Brewklyn – Dubbeltówka (Dubbel)

Część z Was wie, część może nie do końca, że jednym z moich faworytów wśród stylów piwnych jest Double IPA. Dodatkowo lubię upraszczać sobie nazewnictwo i np. zamiast „Dabl AjPiEj” używać skrótu „Dabl”. Tak wiem – debil! Tzn. wiem to od niedawna. A wszystko dzięki wesołej ekipie Brewklyna. Sytuacja miała miejsce na Silesia Beer Feście, gdzie w trakcie rozmowy z chłopakami rzuciłem, że „ja to strasznie lubię duble”, dzięki czemu w moje ręce wpadła butelka Dubbeltówki. Na Festiwalu działo się wiele, więc zbytnio butelce się nie przyglądałem, a nazwa jak nazwa – no jest. Więc kiedy nadeszła wiekopomna chwila degustacji doznałem lekkiego zdziwienia. Miał być „dabl AjPiEj” i gdzie on jest?! Z pewnością nie w tym piwie. Niemniej skoro kapsel znalazł się już w koszu, to trzeba było dzieła dokończyć. Tym sposobem w szkle upłynnił się DUBBEL o wcześniej już wspomnianej nazwie Dubbeltówka.

I tak, jak na Śląskim Festiwalu Piwa działo się wiele, tak też i tutaj jest podobnie… chociaż pierwszy rzut oka może mylić. W szkle mamy ciemno-bursztynowy, lekko mętny trunek, ze średniopęcherzykową pianą, która niestety dość szybko zanika. Trochę szkoda, ale przecież nie to w piwie jest najważniejsze. Nuty zapachowe Dubbeltówki można porównać do jazdy na ogromnej zjeżdżalni wielkiego aquaparku. I tak na pierwszych wirażach dostajemy wyraźny aromat rodzynek i wiśni, który w kolejnych zakrętach podbijają akordy winne. Dalej lecimy goździkową prostą z lukrecjową podbudową. Całość ma charakter fenolowy, dobrze znany z belgijskich tematów. Tempo jazdy fajnie podkręca delikatnie muskający nasz nos alkohol. Ta jazda jest naprawdę bardzo przyjemna i absolutnie nie nudzi. Na koniec zaliczamy ostre wejście do basenu pełnego słodkich i owocowych smaków wiśni i rodzynek, z nutami korzennymi i odrobiną gorzkiej czekolady na drugim planie. Goryczka jest delikatna i nienachalna. Całość powoduje, że  chcemy zaliczać tę jazdę w kółko. I o ile w pierwszych kilku zjazdach ta zjeżdżalnia aromatów i smaków wydaje się być fraszką, tak przy końcówce w głowie może się już nieźle zakotłować.

Po tych wrażeniach dowiedziałem się dwóch rzeczy. Po pierwsze – dla świętego spokoju lepiej nie używać skrótów myślowych za często (chociaż jak widać czasem się opłaca 😉 ). Po drugie – Browar Brewklyn wykręcił bardzo udanego Dubbla, jakiego nie miałbym okazji spróbować, gdyby nie moja językowa wpadka. Dubbeltówka to piwo niezwykle pijalne, a do tego mocno degustacyjne i strasznie zdradliwe. Zresztą czego innego można było się spodziewać po blisko 9% alkoholu? W każdym razie ja jestem kontent, a ten Dubbel dostaje mocne 7.5/10

PS
Ale nad etykietami to Panowie jeszcze powinni nieco popracować 😉

Reklamy

Browar Cameleon – Zielony (White IPA)

Ilość powstających ostatnimi czasy nowych browarów i piw przyprawia mnie o solidny ból głowy. I nie chodzi mi o ból głowy, wynikający ze spożycia tychże, a o ból niemożności spróbowania wszystkiego. Dodatkowo dojrzewa we mnie potrzeba pomarudzenia i napisania o tym nieco szerzej, ale i na to przyjdzie czas, natomiast teraz chciałbym się skupić na nowym piwie z (a jakże!) nowego browaru.

Do ekipy Cameleona podszedłem z umiarkowaną ostrożnością. Owszem, przedpremierowo mogłem do sklepu zamówić Zielonego (bo tak też się ich pierwsze i póki co jedyne piwo nazywa), ale najpierw chciałem spróbować, czy warto. Moja druga połówka pokrzyżowała nieco te plany i ściągnęła kilka butelek na nasze półki, więc mi pozostało jedynie wybrać się na premierę i pochwalić Panią Kapitan lub rzucić tradycyjnym „a nie mówiłem?”. Przejdźmy jednak do konkretów.

