Jak będzie w Browarze Mariackim?

Od dobrych kilku tygodni chodził za mną tatar wołowy. Rzecz, jakiej jeszcze rok temu patykiem z trzech metrów bym nie dotknął. A teraz? Zwyczajnie co jakiś czas po prostu musze wsunąć porcję drobno siekanej, surowej wołowiny w towarzystwie ogórków, cebuli i żółtka jaja. Tak to jest, kiedy przez 30 lat boisz się spróbować czegoś, co finalnie okazuje się doskonałym przysmakiem. Temat chodził za mną, chodził, aż w końcu zapadła decyzja – idziemy na tatar! Tylko gdzie tu w Katowicach zjeść surową wołowinę, po której nie odwiozą mnie na OIOM? Pani Kapitan zasięgnęła języka i tak dzięki kilku poleceniom trafiliśmy do Browaru Mariackiego. A skoro mowa tutaj o browarze całkiem nowym na mapie Śląska, tak postanowiłem sprawdzić, cóż ciekawego oprócz tatara ten przybytek serwuje.

Powiem szczerze – nie spodziewałem się „efektu wow” po miejscu, które stanęło przy hotelu i na największej ulicy imprezowej Katowic. Dotyczy to oczywiście kwestii piwnych, bo o kuchnię raczej byłem spokojny. Jednakowoż nie tylko te dwa aspekty były istotne przy finalnej ocenie. Dla mnie bardzo ważny jest również wystrój i klimat, jaki w lokalu panuje. A na tym polu Browar Mariacki kasuje wielu. Lekko industrialne wnętrza wypełniają ściany z czerwonej cegły, co w połączeniu z przepięknym oświetleniem, hebanowym umeblowaniem oraz z wielkoformatowymi zdjęciami w klimacie piwowarskim wprowadza doskonały nastrój. Do tego wszystkiego na sali głównej stanęły dwa kotły zacierno-warzelne idealnie dopełniając charakter wystroju.

Obsługa również stoi tutaj na najwyższym poziomie. Wszyscy mili, pomocni i uśmiechnięci. W takich okolicznościach nie pozostało mi nic innego, jak złożyć zamówienie i poczekać na dalszy rozwój sytuacji. Na pierwszy ogień poszła klasyka, czyli Pils 12.5° Plato. Umówmy się – niby do Czech i Niemiec mamy niedaleko, a jednak ten styl nie zawsze wychodzi nam tak, jak powinien. Na szczęście tutaj wszystko się zgodziło. Bardzo czysty, słodowy profil piwa idealnie korespondował z dość wysoką, ziemisto-ziołową goryczką. Akordy słodowe, pojawiające się również w aromacie, pięknie uzupełniały subtelną chmielowość tego trunku. Przyznam szczerze, że jest to jeden z lepszych Pilsów, jakie miałem okazję pić.


Pod takie specjały idealnie pasował tatar wołowy. I o ile jestem zwolennikiem raczej prostego i klasycznego podejścia do tego dania, tak tutaj dodatek marynowanych grzybków shimeji, musztardy dijon i sosu worchester zwyczajnie zrobił robotę. Całkiem podobne wrażenie na Pani Kapitan wywarły krewetki w mango i chilli. Ba, nawet mnie, osobie która raczej jest na bakier z wszelkiej maści owocami morza, to danie smakowało. No i jeszcze sposób podania. Wierzcie mi – to wszystko smakowało dokładnie tak, jak się prezentuje na zdjęciach. A w karcie podobnych specjałów jest o wiele więcej.

Mnie jednak bardziej interesowały kolejne pozycje piwne. I tutaj wskazówka – jeśli pojawicie się na miejscu, to koniecznie poproście o kartę piw, bo oprócz trzech pozycji w menu głównym (Pils, Hefeweizen, AIPA) Browar miał na tapecie tego dnia również Milkstout i Witbiera. I o tego ostatniego poprosiłem. Od razu na mój nos rzuciła się kolendra, dość mocno dominując tę pozycję. Co prawda po chwili do głosu doszła pomarańcza, ale jednak to kolendra wiodła prym, nie odpuszczając sprawy do końca degustacji. W smaku piwo okazało się już bardziej zbalansowane, niezwykle rześkie, z minimalnym poziomem goryczki. Dodatkowo pojawiła się całkiem przyjemna guma balonowa, która mnie akurat bardzo do tego stylu pasuje. Werdykt? Przyjemny, dość stylowy Witbier, z nieco przesadzonym poziomem kolendry.

