zacną ekipę Saela niechaj opadnie kurtyna milczenia (a dziewczyny z Saeli pozdrawiamy 😉 ).

Reden

Miało być krótko, miało być zwięźle, więc jak zwykle nie wyszło. Trudno, ale żadne słowo nie zostało rzucone na wiatr, bo o takich wydarzeniach, jak Silesia Beer Fest warto pisać i warto je promować. A ilość ludzi, jaka przewinęła się przez teren Galerii Szybu Wilson w ciągu tych trzech dni potwierdza, iż piwna rewolucja zatacza co raz szersze kręgi i powiększa grono swoich sympatyków. Dla mnie bomba, bo naprawdę szkoda życia na picie kiepskiego piwa. Do zobaczenia na kolejnej edycji, arghhhhhhh!

 

Brokreacja – The Fighter (Imperial IPA)

01 Fighter

Mocno chmielowe nuty w zapachu fajnie mieszały się z cytrusami i słodową podbudową. Wyczułem tez aromat ciasteczek, ale nie wiem, czy to nie ta druga hala? Gorycz w smaku grała pierwsze skrzypce i była wykręcona na dość wysokim poziomie. Dla mnie trochę za bardzo przykryła owocowość tego piwa. Jeśli taki był zamysł piwowara, to ja w to wchodzę (bo faktycznie gorycz po prostu nokautuje). 7/10

 

Kraftwerk – Joly Roger (Porter Bałtycki Rum BA)

02 Jolly Roger

W aromacie śliwki, czekolada i delikatne akordy rumu. Wyczułem też sporą ilość estrów i lekki alkohol. W smaku mogłoby być pełniejsze, ale te braki miło uzupełnił ponownie temat śliwkowo-czekoladowy. Piwo chyba nie do końca w stylu, bo ilość estrów była tutaj dość wysoka. W każdym razie piło się miło. 6.5/10

Trzech Kumpli – Native American (AIPA)

03 Native American

Wyraźne nuty chmielu w aromacie, a poza tym karmel i cytrusy. Kojarzy mi się trochę z Atakiem Chmielu. W smaku bardzo przyjemne, słodowo-chmielowe, z umiarkowanie wysoką goryczką. Bardzo poprawne i smaczne American IPA. 6/10

 

Reden On Tour – RIS

04 Reden RIS

Tutaj chłopaki mnie zaskoczyli, bo nie wiedziałem, że uwarzyli RISa. Fakt – jest to na specjalną okazję i dostęp do tego rarytasu dają wyłącznie na festiwalach, niemniej warto po to piwo sięgnąć. Zapach to lekkie estry, śliwka oraz kawa i gorzka czekolada. W smaku pełne, śliwkowo-orzechowe, z odrobiną przyjemnej kawy; trochę kwaskowe i słodkie z fajną goryczą w kontrze. Całkiem udany temat. 8/10

 

Piwne Podziemie – Gold Digga (West Coast IPA)

05 Gold Digga

Ten browar to dla mnie absolutny koniec i smutek jednocześnie, bo warzą piwa tak mało,  że nie starcza na butelki. Dlatego cieszę się, iż pojawili się na SBF! A samo piwo? W aromacie cytrusy, białe owoce i mango. W smaku wytrawne, owocowo-egzotyczne i przyjemnie goryczkowe. Właśnie tak wyobrażam sobie poprawne West Coast IPA. 8/10

 

Raduga – Kazek (APA)

06 Kazek

Tutaj nie ma się co rozwodzić – ultra-poprawna, bardzo smaczna APA. Po prostu pić, pić, pić 😀 7/10

 

Brewklyn – Cocoa Chili Wheat Stout

07 Brewklyn

To nie jest piwo dla każdego. I wcale nie przez zapachy gorzkiej czekolady, kawy i delikatnych nut paloności i chili (które nota bene bardzo fajnie ze sobą współgrają). Tutaj rozchodzi się o smak. Smak chili konkretnie. Mi ten temat pasuje bardzo, bo fajnie komponuje się z delikatną kwaskowością i akordami czerwonych owoców i kawy. Do tego dość pełne, jak na 15 BLG. Ciekawe i ekstremalne piwo. 7/10

 

Brokreacja – The Gravedigger (RIS)

08 he Gracedigger

Grabarz wygrywa rewelacyjnym wyglądem – jest smoliście czarny, z drobną, beżowa pianą. W aromacie dostajemy fajną paloność, gorzka czekoladę i suszoną śliwkę. Plus za nuty chmielu i bardzo lekki alkohol. W smaku niestety dla mnie jest już słabiej – mocno goryczkowo, lekko kwaskowo, z odrobiną czerwonych owoców i kawy. Trochę za mało słodkie, jak na RIS i za mało skomplikowane. 5.5/10

 

Hajer – Farorz (American Stout)

10 Farorz

Nigdy w życiu nie miałem do czynienia z tak pijalnym Stoutem. A do tego ten aromat! Konkretnie aromat mlecznej czekolady. Poza tym w smaku lekki karmel, trochę słodyczy (w sensie nie cukierki, a słodkość) i czerwonych owoców oraz kawy. Mogę to piwo pić hektolitrami. 9/10

 

Reden – Wielka Szycha (Bohemian Pilsner)