White IPA to styl, na jaki postanowili postawić chłopaki z Cameleona, aby promować siebie i zdobywać swoich fanów. Czy dobrze to czy źle – nie mnie oceniać, niemniej jednak uznaje ten ruch za dość mocno asekuracyjny. Z drugiej zaś strony pogoda sprzyja spożyciu takich wynalazków, więc może jednak nie było to złe posunięcie? Warunek jest jeden – to piwo po prostu musi urywać dupę, bo inaczej przemknie niezauważone, niczym letnia bryza. Więc jak jest? W szkle trunek prezentuje się jak należy. Ot jasno-złoty, mętny, z drobną, białą pianą. Czyli jest dobrze i punkcik za to. A co z bukietem Zielonego? Subtelne nuty kolendry fajnie mieszają się z cytrusami z chmielu Citra i aromatem skórki pomarańczy curaçao. Do tego w tle lekko majaczy karmel, co nie ukrywam mi osobiście mocno pasuje. Cytując niejakiego Calvina Candie: „Panowie, mieliście moją ciekawość, a teraz macie moją uwagę”. Po pociągnięciu kilku łyków już wiem, jaki będzie werdykt. Dostałem piwo owocowe w smaku z solidną, acz nieintensywną goryczką, która dość długo i przyjemnie się utrzymuje. Do tego Zielony ma bardzo gładką i przyjemną teksturę. Wszystkie te elementy wpływają na to, iż ten White IPA jest niezwykle pijalny i potrafi zniknąć z kufla w oka mgnieniu.

W tym miejscu chylę czoła przed Browarem Cameleon i biję się w pierś. Wydawać by się  mogło, że tym młodym ludziom z łatwością mogła podwinąć się noga, bo a) to nowicjusze na rynku, b) wybrali w moim odczuciu niezbyt skomplikowany styl, w dodatku bez ekstrawagancji. A mimo wszystko wyszło. Wyszło i urwało. Zielony to po prostu bardzo solidne i dobre piwo, któremu nic nie brakuje. Liczę jednak na większą wymyślność piwowarów Cameleona i mam nadzieje na kolejne, tym razem ekscentryczne piwo z pod ich rąk. A Zielony dostaje mocne 8/10

Kraftwerk – Citrinitas (Smoked Chili IPA)

citrinitas.jpeg

Nazwa Kraftwerk nie jest mi obca. I nie mam w tym miejscu na myśli Browaru Kraftwerk. Chodzi o pewien znany, niemiecki zespół, parający się wykonywaniem muzyki elektronicznej. Band ten robi to skutecznie i nieprzerwanie od 46 lat i jest uznawany za prekursorów tego gatunku. Z kolei ja, jako kilkunastoletni gówniarz, trafiłem na ich składankę i zostałem przezeń wciągnięty na maksa (szczególnie że dość mocno jarałem się wówczas dokonaniami pewnego francuza o imieniu Jean)! Niestety Browar Kraftwerk już tak solidną machiną, jak ich imiennicy nie jest. Raz trafiam na ich całkiem przyzwoite piwo (Panzerfaust), aby potem dostać dość marnej jakości IPA (Thomson). Z ich kooperacjami też nie jest różowo. W tym miejscu przywołam bardzo przeciętnego Canis Lupusa i rewelacyjne This is Kraft, Bitch. Świat jednak idzie do przodu, jakość polskiego kraftu poprawia się z miesiąca na miesiąc, a ludzie zazwyczaj uczą się na błędach. Dlatego ciągle daje tej ekipie szansę, szczególnie iż nowe etykiety po prostu robią robotę. Jak do tego dołożymy dymione IPA z chili, to możemy dostać mieszankę całkiem wybuchową. Czy aby na pewno?

