Chmielobrody poleca – odc. 9

Dzisiaj Chmielobrody poleca na bogato. Dlaczego i o co z tą bogatością chodzi? O tym szerzej w samym filmie, natomiast resztę zdradzą browary, jakie zostały bohaterami tego odcinka. A są nimi:

Browar Baladin
Browar Jan Olbracht
Browar Wild Beer
Browar Golem
Browar Spółdzielczy
Browar Domowy Szaman & Piwne Podróże

PS
Tak wiem, ostrzenie w kamerze nie działa jak trzeba 😦 Następnym razem się poprawię się

Reklamy

Szybki Strzał – Odc. 11

Ostatnio ilość recenzji, jaką chciałbym zamieścić na blogu trochę mnie przerosła. A że wrzucanie tryliarda degustacji na ok 2500 znaków każda co drugi dzień nie jest w mojej opinii dobrym pomysłem, tak też postanowiłem nieco zagęścić kącik „Szybkich Strzałów”. Szczególnie iż jedna z dzisiejszych propozycji faktycznie zasługuje na szybki strzał… w stronę zlewu. No to jedziemy!

Iki beer – Yuzu (Spiced Pale Ale)

Jestem fanem Yuzu w piwie. Kropka. Dlatego też kiedy Pani Kapitan zauważyła to piwo na półce jednego ze sklepów, serwujących spożywkę z każdego zakątku świata, postanowiła sprezentować mi tę skromną buteleczkę. I co też ciekawego kryje w sobie zawartość tegoż flakonika? Przede wszystkim szeroki przekrój przez wady. Po pierwsze – mokry karton. Po drugie – miód. Po trzecie – odrobinę cytrusowości. W smaku nie jest lepiej. W zasadzie to chyba jest gorzej albo przynajmniej tak samo źle. No bo co więcej mogę napisać o cieczy, która w odbiorze przypomina zagotowaną brzeczkę, przepełnioną akcentami mokrego zboża i dosładzaną zwykłym, białym cukrem? Dokładnie tak kojarzy mi się ten specyfik. Do pełni „szczęścia” brakuje jakiegoś kwasu masłowego i merkaptanu, więc w sumie nie jest najgorzej. Jednakowoż nie polecam i odradzam, no chyba że ktoś chce sprawdzić się sensorycznie. Wówczas bardzo proszę. 3/10

 Browar Kuriozum – Sweet Dreams (APA)

Z laktozą w browarnictwie bywa różnie. I o ile pasuje mi ona w piwach ciemnych czy Milkshake’ach, tak nie do końca jestem przekonany do niej w piwach jasnych. A dokładnie taką propozycję serwuje nam Kuriozum w swoich „Słodkich Snach”. I nie wiem, na ile to zasługa laktozy, a na ile innych surowców, ale pierwszy raz spotkałem się z tak wyraźnym aromatem poziomek w American Pale Ale. Do tego subtelna mleczność i delikatna ziołowość. Poziomki pojawiają się również w smaku, a laktoza wyraźnie podbija wrażenie pełni i gładkości. Co prawda po lekkim ogrzaniu pojawia się również niezbyt pasujący tutaj posmak toffi, ale nie przeszkadza on za bardzo. Za to mnie bardzo przeszkadza wysycenie bliskie zeru, dość mocno uszczuplające radość z degustacji. Szkoda, bo byłby punkcik wyżej. 6/10

Browar Golem – Double Dybuk (Imperial Rye Porter)

Podstawowa wersja Dybuka była świetna. A jak wypada jego wersja imperialna? Proszę Państwa, proszę usiąść, bo to piwo zwyczajnie zerwie Wam papę z dachu; pozamiata Wami, niczym Małgorzata Rozenek podłogi na antenie TVNu; rozłoży na łopatki, jak Brewster Gołotę. A konkretnie? Konkretnie to Double Dybuk serwuje nam całe tony rewelacyjnej czekolady, przyjemnych orzechów i kosz, wypełniony czerwonymi owocami. Paloność mamy tutaj ledwie zaznaczoną, czyli jest dla mnie perfekcyjnie w stylu. Do tego niesamowita głębia, gęstość i gładkość, połączona z minimalnym wysyceniem, idealnie dopasowanym do trunku. Daję 9/10 i rezerwuję dychę dla wariantu beczkowego. Bo taki będzie, prawda, prawda, prawdaaaa?

Dobry Zbeer, Gehenna i randka na hamaku.

Czasami tak bywa, że bardzo chcę wybrać się w jakieś miejsce, które być może nie znajduje się w mojej najbliższej okolicy, ale jednocześnie nie jest tak odległe, żeby nie można było tam dojechać w pół godziny. Niestety bardzo często po drodze pojawiają się jakieś przeszkody. Czasem realne, zazwyczaj wyimaginowane, lecz zawsze skutecznie odkładające wyprawę na odwieczne „następnym razem”. A wiecie, jak to jest z odkładaniem? Rzecz raz odłożona w czasie dalej odkłada się sama. I właśnie tak było z moją wizytą w jednym z najpopularniejszych multi-tapów na Śląsku. „Było”, bo w końcu zebrałem się w sobie i dotarłem do rzeczonego miejsca.

Dobry Zbeer, bo o nim tutaj mowa, mieści się w Gliwicach na ul. Górnych Wałów 30. Bliskość centrum miasta i urokliwego ryneczku jest zdecydowanie mocną stroną tego przybytku. Na szczęście nie jedyną, ale o tym za chwilę. Mnie osobiście zaprawdę dziwi fakt, iż dopiero teraz miałem okazję zobaczyć, co też kryją przepastne piwnice, w jakich mieści się ten multi-tap. Na szczęście w całym przedsięwzięciu pojawiła się załoga Browaru Golem. Chłopaków znam już jakiś czas i zwyczajnie nie mogłem odmówić sobie przybicia piątki i wychylenia kilku szklaneczek piwa w ich towarzystwie. A że akurat w minioną sobotę Golemy przejmowały krany w Dobrym Zbeerze, tak też nareszcie zostałem odpowiednio zdopingowany do ruszenia moich czterech liter z Katowic w stronę zachodzącego słońca.

