Browar Szpunt – Venom (Black Sour Ale)

Za dzieciaka jednym z  moich ulubionych komiksów po Supermanie i Batmanie był marvelowski Człowiek Pająk. Co prawda uwielbienie do tej postaci w moim przypadku było nieco kuriozalne ze względu na nabytą arachnofobię, ale hej – gość nie miał ośmiu odnóży, nie był włochaty i nie miał kilku par oczu. Przy tym świetnie radził sobie z wszelkiej maści czarnymi charakterami. Jeden z tych szemranych jegomościów został nawet bohaterem niedawno premierującego piwa z Browaru Szpunt. Mówimy tutaj o Venomie, czyli Black Sour Ale’u z dodatkiem soku i skórek z limonki. Brzmi to jak niezła okazja pod reckę piwa, nieprawdaż? I chociaż na pierwszy rzut oka połączenie „kwasu” z palonym charakterem czarnego „ejla” wydaje się niezbyt oczywiste i mało sensowne, tak mając w pamięci inne, odjechane koncepcje piwne sytuacja wydaje się intrygująca. Zresztą równie nieoczywistym połączeniem była symbioza pewnego pozaziemskiego gatunku z homo sapiens. Ci od komiksów pewnie wiedzą, o czym mówię, prawda (a mowa o Symbiocie, gdyby jednak ktoś nie wiedział)? W świecie Marvela Venom narobił sporo zamieszania. A jak będzie w świecie kraftu?

Jak na tego komiksowego antagonistę przystało piwo jest nieprzejrzyście czarne. Pazura tej aparycji dodaje drobna, jasno-beżowa piana. Niestety opada ona dość szybko, pozostawiając niewielki jej krążek wokół trunku. Trochę szkoda, bo liczyłem na długo utrzymującą się koronę w czasie degustacji. Na szczęście aromat szybko zatarł ten zawód. No bo tak – z jednej strony wyraźnie czuć limonkę, a z drugiej nuty palone i czekoladę. To wszystko miesza się ze sobą, dając mi skojarzenia z iglakami i jałowcem. Venom zaskakuje również w smaku. Nieoczywiste połączenie cierpkości stylu Sour z tematem palonych słodów wypada nad wyraz udanie. Dzięki limonce i podbitej delikatnie kwasowości piwo jest rześkie, a uderzenie czekolady i subtelnej kawy daje w tym miejscu rewelacyjną kontrę. Jedynie gorycz mogłaby być tutaj nieco wyższa, ale cóż – Peter Parker także liczył, że będzie miał większą  kontrolę nad Symbiotem, a wyszło, jak wyszło. Sznytu całości dodaje wysoka pijalność tego piwa. Można by się przyczepić do dość niskiego ekstraktu, przez co ciało traci nieco na wyrazistości, ale czy jest sens? Moim zdaniem nie bardzo.

Venom jest piwem nieoczywistym, intrygującym i z pewnością nie dla każdego. Łączy w sobie smaki i aromaty w dość zaskakujący na pierwszy rzut oka sposób. Na szczęście mnie tego typu połączenie bardzo odpowiada, czego dowodem było ekspresowe tempo osuszania się szkła. I o ile początkowo podchodziłem do tego pomysłu dość sceptycznie, tak finalnie zostałem kupiony w 100%. A do tego wszystkiego ta etykieta. Całość robi robotę i wstydu Marvelowi (i browarowi) nie przynosi. 7/10

Reklamy

Browar Brewera – No i Pa (IPA)

Decydując się w dzisiejszych czasach na uwarzenie piwa w stylu American India Pale Ale, browar bierze na siebie dość dużą odpowiedzialność. Dlaczego tak uważam? Już śpieszę z wyjaśnieniem. Otóż kiedy piwna rewolucja wkraczała w polskie granice w 2011 roku zrobiła to właśnie poprzez ten styl i pod postacią Ataku Chmielu. W kolejnych latach ilość interpretacji, warek, modyfikacji i innych cudów dot. stylu AIPA napuchła do niebotycznych rozmiarów, czyniąc go jednym z najpopularniejszych w naszym kraju. Na szczęście obecnie nie produkuje się już tak zatrważającej ilości tej amerykańskiej odmiany „ipy” i pojawia się sporo innych, ciekawszych tematów. Niemniej jednak każdy beer geek wie, jaki powinien być profil i czego należy się po spodziewać po American India Pale Ale’u. Dlatego chylę czoła przed Browarem Brewera, który po niezwykle udanym AlEganckym (AIPA wędzona Lapsang Souchong -> KLIK!) wypuścił na rynek „zwykłą” wersję „ajpy”, ochrzczoną dość zabawną nazwą No i Pa. Jak udał się ten zabieg? Sprawdźmy.

Pierwsze, co przykuwa mój wzrok, to etykieta – wykonana jak zwykle w lekko odjechanym, komiksowym stylu, przywołuje skojarzenia z westernami i nieśmiertelną rolą Clinta Eastwooda w „Dobrym, Złym i Brzydkim”. Nie wiem, jak Wam, ale akurat ten gatunek filmowy mocno wkręca się Stanami w moją głowę. Szybki rzut oka na parametry i… zaskoczenie. Przecież 13,1° BLG to poziom bliżej sesyjnego IPA, niźli standardów (14,0° BLG to dolna granica wg. PSPD – przyp. aut.), ale może nie będzie źle?