Citrinitas raczy nasz nos na wstępie bardzo mocną i wyraźną wędzonką. I o ile jestem fanem aromatów dymnych, tak wędzonka „wędliniarska” to już nie do końca  mój klimat. A taką wędzonkę tutaj dostałem. Oczywiście to tylko subiektywna ocena, nie skreślająca tego piwa. Szczególnie że w tle przebijały się przyjemne akcenty chmielowe i odrobina cytrusów. OK, tych cytrusów mogłoby być więcej i mogłyby być bardziej wyraźne, ale hej – nie można mieć wszystkiego. Ciekaw tylko jestem czy „chowające się” cytrusy, to wynik zbyt ubogiego chmielenia czy jednak słody wędzone po prostu agresywnie wyrwały Citrze pierwsze skrzypce. A co z resztą orkiestry? Niestety jest przeciętnie, jak podczas występu przyzakładowej orkiestry dętej. Niby dostajemy lekkie grzanie w przełyk od chili, ale w smaku jest ono ledwie wyczuwalne. Poza tym czuć trochę wędzonki. Reszta jest płaska i jednowymiarowa, z wyraźną, lecz niestety średnio przyjemną goryczką. Szkoda, bo liczyłem na wiele.

Citrinitas to kolejne piwo, pokazujące że Browar Kraftwerk powinien jeszcze nieco popracować nad swoimi recepturami. Owszem – dostałem piwo bez wad, które niestety nie wypaliło smakiem i aromatem. Na szczęście wiem, iż tę ekipę stać na więcej. O wiele więcej! Pokazali to na Silesia Beer Feście chociażby Jolly Rogerem, leżakowanym w beczce po rumie. Tymczasem dla osłody polecam dobrą nutę ich imienników zza zachodniej granicy, a Citrinitasowi wystawiam notę 4/10.

O abordażu na Silesia Beer Fest II słów kilka

00

Ależ było! No nie spodziewałem się, że druga edycja Silesia Beer Festu będzie aż tak udana. Owszem, można było kilka rzeczy poprawić, część nieco zmienić, a jeszcze część wywalić na zbity pysk (w tym miejscu pozdrawiam Pana z Burger Pro, który najpierw formował z surowego mięsa kotlety, aby następnie bez zmiany rękawiczek zabrać się za przygotowanie bułek – higiena przede wszystkim!), ale nie o to chodzi. Ludzie i piwo – to wygrało i wygrywać będzie jeszcze wiele razy. Dobra, to ogólne wrażenia już znacie, więc może teraz co nieco o szczegółach?

Hajery

Galeria Szyb Wilson to dość znana lokalizacja na Śląsku, głównie ze względu na licznie odbywające się tutaj eventy kulturalne i fajnie, że SBF właśnie tutaj się wydarzył. Miejsce i klimat zdecydowanie wygrywają w mojej opinii z Fabryką Porcelany, która gościła festiwal podczas ubiegłorocznej edycji. Dojazd komunikacją miejską odbył się bezproblemowo, a i powrót taxą do centrum nie kosztował fortuny. Sam Szyb Wilson to dwie duże hale, gdzie wszystkie browary mogły się elegancko rozstawić i kusić przybyłych tym, co aktualnie mieli na kranach i w butelkach. W tym miejscu trochę pomarudzę, bo niby wystawców więcej niż przed rokiem, ale kilku zabrakło, jak chociażby Artezana czy AleBrowaru. Tylko czy aby na pewno to tak całkiem źle? Nie do końca, bo i tak miałem problem, aby w trakcie obecności na dwóch dniach imprezy skosztować wszystkiego, na co miałem ochotę. Niemniej jednak liczę na poprawę podczas kolejnej edycji. A czy wspominałem już o fantastycznych ludziach? Bo to dzięki nim Silesia Beer Fest II był dla mnie tak niezwykle udany. W tym miejscu pozdrawiam ekipę Białej Małpy (dzięki za pomoc wszelaką, Panowie!), świętochłowickiego Redena (Marcin, mam nadzieję że odespałeś 😉 ), wesołych ziomków z Hajera (to nie przypadek, że Farorz lądował w moim kuflu aż trzy razy!), Andrzeja z Radugi (ja i tak wierzę, że Forbidden wróci do łask!), chłopaków z Brewklyna (chili do dzisiaj czuję i cmokam z zachwytu), zespół PiwoWarowni (jeszcze raz gratuluję wygranej!), Brokreacji, Ursy Maior, Kraftwerka i wesołych współblogerów Jerrego z Jerry Brewery oraz Tomasza z Piwnych Podróży. Mega brawa lecą dla Miłosza z Krakowa, który przemycił mi leżakowaną butelkę pierwszej warki Nafciarza Dukielskiego – dziękiiiiii! Szkoda tylko, że czasu było tak mało, ale nadrobimy, nadrobimy! Z kolei pierwszoplanowym bohaterem festiwalu było piwo. Piwo w ilościach niezmierzonych. Piwo w ilościach ogromnych. Piwo w ilościach nie do spożycia. W związku z powyższym trzeba było ograniczyć się do kilku pozycji, czego strasznie żałuję, bo wielu rzeczy po prostu nie udało się spróbować. W każdym razie tutaj też z pewnością nadrobimy, o! A kilka słów na temat tego, co udało się wypić znajdziecie poniżej. Oczywiście wrażenia te są mocno subiektywne i wpływ na nie miało wiele czynników, jak chociażby unoszący się zapach ciasteczek w drugiej hali. Tak, ciasteczek. Takich z kawałkami czekolady. I zapach ten mógł mylić. Mnie zmylił. Przy Jolly Rogerze leżakowanym w beczce po rumie, w którym ciągle te ciasteczka czułem. W każdym razie frajda z degustacji była, a o to w tym wszystkim chodzi, czyż nie? Na publiczne balsamowanie tatuaży moich i Pani Kapitan przez zacną ekipę Saela niechaj opadnie kurtyna milczenia (a dziewczyny z Saeli pozdrawiamy 😉 ).