Z racji tego, że przed wizytą w Gliwicach gościliśmy na premierze piwowarownianego Tornada, na miejsce dotarliśmy przed 22:00 (wliczając w to opóźnienia pociągów – brawo PKP). Z dworca zgarnął nas Kamil Prystapczuk i sprawnie doręczył na miejsce (dzięki Ziom!). Ekipa Golemów już od dłuższego czasu okupowała stołki barowe, więc humory dopisywały dość wyraźnie. Szybkie misiaczki, przybicie piątek i już mogłem zamówić głównego bohatera wieczoru. A przynajmniej dla mnie takowym była Gehenna, leżakowana w beczcie po dziesięcioletnim Laphroaigu. Tak, jestem torf headem, a to piwo zwyczajnie zaspokaja mnie w 100% pod tym kątem. OK, być może nie jest to Imperialny Nafciarz w wersji BA, ale z pewnością Gehenna BA zajmuje drugie miejsce wśród najlepszych piw torfowych, jakie piłem (9/10). Poza tym nie mogłem odmówić sobie po raz kolejny Double Dybuka czy rewelacyjnego Naftali. Co jak co, ale Golemy w piwa potrafią!


Po opróżnieniu szkła przyszła pora na zwiedzanie zakamarków Dobrego Zbeera. Musze przyznać, że pod kątem klimatu jest to jeden z lepszych pubów, w jakich byłem. Surowa cegła na ścianach, delikatnie przyciemnione, ciepłe światło, pięknie wyeksponowana, a jednocześnie dobrze wkomponowana w całość tablica z opisem tego, co aktualnie na kranach oraz jasne drewno. To wszystko naprawdę robi wrażenie. I do tego wszystkiego pokój z hamakami. No kurde, pierwszy raz coś takie zobaczyłem w knajpie i powiem szczerze, że zrobiło to na mnie wrażenie. Wiecie, zabieracie ze sobą swoją drugą połówkę, kupujecie jakiegoś… piwnego cymesa i oddajecie się cudownej degustacji w hamaku. Dla mnie to scenariusz na wymarzoną randkę 😉 A skoro już o cymesach mowa, to tych w Zbeerze nie brakuje. To chyba jedyny multi-tap na Śląsku, w którym znajdziecie tak potężne pociski, że nawet próżno ich szukać w sklepach specjalistycznych. Szocik Barley Wine’a z browaru Samuel Adams? Proszę bardzo. Legendarny Speedway Stout z Alesmith Brewery? Check! Kilka wersji Jesusów z Evil Twin Brewery. Bez problemu. Zaprawdę powiadam Wam – każdy znajdzie w Dobrym Zbeerze coś dla siebie. Nawet Ci najbardziej wybredni hop headzi. Baaa, jeśli lubujecie się w „rudej na myszach”, to także dla Was Zbeer będzie odpowiednim wyborem. Kilkadziesiąt rodzajów whisky ze Szkocji, Irlandii, Japonii, a nawet Indii czeka na Was na miejscu. I czy ja jeszcze musze kogokolwiek przekonywać do tego miejsca? No raczej nie sądzę.

W międzyczasie w moje łapy wjechało Joppejskie w wersji BA, Artur Karpiński (piwowar Browaru Golem – przyp. aut.) poprowadził konkurs z możliwością zgarnięcia pięknego, golemowego szkiełka, a za parę chwil Joppejskie zamieniło się miejscami z genialnym, wiśniowym, domowym kwasem, autorstwa Bartka Dorszewskiego. W skrócie – to był zdecydowanie jeden z najbardziej udanych wieczorów, spędzonych z kraftem w tle, chociaż było o krok od transportowej katastrofy. No bo jak tu wrócić do domu w środku nocy z Dobrego Zbeera? Uberem z Gliwic do Katowic można o tej porze jechać, ale za kwotę całkowicie przekraczającą granicę zdrowego rozsądku. Do tego trzeba mieć fart, żeby ktokolwiek w tej okolicy z Uberowców się zjawił. To może pociąg? Najbliższy śmiga w okolicach 3:00, więc trochę za późno. Albo za wcześnie. Czy jakoś tak. Poza tym każda inna forma komunikacji miejskiej po prostu nie istnieje. Na szczęście na ratunek przybył Dorszu ze swoją żoną Mariolą! Ekipa podrzuciła nas pod same drzwi naszej kamienicy, za co jeszcze raz w tym miejscu bardzo dziękuję.

Dobry Zbeer oraz Browar Golem okazali się wybuchową mieszanką niezwykle pozytywnych doznań. Zarówno klimat knajpy, jak i towarzystwo po prostu zerwało łeb i rozłożyło mnie na łopatki. I nie mam w tym miejscu na myśli kaca, bo rano wstałem w równie dobrym nastroju. A jeśli ktoś z Was jeszcze w tym gliwickim multi-tapie nie był, to pora nadrobić zaległości. Bo tych, którzy gościli na Górnych Wałów 30 przekonywać chyba nie muszę.










Siódmy Warszawski Festiwal Piwa – przegląd skrócony.

Warszawski Festiwal Piwa, jak żaden inny, jest ogromnym wyzwaniem dla każdego beer geeka. Zwyczajnie nie ma szans skosztować wszystkiego, na co mamy ochotę, bo po pierwsze brakuje czasu, po drugie szkoda wątroby, po trzecie brakuje czasu i po czwarte szkoda dnia kolejnego (if you know, what I mean 😉 ). I wiem, co mówię, bo kiedy osobiście wynotowywałem sobie pozycje „must-drink” na koniec podsumowując całość, to zwyczajnie złapałem się za głowę z myślą „to się, ku**a, nie może udać”. A umówmy się, że poza listą „must-drink” były inne pozycje, godne mojej uwagi. Cóż, nie było jednak wyjścia i musiałem stoczyć tę nierówną i skazaną na porażkę walkę. Poniżej kilka wybranych tematów, w trakcie degustacji których miałem chwilę na strzelenie zdjęcia i zanotowanie sobie czegokolwiek. A wierzcie mi, że wśród tylu znajomych nie było to łatwe. No to jedziemy. Kolejność przypadkowa

Birbant – Jules (Double Robust Porter)

Pierwsze co przykuwa tutaj uwagę, to przyjemna słodowość i fajne akcenty palone. W tle kołacze się delikatny zapach kawy. W smaku kawa też została przyjemnie zaznaczona, aczkolwiek finalnie miałem wrażenie delikatnej wodnistości całego trunku. Jules jest raczej wytrawny w odbiorze, z dobrze zaznaczoną, acz niewysoką goryczką. Szału może nie ma, ale nie powiem, żeby mi się to piwo źle degustowało. 6/10

 

Browar Alternatywa – 7#1 (Wędzony Koźlak Pszeniczny)

