Piotrek z Bagien – Funky Wild Fruit Wiśnia

Kiedy zobaczyłem, że Piotrek z Bagien „Funky Wild Fruit” występuje w wariancie wiśniowym, to od razu wiedziałem, że będę musiał ten kwasior przetestować. Szczególnie iż wersja z agrestem (do poczytania tutaj -> KLIK) wypadła w mojej ocenie baaaaardzo dobrze. A że wiśnie i wszystko co wiśniowe uwielbiam, to i Piotrek dostał wyższy handicap na starcie. Może to nie do końca sprawiedliwe, ale nikt nie powiedział, że życie jest fair, nieprawdaż? Poza tym ze smakiem, jak z… wiadomo – każdy ma swój. A co tym razem dostałem po przelaniu tego trunku do szkła?

Piwo prezentuję się całkiem nieźle, ale zgoła odmiennie od tego, do czego może przywyknąć przeciętny hop head. Mianowicie zamiast barwy złocistego trunku dostajemy mocno wiśniowy, mętny napój, z szybko znikającą, bielutką pianą, zostawiającą delikatny pierścień wokół ścianek kielicha. Może nie jest to standard, ale jak dla mnie – pasuje idealnie. Zapach też jest niczego sobie. Oczywiście na pierwszy plan wychodzi końska derka, czego zasługą będą użyte dzikie drożdże brettanomyces bruxellensis. Na szczęście zaraz na drugim miejscu pojawiają się wiśnie i nadganiają aromat stajni tak rewelacyjnie, że jedno z drugim daje świetne połączenie. I ja nie wiem, o co chodzi, ale znowu czuje tutaj te ciasteczka. Jak dla mnie – bomba! Z kolei w smaku wiśnie przejmują prym i wychodzą zdecydowanie na pierwszy plan. Funky Wild Fruit Wiśnia jest lekko słodkawe, mocno owocowe i umiarkowanie kwaśne. W tym miejscu pojawia się jedyne zastrzeżenie, jakie mam do tego piwa – można było trochę bardziej wykręcić tę kwasowość. To oczywiście tylko moja subiektywna opinia i absolutnie nie jest to wadą (a dla niektórych może być i zaletą). Goryczka bliska zeru pasuje w tym miejscu, chociaż co by było gdyby słodycz wiśni skontrować wyższym IBU? Gdyby babcia miała wąsy i tak dalej, więc nie marudzę. Na koniec dodam, iż ta wersja Piotrka z Bagien jest bardzo rześka i niezwykle pijalna. Można to piwo pić hektolitrami!

„Funky Wild Fruit Wiśnia to w mojej ocenie solidna pozycja na liście kwasów spod skrzydeł tej marki. OK, może niektórym kojarzyć się bardziej z soczkiem, niż z piwem, ale dzięki temu konkretnemu owocowi ja wybaczam. Wybaczam z całych sił i zamierzam cieszyć się tym piwem w upalne dni i jak tylko będzie okazja. Na zdrowie i 7/10

Reklamy

Browar Kormoran – 1 na 100 (Lite Rye APA)

image

Czasem proszę moją kobietę, aby wybrała mi piwo do recenzji. Tak było i tym razem – wyjeżdżając na festiwal Rock Hard Ride Free, gdzie razem z J. D. Overdrive mieliśmy zagrać sztukę poprosiłem o podrzucenie jakiegoś tematu. I czego ja się mogłem spodziewać? Jadę na dwudniową imprezę, bez mojej drugiej połówki i liczę na coś konkretnego? Aaaaahahahahaha, nie. Dostałem piwo o jakże wymownej nazwie – 1 na 100. To pomysł browaru Kormoran o zawartości alkoholu, wynoszącej 1%. 1%!!!!!! Tak, dobrze widzicie – 1%! jeszcze te festiwalowe popłuczyny z Tajskiego. Smutek, ale skoro obiecałem, tak i robota musi być zrobiona.