Na sam koniec piwnych degustacji poprosiłem o Amerykańskie IPA. Co jak co, ale piwowar Browaru Mariackiego zinterpretował ten styl chyba pode mnie. W aromacie bliżej temu piwu do imperialnej wersji, niż do standardowej „ajpy”. Wszystko to przez intensywnie dojrzałe owoce egzotyczne oraz przez ładnie zarysowaną żywicę. Duży plus za minimalny poziom karmelu, który dodawał całemu zapachowi fajnej, subtelnej słodyczy. W smaku wyszło prawie identycznie. Prawie, bo na tym polu karmelu nie wyczułem i za to kolejny plus. Do tego wszystkiego mariackie AIPA ma fajną, krągłą fakturę oraz intensywną, acz krótką goryczkę. I takie Amerykańskie IPA to ja rozumiem.

I o ile tego wieczoru pod kątem piwnym zostałem usatysfakcjonowany w pełni, tak kulinarnie czekała nas jeszcze jedna pozycja. Mowa w tym miejscu o czekoladowym fondancie, podanym z lodami waniliowymi, w towarzystwie sosu Baileys. I to właśnie ta pozycja postawiła przysłowiową kropkę nad „i”, stając się jednocześnie przesmaczną wisienką na tym restauracyjnym torcie.

Browar Mariacki być może nie stanie się żelazną pozycją na mapie śląskich Hop Headów, ale z pewnością każdy to miejsce powinien odwiedzić. I to nie tylko ze względu na piwo, a przede wszystkim ze względu na jedzenie, jakie jest tutaj serwowane. Jak do tego dołożymy fantastyczny klimat, przepiękne wnętrza i doskonałą obsługę, tak otrzymamy idealne miejsce na randki, spotkania ze znajomymi czy meetingi biznesowe. Ja polecam z ręką na sercu i wręcz rekomenduję wizytę w tym miejscu. Jestem przekonany, że nie pożałujecie.





Reklamy

Browar Camelon – Ultramaryna (New Wave Pils)

Co raz częściej w polskim krafcie można zaobserwować tendencje do sięgania po style klasyczne. I ja się w sumie tym tendencjom nie dziwię. W końcu ileż można wypuszczać różnorakich rodzajów amerykańskich IPA, leżakowanych w beczkach po winie, wydobytych z głebin Oceanu Indyjskiego, z wraku szesnastowiecznego galeonu. No dobra, można tego wypuszczać w opór, ale to nie oznacza, iż klasyka ma odejść do lamusa. Co to, to nie. I w sumie ciekawym pomysłem wydaje się być próba połączenia tych dwóch światów. Takie zadanie postawił przed sobą całkiem niedawno Browar Cameleon warząc Ultramarynę, czyli nowofalowego Pilsa. Czy wyszli z tej próby z tarczą?

Jak zwykle na początku muszę chłopaków pochwalić za etykietę. Niby znowu ta sama gadzina, niby nic nie zaskakuje, a jedna jakoś tak łatwo całość wpada w oko i przykuwa uwagę na półce sklepowej. Zresztą samo piwo również prezentuje się nienagannie. A co w nim dokładnie drzemie? W aromacie bardzo łatwo można uchwycić zapach agrestu i ziołowść chmielu. Wszystko pięknie mogłoby tutaj wspłgrać, gdyby nie odrobina nut, przywołujących skojarzenia z cebulą. Wiecie, to tak trochę jak podczas koncertu rockowego nagle jednemu z gitarzystów delikatnie rozstroi się gitara – niby wszystko dalej gra, jest moc na scenie, wokalista trzyma rezon, ale jednak coś nas subtelnie kłuje w uszko. Na szczęście reszta zespołu dwoi się i troi, dzięki czemu finalnie nie jest najgorzej. A tą resztą ekipy w tym przypadku są akordy słodowe, kwiatowe i jakby subtelna jogurtowość, która całkiem fajnie tutaj działa. Smak to już konkretna rześkość, solidnie zaznaczony charakter słodu i wyraźne muśnięcie chmielem w podniebienie. Goryczka co prawda daje nieco popalić dość długim zaleganiem w gardle, ale jej poziom nie jest aż tak wysoki, żeby mogło nas to bardzo zmęczyć. Dwuacetylu nie zaobserwowałem.

