Chmielobrody On Tour – BroPub by Brokreacja

Będąc aktywnym muzykiem koncertowym (a w moim wypadku raczej muzykantem) trzeba często liczyć się z pewnymi drobnymi niedogodnościami. Oczywiście temat ten nie dotyczy tych u szczytu świecznika, ale mała kapela, pokroju np. J. D. Overdrive, w której autor niniejszego tekstu się udziela, często mierzy się z różnorakimi trudnościami. Jedną z nich są wczesne próby dźwięku. Wiecie, trzeba pojawić się rano na scenie, zagrać próbę, a potem kisić się w klubie lub okolicy do wieczora. Najbogatsi mogą wrócić sobie do hotelu, pójść na masaż albo do sauny. Maluczcy niestety ten czas muszą zagospodarować w inny sposób. I tak też było w miniony weekend, kiedy to soundcheck skończyliśmy przed drugą po południu, a na scenie mieliśmy pojawić się ponownie w okolicach 21:00. I co tu robić na krakowskim Kazimierzu przez tyle godzin? Na pewno trzeba coś zjeść! A skoro mieliśmy rzut beretem do Bropubu, czyli autorskiej knajpy browaru Brokreacja, tak też postanowiliśmy połączyć przyjemne z przyjemniejszym, a więc szamanko z kraftowym piwem.

Sam pub znajduje się w bramie jednej z krakowskich kamienic, ale na szczęście nie sposób tutaj nie trafić. Przy głównej ulicy wisi baner, a na chodniku stoi potykacz. Sama knajpa co prawda nie należy do największych, lecz nie sposób odmówić jej uroku. Świetnym pomysłem jest wypuszczone na wewnętrzny dziedziniec kamienicy patio, które działa również zimą. Ktoś mógłby pomyśleć, iż otoczone jedynie przezroczystym i cienkim tworzywem miejsce przy niskich temperaturach nie ma sensu, niemniej zastosowane w tym miejscu patenty grzewcze robią robotę (wiem, bo byłem 😉 ). Dodatkowo przed wejściem znalazło się jeszcze miejsce dla kilku leżaków, firmowego parasola, a w środku można przycupnąć przy kilku stolikach z krzesłami. Ze ścian spoglądają na nas znane z butelek postaci, autorstwa Filipa Kuźniarza, dodając temu miejscu niezbędnego charakteru.



Nudy nie ma również na kranach, których jest aż szesnaście. Jak na patronacką knajpę przystało większość pozycji to piwa z katalogu Brokreacji, ale oczywiście zdarzają się wyjątki na specjalne okazje. Tym razem jednak cała paleta piw należała do lokalsów. No chyba że ktoś miałby ochotę na coś mocniejszego, to wtedy proszę bardzo – wybór w tym zakresie był w mojej ocenie wystarczający. Nim okiełznałem szamę postanowiłem uzupełnić elektrolity dużą szklanką przygotowanego na katowicki Tattoo Konwent Devil Inka. Piwo okazało się nad wyraz przyjemną Session Red IPĄ, z odpowiednim charakterem, goryczką i cytrusami w aromacie. Karmel nie dominował, co wpisuję na zdecydowany plus. Ot przyjemne piwo do sączenia w gronie znajomych bez zobowiązań.

Devil Ink

Piwo piwem, ale przyszliśmy przecież coś zjeść. Wybór paszy być może nie położył nas na kolana, ale dla tego typu przybytków jest on wystarczający. W karcie znajdują się cztery burgery, trzy quesadille, zapiekane ziemniaczki, krążki cebulowe, frytki z batatów oraz krewetki tygrysie. Tyle i aż tyle. Chwila zastanowienia i za chwilę na stole przede mną pojawił się The Miner Burger, czyli 150 gram soczyście wysmażonej wołowiny, zamkniętej w czarnej bule z dodatkami, wśród których peklowany burak i czerwona cebulka zrobiły mi dzień. OK, co prawda bułka była nieco zbyt przesuszona, ale wspomniane wcześniej buraki i cebulka w towarzystwie sosu abado pozwoliły przymknąć oko na ten drobiazg. Burger został podany z dwoma pysznymi sosami oraz z ziemniaczkami, opiekanymi w papryce. I to wszystko za jedyne 25 zł.  Szkoda jedynie, że obsługa nie pyta o stopień wysmażenia mięsa, bo jednak fajnie jest mieć wybór. No i nie każdy lubi wołowinę wysmażoną w stopniu medium. Całościowo jest jednak dobrze z plusem i zapewne ponownie sięgnąłbym po tego samego burgera gdyby nie fakt, iż Bropub planuje go wycofać. Szkoda, ale ponoć czarna buła w Krakowie nie jest chodliwym tematem. Aczkolwiek ekipa siedząca obok nas zamówiła kilka sztuk tego cuda, więc może załoga zmieni decyzję? Zobaczymy.

I w zasadzie w tym miejscu mógłbym przejść do podsumowania, ale do mojego szkła powędrowały jeszcze dwie pozycje z katalogu Brokreacji. Pierwszą z nich był premierowy Polskoe Shampanskoye, czyli Imperial New England Grodziskie, uwarzone w kooperacji z rosyjskim browarem Victory Art Brew. Piwo niezwykle rześkie, przyjemnie owocowe i całkiem fajnie podwędzone. Co prawda wędzonki życzyłbym sobie więcej, ale pełnia tego trunku, jego faktura i smak wynagradzały ten mały ubytek. Butelka ponoć lepsza, co zamierzam oczywiście sprawdzić. Na koniec zmierzyłem się z tegoroczną edycją Battle Mastera – Barley Wine’em, leżakowanym z płatkami dębowymi, macerowanymi w Bourbonie. Piwo wyszło bardzo przyzwoicie, ale będąc pochłoniętym rozmową z „bdb” kolegami z kapeli zwyczajnie za słabo się nad nim skupiłem, aby móc je obiektywnie ocenić. Wiem że z pewnością mi smakowało, a na zbliżającym się WFP uzupełnię wiedzę na jego temat.

Polskoe Shampanskoye

 

Battle Master 2018

Bropub to miejsce idealne na luźne spotkania ze znajomymi przy szklance dobrego piwa. Knajpa ma swój charakter, co w połączeniu z niezłą kuchnią i całkiem atrakcyjną okolicą w postaci krakowskiego Kazimierza czyni ten multitap lokalizacją „must-visit” na mapie małopolskich pubów. I dołóżcie do tego wszystkiego możliwość oglądania na ogromnym ekranie różnorakich zmagań sportowych. Fajnie? No dla mnie nawet bardzo. Polecam tego allegrowicza!



Reklamy

Chmielobrody poleca – odc. 16

Nie wiem, jak Wy, ale ja czasem lubię wracać do piw sprawdzonych. Jednym zdaniem – nie należę do tej grupy beer geeków, którzy nigdy nie powtarzają tego samego piwa. Dlatego też w dzisiejszym odcinku rzut oka na to, co dobrego dzieje się u moich starych znajomych. Na mój stół powędrowały piwa z browarów:

Raduga
Brokreacja
Kingpin

Chmielobrody poleca – odc. 7

Polecanie dobrych piw to nie rurki z kremem. Czasami człowiek musi się nieźle namyśleć, co by nie zawieść tych, którzy na to liczą (a mam nadzieję, że trochę Was tu jest). Dlatego też z tygodniową obsuwą po raz siódmy odpowiadam na pytanie „co ja mam pić, żeby było dobrze?”.

W dzisiejszym odcinku wystąpią piwa od ekip:

Browar Absztyfikant
Stone Brewing

Brokreacja

 

Siódmy Warszawski Festiwal Piwa – przegląd skrócony.