Reden

Miało być krótko, miało być zwięźle, więc jak zwykle nie wyszło. Trudno, ale żadne słowo nie zostało rzucone na wiatr, bo o takich wydarzeniach, jak Silesia Beer Fest warto pisać i warto je promować. A ilość ludzi, jaka przewinęła się przez teren Galerii Szybu Wilson w ciągu tych trzech dni potwierdza, iż piwna rewolucja zatacza co raz szersze kręgi i powiększa grono swoich sympatyków. Dla mnie bomba, bo naprawdę szkoda życia na picie kiepskiego piwa. Do zobaczenia na kolejnej edycji, arghhhhhhh!

 

Brokreacja – The Fighter (Imperial IPA)

01 Fighter

Mocno chmielowe nuty w zapachu fajnie mieszały się z cytrusami i słodową podbudową. Wyczułem tez aromat ciasteczek, ale nie wiem, czy to nie ta druga hala? Gorycz w smaku grała pierwsze skrzypce i była wykręcona na dość wysokim poziomie. Dla mnie trochę za bardzo przykryła owocowość tego piwa. Jeśli taki był zamysł piwowara, to ja w to wchodzę (bo faktycznie gorycz po prostu nokautuje). 7/10

 

Kraftwerk – Joly Roger (Porter Bałtycki Rum BA)

02 Jolly Roger

W aromacie śliwki, czekolada i delikatne akordy rumu. Wyczułem też sporą ilość estrów i lekki alkohol. W smaku mogłoby być pełniejsze, ale te braki miło uzupełnił ponownie temat śliwkowo-czekoladowy. Piwo chyba nie do końca w stylu, bo ilość estrów była tutaj dość wysoka. W każdym razie piło się miło. 6.5/10

Trzech Kumpli – Native American (AIPA)

03 Native American

Wyraźne nuty chmielu w aromacie, a poza tym karmel i cytrusy. Kojarzy mi się trochę z Atakiem Chmielu. W smaku bardzo przyjemne, słodowo-chmielowe, z umiarkowanie wysoką goryczką. Bardzo poprawne i smaczne American IPA. 6/10

 

Reden On Tour – RIS

04 Reden RIS

Tutaj chłopaki mnie zaskoczyli, bo nie wiedziałem, że uwarzyli RISa. Fakt – jest to na specjalną okazję i dostęp do tego rarytasu dają wyłącznie na festiwalach, niemniej warto po to piwo sięgnąć. Zapach to lekkie estry, śliwka oraz kawa i gorzka czekolada. W smaku pełne, śliwkowo-orzechowe, z odrobiną przyjemnej kawy; trochę kwaskowe i słodkie z fajną goryczą w kontrze. Całkiem udany temat. 8/10

 

Piwne Podziemie – Gold Digga (West Coast IPA)

05 Gold Digga

Ten browar to dla mnie absolutny koniec i smutek jednocześnie, bo warzą piwa tak mało,  że nie starcza na butelki. Dlatego cieszę się, iż pojawili się na SBF! A samo piwo? W aromacie cytrusy, białe owoce i mango. W smaku wytrawne, owocowo-egzotyczne i przyjemnie goryczkowe. Właśnie tak wyobrażam sobie poprawne West Coast IPA. 8/10