Piwa dolnej fermentacji, choć mniej złożone, są w produkcji nieco bardziej wymagające od solidniej wyeksponowanych w piwowarstwie rzemieślniczym Ale’i. Dlatego cieszy mnie to, że za takie style biorą się kolejne browary. Co prawda Cameleon ze swoją Ultramaryną być może świata nie zwojuje, bo trochę przeszkadza cebulka w aromacie i nieco zbyt długo zalega gorycz, ale w mojej ocenie jest całkiem nieźle, a samo piwo jest dość smaczne i oryginalne. 6.5/10

Chorzów, Reden i ryba w panierce

Chorzowski minibrowar Reden to miejsce, jakiego na Śląsku ponoć nie trzeba specjalnie przedstawiać. Większość piwoszy słyszała o tym przybytku, wie że warzy się tam piwo i że kiedyś butelki z tym logo widziane były na sklepowych półkach. No właśnie – tak mniej więcej wygląda obraz tegoż przybytku wśród gawiedzi, a nie jest on zgodny ze status quo. Uporządkujmy zatem fakty:

Fakt numer jeden: minibrowar Reden był starszym, aczkolwiek mniejszym bratem przyrodnim „dużego” browaru Reden, mieszczącego się w Świętochłowicach i bardziej rozpoznawalnego na arenie polskiego kraftu.

Fakt numer dwa: oba browary nie były w żaden sposób powiązane podmiotowo i w zasadzie powinno się traktować je osobno.

Fakt numer trzy: od pewnego czasu „większy” z braci zmienił nazwę na ReCraft, tym samym całkowicie odcinając się od swojego chorzowskiego protoplasty.

Fakt numer cztery: chorzowski Reden nadal funkcjonuje jako minibrowar, warzy swoje piwa, oparte o receptury młodego, ale już mocno doświadczonego piwowara Pawła Fityki oraz dodatkowo serwuje ponoć całkiem przyzwoite jadło.

Mając ten ostatni fakt z tyłu głowy postanowiłem w końcu sprawdzić formę redenowskiej kuchni, bo akurat o piwach Pawła mam całkiem przyzwoite zdanie.

Sam minibrowar mieści się w centrum Chorzowa przy ulicy Sobieskiego 17, w piwnicach jednej z tamtejszych kamienic. OK, może okolica nie robi wrażenia powalającego nas na kolana, ale już wnętrza tego miejsca to co innego. Wchodząc do środka naszym oczom od razu rzucają się w oczy dwie kadzie warzelne, zajmujące dość sporo miejsca. Wszechobecna czerwona cegła, fajnie ułożone stoliki, nienaganna czystość i delikatny mrok, rozświetlany punktowymi reflektorami nadają temu miejscu niebywałego uroku. Tutaj po prostu chce się siedzieć.

Mieszczące się nad barem dyplomy oraz medale, jakie Paweł Fityka zdobył na minionych dwóch edycjach Konkursu Piw Rzemieślniczych zdają się potwierdzać wysoką formę piwowara i obecnych na kranach piw. Niestety tego dnia asortyment w tym temacie nie powalał – do wyboru miałem Sosnowies, czyli Piny Hoppy Oatmeal Ale; Pilsa 12° oraz Miodowe. To ostatnie odrzuciłem w przedbiegach, skupiając swoją uwagę na dwóch pozostałych.