No i Pa jest dość mocno zmętniona, żółto-pomarańczowa z solidną koroną drobnej piany. I jak pięknie komponuje się z jesiennymi barwami, prawda? Niestety aromat już nie jest tak kolorowy. Owszem, można w tym piwie wyczuć cytrusy, będące dość wyraźną cechą charakterystyczną dla American IPA, ale pojawiają się one w tle i grają jak chórki na koncercie rockowym. Na pierwszy plan wychodzi dość mocno ziołowy i trawiasty profil, kojarzący mi się bardziej z chmielami niemieckimi czy angielskimi, niźli amerkykańskimi. Niski ekstrakt początkowy będzie pewnie także winowajcą braku nut żywicznych i karmelowych, które  mogłyby nieco uratować zapach No i Pa. A tak jest… zwyczajnie i nudno. 13,1° BLG objawia swoją niską moc także w ustach. Piwu brakuje ciała, co w tej kategorii już zdecydowanie klasyfikuje je jako „Session”. A można było zrobić przynajmniej „piętnastkę”. Poza tym w smaku góruje dość spora wytrawność i niesamowicie wysoki odbiór goryczy. Goryczy, która ściąga i zalega w przełyku, niczym akta w polskich sądach. Serio, kilkanaście minut po degustacji mojej jamie ustnej bliżej było do wysuszonych liści tytoniu, niż do cytrusowej skórki pomarańczy. Niby w pierwszym odczuciu jest rześko, ale cała reszta, mimo braku wad, czyni to piwo w mojej opinii mało pijalne i męczące.

Dość długo zastanawiałem się, co mam sądzić o nowym pomyśle ekipy z Rybnika. Z jednej strony ich dwa poprzednie piwa zrobiły na mnie bardzo pozytywne wrażenie, z drugiej – ich trzeci koncept nie do końca wpisuje się w mój gust. I w tym miejscu dochodzimy do sedna. Bo jeśli uwielbiasz piwa o szalenie wysokiej goryczce i o trawiastym charakterze chmielu, to bierz No i Pa w ciemno. Jeśli Twoim zdaniem Roo Ride z Ale Browaru było świetnym piwem, to bierz No i Pa w ciemno. Jeżeli natomiast bardziej leżał Ci AlEgancky, to lepiej trzymać się jego i piw, które leżą bliżej standardów American IPA. 5.5/10

PiwoWarownia – Wspomnienie Lata (Raspberry IPA)

Wyobraźcie sobie, że planujecie wypad w góry. Jesień już od kilku tygodni gra pierwsze skrzypce, a docelowe schronisko i ostatnie kilometry podejścia ponoć są już przysypane śniegiem. Sama trasa także do najłatwiejszych nie należy. Więc czy może być coś lepszego po intensywnej wędrówce, niż kufelek smacznego piwa? Dla niektórych będzie to pewnie żurek i ciepła herbata, ale dla beer geeka wybór jest oczywisty. Z tą myślą podczas pakowania się przed trasą na Halę Gąsienicową do jednej z kieszeni plecaka powędrowało Wspomnienie Lata, czyli Raspberry IPA. Bo czy może być coś wspanialszego, niż przywołanie w pamięci ciepłych dni pośród ośnieżonych szczytów gór? Wszystko to miało się dopiero wyjaśnić.

Wspomnienie Lata to „ajpiej” z dodatkiem malin, laktozy i płatków owsianych, uwarzony przez PiwoWarownię w ramach inicjatywy Cracow Beer Academy. Autorem jego receptury jest Grzegorz Sołtysik, a piwo to jest trzecim, jakie powstało w ramach tego projektu. A o co tutaj w ogóle chodzi? Krótko – PiwoWarownia spośród zgłoszonych przez piwowarów domowych piw wybiera zwycięzcę, którego receptura zostaje przeniesiona na duży browar. Proste? Proste. Zresztą temat jest podobny do Kuźni Piwowarów, organizowanej przez Browar Jan Olbracht. Skoro już wiemy co i jak, to pora na degustację.

OK, przyznaję – wymiękłem i zacząłem od żurku oraz ciepłej herbaty, bo śniegu faktycznie nasypało sporo, a temperatura i wiejący wiatr nie rozpieszczały wędrujących po Hali Gąsienicowej. Po chwili wypoczynku mogłem jednak śmiało przejść do tego, co przytaszczyłem ze sobą do tej urokliwej doliny. Szklanka została wypełniona bardzo ładnym, wpadającym w delikatną, jasną czerwień trunkiem. Piana rewelacyjnie komponowała się z okolicznym śniegiem i szczytami, okalającymi schronisko. Piękny, chmielowy aromat doskonale wtórował owocowemu zapachowi malin i subtelnym nutom laktozy. Bukiet tego piwa faktycznie może przywołać w pamięci skąpaną w letnim słońcu łąkę. W smaku jest równie dobrze. Pierwszoplanowe maliny świetnie współgrały z owocami cytrusowymi i charakterystycznym, mlecznym posmakiem laktozy. Na szczęście piwowar nie przesadził z ilością tej ostatniej, dzięki czemu piwo nie jest przesłodzone. Jak do tego dołożymy dość sporą goryczkę, kontrującą malinowo-laktozową słodycz, tak otrzymamy piwo niezwykle pijalne, pełne, które cieszy każdy nasz zmysł. Tylko nie bardzo wiem, co miały tutaj wnieść płatki owsiane, ale ja się nie znam. Zresztą zupełnie mi to nie przeszkadzało.