 

Raduga – Kazek (APA)

06 Kazek

Tutaj nie ma się co rozwodzić – ultra-poprawna, bardzo smaczna APA. Po prostu pić, pić, pić 😀 7/10

 

Brewklyn – Cocoa Chili Wheat Stout

07 Brewklyn

To nie jest piwo dla każdego. I wcale nie przez zapachy gorzkiej czekolady, kawy i delikatnych nut paloności i chili (które nota bene bardzo fajnie ze sobą współgrają). Tutaj rozchodzi się o smak. Smak chili konkretnie. Mi ten temat pasuje bardzo, bo fajnie komponuje się z delikatną kwaskowością i akordami czerwonych owoców i kawy. Do tego dość pełne, jak na 15 BLG. Ciekawe i ekstremalne piwo. 7/10

 

Brokreacja – The Gravedigger (RIS)

08 he Gracedigger

Grabarz wygrywa rewelacyjnym wyglądem – jest smoliście czarny, z drobną, beżowa pianą. W aromacie dostajemy fajną paloność, gorzka czekoladę i suszoną śliwkę. Plus za nuty chmielu i bardzo lekki alkohol. W smaku niestety dla mnie jest już słabiej – mocno goryczkowo, lekko kwaskowo, z odrobiną czerwonych owoców i kawy. Trochę za mało słodkie, jak na RIS i za mało skomplikowane. 5.5/10

 

Hajer – Farorz (American Stout)

10 Farorz

Nigdy w życiu nie miałem do czynienia z tak pijalnym Stoutem. A do tego ten aromat! Konkretnie aromat mlecznej czekolady. Poza tym w smaku lekki karmel, trochę słodyczy (w sensie nie cukierki, a słodkość) i czerwonych owoców oraz kawy. Mogę to piwo pić hektolitrami. 9/10

 

Reden – Wielka Szycha (Bohemian Pilsner)

09 Wielka Szycha

Żelazna pozycja w katalogu Redena. Kto nie pił – przegrał życie 😉 Doskonały pils. 8/10

 

PiwoWarownia – Kawa i Papierosy (Smoked Coffee Tobacco Ale)

11 Kawa i Papierosy

Fajne aromaty estrowe mieszają się z delikatną kawą i tytoniem. W smaku bardzo pijalne, z przyjemnymi akcentami kawy i tytoniu oraz lekką owocowością. 7/10 i wygrana na SBF II w kategorii „Piwna premiera”

 

Piwowarownia – Chmielum Polelum (Imperial IPA)

12 Chmielum Polelum

Doskonałe aromaty cytrusów, białych owoców i egzotyki. W smaku pełne, intensywne, lekko słodkie i owocowe. Cascade na pierwszym planie. Takie Imperiale to ja lubię! 8/10

Raduga – Two On The Road (American Stout)

00.jpeg

Poczytałem ja Ci trochę dzisiaj o stylach piwnych wg. BJCP. Człowiek po takiej lekturze staje się mądrzejszy i wie, co być może piwowar miał na myśli tworząc daną warkę, opisując ją stosownie na etykiecie. Inną sprawą jest już nasza subiektywna ocena i to, czy nam dane piwo pasuje czy też nie. A w ogóle trzecią stroną medalu (kant?) jest to, jak potrafi mi się zmienić zdanie w czasie spożycia. Cóż – profesjonalistą nie jestem i pewnie jeszcze „much to learn I still have”, niemniej jednak zawsze mam mega dużo frajdy, kiedy do takich sytuacji dochodzi. I właśnie tak miałem wczoraj, degustując nowość z Browaru Raduga, czyli Two On The Road. OK, nie było to może przejście ze skrajności w skrajność, ale z minuty na minutę moje zdanie o tym amerykańskim stoucie zmieniało się jak smaki kobiety w ciąży. Ale od początku.