Alternatywa co prawda potrzebowała chwili czasu, aby wejść na dobre tory, ale to piwo finalnie potwierdza, że ta śląska ekipa na tych torach już dość solidnie się rozpędziła. 7#1 bowiem raczy nas fantastycznym aromatem bananów, goździków, rodzynek i subtelnym akcentem chlebowym. Po kilku łykach jest jeszcze lepiej. Fajna gładkość trunku, z zaznaczoną słodowością i typowymi akcentami weizenowymi świetnie komponuje się z niską goryczką i niewysokim wysyceniem. Tylko tematów wędzonych trochę brakuje. Pomimo tego jest to naprawdę udane piwo. 7.5/10

 

Browar Brovca – Geronimo (West Coast IPA)

WFP to także możliwość spróbowania piwa od ekip, z jakimi wcześniej nie miałem do czynienia. I takim piwem zostało Geronimo. Przewodnim tematem w tym trunku zdecydowanie był Mosaic. Mnie takie podejście pasuje, bo akurat jest to jeden z moich ulubionych chmieli. Tutaj pod postacią nafty mocno zdominował zapach, dając na szczęście dojść do głosu także cytrusom. Z kolei w smaku to już typowy West Coast – wytrawnym, gorzki, owocowy. Mały minus za pojawiającą się po kilku łykach cebulkę, ale to akurat drobiazg, zupełnie nie odbierający radości z degustacji. 7/10

 

Browar Rockmill + Browar Deer Bear – Hazy Dreamer (New England Style Sour IPA)

Co się stanie, kiedy weźmiesz załogę doskonale umiejącą w piwa kwaśnie i połączysz ją z ekipą, wykręcającą jedne z najlepszych IPA w tym kraju? Można się tego dowiedzieć sięgając właśnie po Hazy Dreamera. Ten mariaż stylów raczy nas niesamowicie owocowym aromatem, z mocno podkreślonymi akordami chmielowymi. Od razu też czuć, iż jest to piwo kwaśne. W smaku mega wyraźne cytrusy świetnie komponują się z przyjemną kwasowością trunku. I w tym miejscu także rewelacyjnie można wyczuć chmiel. Doskonale orzeźwiające piwo, ze świetnym balansem między kwasem, a tematami owocowymi. 8.5/10

 

Browar Golem – Sour Shower (Lite Sour Rye Milk Hoppy Ale)

Albo kiedy przychodzisz na drugi dzień festiwalu piwa, czując w głowie pozostałości po minionej nocy i sięgasz po Sour Shower. Tak, to jest właśnie ten moment i idealny starter dnia kolejnego. Uśmiech na ustach maluje zapach przyjemnych, białych i cytrusowych owoców, z zaznaczoną, subtelną mlecznością. Po kilku łykach robi się jeszcze bardziej błogo. Jest kwaśno, jest lekko, jest agrest, jest biała porzeczka. Żyć, nie umierać. 8.5/10

 

Beer Bros. – Zyrardomyces (Sour Wild Ale)

Jest taki człowiek, nazwany imieniem Henry, który zwariował na punkcie drożdży. I teraz jeździ tu i tam, starając się pozyskać najbardziej wykręcone szczepy tych jednokomórkowych grzybów, przy okazji ubogacając tym samym nasz lokalny kraft. Efektem współpracy Henrego i ekipy Beer Bros. jest właśnie piwo Zyrardomyces, fermentowane drożdżami, pobranymi ze ścian browaru. A jaki jest efekt finalny. Oj jest dziko. W aromacie końska derka wjeżdża na pełnej petardzie, świetnie wtórując czerwonym owocom. Dziko, owocowo i kwaśnie jest także w smaku. Zyrardomyces dodatkowo posiada w mojej opinii bardzo fajną szorstkość, rewelacyjnie komponującą się z przyjemną goryczką tego piwa. Świetny pomysł, jeszcze lepsze wykonanie. 8/10

 

Brokreacja – Battle Master (Wee Heavy)

Jakoś nigdy nie miałem okazji trafić na przedstawiciela stylu Wee Heavy, który ujął by mnie za serce. Dlatego do nowego pomysłu Brokreacji, będącego finalnym efektem Krakowskich Bitew Piwowarów Domowych, podchodziłem ze sporą dozą sceptycyzmu. I chyba niesłusznie, bo już w aromacie można się zauroczyć. O ile lubi się tematy toffi, melanoidyny i głęboką słodowość oczywiście. Smak też jest pełen powyższych akcentów, a uzupełniony o odczucie niesamowitej głębi i gładkości pozwala na kiwanie głową z aprobatą. Tylko ten alkohol jeszcze nie do końca ułożony nieco przeszkadza. Czas z pewnością będzie sprzymierzeńcem tego wojownika. A tymczasem i w tym stanie mocne 6.5/10

 

Brokreacja – Kamikaze Kiwi (Fruit Gose)

Są takie piwa, które nie muszą zrywać papy z dachu, a które po prostu fajnie się pije. I takim piwem jest właśnie Kamikaze Kiwi. Jeśli ktoś z Was kiedykolwiek miał okazję wąchać pulpę z kiwi, to z pewnością sięgając po ten trunek będzie miał dokładnie takie skojarzenie. Zarówno w smaku, jak i w aromacie. I jest to skojarzenie z gatunku tych zdecydowanie przyjemnych. Poza tym jest lekko słodkie, subtelnie kwaśne, z odpowiednim poziomem słoności. Czego chcieć więcej? No mnie pasuje. 7/10

 

Browar Szpunt – Spectrum BA (RIS Bourbon BA)

Tutaj będzie krótko. Jest cios, jest kokos z odrobiną wanilii, są czerwone owoce, jest lekka paloność i czekolada. Już po pierwszym łyku czuć niesamowitą głębie oraz gładkość tego piwa. Do tego wszechobecna beczka i unoszący się wokół duch Bourbonu. OK, ktoś może powiedzieć że czuć alkohol, ale jest to alkohol typowo z destylatu i fajnie się tutaj komponuje. Chłopaki dali radę i jeszcze bardziej podkręcili swój, skąd inąd rewelacyjny Russian Imperial Stout. 9/10

 

Browar Szpunt – Mangonel (Mango Wheat IPA)

Mango to jeden z tych owoców, które zwyczajnie mi się nie nudzą. Czy to w jogurcie, czy to świeże, czy to w piwie. Wszystko jedno. I o ile nie zawsze mango zagra w piwie jak trzeba, tak w tej propozycji Browaru Szpunt dało ono popisowy koncert. Zapach tego owocu po prostu zachwyca. Do tego czuć wyraźnie mosaicowa naftę oraz lekką gumę balonową. No miód malina! Smak to też popisówa na miarę Eddiego Van Halena. Jest owocowo, dość wytrawnie i niezwykle gładko. Osobiście mógłbym to piwo pić wiadrami. 8/10