Nim jednak o piwach, skieruję Waszą uwagę na jedzenie. Reden obecnie zmienił kucharza, co ponoć u niektórych stałych bywalców wywołało delikatny niepokój. Sam minibrowar dodatkowo jest w trakcie zmiany karty, niemniej jednak obecne tego dnia dania w zupełności wyczerpywały żywieniowe potrzeby Pani Kapitan i mojej skromnej osoby. Na mój talerz powędrowała ryba w panierce, ziemniaki z wody i surówka, a Pani Kapitan postawiła na żeberka z kapustą. Co prawda żaden ze mnie „Miszel Morą”, ale chyba potrafię ocenić, czy danie mi smakuje. I zaprawdę powiadam Wam – ryba była trafiona w punkt, a żeberka rozpływały się w ustach. OK, może te ostatnie były nieco przeciągnięte, ale ich smak wynagradzał subtelny brak soczystości. No i jeszcze sposób serwowania – te dania najzwyczajniej w świecie po prostu dobrze prezentowały się na talerzach.

Pod obiad wybrałem znany mi już wcześniej Sosnowies. To już druga warka tego piwa, uwarzona tym razem nieco w stylu New England. I o ile pierwsza warka była ciut bardziej charakterna, z mocniej zaznaczonym aromatem sosny i z odrobinę wyższą soczystością, tak jej następca nadal wypada nad wyraz smakowicie. Do tego świetnie komponował się z wybranym przeze mnie daniem, więc czego chcieć więcej?

Na deser postawiłem na klasykę, czyli Pilsa 12° – tutaj nie ma się do czego przyczepić. Czysty profil, fajnie zaznaczona słodowość i goryczka oraz przyjemna chmielowość. Musze przyznać, iż to jeden z tych Pilsów, jakich mógłbym kosztować częściej.

Obiad zmietliśmy z talerzy do ostatniego okruszka, piwa znikły ze szkła w oka mgnieniu, więc podsumowując wszystko wyszło śpiewająco. Nie czepiam się nawet mikrego wyboru na kranach i braku butelek, bo zazwyczaj jest tego tutaj o wiele więcej. OK, być może pod kątem ilości piw ciężko byłoby Redenowi stawać w szranki z katowickimi multi-tapami, ale już patrząc na klimat, wystrój i jakość, ten chorzowski minibrowar nie ma się czego wstydzić. Ja osobiście postanowiłem wracać tutaj częściej, bo daleko nie ma, a i ceny są całkiem przystępne. W końcu fajnie jest napić się piwa i dobrze zjeść w towarzystwie kadzi warzelnych i szeroko uśmiechniętej ekipy. Polecam!

O abordażu na Silesia Beer Fest II słów kilka

00

Ależ było! No nie spodziewałem się, że druga edycja Silesia Beer Festu będzie aż tak udana. Owszem, można było kilka rzeczy poprawić, część nieco zmienić, a jeszcze część wywalić na zbity pysk (w tym miejscu pozdrawiam Pana z Burger Pro, który najpierw formował z surowego mięsa kotlety, aby następnie bez zmiany rękawiczek zabrać się za przygotowanie bułek – higiena przede wszystkim!), ale nie o to chodzi. Ludzie i piwo – to wygrało i wygrywać będzie jeszcze wiele razy. Dobra, to ogólne wrażenia już znacie, więc może teraz co nieco o szczegółach?