Wybierając się w Tatry miałem dwa piwa do wyboru i cieszę się, iż mój wybór padł właśnie na Wspomnienie Lata (drugim był Ryży Dżon, o którym możecie poczytać TUTAJ). Co prawda nie ryzykowałem wiele, bo piwa spod szyldu Cracow Beer Academy do słabych raczej nie należą, niemniej jednak jakieś ryzyko zawsze istnieje. Na szczęście nie zawiodłem się ani trochę, a okoliczności przyrody, w jakich miałem przyjemność pić Wspomnienie Lata dodatkowo potęgowały wrażenia z degustacji. Jeśli traficie na to piwo w najbliższym czasie i akurat poczujecie zmęczenie winter warmerami spod znaku RISów czy Quadruple’i – nie zastanawiajcie się i bierzcie je w ciemno. 7.5/10

Browar Łańcut – Chorągiew Rodowa (Ryżowe IPA)

Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, za siedmioma lasami i pięcioma morzami powstał, wskrzeszony na popiołach poprzednika, Browar Łańcut. Szefowie tegoż przybytku postawili sobie za cel stworzenie dobrego piwa. I to nie jednego! Pomysł był zacny, koncept słuszny, a do tego mieszkańcy okolicznych wiosek, pamiętający czasy świetności starego browaru czekali z utęsknieniem na to, co piwowarzy z Łańcuta uwarzą. Mijały dni i tygodnie, podczas których praca w browarze wrzała, kotły buchały parą, a zapach gotowanej brzeczki wypełniał nie tylko teren tegoż przybytku, ale i całą okolicę. Kiedy nadszedł, czas główny piwowar rzekł „oto teraz należy piwo nasze rozlać w butle i beczki”. Jak powiedział, tak zrobili, a złocisty trunek rurkami, wężykami i zakolami powędrował w szkło. I tak jedna z tych butelek, okraszona niewiele mówiącą nazwą „Chorągiew Rodowa” trafiła w moje ręce, abym mógł i Wam przybliżyć to, czym po dziś dzień chce się szczycić bohater tej opowieści. Tylko czy  jest czym się szczycić?

Niestety Browar Łańcut za bardzo nie umie w grafiki. I nie powiem, ale po dziś dzień dziwi mnie to, że w krafcie trafiają się etykiety, jakie kompletnie nie przyciągają wzroku i skupienia. No przyjrzyjcie się tej butelce. Bliżej jej do koncernowych konceptów, niż do pomysłów Radugi, Kraftwerków czy chociażby nawet Doctor Brew. I co ma wspólnego chorągiew rodowa z ryżem albo IPA? OK, rozumiem że chodzi o odwołanie do tradycji regionu, szlacheckości i staropolszczyzny. Ja tego jednak nie kupuję. I gdyby nie to, iż piwo do degustacji wybrała mi Pani Kapitan, tak pewnie nigdy bym po „Chorągiew” nie sięgnął. I jeszcze brak dokładnego składu na kontrze. Ej, ja na serio chce wiedzieć, jakiego chmielu piwowar dorzucał do  kotła, bez konieczności wchodzenia w internety! No ale dobra, czepiam się detali, a nie to jest tutaj daniem głównym.

Chorągiew Rodowa po przelaniu do szkła wygląda tak, jak wyglądać powinno ryżowe IPA – słomkowo żółty, minimalnie zmętniony trunek przykrywa piękna czapa drobnej piany. Piany, która strasznie długo się utrzymuje i rewelacyjnie koronkuje. Samo piwo mocno zaskakuje. Pamiętając Oto Mata IPA z Pinty spodziewałem się raczej sesyjnego piwa, o dość czystym profilu. A tu jak mnie z zaskoczenia nie uderzą w nos intensywne owoce cytrusowe i egzotyczne. Tym drugim wtórują lekkie aromaty białych owoców, kojarzących mi się z winogronami. Kontrą do tych dość słodkich zapachów jest rewelacyjnie wytrawny trunek, w którym owocowość nadal gra pierwsze skrzypce. Chorągiew Rodowa jest piwem pełnym, pijalnym i wyraźnie goryczkowym. I tutaj pojawia się jedyny minus, bo gorycz ta jest trochę zbyt intensywna, łodygowa i mocno ściągająca. Oczywiście absolutnie nie jest to wadą, a dla niektórych hop headów będzie to nawet zaletą. Dla mnie jednakowoż można było tę gorycz lekko stonować. Reszta najzwyczajniej w świecie się zgadza.