 

Browar Raduga – 34° BLG Russian Imperial Stout

Kiedy w zeszłym roku Andrzej Kiryziuk zaskoczył wszystkich RIS’em 28° BLG nie myślałem, że minie niecały rok, aby ponownie podniósł on poprzeczkę. I to nie o 2 czy 3 punkty, lecz aż o 6 pozycji! Szaleństwo! Ale w tym szaleństwie jest metoda. Ten RIS to jedno z potężniejszych piw, jakie piłem. Znajdziemy tutaj nuty czekolady, kawy, świeżo gniecionego ciasta drożdżowego, ciasteczek i subtelnego alkoholu likierowego. Po pierwszym łyku także czuć, że to nie spacer po leśnej polanie. Niezwykle gęsta i gładka ciecz przyjemnie osadza się na podniebieniu, uwalniając smak słodko-gorzkiej czekolady i kawy. Co prawda alkohol na tym polu jest jeszcze zbyt wyraźny, ale bardzo nie przeszkadza. Umówmy się – to na razie pierwszy występ tego mocarza i pewnie Andrzej jeszcze go trochę w tanku potrzyma. Na ten moment 8.5/10

 

Browar Łańcut – Zawisza Czarny (RIS Bourbon BA)

Skoro już przy RIS’ach jesteśmy, to nie sposób było ominąć Zawiszę Czarnego. Miałem okazję próbować tego piwa na wielu jego etapach i z każdym kolejnym podejściem było co raz lepiej. Jednakowoż to, co wydarzyło się na WFP to jest jakiś kosmos! Tutaj po prostu nie ma się do czego przyczepić. Jeśli są jakieś wyznaczniki, które mogą definiować idealnego RIS’a, leżakowanego w beczce po Bourbonie (czy też gwoli ścisłości po Tennessee Whiskey), to Zawisza ma je wszystkie. Kropka. W tej niepozornej buteleczce zamknięto po prostu esencję tematu – aromaty beczkowe, kokos, wanilię, czekoladę, kawę, czerwone owoce, solidną gorycz, niezwykłą pełnię i fantastyczną fakturę. I do tego jak to zostało wydane. Panie i Panowie, czapki z głów, bo obok Samca Alfa to dla mnie najlepszy, polski RIS po beczce. 10/10

 

Wybornych piw, spróbowanych w ciągu tych kilku dni było oczywiście o wiele, wiele więcej. Można w tym miejscu wspomnieć chociażby genialnego Double Dybuka z Browaru Golem albo świetnego, brokreacyjnego Naficarza Dukielskiego, leżakowanego w beczce po 10-letniej whisky. Kolejne pozycje, które wspominam nad wyraz przyjemnie, to 1#4, czyli Ryżowa IPA autorstwa Browaru Alternatywa oraz dzikusy z Browaru Jana. Świetnie wypadł Baran z Jajem, ReCraftowy FES z beczki  po whisky czy też absolutnie nokautujący Porter Urodzinowy z Browaru Widawa. I w sumie mógłbym wymieniać tak jeszcze przez kilka linijek, ale nie w tym rzecz. Ważne jest to, iż forma polskiego kraftu zwyczajnie ma się całkiem nieźle, bo słabe piwa, jakie wpadły w moje łapy można policzyć na palcach jednej ręki. Osobiście mam wrażenie, że powoli pukamy już do drzwi najlepszych na tym łez padole. A może już je przekroczyliśmy?

Browar Golem – Natarcie Pszenicy (American Wheat + Kandyzowane Pomelo)

Zima to taka pora roku, kiedy zazwyczaj cichutko pod nosem rzucam sobie wiązankę przekleństw przed wyjściem na dwór (czy tam na pole). Nie jeżdżę na nartach, nie produkuję sanek i nie sprzedaję ozdób choinkowych, więc zima to po prostu dla mnie kiepski deal. Do tego odśnieżanie samochodu, drapanie szyb i wieczne zmarznięcie. Nope, nope, nope, nope, nope. Dlatego też nie marudzę, kiedy nasz wspaniały kraj nawiedzają upały rodem z Hiszpanii czy innej Portugalii. Jest spoko. No ok, może nie do końca jestem zadowolony, ale mając w pamięci każdą jedną zimę chowam malkontenctwo głęboko w kieszeń. Ponadto z upałami można walczyć na różne sposoby, a jednym z nich jest sięgnięcie po smaczny, chłodny i orzeźwiający napój. I tutaj w sukurs przychodzą oczywiście krafty, serwując nam całą paletę lekkich, łatwych i orzeźwiających propozycji. Nie każda jest warta uwagi, ale trzeba szukać, sprawdzać i próbować. A że Browar Golem chwalił się ostatnio swoją nowalijką, że idealne na lato i że można pić wiadrami, tak też postanowiłem tę tezę sprawdzić. Szanowni, przed Wami – Natarcie Pszenicy.

Nie powiem, ale do sięgnięcia po to piwo skusiło mnie kandyzowane pomelo, jakie chłopaki dorzucili do… kadzi? Tanku? W każdym razie jakoś to wszystko ładnie komponowało się w mojej głowie. I faktycznie w aromacie pojawiają się wyraźne nuty cytrusowe, podbite przez akordy bananów i goździków. W tle pojawia się także guma balonowa, co pewnie jest zasługą dodania właśnie wyżej wspomnianego, kandyzowanego owocu. Taki zapach zapowiada skok do basenu, wypełnionego przyjemną, chłodną i rześką wodą. I tak też właśnie się dzieje! Natarcie Pszenicy to pozycja bardzo mocno orzeźwiająca, lekka i idealna na obecnie panujące, dantejskie upały. Ale hola, hola, niech Was nie zwiedzie 10 Plato, widniejące na etykiecie. OK, nie mamy tutaj do czynienia z gęstością na miarę kubka z mrożoną kawą z kostką lodów waniliowych, ale faktura Natarcia jest zwyczajnie gładka, krągła i świetnie komponuje się z całością. Ponownie i tutaj pojawiają się banany, cytrusy oraz odrobina gumy balonowej. Piwo jest lekko kwaskowe, co w połączeniu z wyraźną wytrawnością faktycznie czyni ten trunek niezwykle pijalnym. I jedynie zbyt szybko opadająca piana troszkę kłuje moje oko estety, ale co tam – reszta po prostu się zgadza.