09 Wielka Szycha

Żelazna pozycja w katalogu Redena. Kto nie pił – przegrał życie 😉 Doskonały pils. 8/10

 

PiwoWarownia – Kawa i Papierosy (Smoked Coffee Tobacco Ale)

11 Kawa i Papierosy

Fajne aromaty estrowe mieszają się z delikatną kawą i tytoniem. W smaku bardzo pijalne, z przyjemnymi akcentami kawy i tytoniu oraz lekką owocowością. 7/10 i wygrana na SBF II w kategorii „Piwna premiera”

 

Piwowarownia – Chmielum Polelum (Imperial IPA)

12 Chmielum Polelum

Doskonałe aromaty cytrusów, białych owoców i egzotyki. W smaku pełne, intensywne, lekko słodkie i owocowe. Cascade na pierwszym planie. Takie Imperiale to ja lubię! 8/10

Dukla + Brokreacja – Nafciarz Dukielski (Whisky Rye Double Brown Porter)

Dukielski.jpeg

Jako niepoprawny amator szkockich i irlandzkich whisky, a szczególnie tych charakteryzujących się intensywnie torfowymi nutami z nieskrywaną ciekawością sięgnąłem ostatnio po Nafciarza Dukielskiego. Ten Whisky Rye Double Brown Porter powstał w kooperacji Browaru Dukla oraz Brokreacji. O ile Ci pierwsi jeszcze nie zdołali trafić w mój gust, tak ekipa Brokreacji kupiła mnie na zeszłorocznym Silesia Beer Feście doskonałymi etykietami i całkiem przyjemnymi piwami. Wychodzi więc, że na dwoje babka wróżyła, bo i różnie bywa z tymi kooperacjami. W tym przypadku kupiła mnie grafika oraz opis, widniejący na butelce. Dokładnie idzie on tak:

Nafaciarz Dukielski to piwo inspirowane wydobywaną od wielu lat, w rejonach Dukli, ropą naftową. Piwo o oleistej fakturze pochodzącej ze słodów żytnich i ciemnobrunatnej barwie nadanej przez czekoladowe i palone słody whisky. W smaku i aromacie nuty torfu i nafty przeplatają się z szlachetną ziołowością słodu East Kent Golding oraz charakterem brown portera.


Po tej króciutkiej lekturze nie mogłem przejść koło Nafciarza obojętnie, mając wobec niego jednocześnie bardzo wysokie oczekiwania. No to jak wyszła ta konfrontacja?

Z ciemnymi piwami mam tak, że ich wygląd przykuwa moją uwagę zdecydowanie bardziej, niż ich jaśniejsze odmiany i tak też było w tym przypadku. W sztucznym świetle ten Brown Porter wyszedł prawie jak ropa naftowa – czarny jak smoła, z delikatnymi, ciemnobrązowymi refleksami. Drobna i beżowa piana fajnie dopełniła całość, chociaż nie ukrywam – mogłaby troszkę lepiej „koronkować” na szkle. Nie to jest jednak istotą rzeczy. Istotne jest to, co dzieje się dalej, a wierzcie mi – dzieje się tutaj naprawdę wiele! Wyobraźcie sobie, że stoicie na polu naftowym, w towarzystwie składowanych nieopodal podkładów kolejowych. Słońce zdążyło już dość mocno nagrzać spękane drewno, z którego bardzo wyraźnie unosi się w powietrzu ten ich specyficzny zapach. Czujecie to? Bo w tym piwie takich nut nie brakuje! Parafrazując tytuł jednego z filmów braci Coen – to nie jest piwo dla słabych ludzi. Dołóżcie sobie do tego aromaty torfowe i akcenty dymne, podsypane gorzką czekoladą oraz przyjemną kawą i voila! Dla mnie to jest absolutne K. O. Co dzieje się dalej? Nafciarz Dukielski pomimo niezbyt wysokiego ekstraktu, ale dzięki zastosowaniu słodów żytnich ma przyjemną, oleistą fakturę. On naprawdę może kojarzyć się z ropą naftową w dobrym tego słowa znaczeniu. Nie brak mu też pełni w smaku. I tutaj kolejne, miłe zaskoczenie – to piwo jest delikatnie słodkie na początku, aby potem wybrzmieć ponownie nutami torfowymi i przyjemną, dość mocną goryczką. Wyczuwalna jest też czekolada, z odrobiną kwasowości w kontrze. Finisz Nafciarza też robi robotę, bo cały czas czułem się tak, jakbym siedział na tych podkładach kolejowych, nieopodal wspomnianego wyżej pola naftowego.

Muszę przyznać, że kompozycja piwna, jaką stworzyli piwowarzy z Dukli i Brokreacji jest dla mnie niezwykle udanym strzałem. Wszystko się tutaj zgadza i nie ma się nawet za bardzo do czego przyczepić (chociaż nie ukrywam, iż dość intensywnie szukałem jakichś wad). Nafciarz Dukielski zasługuje na pokłony w pas. Niemniej jednak trzeba pamiętać –  nie jest to trunek, jaki przypadnie do gustu wszystkim. Z pewnością jest on wymagający i dla amatorów piwnych wrażeń może być zbyt radykalny. Ja natomiast takie tematy uwielbiam i z czystym sercem daję 9/10