Warszawski Festiwal Piwa, jak żaden inny, jest ogromnym wyzwaniem dla każdego beer geeka. Zwyczajnie nie ma szans skosztować wszystkiego, na co mamy ochotę, bo po pierwsze brakuje czasu, po drugie szkoda wątroby, po trzecie brakuje czasu i po czwarte szkoda dnia kolejnego (if you know, what I mean 😉 ). I wiem, co mówię, bo kiedy osobiście wynotowywałem sobie pozycje „must-drink” na koniec podsumowując całość, to zwyczajnie złapałem się za głowę z myślą „to się, ku**a, nie może udać”. A umówmy się, że poza listą „must-drink” były inne pozycje, godne mojej uwagi. Cóż, nie było jednak wyjścia i musiałem stoczyć tę nierówną i skazaną na porażkę walkę. Poniżej kilka wybranych tematów, w trakcie degustacji których miałem chwilę na strzelenie zdjęcia i zanotowanie sobie czegokolwiek. A wierzcie mi, że wśród tylu znajomych nie było to łatwe. No to jedziemy. Kolejność przypadkowa

Birbant – Jules (Double Robust Porter)

Pierwsze co przykuwa tutaj uwagę, to przyjemna słodowość i fajne akcenty palone. W tle kołacze się delikatny zapach kawy. W smaku kawa też została przyjemnie zaznaczona, aczkolwiek finalnie miałem wrażenie delikatnej wodnistości całego trunku. Jules jest raczej wytrawny w odbiorze, z dobrze zaznaczoną, acz niewysoką goryczką. Szału może nie ma, ale nie powiem, żeby mi się to piwo źle degustowało. 6/10

 

Browar Alternatywa – 7#1 (Wędzony Koźlak Pszeniczny)

Alternatywa co prawda potrzebowała chwili czasu, aby wejść na dobre tory, ale to piwo finalnie potwierdza, że ta śląska ekipa na tych torach już dość solidnie się rozpędziła. 7#1 bowiem raczy nas fantastycznym aromatem bananów, goździków, rodzynek i subtelnym akcentem chlebowym. Po kilku łykach jest jeszcze lepiej. Fajna gładkość trunku, z zaznaczoną słodowością i typowymi akcentami weizenowymi świetnie komponuje się z niską goryczką i niewysokim wysyceniem. Tylko tematów wędzonych trochę brakuje. Pomimo tego jest to naprawdę udane piwo. 7.5/10

 

Browar Brovca – Geronimo (West Coast IPA)

WFP to także możliwość spróbowania piwa od ekip, z jakimi wcześniej nie miałem do czynienia. I takim piwem zostało Geronimo. Przewodnim tematem w tym trunku zdecydowanie był Mosaic. Mnie takie podejście pasuje, bo akurat jest to jeden z moich ulubionych chmieli. Tutaj pod postacią nafty mocno zdominował zapach, dając na szczęście dojść do głosu także cytrusom. Z kolei w smaku to już typowy West Coast – wytrawnym, gorzki, owocowy. Mały minus za pojawiającą się po kilku łykach cebulkę, ale to akurat drobiazg, zupełnie nie odbierający radości z degustacji. 7/10

 

Browar Rockmill + Browar Deer Bear – Hazy Dreamer (New England Style Sour IPA)

Co się stanie, kiedy weźmiesz załogę doskonale umiejącą w piwa kwaśnie i połączysz ją z ekipą, wykręcającą jedne z najlepszych IPA w tym kraju? Można się tego dowiedzieć sięgając właśnie po Hazy Dreamera. Ten mariaż stylów raczy nas niesamowicie owocowym aromatem, z mocno podkreślonymi akordami chmielowymi. Od razu też czuć, iż jest to piwo kwaśne. W smaku mega wyraźne cytrusy świetnie komponują się z przyjemną kwasowością trunku. I w tym miejscu także rewelacyjnie można wyczuć chmiel. Doskonale orzeźwiające piwo, ze świetnym balansem między kwasem, a tematami owocowymi. 8.5/10

 

Browar Golem – Sour Shower (Lite Sour Rye Milk Hoppy Ale)

Albo kiedy przychodzisz na drugi dzień festiwalu piwa, czując w głowie pozostałości po minionej nocy i sięgasz po Sour Shower. Tak, to jest właśnie ten moment i idealny starter dnia kolejnego. Uśmiech na ustach maluje zapach przyjemnych, białych i cytrusowych owoców, z zaznaczoną, subtelną mlecznością. Po kilku łykach robi się jeszcze bardziej błogo. Jest kwaśno, jest lekko, jest agrest, jest biała porzeczka. Żyć, nie umierać. 8.5/10

 

Beer Bros. – Zyrardomyces (Sour Wild Ale)

Jest taki człowiek, nazwany imieniem Henry, który zwariował na punkcie drożdży. I teraz jeździ tu i tam, starając się pozyskać najbardziej wykręcone szczepy tych jednokomórkowych grzybów, przy okazji ubogacając tym samym nasz lokalny kraft. Efektem współpracy Henrego i ekipy Beer Bros. jest właśnie piwo Zyrardomyces, fermentowane drożdżami, pobranymi ze ścian browaru. A jaki jest efekt finalny. Oj jest dziko. W aromacie końska derka wjeżdża na pełnej petardzie, świetnie wtórując czerwonym owocom. Dziko, owocowo i kwaśnie jest także w smaku. Zyrardomyces dodatkowo posiada w mojej opinii bardzo fajną szorstkość, rewelacyjnie komponującą się z przyjemną goryczką tego piwa. Świetny pomysł, jeszcze lepsze wykonanie. 8/10

 

Brokreacja – Battle Master (Wee Heavy)

Jakoś nigdy nie miałem okazji trafić na przedstawiciela stylu Wee Heavy, który ujął by mnie za serce. Dlatego do nowego pomysłu Brokreacji, będącego finalnym efektem Krakowskich Bitew Piwowarów Domowych, podchodziłem ze sporą dozą sceptycyzmu. I chyba niesłusznie, bo już w aromacie można się zauroczyć. O ile lubi się tematy toffi, melanoidyny i głęboką słodowość oczywiście. Smak też jest pełen powyższych akcentów, a uzupełniony o odczucie niesamowitej głębi i gładkości pozwala na kiwanie głową z aprobatą. Tylko ten alkohol jeszcze nie do końca ułożony nieco przeszkadza. Czas z pewnością będzie sprzymierzeńcem tego wojownika. A tymczasem i w tym stanie mocne 6.5/10

 

Brokreacja – Kamikaze Kiwi (Fruit Gose)

Są takie piwa, które nie muszą zrywać papy z dachu, a które po prostu fajnie się pije. I takim piwem jest właśnie Kamikaze Kiwi. Jeśli ktoś z Was kiedykolwiek miał okazję wąchać pulpę z kiwi, to z pewnością sięgając po ten trunek będzie miał dokładnie takie skojarzenie. Zarówno w smaku, jak i w aromacie. I jest to skojarzenie z gatunku tych zdecydowanie przyjemnych. Poza tym jest lekko słodkie, subtelnie kwaśne, z odpowiednim poziomem słoności. Czego chcieć więcej? No mnie pasuje. 7/10

 

Browar Szpunt – Spectrum BA (RIS Bourbon BA)

Tutaj będzie krótko. Jest cios, jest kokos z odrobiną wanilii, są czerwone owoce, jest lekka paloność i czekolada. Już po pierwszym łyku czuć niesamowitą głębie oraz gładkość tego piwa. Do tego wszechobecna beczka i unoszący się wokół duch Bourbonu. OK, ktoś może powiedzieć że czuć alkohol, ale jest to alkohol typowo z destylatu i fajnie się tutaj komponuje. Chłopaki dali radę i jeszcze bardziej podkręcili swój, skąd inąd rewelacyjny Russian Imperial Stout. 9/10

 

Browar Szpunt – Mangonel (Mango Wheat IPA)

Mango to jeden z tych owoców, które zwyczajnie mi się nie nudzą. Czy to w jogurcie, czy to świeże, czy to w piwie. Wszystko jedno. I o ile nie zawsze mango zagra w piwie jak trzeba, tak w tej propozycji Browaru Szpunt dało ono popisowy koncert. Zapach tego owocu po prostu zachwyca. Do tego czuć wyraźnie mosaicowa naftę oraz lekką gumę balonową. No miód malina! Smak to też popisówa na miarę Eddiego Van Halena. Jest owocowo, dość wytrawnie i niezwykle gładko. Osobiście mógłbym to piwo pić wiadrami. 8/10

 