Jeżeli poszukujecie piwa na lato, które Was nie sponiewiera, a przy tym nie będzie zbyt mocno kojarzyło się ze zwykła wodą mineralną, to trafiliście w dziesiątkę. Baaaa, nawet jeśli nie jesteście wielbicielami typowych weizenów, to tutaj możecie się miło zaskoczyć. Dodatek w postaci kandyzowanego pomelo i użyty podczas warzenia chmiel Amarillo zwyczajnie robią tutaj robotę. Dla mnie jest to jedna z najciekawszych pszenic tego sezonu i mimo iż łba nie zrywa, tak w swojej kategorii „wagowej” wychodzi na zdecydowane prowadzenie. 8/10

Beer Week Festival 2017 – tego się nie pije, to się wącha! Czy jakoś…

Beer Week Festival 2017 udał się nie tylko pod kątem towarzyskim i organizacyjnym. To również najlepszy festiwal pod kątem jakości spróbowanych piw, na jakim byłem do tej pory. Nim jednak przejdę do bardziej szczegółowego omówienia kilku wybranych pozycji warto wspomnieć o tych, których spróbowałem, a jakie nie trafiły do podstawowego zestawienia.

Brawa należą się Browarowi Szpunt za ich oba kwasy Sourness – idealnie zbalansowane, orzeźwiające i wyraźnie owocowe. Jeden z nich postawił mnie na nogi po całkiem udanym, piątkowym afterparty, więc czy lepsza rekomendacja jest w tym miejscu potrzebna? Szacun leci także w stronę Browaru Łańcut za Zawiszę Czarnego (RIS leżakowany w beczce po Jacku Daniel’sie). Co prawda miałem okazję próbować go miesiąc wcześniej, ale wtedy alkohol był jeszcze nieco zbyt wyraźny. Obecnie nie mogłem się już do niczego przyczepić – wszystko tutaj grało idealnie, jak u Carlosa Kleibera. Skoro już o RISach mowa, to nie sposób nie wspomnieć o dwóch nowiutkich pomysłach Mateusza Górskiego z Brokreacji Certain Death oraz Buried Alive. Oba wyszły wybornie, ze wskazaniem na tego drugiego koleżkę, w którym tematy torfowe grały pierwsze skrzypce. Browar ReCraft specjalnie na ten fest zabrał ze sobą Gin IPA – chłopaki zastanawiają się, czy aby nie wrzucić tego piwa do swojej regularnej kolekcji. Zaprawdę powiadam Wam, nie ma się nad czym zastanawiać, tylko trzeba to zrobić. Z kolei najbardziej złożone i totalnie odjechane piwo, na jakie trafiłem wyszło z Pracowni Piwa. Mowa tutaj o Imperialnym Saisonie, leżakowanym w beczce po Muscat’cie, czyli Lab 6. Tego nie da się opisać, to trzeba spróbować!

OK, to teraz skupmy się nieco mocniej na tym, czego jeszcze udało mi się spróbować:

Piekarnia Piwa – Patriota (Polish APA)

To piwo to po prostu rewelacyjny „pijus”. Delikatna estrowość w aromacie, wyraźny zapach chmielu i schowana w tle słodowość mocno sprzyjają sporej rześkości tego piwa. Dzięki użytym płatkom owsianym i żytnim można powiedzieć, iż mamy tutaj do czynienia z polskim Vermontem – Patriota jest przyjemnie zmętniony, ze świetnie gładką fakturą. Być może to piwo niczym nie zaskakuje, ale nie musi. Jest idealne na lato i do picia wiadrami. 7/10

Profesja – Kanclerz (Berliner Weisse)

Berliner Weisse na Kveikach? Jak dla mnie pomysł ciekawy, bo to właśnie dzięki drożdżom,w aromacie tego piwa pojawiają się całkiem przyjemne brzoskwinie. W połączeniu z delikatną kwaskowością w tle daje nam to zupełnie niegłupi aromat. W smaku ta kwaskowość jest już zdecydowanie wyższa i słusznie. Owoce także się tutaj pojawiają, dzięki czemu Kanclerz staję się niezwykle pijalnym trunkiem. I znowu na lato jak znalazł. 7/10

Harpagan – Klątwa Masztalerza (Wild Wheat Ale)

W końcu nadarzyła się okazja, aby spróbować czegoś z Browaru Harpagan. Wybór padł na pszenicznego dzikusa i od razu okazał się on strzałem w… ósemkę 🙂 Niezwykle dzikie, lekko kwaśne i przyjemne, lekko cytrusowe nuty świetnie komponują się z rewelacyjną gładkością i rześkością tego piwa. Jako fan brettów mocno propsuje za ich użycie w tym stylu, bo dzięki temu robi się o wiele ciekawiej i o wiele przyjemniej. 8/10

Nepomucen – Echo (Imperial Baltic Porter)

Co prawda już w domu miałem odłożoną butelkę tegoż specjału, ale skoro nadarzyła się okazja, aby spróbować go z kranu, to czemuż z niej nie skorzystać. Posunięcie okazało się słuszne, gdyż dostałem trunek niezwykle złożony, z bardzo poprawnym, porterowym charakterem. Czekolada, kawa, skojarzenia z kukułkami, czerwone, leśne owoce, wyraźna gęstość, brak paloności w aromacie, wysoka gorycz i wyraźna słodycz – to wszystko tutaj jest. OK, może tej słodyczy mogłoby być mniej, ale i tak jest wybornie. 8/10

Widawa – X West Brett IPA Barrel Aged

W tym miejscu powinien pojawić się Porter Jubileuszowy, uwarzony z okazji 5-lecia Bowaru Widawa, ale niestety – był tak dobry, że wyszedł, zanim zdążyłem pobrać „próbkę” do degustacji. Nie ma jednak tego złego, bo leżakowana w beczce X West Brett IPA okazała się równie solidnym wyborem. To wszystko dzięki nutom dębowych tanin, przeplatających się z fantastyczną dzikością z brettów. I chociaż te dwie dominanty dość wyraźnie przykryły użyty chmiel, tak wszystko tu do siebie pasowało. Na szczęście w smaku chmiel pojawił się już dość konkretnie pod postacią jego charakterystycznej ziołowości. Całość wyszła mocno wytrawnie, wyraziście i charakternie – szanuję. 8,5/10