Chorągiew Rodowa przywołuje we mnie mocne skojarzenia z bajką o brzydkim kaczątku (ten bajkowy wstęp to tak nie bez powodu w końcu, c’nie? 😉 ). Bo tak najpierw dostałem średniej urody butelkę, z której po przelaniu wyszło rewelacyjne piwo. Naprawdę, nie spodziewałem się tak wiele po tym stylu i po takiej grafice na froncie. Browar Łańcut potwierdza po raz kolejny, że nie ma co oceniać piwa po okładce… znaczy się po etykiecie. Ja co prawda dalej będę sobie pod nosem marudził, że brzydkie i oni nie umio w grafiki, ale będę przy tym popijał sobie to piwko z uśmiechem i zadowoleniem na twarzy. 7/10

Browar Hajer – Rajza na Antypody (Rye Pale Ale)

Wakacje to piękny i beztroski czas. Wyjazdy na egzotyczne wyspy, kąpiele w ciepłych morzach, spacery po plaży, hulanki wieczorami w klubach i knajpach. Tak, to na to wszystko czeka przeciętny Kowalski okrągły rok. W tym momencie (wrzesień A. D. 2016) większość Kowalskich te przyjemności ma już niestety za sobą. A co przed nami? Wizja ponad 300 dni w biurze/za kierownicą samochodu/na budowie/za sklepową ladą/etc., bez litości i zmiłowania, gdzie jedynym morzem, w jakim będzie można się zanurzyć, to morze goryczy i rozpaczy. W sukurs tym wizjom przybywa Browar Hajer ze swoim nowym piwem. Czy aby na pewno nowym? W sumie Rajza to temat dość mocno ograny, ale hola, hola! Tym razem zamiast do Kalifornii chłopaki z Bierunia chcą nas zabrać w podróż na Antypody. Tak na marginesie – rajza po śląsku oznacza właśnie podróż. A jak wyszedł Hajerom ten zabieg?

Nim wyruszymy w kierunku tych nowozelandzkich wysp zerknijmy na to, jak Rajza na Antypody prezentuje się w szkle. Zmętniony trunek zdobi piękna, drobnopęcherzykowa piana, utrzymując się dość długo w szklance i ślicznie koronkując podczas picia. Zapowiada się bardzo dobrze, więc nie pozostaje nic innego, jak zapiąć pasy i ruszyć w drogę. Pierwszy przystanek, na którym się zatrzymujemy, to doskonały wstęp do głównej atrakcji wieczoru. Mam tu na myśli bardzo wyraźne nuty owoców egzotycznych, podbudowane przyjemną ziołowością chmielu, z akordami słodowymi i żywicznymi. Czuć w nosie, że w tym piwie użyto słodów żytnich i ja temu propsuję! Co tu dużo mówić – żyto to jeden z moich ulubionych tematów, jakie mogą pojawić się w tym złocistym trunku. Drugi przystanek to już samo serce Antypodów. Kilka łyków i… nie ma połowy piwa. Ale jak to? Przecież ja dopiero zacząłem, a już jestem w połowie imprezy? W sumie czemu się tu dziwić? Rajza na Antypody urzeka przede wszystkim swoją gładką i aksamitną fakturą. W tym miejscu po raz kolejny wzniosę hymn pochwalny dla słodów żytnich, bo to one zapewne zrobiły tutaj robotę. Równie urokliwy jest smak – wytrawny charakter tego piwa świetnie zgrywa się z jego owocowo-egzotycznym i pełnym profilem. Goryczka jest średnio wysoka i całkiem nieźle utrzymuje się w ustach, a niewysokie wysycenie dodatkowo sprzyja niezwykłej pijalności tego piwa. Jeszcze jeden łyk i… szkło świeci pustkami, a po Rajzie na Antypodach zostają już tylko wspomnienia.

Muszę przyznać, iż wycieczka jaką serwuje nam ekipa Hajera zostawia po sobie wyborne wspomnienia. Nie dość, że bardzo przyjemnie przywołuje beztroskę wakacyjnych wojaży, to na dodatek pozostawia po sobie szeroki uśmiech na twarzy. Tutaj nie ma przypadków i nietrafionych decyzji. Rajza na Antypody być może nie jest piwem wybitnym, ale z pewnością trzyma bardzo wysoki poziom i potwierdza wysoką formę Hajerów. Ja z pewnością na Antypody wybiorę się nie raz, nie dwa, bo ta podróż jest po prostu tego warta. 8/10

Browar Gentleman – Gwóźdź Programu (Australian Red Ale)

Dzień dobry. Żyję i mam się całkiem dobrze. No może nie do końca jestem zadowolony z faktu chwilowej przerwy w prowadzeniu bloga, ale hej – kilka tygodni abstynencji z pewnością wyszło mi na zdrowie i każdemu taki zabieg od czasu do czasu polecam. Łatwiej trzymać dietę, szybciej zrzuca się wagę, a i wątroba jakoś tak bardziej radosna się wydaje. Niemniej dość tego dobrego – w końcu piwo samo się nie wypije, a teksty same się nie napiszą. A więc do dzieła. Na pierwszy ogień lecimy z nowym browarem Gentleman i ich Gwoździem Programu, czyli Australian Red Ale’em.