Browar Raduga – 34° BLG Russian Imperial Stout

Kiedy w zeszłym roku Andrzej Kiryziuk zaskoczył wszystkich RIS’em 28° BLG nie myślałem, że minie niecały rok, aby ponownie podniósł on poprzeczkę. I to nie o 2 czy 3 punkty, lecz aż o 6 pozycji! Szaleństwo! Ale w tym szaleństwie jest metoda. Ten RIS to jedno z potężniejszych piw, jakie piłem. Znajdziemy tutaj nuty czekolady, kawy, świeżo gniecionego ciasta drożdżowego, ciasteczek i subtelnego alkoholu likierowego. Po pierwszym łyku także czuć, że to nie spacer po leśnej polanie. Niezwykle gęsta i gładka ciecz przyjemnie osadza się na podniebieniu, uwalniając smak słodko-gorzkiej czekolady i kawy. Co prawda alkohol na tym polu jest jeszcze zbyt wyraźny, ale bardzo nie przeszkadza. Umówmy się – to na razie pierwszy występ tego mocarza i pewnie Andrzej jeszcze go trochę w tanku potrzyma. Na ten moment 8.5/10

 

Browar Łańcut – Zawisza Czarny (RIS Bourbon BA)

Skoro już przy RIS’ach jesteśmy, to nie sposób było ominąć Zawiszę Czarnego. Miałem okazję próbować tego piwa na wielu jego etapach i z każdym kolejnym podejściem było co raz lepiej. Jednakowoż to, co wydarzyło się na WFP to jest jakiś kosmos! Tutaj po prostu nie ma się do czego przyczepić. Jeśli są jakieś wyznaczniki, które mogą definiować idealnego RIS’a, leżakowanego w beczce po Bourbonie (czy też gwoli ścisłości po Tennessee Whiskey), to Zawisza ma je wszystkie. Kropka. W tej niepozornej buteleczce zamknięto po prostu esencję tematu – aromaty beczkowe, kokos, wanilię, czekoladę, kawę, czerwone owoce, solidną gorycz, niezwykłą pełnię i fantastyczną fakturę. I do tego jak to zostało wydane. Panie i Panowie, czapki z głów, bo obok Samca Alfa to dla mnie najlepszy, polski RIS po beczce. 10/10

 

Wybornych piw, spróbowanych w ciągu tych kilku dni było oczywiście o wiele, wiele więcej. Można w tym miejscu wspomnieć chociażby genialnego Double Dybuka z Browaru Golem albo świetnego, brokreacyjnego Naficarza Dukielskiego, leżakowanego w beczce po 10-letniej whisky. Kolejne pozycje, które wspominam nad wyraz przyjemnie, to 1#4, czyli Ryżowa IPA autorstwa Browaru Alternatywa oraz dzikusy z Browaru Jana. Świetnie wypadł Baran z Jajem, ReCraftowy FES z beczki  po whisky czy też absolutnie nokautujący Porter Urodzinowy z Browaru Widawa. I w sumie mógłbym wymieniać tak jeszcze przez kilka linijek, ale nie w tym rzecz. Ważne jest to, iż forma polskiego kraftu zwyczajnie ma się całkiem nieźle, bo słabe piwa, jakie wpadły w moje łapy można policzyć na palcach jednej ręki. Osobiście mam wrażenie, że powoli pukamy już do drzwi najlepszych na tym łez padole. A może już je przekroczyliśmy?

Chmielobrody On Tour – rejs po Małopolsce

Część 2 – The Blogger

Już niebawem, w listopadzie, podczas Poznańskich Targów Piwnych 2017 światło dzienne ujrzy uwarzone wspólnie przez krakowską Brokreację oraz brać blogerską piwo w stylu Ultra Islay Whisky Barrel Aged Salty Kiwi & Cocoa West Coast White Bitter. I wiecie, co robi to piwo? Ono odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa! To jest piwo na skalę naszych możliwości. I wiecie, co my robimy tym piwem? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie – mówimy – to nasze, przez nas uwarzone i to nie jest nasze ostatnie słowo!

Tak w skrócie przedstawia się tegoroczna idea akcji The Blogger. I w ślad za zeszłoroczną praktyką również i tego roku wybraliśmy się całą ekipą do szczyrzyckiego browaru Gryf, aby, powiedzmy sobie szczerze, trochę poimprezować i trochę popracować. Z tą pracą nie żartuję, bo w końcu całe zamieszanie zaczęliśmy od przerzucania zawartości worków ze słodem do śrutownika. I nie tylko Panowie garnęli się żwawo do śrutowania – Panie równie chętnie próbowały swoich sił przy dźwiganiu 25 kilogramowych ciężarów.

Po tej porannej siłowni przyszła pora na śniadanie. Warto tutaj zaznaczyć, iż warzenie piwa to nie rurki z kremem. Wyjazd do browaru zaordynowano na 7:30, aby punktualnie o 9:00 rozpocząć zabawę. W związku z tym śniadanie ekipie jak najbardziej się należało. W tym miejscu z pomocą przyszła ekipa Brokreacji, rozstawiając swój uroczy rollbar z podpiętymi doń dwiema pozycjami – The Nurse (Hefeweizen) oraz The Cop (American Pils). Osobiście lepszego poranka nie mogłem sobie wyobrazić. Pełne słońce, przyjemny cień, leżaczki i kieliszek wypełniony przepyszną, brokreacyjną pszenicą na przemian z ultra rześkim The Copem. W takich okolicznościach równie doskonale się rozmawiało.

Po tych krótkich przyjemnościach przyszła pora na wycieczkę po browarze. Co prawda już w zeszłym roku miałem okazję zwiedzić zakamarki Gryfa, ale było tak przednio, że powtórka z rozrywki malowała szeroki uśmiech na mojej twarzy. Mateusz Górski (właściciel i piwowar Brokreacji) ponownie wcielił się w rolę przewodnika, opowiadając m. in. o procesie warzenia, idei posiadania jednego z nowocześniejszych laboratoriów w polskich browarach oraz o tym, cóż ciekawego leżakuje w tankach, czekając na swoją kolej. I to właśnie leżakownia zrobiła na mnie największe wrażenie. Rozmieszczenie tak ogromnej liczby tanków na tak niewielkiej przestrzeni zwyczajnie przyprawiało o zawrót głowy. No i możliwość spróbowania piwa prosto z tanku też ponownie okazało się nie lada gratką. Największą impresję na mnie wywarł ledwo kilku miesięczny Porter Bałtycki Deep Dark Sea (kolejna, świeża warka). Już w tej formie prezentował doskonałą czekoladowość i subtelną nutę pralin. O alkoholu nie wspominam, bo jest go na tym etapie niewiele, więc czas spokojnie pokona tego jegomościa z palcem… we wskazówkach? W każdym razie ja już teraz czekam z wypiekami na twarzy na premierę tego cuda.

Po tych rewelacjach przyszła pora na spacerek do położonego kilkadziesiąt metrów dalej browaru restauracyjnego Marysia, gdzie czekał na nas pożywny obiad oraz druga część wycieczki. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że Marysia w stosunku do zeszłego roku zwiększyła wybicie na warzelni oraz swoje możliwości leżakowe. Oglądając zawieszki na tankach w tym miejscu i mając w pamięci te z większego browaru od razu można pomyśleć „o Panie, to kto tutaj jeszcze nie warzy”? Serio, ilość kontraktów, obsługiwanych przez te dwa browary robi wrażenie.

Można by pomyśleć, że tych atrakcji to aż nadto, ale nie na tym etapie. Ekipa Brokreacji zaprosiła na miejsce zaprzyjaźnionych cydrowników ze Smykana. Dzięki temu mieliśmy okazję skosztować rewelacyjnych cydrów, przewyższających totalnie swoją jakością i smakiem jabłkowe popłuczyny, oferowane przez te firmy, jakie są szerzej znane w świadomości przysłowiowego Kowalskiego. I tak do kieliszków wjechała m. in. Grochówka z dwóch roczników (2015 i 2016), Stary Sad czy też mój absolutny faworyt, czyli Cuvee Garage. Na cydrach być może się nie znam, ale mogę powiedzieć, że zwyczajnie zerwało mi papę z dachu i z pewnością nie raz sięgnę po produkty tej załogi.

Po cydrowych rewelacjach czekała nas z kolei degustacja brokreacyjnych sztosów . Wystartowaliśmy od Nafciarza Dukielskiego z drugiej warki, aby swobodnie przejść do wersji imperialnej tegoż Pana oraz do wersji imperialnej, leżakowanej w beczce po Laphroaig. Co prawda miałem już okazję prowadzić panel porównawczy tych piw (KLIK!!), ale powiem ponownie – JA PIER… NICZĘ. Testowane następnie dwa dymione RISy – Certain Death i Buried Alive – były przysłowiową wisienką na torcie. Ludzie, jak traficie na te piwa, to się nie zastanawiajcie, tylko kupujcie na potęgę, pijcie i cieszcie się życiem.