Golem – Lilith BBA (Russian Imperial Stout Bourbon BA)

Wersja butelkowana tej hardej panny, mimo iż smaczna, nie powaliła mnie jednak na łopatki. Co innego wersja lana. W końcu wyraźnie tutaj czuć beczkę, taniny dębowe oraz szczyptę wanilii. Czekolada i znana z wariantu podstawowego mega paloność świetnie wtórują tym charakternym zapachom. Z kolei po zaledwie jednym łyku na moje kubki smakowe rzuciły się z pełnym impetem ponownie taniny dębowe i delikatna wanilia. Kibicuowały im czerwone owoce, czekolada oraz długa i niezwykle przyjemna, palona gorycz. Skąd takie różnice w pojedynku beczka kontra petainer? Wynikają one z pasteryzacji butelek. Na szczęście chłopaki obiecali więcej swoich beczkowych eksperymentów nie męczyć tym procesem. Amen. 9/10

Piwojad – Single Citrus Smoothie (Sweet IPA)

Na koniec piwo, które zostało okrzyknięte najlepszym piwem festiwalu. W sumie to się nie dziwię, chociaż osobiście postawiłbym pewnie na Lab 6 albo na Buried Alive, ale ja nie o tym. Tutaj po prostu wszystko się zgadza. Zaczynając od świetnego aromatu chmielu, wyraźnej cytrusowości, poprzez subtelne akordy polnej łąki, na niezwykłej gładkości i owocowości w smaku kończąc. Do tego wszystkiego gdzieś tam w tle pojawia się guma balonowa, która pasuje mi pod to piwo, jak w żadnym innym. Single Citrus Smoothie przez niesamowitą soczystość i umiarkowaną gorycz można pić litrami. Osobiście życzyłbym sobie trochę wyższej goryczy, ale to tylko zbędne zrzędzenie, niczego nie ujmujące temu świetnemu piwu. 8,5/10

Browar Golem – Dybuk Bourbon Barrel Aged (Rye Porter)

Dybuk (hebr., jid. דיבוק, dibuk – „przylgnięcie”) – w mistycyzmie i folklorze żydowskim zjawisko zawładnięcia ciałem żywego człowieka przez ducha zmarłej osoby. Dybukiem nazywa się też samego ducha, duszę zmarłego, która nie może zaznać spoczynku (czy też, wśród zwolenników kabały, reinkarnacji) z powodu popełnionych grzechów, i szuka osoby żyjącej, aby wtargnąć w jej ciało.

Tyle jeśli chodzi o Wikipedię. A co z kolei drzemie w tej niepozornej buteleczce, jaką zaserwował nam Browar Golem? Nie powiem – ekipa odważnie podeszła do tematu, bo nie dość, że do uwarzenia tego porteru użyła sporo słodu żytniego, tak dodatkowo część warki wlała w beczkę po Bourbonie. Ja takie pomysły szanuję, szczególnie iż bazowe piwo wyszło „temu Golemu” całkiem znośnie. A co podziało się po zamieszkaniu Dybka w rzeczonej baryłce?

Niezmiennie tematem przewodnim w tym piwie jest czekolada. Ale nie taka mleczna, słodka, z bakaliami i tonami cukru. Co to, to nie! Tutaj mamy do czynienia z wysokiej klasy gorzką czekoladą, w której ziarna kakaowca odpowiadają za to, co najlepsze. Ponadto subtelna paloność świetnie podkreśla delikatny aromat kawy, jakiego również w Dybuku nie brakuje. To wszystko wraz z dyskretną nutą jałowca i odrobiną dębowych tanin po prostu rozkłada na łopatki. W tym miejscu mogę przyczepić się jedynie do zbyt niskiej intensywności zapachów, jakie powinna oddać beczka – wanilia i akordy bourbonowe chowają się w tym piwie niczym Robert Fripp na scenie, podczas występów live z King Crimson. Mimo to Dybuk aromatem po prostu czaruje.

Tak na marginesie – czy ja Wam już mówiłem, że uwielbiam piwa, oparte w dużej mierze na życie? Bo i tutaj to zboże zrobiło rewelacyjną robotę, nadając temu trunkowi niezwykłą głębię i fakturę. Wychylając kolejne łyki miałem wrażenie jakby rozpuszczającej się w ustach wytrawnej i gorzkiej kostki czekolady. Do tego wszystkiego doszła lekko kwaskowa „mała czarna” i szczypta kakao, obudowana subtelną słodyczą. Umiarkowana, palona gorycz i niewysokie wysycenie postawiły kropkę nad „i”, czyniąc Dybuka jednym z najlepszych piw, wypitych przeze mnie w ostatnim czasie.

Jak widać nie taki Dybuk straszny, jak go Wikipedia maluje. Browar Golem stanął na wysokości zadania i stworzył piwo niezwykle kompleksowe i mnie osobiście mocno zachwycające. Ok, może tej beczki życzyłbym sobie więcej, mocniej i bardziej, ale hej – ten trunek najzwyczajniej w świecie się zgadza i jeśli o mnie chodzi, to może mnie „opętywać” ile fabryka dała. 9/10

Szybki Strzał – Poznańskie Targi Piwne 2016 Edition

Cechą dużych festiwali piwnych, do jakich z pewnością zaliczają się Poznańskie Targi Piwa, jest wręcz monstrualny wybór piw. No zwyczajnie nie ma szans, aby wszystko ogarnąć. Dlatego przed wyjazdem przygotowałem sobie listę 30 pozycji, jakich będę chciał spróbować. Jak się okazało zmierzenie się z tak dużym wyborem było również nie do końca możliwe. Na szczęście prawie się udało, a mój szeroki uśmiech okazał się przepustką do pojemności poniżej 300 mililitrów per sztuka, co okazało się niezwykle pomocne, żeby nie powiedzieć zbawienne. I nie mam tutaj na myśli jedynie mojego portfela, if you know what I mean 😉 W skrócie – skosztowałem blisko 30 piw, z których wybrałem dla Was dziesiątkę, nad jaką chciałbym się skupić nieco bardziej.