Hajery

Galeria Szyb Wilson to dość znana lokalizacja na Śląsku, głównie ze względu na licznie odbywające się tutaj eventy kulturalne i fajnie, że SBF właśnie tutaj się wydarzył. Miejsce i klimat zdecydowanie wygrywają w mojej opinii z Fabryką Porcelany, która gościła festiwal podczas ubiegłorocznej edycji. Dojazd komunikacją miejską odbył się bezproblemowo, a i powrót taxą do centrum nie kosztował fortuny. Sam Szyb Wilson to dwie duże hale, gdzie wszystkie browary mogły się elegancko rozstawić i kusić przybyłych tym, co aktualnie mieli na kranach i w butelkach. W tym miejscu trochę pomarudzę, bo niby wystawców więcej niż przed rokiem, ale kilku zabrakło, jak chociażby Artezana czy AleBrowaru. Tylko czy aby na pewno to tak całkiem źle? Nie do końca, bo i tak miałem problem, aby w trakcie obecności na dwóch dniach imprezy skosztować wszystkiego, na co miałem ochotę. Niemniej jednak liczę na poprawę podczas kolejnej edycji. A czy wspominałem już o fantastycznych ludziach? Bo to dzięki nim Silesia Beer Fest II był dla mnie tak niezwykle udany. W tym miejscu pozdrawiam ekipę Białej Małpy (dzięki za pomoc wszelaką, Panowie!), świętochłowickiego Redena (Marcin, mam nadzieję że odespałeś 😉 ), wesołych ziomków z Hajera (to nie przypadek, że Farorz lądował w moim kuflu aż trzy razy!), Andrzeja z Radugi (ja i tak wierzę, że Forbidden wróci do łask!), chłopaków z Brewklyna (chili do dzisiaj czuję i cmokam z zachwytu), zespół PiwoWarowni (jeszcze raz gratuluję wygranej!), Brokreacji, Ursy Maior, Kraftwerka i wesołych współblogerów Jerrego z Jerry Brewery oraz Tomasza z Piwnych Podróży. Mega brawa lecą dla Miłosza z Krakowa, który przemycił mi leżakowaną butelkę pierwszej warki Nafciarza Dukielskiego – dziękiiiiii! Szkoda tylko, że czasu było tak mało, ale nadrobimy, nadrobimy! Z kolei pierwszoplanowym bohaterem festiwalu było piwo. Piwo w ilościach niezmierzonych. Piwo w ilościach ogromnych. Piwo w ilościach nie do spożycia. W związku z powyższym trzeba było ograniczyć się do kilku pozycji, czego strasznie żałuję, bo wielu rzeczy po prostu nie udało się spróbować. W każdym razie tutaj też z pewnością nadrobimy, o! A kilka słów na temat tego, co udało się wypić znajdziecie poniżej. Oczywiście wrażenia te są mocno subiektywne i wpływ na nie miało wiele czynników, jak chociażby unoszący się zapach ciasteczek w drugiej hali. Tak, ciasteczek. Takich z kawałkami czekolady. I zapach ten mógł mylić. Mnie zmylił. Przy Jolly Rogerze leżakowanym w beczce po rumie, w którym ciągle te ciasteczka czułem. W każdym razie frajda z degustacji była, a o to w tym wszystkim chodzi, czyż nie? Na publiczne balsamowanie tatuaży moich i Pani Kapitan przez zacną ekipę Saela niechaj opadnie kurtyna milczenia (a dziewczyny z Saeli pozdrawiamy 😉 ).

Reden

Miało być krótko, miało być zwięźle, więc jak zwykle nie wyszło. Trudno, ale żadne słowo nie zostało rzucone na wiatr, bo o takich wydarzeniach, jak Silesia Beer Fest warto pisać i warto je promować. A ilość ludzi, jaka przewinęła się przez teren Galerii Szybu Wilson w ciągu tych trzech dni potwierdza, iż piwna rewolucja zatacza co raz szersze kręgi i powiększa grono swoich sympatyków. Dla mnie bomba, bo naprawdę szkoda życia na picie kiepskiego piwa. Do zobaczenia na kolejnej edycji, arghhhhhhh!

 

Brokreacja – The Fighter (Imperial IPA)

01 Fighter

Mocno chmielowe nuty w zapachu fajnie mieszały się z cytrusami i słodową podbudową. Wyczułem tez aromat ciasteczek, ale nie wiem, czy to nie ta druga hala? Gorycz w smaku grała pierwsze skrzypce i była wykręcona na dość wysokim poziomie. Dla mnie trochę za bardzo przykryła owocowość tego piwa. Jeśli taki był zamysł piwowara, to ja w to wchodzę (bo faktycznie gorycz po prostu nokautuje). 7/10

 

Kraftwerk – Joly Roger (Porter Bałtycki Rum BA)

02 Jolly Roger

W aromacie śliwki, czekolada i delikatne akordy rumu. Wyczułem też sporą ilość estrów i lekki alkohol. W smaku mogłoby być pełniejsze, ale te braki miło uzupełnił ponownie temat śliwkowo-czekoladowy. Piwo chyba nie do końca w stylu, bo ilość estrów była tutaj dość wysoka. W każdym razie piło się miło. 6.5/10

Trzech Kumpli – Native American (AIPA)