Swoją drogą chłopaki temat dobrze przemyśleli, pojąc nas takimi cymesami, bo „najlepszą” atrakcję zostawili na koniec. Mam tu na myśli 215 kilogramową beczkę, wypełnioną pulpą z kiwi, jaką mieliśmy dodać na whirlpool. W międzyczasie szybkie chmielenie i już mogliśmy wnosić wiadra, wypełnione owocowymi specjałami na pięterko. A sprawa nie była prosta, bo przelać te 215 kilogramów niewielką chochelką zajęło trochę czasu. Nie ma jednak tego złego, bo obsługa w/w chochli okazała się doskonałym ćwiczeniem na barki. Do dzisiaj mam zakwasy.

Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i tak niemal cały dzień zleciał jak z bicza strzelił. Szybkie pakowanie rollbaru, turlanie Jerrego w beczce po kiwi (sam się prosił), osuszanie resztek z kieliszków i już mogliśmy się pakować do busa, który miał odwieźć nas do Krakowa na Pinta Party 2017. A co tam się wydarzyło, to już jest temat na kolejną historię.

CDN…

ZOBACZ PEŁNĄ FOTORELACJĘ!

Beer Week Festival 2017 – ludzie, piwo i śmiech

Kraków to jedno z tych miast, do których wracam zawsze z szerokim uśmiechem na gębie. Wiecie – odjechany rynek, smok wawelski, fajne knajpki i dobre żarcie. Więc kiedy dowiedziałem się, że w grodzie Kraka trzecia edycja Beer Week Festivalu jest organizowana w terminie, jaki w końcu mi pasuje, tak też z nieskrywaną przyjemnością zabookowałem sobie tę datę w kalendarzu. Radości nie było końca, gdyż dodatkowo Jurek aka Jerry Brewery, odpowiedzialny za organizację mediów i sceny festu, poprosił mnie o poprowadzenie jednego z wykładów. No tyle wygrać! Zwarty i gotowy, z prezentacją na pendrive’ie oraz z konspektem wykładu w kieszeni ruszyłem w piątek na drugi dzień tego beer-geekowego święta.

Tegoroczny Beer Week Festival umiejscowił się na stadionie Cracovii. Biorąc pod uwagę bliskość wszelkiej maści ciągów komunikacyjnych wybór okazał się strzałem w dziesiątkę. Dodatkowo stadion ów został pod ten event solidnie przygotowany. Część wystawców zakotwiczyła pod dachem, z przewiewnymi kratami zamiast betonowych ścian, część przed tymi, stalowymi konstrukcjami, a część w strefie relaksu, gdzie dodatkowo znalazły się food trucki i masa wygodnych leżaków. Dostępna dla gości trybuna z widokiem na murawę, wzorem Warsaw Beer Festivalu, idealnie dopełniła całości. Ok, być może mógłbym się w tym miejscu doczepić małej liczby koszy na śmieci czy sceny umiejscowionej „pod chmurką”, która utrudniała wyświetlanie w pełnym słońcu slajdów lub nie zapewniała ochrony przed ewentualnym deszczem (czego osobiście doświadczyłem, ale o tym za chwilę), ale hej – to są takie drobiazgi, na jakie można przymknąć oko.


Ponadto organizatorzy zadbali o to, aby zebrana gawiedź zbytnio się nie nudziła. Zaplanowano szereg wykładów, paneli dyskusyjnych czy w końcu kino letnie, w trakcie którego z piwerkiem w dłoni można było zobaczyć takie filmy, jak „Sztos” Olafa Lubaszenki czy „Rolling Stones w blasku świateł” Martina Scorsese. Dodatkowo kilka razy dziennie na scenie pojawiał się Jerry, przedstawiając ekipy poszczególnych browarów, które jednocześnie mogły pochwalić się tym, co aktualnie mają na kranach.

Ja osobiście na terenie stadionu Cracovii pojawiłem się w piątek po 19tej. Mając na uwadze swój wykład, jaki miałem poprowadzić tego dnia o 21:00, niespiesznie przemierzałem teren festiwalu, zbijając piątki ze znajomkami, bez zawrotnego tempa degustacji (all hail to 10 cl whisky glass!). Na moje nieszczęście, punktualnie o dziewiątej zaczął padać deszcz. Kwadrans później, bez ani jednej kropli, spadającej z nieba udało się jednakowoż stanąć na scenie, odpalić prezentację i wystartować z moimi opowieściami o szkle do piwa. Po kolejnych 15 minutach aura stwierdziła, iż ma dość mojego pieprzenia o tej godzinie i przegoniła wszystkich pod dach. I na nic się zdała przewaga zmroku i idealnie ostry, wyraźny obraz mojej prezentacji, rzucany na festiwalowy ekran. Deszcz zwyczajnie przesunął mój wykład na sobotnie popołudnie, tym samym odbierając mi handicap idealnego oświetlenia sceny. A w zasadzie jego braku. Na szczęście drugie podejście odbyło się bez większych zakłóceń (wyłączając z tego kręgu szalejącego Power Pointa i nikłej jakości, czy też jasności wyświetlany obraz).

Po wykładzie mogłem złapać chwilę oddechu i ugasić pragnienie. Nie trwało to jednak długo, gdyż już o 16:30 mieliśmy wystartować z zaplanowaną batalią trzech wersji Nafciarza Dukielskiego – standardowej, imperialnej oraz imperialnej, leżakowanej w beczce po whisky Laphroaig. Szybkie przygotowanie sali w sky barze, z pięknym widokiem na murawę, test sprzętu i zgodnie z planem w towarzystwie Miłosza (z blogu Miłosz – wink, wink), Grzegorza z blogu Smakosz Grzegorz oraz Kacpra z Piwnej Zwrotnicy poczęliśmy mlaskać i cmokać nad szkłem, wypełnionym torfowymi tematami. Całości przyglądał się Mateusz Górski (piwowar i właściciel Brokreacji), wraz z Jurkiem, który tym razem stanął po drugiej stronie blogerskiej barykady. Jak wyszło? Sami rzućcie okiem na fejsa, gdzie pełny live stream jest dostępny:

LIVE STREAM – KLIK!

Kolejną godzinę spędziłem z aparatem w ręku, śmigając po całym festiwalu i cykając foty. Powiem Wam tak – byłem już na kilku tego typu imprezach i jeszcze żadna nie była tak pełna uśmiechniętych i pozytywnych ludzi. Czy wpływ miała na to pogoda, czy dobre piwo, czy może świetna organizacja, czy obecność blisko 40 wystawców, czy po prostu obecna faza księżyca? Wszystko jedno – na tej edycji Beer Week Festivalu po prostu chciało się być i żal ściskał serducho, kiedy przed północą trzeba było zwinąć się do domu.

Niezliczona ilość rozmów, przybitych piątek, spróbowanych piw, poznanych ludzi i przede wszystkim uśmiechów stawia Beer Week Festival w mojej ocenie w czołówce piwnych eventów w Polsce. Ci, których zabrakło mają czego żałować i mam nadzieję, iż pojawią się na przyszłorocznej edycji. Słowa te kieruję w szczególności do browarów – m. in. Trzech Kumpli i Radugi 😉 Ja jestem w pełni ukontentowany i zadowolony. I oby kolejna edycja także trafiła w gusta mojego wybrednego kalendarza.

PS
A o tym, czego próbowałem dowiecie się tradycyjnie z kolejnego wpisu.

PPS
Łapcie pełną galerię z Beer Week Festival 2017 TUTAJ!

Wywody Chmielobrodego – cz. 4

The Blogger 2017, czyli o co całe „halo”?

Dzisiaj będzie krótko. A przynajmniej taki jest zamysł. No bo ileż można napisać o tym, czym jest brokreacyjny „The Blogger 2017”? Chyba niewiele. Tylko czy aby na pewno? Ale od początku, bo przecież nie wszyscy muszą orientować się w temacie, prawda?