Wizualnie wszystko się tutaj zgadza – beżowo-kremowa, drobna piana zdobi elegancko ciemnobrunatną, prawie smoliście czarną zawartość szklanki. Ostra jazda zaczyna się po zakręceniu szkłem i pociągnięciu kilku wdechów nosem. Mamy tutaj wszystko, czego można oczekiwać od dobrego, amerykańskiego stouta: kawa, gorzka czekolada, delikatna paloność i owoce tropikalne w tle. Dla mnie aromat Two On The Road to absolutne 10/10. Po prostu – miałem mega frajdę jarając się tymi wszystkimi zapachami. A co z zawartością i smakiem? W tym miejscu rozpędzony apetyt do 200 km/h zwolnił nagle do 50ki, stawiając pytanie „dlaczego to piwo ma tak mało ciała?”. Ale moment, moment, przecież nie jest źle. W ustach czuć wyraźnie nuty kawy i gorzkiej czekolady. Po chwili na wierzch dostajemy czerwone owoce i przyjemną orzechowość. Jeżeli dołożymy do tego stosunkowo intensywną goryczkę, to w zasadzie okazuje się, iż znowu pędzimy z prędkością przynajmniej 150 km/h. I w tym miejscu zadałem sobie pytanie: co się do jasnej cholery stało? Dlaczego to ciało jest takie, a nie inne? Czego ja się w zasadzie spodziewałem? Odpowiedź jest prosta. Tak genialny aromat Two On The Road spowodował, że spodziewałem się wrażeń smakowych na poziomie dobrego RISa. Błąd. American Stout to nie RIS i niepotrzebnie tak się nakręciłem.  Oczywiście za ten stan rzeczy obwiniam w całości Radugę – było tak nakręcać i nęcić? No dobra – było! I brawa za to.

Amerykański stout to być może nie jest mój ulubiony styl, ale muszę przyznać, że w przypadku tego konkretnego piwa miałem sporo zabawy przy spożyciu. Czułem się trochę jak na odwróconym rollercoasterze – najpierw zaczynasz od ostrej jazdy pionowo w dół, aby po chwili zwolnić przed kolejnym zastrzykiem adrenaliny. I ponownie Raduga to zrobiła, tzn. nie zrobiła słabego piwa. Chylę czoła, a Two On The Road wystawiam subiektywną ocenę 7/10, bo ponownie przypomnę, że ja się pewnie nie znam. Na zdrowie!

Kingpin – Aficionado (Peated Coffee & Tea Ale)

ionad.jpeg

Z angielskim mam tak, że zawsze jakoś się w tym języku dogadam, słówek trochę znam i co prawda mogłoby być lepiej, ale źle też ni ma. Niemniej jednak przymiotnik „peated” był dla mnie raczej obcy i kojarzył mi się z groszkiem lub z czymś pochodnym. Ale że groszek w piwie? Był już śledź, to może i ktoś z groszkiem poszalał?! Otóż nie – peated oznacza torfowy, dzięki czemu Aficionado z browaru Kingpin od razu zwróciło moją baczną uwagę. Jeśli do tego dołożymy kawę i herbatę, to moja uwaga zostaje skupiona w 100%.

Etykieta wyżej wspomnianego „Miłośnika” (hiszp. aficionado – miłośnik) głosi, iż jest to Peated Coffee & Tea Ale. I faktycznie sporo w tym prawdy, bo nuty dymno-torfowe buchają ze szkła niezwykle intensywnie. Od razu wiadomo, że nie będzie to wyrób dla przeciętnego Kowalskiego. Jednakowoż ten, kto czytał moje wcześniejsze wypociny wie, jaką miłością darzę tego typu aromaty. I muszę przyznać – ekipa Kingpina tym zapachem na wstępie mocno mnie otumaniła. Ale zaraz, zaraz, gdzie tutaj kawa i herbata? OK, jakieś lekkie nuty ziołowe da się wyczuć i podciągnąć je pod temat zielonej herbaty, ale kawa chyba po prostu gryzie glebę. Bardzo podobnie jest po pociągnięciu kilku łyków. Ponownie torf gra główną rolę, co mnie osobiście pasuje, ale znowuż kawa została chyba w całości przykryta przez tego „ziemnego” bohatera. Herbata stara się nieśmiale przebić i majaczy sobie gdzieś w tle, nie utrzymując się jednak zbyt długo. Duży plus z kolei należy się za dość umiarkowaną goryczkę – w zbyt większym stężeniu mogłaby ona negatywnie wpłynąć na pijalność Aficionado. A tak dostajemy trunek dość pełny i pijalny. Oczywiście pod warunkiem lubowania się w klimatach dym-gleba-torf.