Jak na Red Ale przystało piwo prezentuje się jak należy – ot jest umiarkowanie czerwone, delikatnie zmętnione, ze średniopęcherzykową pianą, która całkiem nieźle koronkuje. Mogłaby co prawda utrzymywać się nieco dłużej, ale hej – nie można mieć wszystkiego, prawda? A co Gwóźdź Programu proponuje nam w bukiecie? Oczywiście karmel na pierwszym planie nie będzie tutaj zaskoczeniem, a w dodatku jest on nienachalny i nieprzesadzony. Brawo. Jak do tego dołożymy nuty cytrusowe i charakterystyczną ziołowość, pochodzącą z chmielu, to już robi nam się całkiem przyjemnie. W tle dodatkowo pięknie grają subtelne nuty jagodowe, co przy użyciu Topaza nie powinno dziwić. Podsumowując – aromat robi robotę. Po kilku łykach wcale nie jest gorzej. Piwo jest wytrawne, rześkie i bardzo dobrze ułożone. Słodycz zeszła prawie do zera, co wpisuję na listę plusów (nic tak nie psuje mi degustacji, jak słodkie i karmelowe trunki). Goryczka jest wyraźnie zaznaczona, przyjemna i nie męcząca. I w zasadzie w tym miejscu mógłbym zakończyć ten opis i bardzo tego bym sobie życzył. Niestety. W międzyczasie Gwóźdź Programu nieco się ogrzał i wyszło szydło z worka. Tzn. nie szydło, a diacetyl konkretnie. Na szczęście nie jest on jakoś wyraźnie zaznaczony i za bardzo nie przeszkadza, no ale jest. A mogłoby go nie być. Szkoda.

Fanem Red Ale’i jakoś specjalnie nie jestem, ale od czasu do czasu sięgam po tego typu piwa, licząc na przyjemne zaskoczenie. Nie powiem, ale Browar Gentleman tym piwem odrobinę mnie zaskoczył. Spodziewałem się przeciętnego, słodkiego i mocno karmelowego piwa, a dostałem fajnie ułożony trunek, który całkiem przyjemnie się pije. Byłoby bardzo dobrze, gdyby nie ta maleńka łyżeczka dziegciu w beczce piwa w postaci diacetylu. Może kolejna warka nieco dłużej poleży w tankofermentorze i temat będzie załatwiony? Tego życzę, bo chętnie sięgnę po to piwo ponownie. No i te jagody… cały czas gdzieś mi w tle fajnie marsza grają. 6.5/10

Browar ReCraft – Mentor (Porter Bałtycki)

Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami i za siedmioma lasami żyli sobie dwaj bracia bliźniacy. Obaj trudnili się warzeniem piwa, dzieląc nawet identyczne herby, a czasem i nazwy swych trunków. Szkopuł w tym, iż gawiedź nie bardzo kumała, który brat warzy jakie piwo, bo przecież ten Jaśko i ten Jaśko. Czy jakoś tak. Przez czas pewien braciom ten stan rzeczy nie przeszkadzał. Jednakowoż czara goryczy i w tym wypadku nie pozostała bez dna. Pewnego dnia wylała się z impetem, bryzgając tym samym buty jednego z braci. A że buty dzień wcześniej były pastowane i świeciły się jak… diamenty w koronie królowej, tak i ten brat postanowił, iż czas najwyższy zmienić imię, aby lud całego królestwa w końcu przestał mylić jednego brata z drugim. Bardzo podobnie do powyższej historii wyglądała historia browarów Reden – tego mniejszego z Chorzowa i większego ze Świętochłowic. Większy z braci również postanowił zmienić imię i od Wrocławskiego Festiwalu Dobrego Piwa roku pańskiego 2016 zaczął on nosić nazwę ReCraft. Z tej okazji Łukasz Łazinka wraz z resztą załogi postanowili uwarzyć coś specjalnego. Wybór padł na „czarne złoto polskiego piwowarstwa”, czyli Porter Bałtycki. Dodatkowo Porter ów leżakował sobie spokojnie w browarze przez 10 miesięcy przed rozlewem. And how cool is that? Ale moment, moment. Czy browar, warzący w opinii wielu osób piwa przeciętne, może nagle wystrzelić z tak tęgiego kalibru i nie wypalić ślepakiem? Ja osobiście znajdę kilka pozycji w katalogu Redena/ReCrafta, które mi pasowały, kilka które faktycznie były słabe, ale ani jednej, wybitnej. Wszystko stało się jasne wczoraj, kiedy do kielicha nalałem Mentora.