W zeszłym roku niejaki Jurek Gibadło aka. Jerry Brewery podczas wychylania kolejnych szklanek na premierze piwa Ale Cocones (kooperacja Alebrowaru i Artezana – przyp. aut.) przekonał piwowara i właściciela browaru Brokreacja – Mateusza Górskiego – do pewnego konceptu. W skrócie: uwarzmy odjechane piwerko wraz z innymi blogerami, nazwijmy je The Blogger i machnijmy premierę tegoż na Poznańskich Targach Piwnych Anno Domini 2016. Jak pomyśleli, tak zrobili (a relację z samego warzenia znajdziecie tutaj -> KLIK!). Oczywiście styl, w jakim uwarzono zeszłorocznego „blogera” musiał być odjechany, co też zostało potwierdzone w nazwie: Cherry Smoked Pepper Rye Wood Aged Strong Ale. Samo piwo okazało się dość ciekawe, ale jednak całe środowisko jak jeden mąż krzyknęło „tutaj powinno dziać się o wiele więcej!”. Jerry z Mateo sporządzili notatki i obiecali wrócić do tematu w roku 2017.

I tak w zeszłym miesiącu główny autor zamieszania na niezwykle tajnej grupie na fejsie zamieścił post, informujący o starcie projektu The Blogger 2017. W ubiegłym roku głosowanie na styl odbywało się poprzez wybieranie poszczególnych składników piwa przez blogerów i ich czytelników. Skoro jednak całość miała pójść o krok naprzód, tak też trzeba było tę formułę nieco zmienić. W sukurs przyszedł Łukasz Matusik z blogu piwolucja.pl, a konkretnie jego generator stylów piwnych w wersji hardcore (http://piwolucja.pl/generator). I nie żeby autor tego narzędzia sam siebie zaproponował. Ot jeden z blogerów (Mateusz Wata) dla zgrywy rzucił ideą, aby styl wylosować właśnie z pomocą piwolucyjnego generatora. Jerry załapał temat i dzień później zaproponował go reszcie. Większość była za, a więc poszło. Szybkie losowanie „on-line” 12 stylów oraz sprawdzenie możliwości ich uwarzenia przez Mateo i tak oto stanęliśmy przed następującym wyborem:

1) ULTRA SENCHA & HAZELNUT AMERICAN DUNKELWEIZEN
2) ULTRA LAVENDER & ESPRESSO NEW ZEALAND RED ALE
3) ULTRA BOURBON BARREL AGED WILD MOLASSES & CHOCOLATE EAST COAST RED ALE
4) QUAD BAY LEAF & WALNUT POLISH BLACK WEIZEN
5) TRIPLE TABASCO BARREL AGED SWEET WURST RYE POLISH DUNKELWEIZEN
6) DOUBLE ORANGE PEEL & HAZELNUT TURBO WEST COAST RED MARZEN
7) QUAD SORREL & COFFEE WEST COAST DARK OLD ALE
8) TRIPLE SWEET CRANBERRY & WALNUT AUSTRALIAN DARK BERLINER WEISSE
9) ULTRA ISLAY WHISKY BARREL AGED SALTY KIWI & COCOA WEST COAST WHITE BITTER
10) DOUBLE BARREL AGED SORREL RYE AUSTRALIAN RED MILK STOUT

Trochę odjechaliśmy, prawda? No i w tym miejscu zaczęły się schody. Najpierw pojawiło się jęczenie części towarzystwa, że oni swojego głosu nie oddadzą, dopóki każdy z podanych stylów nie zostanie dokładnie opisany. „Przecież ja muszę wiedzieć, czego się po piwie spodziewać, jak je oceniać i czy aby na pewno mi smakuje!”. W tym miejscu rozumiem, że bez arkusza BJCP naprawdę ciężko stwierdzić, czy piwo jest dobre czy nie jest, tak? Pomijam fakt, iż grono tych marud przy wyborze pomysłu na losowanie stylu nawet słowa sprzeciwu nie wypowiedziała, o zaproponowaniu innego rozwiązania nie wspominając. Cóż – najlepiej zagrać typowego Janusza, ręką nie ruszyć, ale nawrzucać innym, bo ja się przecież znam, mam certyfikaty, kursy i ja Wam jeszcze pokażę.

Kiedy już wybór padł na uwarzenie ULTRA ISLAY WHISKY BARREL AGED SALTY KIWI & COCOA WEST COAST WHITE BITTERA pojawiły się głosy innych, twierdzących że „jak to może być, że to już jest nienormalne, dokąd to ten kraft zmierza i zara bedo robić takie pijwa, co to ich normalny człowiek nie tknie”. W tym miejscu chciałbym i jednym, i drugim odpowiedzieć:

Po pierwsze – robimy takie, a nie inne piwo i mamy na to taki, a nie inny pomysł… bo możemy! W końcu o to chodzi w krafcie, aby się nie ograniczać. Proces tworzenia piwa, jak sama nazwa na to wskazuje, powinien być twórczy i nie odrzucający tych nawet najbardziej szalonych pomysłów.

Po drugie – „why so serious”? Przecież nikt tym piwem nie otwiera oczu niedowiarkom. Nie mówimy: „patrzcie, to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo! I nikt nie ma prawa się przyczepić.” Chociaż w zasadzie właśnie dokładnie to mówimy, ale robimy to z przymrużeniem oka i w formie dobrej zabawy. Chcesz się przyczepić – spoko, nie ma problemu, ale niech Twoje argumenty nie będą inwalidą. Pogadajmy rzeczowo, a nie róbmy z tego hurr, durr wielkiego problemu.

I w końcu po trzecie – nikt, nikogo do niczego nie zmusza. Nie chcesz, to nie bierz udziału w tym zamieszaniu. Nie masz ochoty, to nie planuj zakupu The Bloggera 2017. Nie przyjeżdżaj na Beer Blog Day 2017, ale nie psuj tej zabawy innym. Proste? No proste jak droga na Ostrołękę.

Natomiast nie ma też co popadać w skrajności. The Blogger 2017 nie będzie piwem, wytyczającym nowe trendy. Nie będzie to produkt rewolucyjny, przewracający polski kraft do góry nogami. To ma być piwo pokazujące otwarty umysł na nowe, nawet te najbardziej odjechane pomysły, przy których chcemy się dobrze bawić i chcemy pokazać, że się da. No bo jak nie my, to kto? Na zdrowie, peace, chill & love, everybody! Złocisty trunek ma łączyć, a nie dzielić i ma być przyczynkiem do dobrej zabawy. Tego mam zamiar się trzymać i tego życzę wszystkim, z malkontentami na czele 😉

Krakowski Bottle Sharing, czyli jak połączyć przyjemne z przyjemniejszym. Cz. 1

Nigdy wcześniej nie miałem okazji brać udziału w tak zwanym bottle sharingu. Dla niewtajemniczonych – zbiera się grupa osób w umówionym miejscu i czasie na wspólne dzielenie się i degustację swoich piwnych dóbr. Idea bardzo prosta, mądra i umożliwiająca test wielu piw, jednego dnia, bez konieczności osiągania stanu upojenia alkoholowego. Do tego dochodzi możliwość wymiany doświadczeń i wrażeń, co w przypadku mniej doświadczonych sensorycznie piwoszy jest w mojej ocenie nad wyraz pożądane.

Okazja do nadrobienia tej zaległości pojawiła się w miniony weekend. Razem z Panią Kapitan wybraliśmy się do naszego dobrego kumpla Miłosza, gdzie w towarzystwie gospodarza, jego dziewczyny oraz pewnego znanego, małopolskiego blogera, o ksywie Jerry, mogliśmy oddać się przyjemności smakowania łącznie siedemnastu różnych piw. Ja na tę sposobność wybrałem cztery butelki wraz z niespodzianką. Konkretnie postawiłem na:

  • Imperial Wild Black Kiss R z Browaru Widawa
  • The Gravedigger z Brokreacji (bodaj pierwsza, albo druga warka; w każdym razie mocno po terminie ważności)
  • Pożegnanie Korporacji z Piwowarowni (pierwsza warka; również po terminie)
  • Imperium Prunum z Browaru Kormoran („leżakowa” perełka; oczywiście z  pierwszej warki)

Moją niespodzianką dla pozostałych okazało się Grillowe Mocne z Browaru Głubczyce, a więc niezwykły okrutnik spod szyldu FHP, jaki na moment miał nas sprowadzić na ziemie, gdybyśmy za bardzo odlecieli. Będzie on oczywiście bohaterem oddzielnego wpisu, gdyż jego „walory” z pewnością nie dadzą rady zawrzeć się w krótkiej multirecenzji.