  1. Golem – Lilith (RIS)

Lilith okazała się moim wstępniakiem do tej wielkiej, poznańsko-piwnej przygody. I wiecie co? Nie mogłem sobie wymarzyć lepszego startu. Tak oto w moje ręce wpadł pokal wypełniony smoliście czarnym trunkiem, ozdobionym ciemnobeżową pianą. Pianą co prawda szybko redukującą, ale umówmy się – w przypadku RISów jest to drobiazg. Mocno palony zapach, z wtórującą mu kawą i przyjemną czekoladą okazał się przemiłym preludium, do tego co w tym piwie drzemie. I nawet na delikatny alkohol można było przymknąć oko wiedząc, iż ten imperialny stout ma dopiero 3 miesiące. Smak Lilith to już prawdziwa symfonia nut palonych i kawowo-czekoladowych. Piwo jest gęste, likierowe i słodkie. Niech Was jednak ta słodycz nie zmyli, bo ekipa Golemów tak wykręciła goryczkę, aby była ona doskonałą przeciwwagą. OK, niektórzy powiedzą, że powinno być jej mniej, ale dla mnie jest idealnie. Sama gorycz długo się utrzymuje, ale nie męczy, przywołując jednocześnie skojarzenia z wybitnym espresso. W mojej opinii Lilith jest jednym z najlepszych polskich RISów i basta. 8/10

  1. Brokreacja – Wheat Wine

W sumie to nie bardzo wiedziałem, czego powinienem spodziewać się po tym piwie. Co prawda Mateusz słabych trunków nie wypuszcza, ale czy aby na pewno akurat ten będzie mi pasował? Duży plus należy się za aromat, jaki dostałem w trakcie degustacji. Piwo jest wyraźnie owocowo-słodkie i estrowe. W tle pojawia się też odrobina lukrecji i subtelna ziołowość. Całość muska lekki, likierowy alkohol. A im bardziej Wheat Wine nabierał temperatury, tym robiło się ciekawiej. Faktura tego trunku to dla mnie kolejny plus – jest gładko, z delikatnym nagazowaniem i sporym ciałem. Estry ponownie pojawiają się w smaku, a ich słodycz dobrze ripostuje stosunkowo średnia gorycz. Jest przyjemnie, fajnie się pije, nie ma wyraźnych wad, niemniej jednak brakuje mi tutaj jakiegoś konkretnego charakteru i punktu zaczepienia. 6.5/10

  1. Browar Zakładowy – Przerwa Kawowa (Coffe Extra Stout)

Z tego browaru nie miałem jeszcze okazji pić słabego piwa i ja to szanuję. Dlatego z dużą dozą spokoju sięgnąłem po Przerwę Kawową. Wizualnie dostajemy czarny, nieprzejrzysty i lekko zmętniony płyn, w którym niestety zawodzi piana. Redukuje ona w zastraszającym tempie, pozostawiając lichy krążek. No mogłoby być w tym miejscu nieco lepiej. Na szczęście reszta szybko nadgania stracone punkty. Przyjemny zapach kawy miksuje się z czekoladą oraz subtelną nutką paloności. To wszystko dostajemy również po kilku łykach Przerwy Kawowej. Szkoda jedynie, że zabrakło odrobiny ciała i słodyczy, jakiej ja oczekuję od Extra Stoutów. Szczególnie ta druga cecha mogłaby być bardziej uwydatniona, gdyż gorycz tego piwa byłaby idealną dla niej kontrą. Żeby nie było – piwo jest smaczne, dobrze się je pije, ale brakuje tej przysłowiowej kropki nad „i”. 6.5/10

  1. Brokreacja – The Blogger (Cherry Smoked Pepper Rye Wood Aged Strong Ale)

Nie ukrywam – na to piwo czekałem z niecierpliwością, gdyż sam dorzuciłem do niego swoje trzy grosze. A co dostałem w zamian? Hmmmm, na pewno piwo zbyt grzeczne, jak na gargantuicznie opisany styl i zbyt spokojne, jak na blogerski wkład. Ale hej, czy nie może być ono smaczne? Okazuje się, że może. Dla mnie wygrywa tutaj użyty słód wędzony wiśnią. Nie wiem, czy to zasługa tego, że obżarłem się tym słodem podczas warzenia czy tak jest, ale zarówno w smaku, jak i w aromacie ja te nuty dość wyraźnie czuję. Poza tym The Blogger kojarzy mi się nieco z Belgią. Dlaczego? Z pewnością za sprawą wyraźnych fenoli, brzoskwiń i lekkiej pieprzności. Samo piwo jest dość wytrawne, z odrobiną wędzonki, goździków i ze zbyt małą jak dla mnie goryczką. OK, być może The Blogger dupy nie urywa, ale mnie piło się je nad wyraz przyjemnie. 7/10

  1. Golem – Grin Sove (Black IPA z rozmarynem)

Grin Sove’a miałem okazję skosztować tuż po golemowym RISie, ale przeskok z wysoko ekstraktywnego piwa na 14,1° BLG raczej nie pomagał w jego ocenie. Jednakowoż rozmaryn w tym trunku utkwił w mej pamięci, więc dzień później ochoczo pognałem do chłopaków po dolewkę. I w tym miejscu ostrzegam – nie lubisz rozmarynu, to absolutnie nie sięgaj po to piwo, bo jest on wszędzie. W zapachu dodaje lekkich nut świerkowych, a w smaku czyni Grin Sove’a mocno rześkim i pijalnym. Fajnie też wyszło połączenie charakteru tego zioła z palonością Black IPA. No i nie zapominajmy o cytrusach pod postacią grejpfruta i pomarańczy. Nawet delikatny brak ciała mi tutaj nie przeszkadza, a wręcz podbija chęć sięgnięcia po kolejny łyk. Dla mnie bomba. 7.5/10

  1. Piwne Podziemie – Cascade-Chinook Wet Hop (Wet Hop Pale Ale)

Piwne Podziemie nie robi słabych piw. Kropka. Przynajmniej ja nie trafiłem na słabeusza od tej załogi. Stąd też bez obawień sięgnąłem po ich propozycję podania Cascade i Chinooka. Mowa tutaj o tzw. „mokrych” chmielach, jakich piwowar zdecydował się użyć. Pierwsze, co przykuwa uwagę, to wygląd – prawie klarowny, subtelnie opalizujący, złoty trunek pięknie zdobi drobniutka piana. Aż chce się je pić. To piwo wręcz atakuje nasz nos chmielowością. Jest niezwykle przyjemnie, z owocami egzotycznymi i mango na czele. Sznytu całości dodaje subtelna nuta nafty. Dla mnie rewela. Egzotyka pojawia się również w smaku, ale nie podbija ona słodyczy. Piwo jest wytrawne z umiarkowaną goryczą i lekko zaznaczoną słodowością. To wszystko czyni ten Pale Ale trunkiem niezwykle pijalnym i przyjemnym. I ponownie ekipa Piwnego Podziemia potwierdziła swoją klasę. 7.5/10