Nim jednak o zmysłach smaku i aromatu pomówmy o stronie wizualnej. No nie powiem, ale Panowie się postarali – śliczną, ciemnozieloną butelkę, przypominającą kształtem szkło bardziej na miód pitny, niż na piwo, opatrzyli sznurkiem z wybitą pieczęcią, uwidaczniającą logo browaru i zapakowali w gustowny, przezroczysty kartonik. Jest moc, a tak zaprezentowane piwo z pewnością będzie przykuwało wzrok każdego, kto na nie trafi. Miało być jednak o zawartości, więc pora na pierwsze kilka pociągnięć nosem. I co? Wyobraźcie sobie polanę, przepełnioną aromatami leśnych owoców oraz dojrzałych śliwek przeplatającą się z akordami czekolady i delikatnej kawy. No po prostu cios! Wyraźnie można wyczuć nuty, charakterystyczne dla piw leżakowanych, czyli subtelne aromaty winne. Być może nie jest to poziom Imperium Prunum, ale jest całkiem niedaleko. Alkohol został skrzętnie ukryty i w tym miejscu nie czuć go ani grama. W ustach ten Porter także robi robotę. Jest aksamitny, lekko zalepiający i przyjemnie rozgrzewa. Subtelne wysycenie sprzyja degustacji i w moim odczuciu jest wręcz idealnie dobrane pod ten trunek. Słodycz Mentora została bardzo dobrze skontrowana przez stosunkowo umiarkowaną goryczkę. To wszystko w połączeniu z fantastycznym smakiem czerwonych owoców, czekolady i delikatną palonością kawy powoduje uniesienie się kącików ust po każdym łyku w bardzo szeroki uśmiech. Nawet delikatny alkohol tutaj nie wadzi. Jak do tego dołożymy nienaganną prezencję trunku w szkle, którego ciemnobrązową, prawie czarną toń rozjaśniają bursztynowe refleksy, otrzymamy piwo nad wyraz udane, przyjemne i po prostu – solidne.

Browar ReCraft w mojej opinii Mentorem powinien otworzyć nowy rozdział w swojej historii. I nie powiem – jest on napisany z kunsztem, polotem i rozwagą, godną najlepszych piwowarów w tym kraju. Może jedynie cena, jaką trzeba za tę małą butelkę zapłacić, jest odrobinę zbyt wysoka, niemniej jednak ja nie żałuję i liczę na kolejne rozdziały w historii tego browaru, napisane z taką samą pieczołowitością. 9/10

Browar Rebelia – Frankenstein

Urlop to taki dziwny okres, gdzie niby człowiek ma więcej czasu, cztery tysiące różnych pomysłów i pełno planów na zagospodarowanie tych dwóch, może trzech spokojniejszych tygodni. Ta, mhm. Wszystko jak zwykle pięknie wygląda w teorii. Ja też sobie sporo obiecałem, a jedną z tych obietnic było częstsze wrzucanie wpisów na tenże blog. No cóż, lepiej późno niż wcale, prawda? Sam post pojawia się dzięki Browarowi Rebelia, który niebawem powinien pojawić się na naszych półkach sklepowych, a którego przedstawiciel odwiedził wczoraj nasz skromny przybytek. Pogadał, zostawił kilka „próbek” i zwinął żagle, gdyż pora była już dość późna. A że nie miałem jeszcze okazji konsumować trunków spod tego szyldu, tak też i pozwoliłem sobie na nieco bardziej szczegółowe przyjrzenie się zawartości jednej z butelek. Wybór padł na Frankensteiena; piwo w stylu… no właśnie, w tym miejscu pojawia się pewien szkopuł, ale o tym nieco później.

Tytułowy jegomość zapewne do najpiękniejszych person nie należy, natomiast samo piwo prezentuje się odwrotnie proporcjonalnie do wizerunku tego głównego bohatera powieści Marry Shelley. Jest ono klarowne, o głęboko bursztynowej barwie. Gęsta piana stosunkowo wolno opada i ładnie koronkuje na szkle. Zapach też nie został odziedziczony po Frankensteinie. No chyba że ten gość pachniał subtelnym karmelem oraz owocami egzotycznymi z mango na pierwszym planie. Wtedy wszystko będzie się zgadzać. Tak czy siak aromat tego piwa jest dla mnie bardzo udany i rewelacyjnie ułożony. Karmel nie przebija się na pierwszy plan i nie męczy, jak to się zdarza w pewnym znanym trunku, jaki rozpoczął piwną rewolucję w Polsce. Ze szkła wręcz buchają amerykańskie chmiele, co całości dodaje przyjemnego charakteru. Po kilku łykach już wiem, że mamy do czynienia z faktycznie potwornie dobrym piwem (vide hasło na etykiecie). Jest słodowo, z wyraźnymi nutami owocowymi oraz z solidną goryczką w kontrze. Ciało tego piwa jest dość wysokie, ale nieprzesadzone, co mocno sprzyja pijalności. Wracając na chwilę do goryczki – utrzymuje się ona dość długo w ustach, ale nie zalega i nie ściąga. Ja tego typu tematy szanuję nad wyraz, gdyż ciężko jest utrzymać dokładnie taki balans. Może jedynie informacja o IBU, wynoszącym 80 jest odrobinę przesadzona, ale to tylko drobny szczegół. Na koniec zostawiłem sobie łyżkę dziegciu w beczce miodu. Ekipa Browaru Rebelia postanowiła być „oryginalna” i nie zamieszczać na etykietach informacji o stylu, w jakim warzą swoje piwa. Dowiedziałem się, iż dzięki temu chcieli się wyróżnić na tle innych. Panowie, serio? Ale tak całkowicie serio? Naprawdę – oznaczenie Frankensteina jako piwa w stylu Ale to trochę za mało. Jak ja, jako konsument, wybierający wśród tysięcy różnych piw mam akurat skusić się na Waszą propozycję?. Na etykiecie, poza składem, nie ma nawet ćwierć informacji o tym, jakich smaków i aromatów mam w tym piwie szukać. A umówmy się – kto w obecnej sytuacji zdecyduje się kupienie kota w worku? Liczę na to, że szpece od marketingu Rebelii ogarną się i szybko naprawią to uchybienie. Acha, jak dla mnie Frankenstein to American IPA, niemniej jednak kto wie, co piwowar miał na myśli?