Po przyjeździe i szybkim ogarnięciu się przystąpiliśmy do „pracy”. W tym miejscu warto nadmienić, iż Miłosz wraz ze swoją Martą okazali się gospodarzami w pełnym tego słowa znaczeniu – poza swoją „paczką” piw przygotowali przekąski, które przez cały wieczór umilały nam spotkanie i nie pozwoliły nawet na chwilę zgłodnieć. Szanowni – chylę czoła i jeszcze raz bardzo dziękuję. Przed otwarciem pierwszej butelki ustaliliśmy kolejność degustacji, zgodną z kluczem od najlżejszych do najcięższych, po czym wystartowaliśmy z imprezą.

Tym samym oddaję w Wasze ręce pierwszą część moich wrażeń z tego sobotniego spotkania. Kolejność nie jest przypadkowa, gdyż rozpoczynamy od najniżej ocenionego tego wieczoru piwa.

Miejsce 16

Berliner Kindl Schultheiss Brauerei – Berliner Kindl Weisse (Berliner Weisse)

Na pierwszy strzał poszedł dość znany kwas z browaru Berliner Kindl Schultheiss Brauerei. Ważna informacja – nie była to świeża warka, a piwo leżakowane rok w piwnicy. Ten styl jednak chyba do tych celów się nie nadaje, czego wyrazem było dość wyraźne utlenienie pod postacią mokrego kartonu w aromacie. Poza tym w zapachu można było uchwycić dość wyraźną kwasowość, połączoną z subtelnymi akcentami… apteki. Smak to już spodziewany kwas, połączony z witaminą C. Szału nie było, ale nie powiem żeby było źle. 5.5/10

Miejsce 15

Tempest Brewing Co. – Unforgiven Red Rye (Smokey Red)

To piwo ma dość ciekawą historię. Otóż Pani Kapitan nabyła je na podstawie opisanego stylu przez portal Ratebeer, klasyfikującego Unforgiven Red Rye jako… sahti. No cóż, koło sahti to nawet nie stało, ale co tam ja się znam. Skupmy się jednak na konkretach. Wiodącym zapachem w tym piwie była wyraźna, bukowa wędzonka, z delikatnymi melanoidynami (przypieczona skórka od chleba) i czerwonymi owocami w tle. Z kolei po kilku łykach miałem wrażenie, jakbym pił chrupki Peppies Bekon w płynie. I nie było to wcale takie złe. Całości smaku dopełniły subtelne akcenty drewniane. I tylko tego żyta szkoda, bo poza lekką wytrawnością w aromacie nie nadało ono piwu spodziewanej, gładkiej faktury. 6/10

Miejsce 14

De Struise Brouwers – Tsjeeses Reserva PBA (Belgian X-mas Ale Port Barrel Aged) (2013)

Człowiek to ma szczęście, że od czasu do czasu może trafić na rzeczy już raczej niedostępne. Bo właśnie do tej kategorii należy Tsjeeses Reserva PBA z rocznika 2013. To zdecydowanie likierowe i niezwykle pełne piwo oprócz wyraźnej słodyczy raczyło nas solidną, owocową podbudową, w której czerwone porzeczki wiodły prym. Nie wiem czy to zasługa porto czy pozostałych składników, niemniej zrobiło się wyraźnie deserowo. Aromat niestety okazał się trochę słabszy od smaku, gdyż na najwyższym stopniu pudła uplasowało się miodowe utlenienie, jakie nie do końca fajnie grało z akordami borówek i jagód. Na szczęście pojawiła się tutaj charakterystyczna „ciasteczkowość”, jaką bardzo szanuję. Tsjeeses Reserva PBA to z pewnością piwo smaczne, ale w tym przypadku nieco zbyt utlenione w stronę miodu. 6.5/10

Miejsce 13

Browar Widawa – Imperial Wild Black Kiss R (Imperial Stout Rum BA)

Widawa ma to do siebie, że lubi zaskakiwać nas kiszonką w swoich leżakowanych w beczkach piwach. Nie jest to rzecz do końca pożądana. W każdym razie kiedy kilka dni wcześniej testowałem wersję bourbonową na szczęście nic się w niej nie zakaziło. W związku z tym wziąłem to za dobry omen i na bottle sharing zabrałem wersję z beczki po rumie. I o ile na pierwszym planie w zapachu pojawiły się nuty brettowe, tak zaraz za nimi wyszła średnio przyjemna, kiszona kapusta. Pod spodem można było wyczuć fajną paloność i gorzką czekoladę. Smak okazał się o wiele lepszy, niż aromat. Czekolada fajnie współgrała z lekko kwaśnymi, czerwonymi porzeczkami i umiarkowaną goryczą. Ciało tego RISa być może nie powalało pełnią, ale było zdecydowanie bardziej krągłe, niż w wersji po Bourbonie. Byłoby bardzo dobrze, gdyby nie ta kapucha. 6.5/10

Miejsce 12

Brokreacja – The Gravedigger (Russian Imperial Stout – warka do 30.06.2016 r.)

To piwo trochę poleżało u mnie w piwniczce i liczyłem na jego sporą poprawę w stosunku do świeżej warki, którą wspominam jak bardzo nudną i bez szału. Na szczęście Grabarz popracował i poprawił swoje notowania. Oczywiście nie obyło się bez lekkiego utlenienia, objawiającego się poprzez sos sojowy, ale na szczęście po chwili aromat ten ustąpił miejsca czerwonym, leśnym owocom, suszonym śliwkom i czekoladzie. W smaku też się polepszyło, chociaż liczyłem na więcej, szczególnie jeśli chodzi o pełnię tego piwa. Dość wysoka popiołowa gorycz mogłaby być bardziej skontrowana poprzez słodycz, ale nie jest źle. Duży plus ponownie za czerwone owoce i w tym miejscu. Wyszło całkiem smacznie. 6.5/10

Miejsce 11

Piwowarownia – Pożegnanie Korporacji (Russian Imperial Stout – warka do 12.2016 r.)

Tę butelkę otrzymałem bezpośrednio od Łukasza Gustkiewicza (piwowara Piwowarowni – przyp. aut.) podczas drugiej edycji Silesia Beer Festu (dzięki Łukasz!). Jako iż była to pierwsza warka Pożegnania, tak też postanowiłem zachować ją na lepsze czasy. Ten wybór okazał się nad wyraz trafiony, bo tak dzięki temu w nos zebrałem konkretnego liścia z czekolady, śliwki i rewelacyjnych, leśnych owoców, a w gardło przyjemną słodycz, dobrze skontrowaną przez znaczną gorycz tego piwa. Co prawda mogłoby być nieco pełniejsze, ale i tak jest dobrze. Za rekomendację niech posłuży fakt, iż ta wyleżakowana wersja smakowała mi o wiele bardziej, niż świeża, druga warka. 7/10

C. D. -> KLIK!

Brokreacja – Wine Cake (Barrel Aged Wheat Wine)

W zasadzie to niezbyt przepadam za wszelkiej maści piwami świątecznymi. Ok, są wyjątki od tej reguły, jak np. Too Young To Be Herod z browaru Artezan (2016), niemniej jednak jakoś nieszczególnie przekonują mnie te wszystkie piernikowo-goździkowo-pomarańczowo-mandarynkowe fantazje. No ale są Święta, klimat sprzyja, więc i ja postanowiłem specjalnie dla Was wziąć na tapetę jakieś „kristmesowe” piwo. Niestety zamiary jedno, życie drugie. Otóż okazało się, iż ludzie na te świąteczne tematy rzucili się, jak baba z Radomia na 3 Cytryny. I kiedy już miałem wybierać coś do degustacji… piw takowych zwyczajnie na sklepie zabrakło. Nie żebym się jakoś specjalnie z tego powodu smucił. Wręcz przeciwnie – dzięki temu bohaterem dzisiejszego wpisu jest piwo, na jakie zacierałem swoje rączki od dłuższego czasu. Panie i Panowie, przed Państwem Wine Cake autorstwa browaru Brokreacja.