03 Native American

Wyraźne nuty chmielu w aromacie, a poza tym karmel i cytrusy. Kojarzy mi się trochę z Atakiem Chmielu. W smaku bardzo przyjemne, słodowo-chmielowe, z umiarkowanie wysoką goryczką. Bardzo poprawne i smaczne American IPA. 6/10

 

Reden On Tour – RIS

04 Reden RIS

Tutaj chłopaki mnie zaskoczyli, bo nie wiedziałem, że uwarzyli RISa. Fakt – jest to na specjalną okazję i dostęp do tego rarytasu dają wyłącznie na festiwalach, niemniej warto po to piwo sięgnąć. Zapach to lekkie estry, śliwka oraz kawa i gorzka czekolada. W smaku pełne, śliwkowo-orzechowe, z odrobiną przyjemnej kawy; trochę kwaskowe i słodkie z fajną goryczą w kontrze. Całkiem udany temat. 8/10

 

Piwne Podziemie – Gold Digga (West Coast IPA)

05 Gold Digga

Ten browar to dla mnie absolutny koniec i smutek jednocześnie, bo warzą piwa tak mało,  że nie starcza na butelki. Dlatego cieszę się, iż pojawili się na SBF! A samo piwo? W aromacie cytrusy, białe owoce i mango. W smaku wytrawne, owocowo-egzotyczne i przyjemnie goryczkowe. Właśnie tak wyobrażam sobie poprawne West Coast IPA. 8/10

 

Raduga – Kazek (APA)

06 Kazek

Tutaj nie ma się co rozwodzić – ultra-poprawna, bardzo smaczna APA. Po prostu pić, pić, pić 😀 7/10

 

Brewklyn – Cocoa Chili Wheat Stout

07 Brewklyn

To nie jest piwo dla każdego. I wcale nie przez zapachy gorzkiej czekolady, kawy i delikatnych nut paloności i chili (które nota bene bardzo fajnie ze sobą współgrają). Tutaj rozchodzi się o smak. Smak chili konkretnie. Mi ten temat pasuje bardzo, bo fajnie komponuje się z delikatną kwaskowością i akordami czerwonych owoców i kawy. Do tego dość pełne, jak na 15 BLG. Ciekawe i ekstremalne piwo. 7/10

 

Brokreacja – The Gravedigger (RIS)

08 he Gracedigger

Grabarz wygrywa rewelacyjnym wyglądem – jest smoliście czarny, z drobną, beżowa pianą. W aromacie dostajemy fajną paloność, gorzka czekoladę i suszoną śliwkę. Plus za nuty chmielu i bardzo lekki alkohol. W smaku niestety dla mnie jest już słabiej – mocno goryczkowo, lekko kwaskowo, z odrobiną czerwonych owoców i kawy. Trochę za mało słodkie, jak na RIS i za mało skomplikowane. 5.5/10

 

Hajer – Farorz (American Stout)

10 Farorz

Nigdy w życiu nie miałem do czynienia z tak pijalnym Stoutem. A do tego ten aromat! Konkretnie aromat mlecznej czekolady. Poza tym w smaku lekki karmel, trochę słodyczy (w sensie nie cukierki, a słodkość) i czerwonych owoców oraz kawy. Mogę to piwo pić hektolitrami. 9/10

 

Reden – Wielka Szycha (Bohemian Pilsner)

09 Wielka Szycha

Żelazna pozycja w katalogu Redena. Kto nie pił – przegrał życie 😉 Doskonały pils. 8/10

 

PiwoWarownia – Kawa i Papierosy (Smoked Coffee Tobacco Ale)

11 Kawa i Papierosy

Fajne aromaty estrowe mieszają się z delikatną kawą i tytoniem. W smaku bardzo pijalne, z przyjemnymi akcentami kawy i tytoniu oraz lekką owocowością. 7/10 i wygrana na SBF II w kategorii „Piwna premiera”

 

Piwowarownia – Chmielum Polelum (Imperial IPA)

12 Chmielum Polelum

Doskonałe aromaty cytrusów, białych owoców i egzotyki. W smaku pełne, intensywne, lekko słodkie i owocowe. Cascade na pierwszym planie. Takie Imperiale to ja lubię! 8/10