Osobiście mam z tym piwem lekki problem. Z jednej strony pasuje mi ono bardzo właśnie dzięki pierwszym skrzypcom, granym przez sekcję dymno-torfową, a z drugiej strony brak wyraźnej roli kawy i herbaty gryzie się z tym, co mówi etykieta. Będę chyba jednak dość krytyczny i właśnie przez brak harmonii między nutami torfowymi, a akordami kawowo-herbacianymi dam 5.5/10 za styl, a 7/10 za subiektywne wrażenia smakowe. I coś czuję, że jeszcze się kiedyś z Aficionado spotkamy.

Raduga – Big Sleep (American Barley Wine)

00.jpeg

Ekipa z Radugi bardzo długo kazała sobie czekać na swoje dwa najnowsze piwa. Mowa tutaj o Big Sleepie (American Barley Wine) oraz o Potiomkinie (RIS). Pierwsza wzmianka o tych trunkach pojawiła się w internetach jakoś na początku roku, a wersje lane premierę miały w połowie marca. Co jak co, ale blisko półtora miesiąca to dość długi czas, liczony od premiery do pojawienia się naszych butelkowanych bohaterów na sklepowych półkach. Nie zrażony jednak tym poślizgiem po raz kolejny zaufałem Radudze i zaopatrzyłem się w rzeczone specyfiki w ilościach podwójnych (jedno na teraz, jedno na leżak). Na pierwszy ogień poszedł bohater dzisiejszego „odcinka”, czyli Big Sleep. Czy inspirowane wysoko ocenianym filmem z 1946 roku z Humphrey’em Bogartem w roli głównej  piwo stanęło na wysokości zadania i dorównało swojemu archetypowi? Czy zagadkowe przesunięcie premiery wariantów butelkowych miało wpływ na jakość Big Sleepa? Czy warto było kupować aż dwie sztuki z myślą o leżakowaniu jednej? Odpowiedź na te pytania wkrótce miała ujrzeć światło dziennie (Wołoszański mode off).

Zanim otworzyłem butelkę, moją uwagę tradycyjnie przykuła etykieta – po raz kolejny muszę przyznać, iż grafiki z Radugi to dla mnie istne dzieła sztuki i dokładnie tak też jest w przypadku Big Sleepa. Nie to jest jednak najważniejsze (aczkolwiek dla mnie dość istotne). Istotą rzeczy zawsze pozostanie zawartość, która w tym wypadku ma pełny, bursztynowy kolor, z dość szybko opadającą, białą pianą. Wysycenie na niskim poziomie to coś, czego się spodziewałem i co w tym stylu w mojej ocenie jest nawet pożądane. Po zachwytach nad wizerunkiem przyszła pora na zawartość i ocenę zapachu oraz smaku. Po zakręceniu szkłem Big Sleep raczy nas mocno ciasteczkowym aromatem, z solidną, słodowo-karmelową podbudową. Na drugim planie nasz nos łechtają aromaty owoców tropikalnych, pochodzących od amerykańskich chmieli. Alkohol jest niemal niewyczuwalny i dobrze koresponduje z całością. Diacetylu brak! Fajnie? No bardzo fajnie i niezwykle przyjemnie. Czy w smaku jest równie ciekawie? Zdecydowanie tak! Ten American Barley Wine w ustach jest niezwykle gładki, pełny i lekko zalepiający. Stosunkowo wysoka słodycz została bardzo fajnie skontrowana przez dość intensywną goryczkę (etykieta głosi – IBU: 100). Piwo jest dobrze ułożone, z przyjemnymi owocowo-słodowymi nutami i widać, że nie było rozlewane w pośpiechu. Cierpliwość w tym miejscu bardzo się opłaciła.

Ekipa Radugi być może celowo,  być może z przypadku mocno podkręcała „hajp”, jaki urósł wokół tego piwa i jego „rosyjskiego” kolegi poprzez opóźnienia w dostawie wersji butelkowych. Na szczęście wyszli z tego zabiegu obronną ręką, dając nam konkretne, dobrze ułożone i mocno degustacyjne piwo. A jakie są odpowiedzi na zadane we wstępie pytania? Czy Big Sleep dorównał swojemu filmowemu pierwowzorowi? Tak. Czy przesunięcie premiery butelek miało wpływ na jego jakość? Jeżeli tak, to z pewnością wpływ ten był bardzo pozytywny. Czy warto było kupować dwie sztuki? Warto byłoby kupić więcej! W związku z tym jeżeli tylko będziecie mieli okazję, to łapcie to piwo „bez żadnych obawień”. 9/10