Bazą tego leżakowanego w beczkach po winie ze szczepu Tempranillo piwa jest „standardowy” Wheat Wine, jakiego miałem okazję już próbować (limited edition, niedostępny w regularnej sprzedaży). Baza co prawda przyzwoita, ale nie rozkładająca na łopatki. Starzenie w beczkach na szczęście nie jeden raz pokazało, że ze zwykłego, niczym niezaskakującego trunku może zrobić całkiem sztosowy temat. Jak wyszło tutaj? Zacznijmy od początku.

Wine Cake w trakcie przelewania do szkła od razu ukazuje praktycznie zerowe wysycenie oraz znikomy, minimalny krążek białej piany. W przypadku tego stylu rzecz zupełnie normalna, a wręcz wskazana, choć wizualnie niezbyt atrakcyjna. Sam trunek jest dość gęsty, bursztynowy i bardzo ładnie prezentuje się w kielichu. Aromat to już przebogata kawalkada najróżniejszych zapachów. Na pierwszym planie wyraźnie swoją obecność zaznaczają estry, z przepiękną wiśnią na czele. Alkohol w nosie pojawia się pod postacią szlachetnego likieru owocowego, co mi osobiście bardzo pasuje. Po ogrzaniu pojawiają się także akordy winogronowe, zapewne pochodzące z wcześniej wspomnianej beczki po winie. Bukiet Wine Cake’a to niezwykle złożona i bogata kompozycja, jaka mi osobiście kojarzy się z owocowym ciastkiem z kremem. W smaku jest równie dobrze. Niezwykle pełne, gęste i słodkie piwo świetnie kontruje nieprzesadzona gorycz, której mogłoby być ciut więcej, ale umówmy się – to już będzie zwykłe czepialstwo z mojej strony. Całość jest niezwykle smaczna, deserowa i przywołująca skojarzenia z tortem owocowym. Kilka chwil, parę ruchów ręką i piwo znikło ze szkła, zostawiając bardzo szeroki uśmiech na mojej twarzy.

Mateusz Górski, piwowar Brokreacji, po raz kolejny pokazał, że stawia na receptury i pomysły bezkompromisowe. Wine Cake udowadnia wysoką formę browaru i w mojej opinii stawia Brokreację na zdecydowanym topie wśród polskich, piwnych rzemieślników. Samo piwo mnie osobiście sprawiło wiele radości i nie powiem – idealnie wpasowało się w świąteczny klimat, jaki towarzyszy Bożemu Narodzeniu. Więc jeśli jeszcze tego piwa nie piliście, to koniecznie nie przegapcie okazji. 9/10

Szybki Strzał – Poznańskie Targi Piwne 2016 Edition

Cechą dużych festiwali piwnych, do jakich z pewnością zaliczają się Poznańskie Targi Piwa, jest wręcz monstrualny wybór piw. No zwyczajnie nie ma szans, aby wszystko ogarnąć. Dlatego przed wyjazdem przygotowałem sobie listę 30 pozycji, jakich będę chciał spróbować. Jak się okazało zmierzenie się z tak dużym wyborem było również nie do końca możliwe. Na szczęście prawie się udało, a mój szeroki uśmiech okazał się przepustką do pojemności poniżej 300 mililitrów per sztuka, co okazało się niezwykle pomocne, żeby nie powiedzieć zbawienne. I nie mam tutaj na myśli jedynie mojego portfela, if you know what I mean 😉 W skrócie – skosztowałem blisko 30 piw, z których wybrałem dla Was dziesiątkę, nad jaką chciałbym się skupić nieco bardziej.

  1. Golem – Lilith (RIS)

Lilith okazała się moim wstępniakiem do tej wielkiej, poznańsko-piwnej przygody. I wiecie co? Nie mogłem sobie wymarzyć lepszego startu. Tak oto w moje ręce wpadł pokal wypełniony smoliście czarnym trunkiem, ozdobionym ciemnobeżową pianą. Pianą co prawda szybko redukującą, ale umówmy się – w przypadku RISów jest to drobiazg. Mocno palony zapach, z wtórującą mu kawą i przyjemną czekoladą okazał się przemiłym preludium, do tego co w tym piwie drzemie. I nawet na delikatny alkohol można było przymknąć oko wiedząc, iż ten imperialny stout ma dopiero 3 miesiące. Smak Lilith to już prawdziwa symfonia nut palonych i kawowo-czekoladowych. Piwo jest gęste, likierowe i słodkie. Niech Was jednak ta słodycz nie zmyli, bo ekipa Golemów tak wykręciła goryczkę, aby była ona doskonałą przeciwwagą. OK, niektórzy powiedzą, że powinno być jej mniej, ale dla mnie jest idealnie. Sama gorycz długo się utrzymuje, ale nie męczy, przywołując jednocześnie skojarzenia z wybitnym espresso. W mojej opinii Lilith jest jednym z najlepszych polskich RISów i basta. 8/10

  1. Brokreacja – Wheat Wine

W sumie to nie bardzo wiedziałem, czego powinienem spodziewać się po tym piwie. Co prawda Mateusz słabych trunków nie wypuszcza, ale czy aby na pewno akurat ten będzie mi pasował? Duży plus należy się za aromat, jaki dostałem w trakcie degustacji. Piwo jest wyraźnie owocowo-słodkie i estrowe. W tle pojawia się też odrobina lukrecji i subtelna ziołowość. Całość muska lekki, likierowy alkohol. A im bardziej Wheat Wine nabierał temperatury, tym robiło się ciekawiej. Faktura tego trunku to dla mnie kolejny plus – jest gładko, z delikatnym nagazowaniem i sporym ciałem. Estry ponownie pojawiają się w smaku, a ich słodycz dobrze ripostuje stosunkowo średnia gorycz. Jest przyjemnie, fajnie się pije, nie ma wyraźnych wad, niemniej jednak brakuje mi tutaj jakiegoś konkretnego charakteru i punktu zaczepienia. 6.5/10

  1. Browar Zakładowy – Przerwa Kawowa (Coffe Extra Stout)

Z tego browaru nie miałem jeszcze okazji pić słabego piwa i ja to szanuję. Dlatego z dużą dozą spokoju sięgnąłem po Przerwę Kawową. Wizualnie dostajemy czarny, nieprzejrzysty i lekko zmętniony płyn, w którym niestety zawodzi piana. Redukuje ona w zastraszającym tempie, pozostawiając lichy krążek. No mogłoby być w tym miejscu nieco lepiej. Na szczęście reszta szybko nadgania stracone punkty. Przyjemny zapach kawy miksuje się z czekoladą oraz subtelną nutką paloności. To wszystko dostajemy również po kilku łykach Przerwy Kawowej. Szkoda jedynie, że zabrakło odrobiny ciała i słodyczy, jakiej ja oczekuję od Extra Stoutów. Szczególnie ta druga cecha mogłaby być bardziej uwydatniona, gdyż gorycz tego piwa byłaby idealną dla niej kontrą. Żeby nie było – piwo jest smaczne, dobrze się je pije, ale brakuje tej przysłowiowej kropki nad „i”. 6.5/10

  1. Brokreacja – The Blogger (Cherry Smoked Pepper Rye Wood Aged Strong Ale)

Nie ukrywam – na to piwo czekałem z niecierpliwością, gdyż sam dorzuciłem do niego swoje trzy grosze. A co dostałem w zamian? Hmmmm, na pewno piwo zbyt grzeczne, jak na gargantuicznie opisany styl i zbyt spokojne, jak na blogerski wkład. Ale hej, czy nie może być ono smaczne? Okazuje się, że może. Dla mnie wygrywa tutaj użyty słód wędzony wiśnią. Nie wiem, czy to zasługa tego, że obżarłem się tym słodem podczas warzenia czy tak jest, ale zarówno w smaku, jak i w aromacie ja te nuty dość wyraźnie czuję. Poza tym The Blogger kojarzy mi się nieco z Belgią. Dlaczego? Z pewnością za sprawą wyraźnych fenoli, brzoskwiń i lekkiej pieprzności. Samo piwo jest dość wytrawne, z odrobiną wędzonki, goździków i ze zbyt małą jak dla mnie goryczką. OK, być może The Blogger dupy nie urywa, ale mnie piło się je nad wyraz przyjemnie. 7/10