  1. Raduga – RIS 28 BLG

O tym RISie w zasadzie miałem nie pisać. No bo jak tu recenzować piwo, które ekipa Radugi zabrała ze sobą jedynie na skosztowanie, a jakie nie ma nawet nazwy, gdyż jeszcze 2 miesiące będzie leżakować w tanku? Po kilku łykach zmieniłem zdanie, bo to piwo już teraz urywa cztery litery. Po pierwsze prezentuje się jak rasowy likier kawowy. Patrząc na szkło widać jak jest ono gęste i likierowe. Bukiet tego RISa to prawdziwa 5 Symfonia Beethovena – czekolada i lekka, kawowa paloność pięknie przygrywają nutom śliwki, moczonej w likierze i szlachetnym akordom alkoholu. Już sam aromat pokazuje, jak ten trunek jest złożony. Smak tylko te wrażenia podkręca. Jest gładko, słodko i likierowo. Czekolada, kawa i czerwone owoce ze śliwką w tle tańczą tak, jak nie śniło się nawet jurorom Tańca z Gwiazdami. Zerowe wysycenie temu tańcowi nie przeszkadza. Zresztą kiedy dzień później ponownie próbowałem tego RISa, a samo piwo poleżało podpięte pod CO2, nabrało już odpowiedniego nagazowania. RIS 28 BLG już teraz jest piwem rewelacyjnym, a co będzie za te dwa miesiące? Oj bójcie się kraftowcy, bójcie się, bo nadchodzi solidny kontratak. 8.5/10

  1. Pracownia Piwa – Devil Pact (Imperial Saison)

Saison z reguły powinien być piwem lekkim, rześkim i pijalnym. Więc czy jest sens robić z tego stylu wariant  imperialny? A kto bogatemu zabroni? Poza tym ja takie pomysły szanuję, ot co! Więc wyobraźcie sobie klasyczny, fenolowy, przyprawowy i słodki Saison wykręcony do likierowego poziomu piw imperialnych. Pasuje? No mnie jak najbardziej. Co prawda alkohol mógłby być nieco bardziej ukryty zarówno w zapachu, jak i smaku, ale czy jakoś bardzo mi on przeszkadza? Mimo lekkiego szczypania w język – nie. Devil Pact jest piwem przyjemnym i degustacyjnym. Jak ktoś lubi Saisony, to niech koniecznie go spróbuje. 7/10

  1. Browar Okrętowy – Langskip (Gotlandsdricka)

Tego piwa nie miałem na swojej liście. Ba, było to moje pierwsze spotkanie z tym browarem. Jak wypadła ta randka? Najpierw zerknijcie na styl. Gotla-co? O co tutaj chodzi? O Gotlandsdricka, czyli piwo fermentowane Kveikami z użyciem słodów Sahti i wędzonych… brzozą. Nie powiem – użycie brzozy w naszym kraju, to dość odważne posunięcie (wink, wink 😉 ). Połączenie tego wszystkiego dało piwo o melanoidynowym charakterze, z lekką rześkością iglaków i subtelną słodyczą miodu. Tylko czy aby ten miód nie wynika z utlenienia? Hmmm, ciężko mi ocenić, bo pierwszy raz spotykam się z Gotlandsdricka, ale mi ta miodowość akurat pasuje. W ustach Langskip jest pełny, delikatnie słodki, z wyczuwalnymi nutami rodzynek, chleba i czerwonych owoców. Lekka kwaskowość miesza się fajnie ze średnią i krótką goryczką. Całkowicie subiektywnie – dla mnie jest smacznie, fajnie i przyjemnie. 7/10

  1. Westbrook – Mexican Cake (Imperial Stout)

Na finał wybrałem pewniaka, który miał mi dostarczyć wiele radości i przyjemności z degustacji. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Mexican Cake to piwo, jakie najlepiej wypić siedząc przy kominku w wygodnym fotelu i z dobrą książką w rękach. Aromaty ciasteczek czekoladowych, pralin, wanilii oraz lekko podbitej pikantności powodują, że nie chcemy, aby zbyt szybko to piwo wyparowało nam ze szkła. Zresztą to samo dzieje się po kilku łykach. Mexican Cake jest niesamowicie pełne, wyklejające, słodkie, z idealną goryczą w kontrze. I do tego ta bardzo przyjemna pikantność. Wszystko się tutaj zgadza. Wszystko. 9.5/10

W tym miejscu kilka słów należy się także innym piwom, jakie zrobiły na mnie wrażenie. I niestety nie zawsze były to wrażenia pozytywne. Zacznijmy jednak od tych przyjemniejszych doznań.

  • brawa dla Browaru Recraft za Cherry Ridera; połączenie brettów, stylu sour i wiśni zrobiło robotę.
  • Brokreacja dorzuciła oliwy do ognia Imperialnym Nafciarzem Dukielskim. I pomyśleć, że to nie koniec, bo Nafciarz jeszcze będzie sobie chwilę leżakował.
  • na Kwas Eta z Pinty ludzie marudzili, a wyszło niezwykle lekkie i przyjemne piwo. Dla mnie bomba.
  • Widawa ze swoim Imperial Black Kiss Cherry BA rozdała tak, że zerwało mi papę z dachu
  • podobnie zresztą było w przypadku Korda Quintuple’a z browaru Jan Olbracht
  • nagroda za Kawko i Mlekosza dla PiwoWarowni należała się po stokroć – wspaniałe piwo
  • a co powiedzie o Whiskerze B z Wąsosza, czyli dymionym, słonym stoucie? Dla mnie było przesmacznie, aczkolwiek mam nadzieję, że ekipa następnym razem trochę przykręci chłodziarkę. Przywierająca skóra do szkła to nie była rzecz przyjemna 😉
  • Chmielokrata z Piwnego Podziemia ponownie podkreślił klasę i niezwykle równy, wysoki poziom piw z tego browaru.
  • na koniec jeszcze raz największe brawa dla Browaru Szałpiw za Bubę Extreme, leżakowaną w beczce po Jacku Daniel’sie – dla mnie to było najlepsze piwo festiwalu.

Na koniec jedynie przestrzegę przed piwami z Osowej Góry – RIS i Imperialna IPA to zło wcielone i nic nie ratuje tych piw. Mam nadzieję, że piwowarzy mają tego świadomość i popracują nad recepturami oraz samym procesem warzenia, bo szczególnie w tym drugim dopatruję się ich porażki.