Na butelki Rebelii miałem okazję trafić już jakiś czas temu. Niestety nigdy nie zdecydowałem się na ich zakup z powodów opisanych na końcu powyższego akapitu. Tym bardziej cieszę się, że  końcu trafiłem na sposobność spróbowania Frenkensteina, bo sam zapewne do niego wrócę nie raz. Piwo też mogę polecać innym bez obawień i wstydu. Na koniec jeszcze raz pogrożę palcem za brak opisu stylów, odejmę za to pół punktu i wystawię solidne 7/10.

BeerLab – Rubio (Belgian Blonde Ale) + Désir (Coffee Brown Porter)

Już kiedyś pisałem o tym, że w Polsce wysyp nowych browarów i nowych piw jest tożsamy z pojawiającymi się aktualizacjami appek na smartfonach. Nie będę się tutaj rozwodził czy jest to dobre czy złe, bo swoje zdanie na ten temat mam, niemniej jednak taki jest fakt. Faktem jest również to, iż aby zaistnieć i zachęcić hopheadów do zakupów trzeba się mocno postarać. I tak mamy fikuśne etykiety, wymyślne nazwy czy inwestycje w szeroko pojętą reklamę. Od dłuższego czasu polska scena kraftowa przestała mnie zaskakiwać pod tym kątem. Aż do momentu, w którym na fejsie wyskoczył mi link sponsorowany nowych piw z nowego browaru, nazwanego BeerLab. Nie powiem, ale ta ekipa mocno mnie zaciekawiła. Po pierwsze butelkami, których kształt przywodzi na myśl bardziej ekskluzywne alkohole. Po drugie etykietami, utrzymanymi w tym samym stylu i wciąż wpadającymi w skojarzenia z towarami rodem z Harrodsa. Po trzecie całym anturażem, jaki wokół tej marki krąży (sprawdźcie chociażby ich stronę www -> KLIK!). Tylko czy jakość idzie tutaj w parze z tym, jak uwarzone są piwa spod szyldu BeerLab? Postanowiłem to sprawdzić i na warsztat wziąć ich Rubio oraz Désir.

Na pierwszy ogień wybrałem Belgian Blond Ale’a. Po przelaniu do szkła piwo prezentuje się, jak należy – jest złociste i lekko zmętnione, z drobną, acz szybko opadającą pianą. Nie to jednak w Rubio jest istotne. Aromat. Tak, to piwo wygrywa aromatem! Gdybym miał przyznawać Oscary za najlepszy, belgijskich piwny zapach, to Rubio zdecydowanie otrzymałoby najsilniejszą nominację. Jest tutaj wszystko, czego można oczekiwać od tego stylu – rewelacyjna, belgijska fenolowość, przyprawowy charakter, subtelne nuty brzoskiwniowe i cytrusowe akordy, pochodzące ze skórki pomarańczy Curaçao. Całość ułożona jest w doskonały bukiet, rodem z najlepszych szkół florystycznych. Brawo!

Smak na szczęście nie odstaje od zapachu. Rubio jest stosunkowo słodkie, owocowe, bardzo rześkie i niesamowicie pijalne. Co ciekawe, można tutaj wyczuć także subtelny smak bananów, charakterystyczny dla piw pszenicznych. Mnie pasuje i za to również duży plus. A co z goryczką? Ano jest wyczuwalna, ale nie wchodzi mocno w kontrę z resztą, co sprzyja pijalności. Powiem szczerze – jestem trochę w szoku, że to Polacy uwarzyli takie piwo. Jak widać poziom polskiego kraftu rośnie z dnia na dzień i chwała za to. 8.5/10

Z kolei Désir – Coffee Brown Porter jako drugi w kolejce powędrował na tapetę. Kawa. Kawa przykuwa uwagę od razu. Po przelaniu do Teku (to taki rodzaj kielicha, jak na zdjęciu – przyp. aut.) jej aromat unosi się wokół szkła nawet bez przysuwania nosa w jego pobliże. Samo piwo jest ciemno brunatne, nieprzejrzyste i zmętnione. I w tym miejscu pojawia się zonk pod postacią piany. O ile po przelaniu pojawia się piękna czapa, tak znika ona w tempie black-metalowych blastów. To chyba nie tak miało być, ale ok.