  1. Golem – Grin Sove (Black IPA z rozmarynem)

Grin Sove’a miałem okazję skosztować tuż po golemowym RISie, ale przeskok z wysoko ekstraktywnego piwa na 14,1° BLG raczej nie pomagał w jego ocenie. Jednakowoż rozmaryn w tym trunku utkwił w mej pamięci, więc dzień później ochoczo pognałem do chłopaków po dolewkę. I w tym miejscu ostrzegam – nie lubisz rozmarynu, to absolutnie nie sięgaj po to piwo, bo jest on wszędzie. W zapachu dodaje lekkich nut świerkowych, a w smaku czyni Grin Sove’a mocno rześkim i pijalnym. Fajnie też wyszło połączenie charakteru tego zioła z palonością Black IPA. No i nie zapominajmy o cytrusach pod postacią grejpfruta i pomarańczy. Nawet delikatny brak ciała mi tutaj nie przeszkadza, a wręcz podbija chęć sięgnięcia po kolejny łyk. Dla mnie bomba. 7.5/10

  1. Piwne Podziemie – Cascade-Chinook Wet Hop (Wet Hop Pale Ale)

Piwne Podziemie nie robi słabych piw. Kropka. Przynajmniej ja nie trafiłem na słabeusza od tej załogi. Stąd też bez obawień sięgnąłem po ich propozycję podania Cascade i Chinooka. Mowa tutaj o tzw. „mokrych” chmielach, jakich piwowar zdecydował się użyć. Pierwsze, co przykuwa uwagę, to wygląd – prawie klarowny, subtelnie opalizujący, złoty trunek pięknie zdobi drobniutka piana. Aż chce się je pić. To piwo wręcz atakuje nasz nos chmielowością. Jest niezwykle przyjemnie, z owocami egzotycznymi i mango na czele. Sznytu całości dodaje subtelna nuta nafty. Dla mnie rewela. Egzotyka pojawia się również w smaku, ale nie podbija ona słodyczy. Piwo jest wytrawne z umiarkowaną goryczą i lekko zaznaczoną słodowością. To wszystko czyni ten Pale Ale trunkiem niezwykle pijalnym i przyjemnym. I ponownie ekipa Piwnego Podziemia potwierdziła swoją klasę. 7.5/10

  1. Raduga – RIS 28 BLG

O tym RISie w zasadzie miałem nie pisać. No bo jak tu recenzować piwo, które ekipa Radugi zabrała ze sobą jedynie na skosztowanie, a jakie nie ma nawet nazwy, gdyż jeszcze 2 miesiące będzie leżakować w tanku? Po kilku łykach zmieniłem zdanie, bo to piwo już teraz urywa cztery litery. Po pierwsze prezentuje się jak rasowy likier kawowy. Patrząc na szkło widać jak jest ono gęste i likierowe. Bukiet tego RISa to prawdziwa 5 Symfonia Beethovena – czekolada i lekka, kawowa paloność pięknie przygrywają nutom śliwki, moczonej w likierze i szlachetnym akordom alkoholu. Już sam aromat pokazuje, jak ten trunek jest złożony. Smak tylko te wrażenia podkręca. Jest gładko, słodko i likierowo. Czekolada, kawa i czerwone owoce ze śliwką w tle tańczą tak, jak nie śniło się nawet jurorom Tańca z Gwiazdami. Zerowe wysycenie temu tańcowi nie przeszkadza. Zresztą kiedy dzień później ponownie próbowałem tego RISa, a samo piwo poleżało podpięte pod CO2, nabrało już odpowiedniego nagazowania. RIS 28 BLG już teraz jest piwem rewelacyjnym, a co będzie za te dwa miesiące? Oj bójcie się kraftowcy, bójcie się, bo nadchodzi solidny kontratak. 8.5/10

  1. Pracownia Piwa – Devil Pact (Imperial Saison)

Saison z reguły powinien być piwem lekkim, rześkim i pijalnym. Więc czy jest sens robić z tego stylu wariant  imperialny? A kto bogatemu zabroni? Poza tym ja takie pomysły szanuję, ot co! Więc wyobraźcie sobie klasyczny, fenolowy, przyprawowy i słodki Saison wykręcony do likierowego poziomu piw imperialnych. Pasuje? No mnie jak najbardziej. Co prawda alkohol mógłby być nieco bardziej ukryty zarówno w zapachu, jak i smaku, ale czy jakoś bardzo mi on przeszkadza? Mimo lekkiego szczypania w język – nie. Devil Pact jest piwem przyjemnym i degustacyjnym. Jak ktoś lubi Saisony, to niech koniecznie go spróbuje. 7/10

  1. Browar Okrętowy – Langskip (Gotlandsdricka)

Tego piwa nie miałem na swojej liście. Ba, było to moje pierwsze spotkanie z tym browarem. Jak wypadła ta randka? Najpierw zerknijcie na styl. Gotla-co? O co tutaj chodzi? O Gotlandsdricka, czyli piwo fermentowane Kveikami z użyciem słodów Sahti i wędzonych… brzozą. Nie powiem – użycie brzozy w naszym kraju, to dość odważne posunięcie (wink, wink 😉 ). Połączenie tego wszystkiego dało piwo o melanoidynowym charakterze, z lekką rześkością iglaków i subtelną słodyczą miodu. Tylko czy aby ten miód nie wynika z utlenienia? Hmmm, ciężko mi ocenić, bo pierwszy raz spotykam się z Gotlandsdricka, ale mi ta miodowość akurat pasuje. W ustach Langskip jest pełny, delikatnie słodki, z wyczuwalnymi nutami rodzynek, chleba i czerwonych owoców. Lekka kwaskowość miesza się fajnie ze średnią i krótką goryczką. Całkowicie subiektywnie – dla mnie jest smacznie, fajnie i przyjemnie. 7/10

  1. Westbrook – Mexican Cake (Imperial Stout)

Na finał wybrałem pewniaka, który miał mi dostarczyć wiele radości i przyjemności z degustacji. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Mexican Cake to piwo, jakie najlepiej wypić siedząc przy kominku w wygodnym fotelu i z dobrą książką w rękach. Aromaty ciasteczek czekoladowych, pralin, wanilii oraz lekko podbitej pikantności powodują, że nie chcemy, aby zbyt szybko to piwo wyparowało nam ze szkła. Zresztą to samo dzieje się po kilku łykach. Mexican Cake jest niesamowicie pełne, wyklejające, słodkie, z idealną goryczą w kontrze. I do tego ta bardzo przyjemna pikantność. Wszystko się tutaj zgadza. Wszystko. 9.5/10

W tym miejscu kilka słów należy się także innym piwom, jakie zrobiły na mnie wrażenie. I niestety nie zawsze były to wrażenia pozytywne. Zacznijmy jednak od tych przyjemniejszych doznań.

  • brawa dla Browaru Recraft za Cherry Ridera; połączenie brettów, stylu sour i wiśni zrobiło robotę.
  • Brokreacja dorzuciła oliwy do ognia Imperialnym Nafciarzem Dukielskim. I pomyśleć, że to nie koniec, bo Nafciarz jeszcze będzie sobie chwilę leżakował.
  • na Kwas Eta z Pinty ludzie marudzili, a wyszło niezwykle lekkie i przyjemne piwo. Dla mnie bomba.
  • Widawa ze swoim Imperial Black Kiss Cherry BA rozdała tak, że zerwało mi papę z dachu
  • podobnie zresztą było w przypadku Korda Quintuple’a z browaru Jan Olbracht
  • nagroda za Kawko i Mlekosza dla PiwoWarowni należała się po stokroć – wspaniałe piwo
  • a co powiedzie o Whiskerze B z Wąsosza, czyli dymionym, słonym stoucie? Dla mnie było przesmacznie, aczkolwiek mam nadzieję, że ekipa następnym razem trochę przykręci chłodziarkę. Przywierająca skóra do szkła to nie była rzecz przyjemna 😉
  • Chmielokrata z Piwnego Podziemia ponownie podkreślił klasę i niezwykle równy, wysoki poziom piw z tego browaru.
  • na koniec jeszcze raz największe brawa dla Browaru Szałpiw za Bubę Extreme, leżakowaną w beczce po Jacku Daniel’sie – dla mnie to było najlepsze piwo festiwalu.

Na koniec jedynie przestrzegę przed piwami z Osowej Góry – RIS i Imperialna IPA to zło wcielone i nic nie ratuje tych piw. Mam nadzieję, że piwowarzy mają tego świadomość i popracują nad recepturami oraz samym procesem warzenia, bo szczególnie w tym drugim dopatruję się ich porażki.