Kawa. Kawa znowu odwraca moją uwagę. Tym razem zdecydowałem się nieco bliżej zaprzyjaźnić z nutami zapachowymi Désira i jak jest? Kawa. Ponownie kawa i to mocno palona, intensywna i grająca zdecydowanie pierwsze skrzypce. Na szczęście wtórują jej aromaty czekolady, z odrobiną czerwonych owoców, podbite delikatną kwasowością. Jest bardzo przyjemnie, chociaż mam świadomość, iż tak intensywne akordy palonej kawy nie wszystkim podejdą. Ja to kupuję bez dwóch zdań. Désir to na szczęście nie tylko aromat, ale i smak – pełny, oczywiście mocno kawowy z czekoladą i czerwonymi owocami w tle. Lekka kwasowość pojawia się nie tylko w zapachu, ale także i w tym miejscu. Goryczka jest umiarkowana, nieprzesadzona i pasuje tutaj, jak ulał. Samo piwo jest delikatnie słodkawe, z subtelnymi nutami paloności dla kontry. Całość daje nam trunek mocno deserowy i bardzo przyjemny. 7.5/10

W tym miejscu powinienem napisać, iż BeerLab jakością wybronił się z tego, w jaki sposób marketingowo sprzedaje swoje piwa. I w zasadzie tak jest, bo dostajemy produkt w ekskluzywnym opakowaniu wraz z solidną zawartością. Niestety jak to bywa – w beczkach miodu czasem musi pojawić się i łyżka dziegciu. W tym wypadku za dziegć robi cena. Ok. 15 zł za 0.33 ml to w mojej ocenie nieco za dużo jak na ten poziom. Niemniej jednak nie patrząc na cenę wszystko się tutaj zgadza i jeśli tylko znajdziecie te urocze butelki w swojej okolicy, to łapcie za nie śmiało.

Browar Roch – Fryz (Black IPA)

Na Browar Rocha nigdy jakiejś specjalnej uwagi nie zwracałem. Najpewniej było to spowodowane brakiem ich asortymentu w mojej okolicy + docierało do mnie niewiele informacji na ich temat. Wszystko zmieniło się pewnego kwietniowego wieczoru, kiedy to rezydując w jednym z wrocławskich multitapów znajomi namówili mnie na Baliosa. Piwo skategoryzowane jako Forest Bomb Black IPA skomentowałem krótko: „o żesz kur**”. I musze przyznać, że była to kur*a mocno pozytywna! Dlatego z wielką radością powitałem na półkach mojego sklepu szerszy wybór piw spod szyldu Browaru Rocha. Z tej okazji na tapetę wziąłem ich bazową wersję czarnego „ajpieja” o niewiele mówiącej mi nazwie Fryz.

No właśnie – nazwy (przynajmniej niektóre), jak i etykiety z Rocha można podsumować jednym słowem – są. Niby nie rażą, niby jest estetycznie i schludnie, ale umówmy się – koncerny na tym polu nie ustępują Rochowi nawet na krok. Dodatkowo brak na kontrze szczegółów, dotyczących użytych słodów i chmieli to też nie do końca trafiony koncept. Ale ok, czepiam się okładki, a to zawartość książki jest najistotniejsza. No to jedziemy… tzn. lejemy! Rzut oka na szklankę i od razu gęba mi się uśmiecha – prawie hebanowy trunek z bursztynowymi refleksami, ozdobiony grubą czapą twardej piany prezentuje się wybornie. Parę pociągnięć nosem i już wiem, że preludium do smaku to arcydzieło na miarę Chopina! Delikatne nuty czekolady mieszają się z wytrawnością palonej kawy. Przyjemne akordy owoców egzotycznych fantastycznie podkręcają całość. I w tym miejscu moje obawy wobec tego piwa wzrosły. Bo jeśli tutaj jest tak dobrze, to czy ten poziom zostanie utrzymany w smaku? Kilka łyków i… uffffff, ten koncert w wykonaniu Browaru Rocha wyszedł popisowo! Jest tutaj wszystko, czego można oczekiwać od dobrego, klasycznego Black IPA. I tak mamy w tym piwie akcenty palone, czekoladę, nuty dobrej, czarnej kawy i świeżość owoców egzotycznych. Do tego Fryz jest niezwykle pełny, a przy tym rześki. Da się? Da się!

Nie ukrywam – po przygodzie z Baliosem miałem wobec Fryza dość spore oczekiwania i na szczęście nie zawiodłem się ani trochę. Browar Rocha uwarzył jedno z najlepszych (o ile nie najlepsze) Black IPA, jakie było mi dane do tej pory spróbować. Jeżeli reszta ich piw trzyma tak wysoki poziom, to rośnie nam na rynku czarny koń polskiego kraftu. Acha, Fryz to rasa koni właśnie, o czym dowiedziałem się z kontretykiety 😉 A samo piwo dostaje zasłużone 9/10