Zaczęło się od mało udanej próby schłodzenia recenzowanej butelki. Lodówka, która wcześniej chłodziła koncernowe puszki zamroziła 1 na 100. Niemniej jednak chyba nic złego się nie stało; piwo odtajało i bez problemu znalazło się w szkle. Sam trunek całkiem nieźle się prezentuje. Jest dość mętne i kojarzy mi się w tej kategorii z Elektrolitem Artezana. Średniopęcherzykowa piana trzyma się dość długo i całkiem nieźle zdobi pokal.W aromacie da się wyczuć nuty żyta. W końcu to Lite Rye APA, a więc wszystko się zgadza. Do tego dochodzą subtelne akordy owoców cytrusowych. Ej, moment. To piwo na serio ma 1% alkoholu i 6.5% BLG?!? Bo zapach absolutnie tego nie zdradza. Zresztą w smaku też tego nie czuć. OK, nie jest to poziom RISa czy Porteru Bałtyckiego, ale jest nieźle. Pamiętajcie – to jest browar o woltażu 1%! A co nam serwuje browar Kormoran po kilku łykach? Dość pełne, tak, powtarzam – PEŁNE piwo, o wytrawnym posmaku żyta, delikatnych cytrusów, z wyraźną goryczką. No po prostu WOW! To piwo jest idealne na upały, festiwale i tematy, gdzie pije się dużo.

Nie powiem – byłem dość sceptycznie nastawiony do tego tematu, ale miło się zaskoczyłem. Kormoran zrobił piwo lekkie, ale nie dające tego po sobie poznać. Brawo za to i ode mnie 6.5/10

Szybki Strzał – odc. 3

Blisko dwa miesiące to zdecydowanie zbyt długi czas na odstawienie na boczny tor „Szybkich strzałów”. Co prawda tłumaczyć się nie zamierzam, a nawet nie obiecam, iż wpisy tutaj będą pojawiać się częściej, ale drobny rachunek sumienia zdecydowanie może to zmienić, nieprawdaż? A więc do dzieła!

  1. AleBrowar – Hard Bride (American Barley Wine)

To piwo daję radę! OK, dupy nie urywa, ale jest naprawdę dobrze ułożonym Barley Wine’em. Zapach to przede wszystkim nuty winne oraz słodkie, czerwone owoce i trochę akcentów ciasteczkowych. Duży plus należy się za wygląd – piwo jest ciemno-bursztynowe, z lekkimi refleksami, a drobnopęcherzykowa piana długo się utrzymuje i całkiem przyjemnie koronkuje. Już po pierwszym łyku czuć bardzo fajną, owocową słodycz, z genialną goryczką w kontrze. Hard Bride jest zalepiające i likierowe, a więc i kolejny plus. Solidna pozycja z katalogu AleBrowaru i nota 7/10

  1. Brewdog – Prototype (Milk Stout)

Brewdog to raczej solidny punkt na mapie browarów zagranicznych. Tym razem zdecydowałem się na ich mleczny stout. Prototype Milk Stout w szkle prezentuje się całkiem nieźle. Ma ciemno-brunatną, nieprzejrzystą barwę, z jasno-beżową, szybko opadającą pianą. Aromat tego piwa, to przede wszystkim praliny oraz mleczna czekolada, fajnie mieszająca się z kawą. W smaku jak dla mnie jest już nieco słabiej. Mleczno-czekoladowa słodycz z delikatną kawą w kontrze nie jest na tyle pełna, aby mnie zadowolić. I o ile w swoim stylu piwo uchodzi za całkiem dobre, tak dla mnie po prostu zabrakło ciała. Zupełnie subiektywnie daję 6/10

  1. Browar Solipiwko – Waligóra (RIS Bourbon Barrel Aged)

Na tapetę poszła wersja lana. Nie powiem, jak na polskie ceny nie jest to pozycja tania, ale god damn, było warto! OK, może czuć trochę za mocno alkohol, ale w mojej ocenie jest to zasługa długiego leżakowania tego trunku w beczce po Bourbonie. I ten Bourbon! Jest on mooooocno wyczuwalny i rewelacyjnie miesza się z typową dla RISów kawą i czekoladą. Poza tym słodycz i umiarkowana gorycz w kontrze. Nie będę się rozwodził i napiszę krótko – jak traficie na wersję laną, to brać! 8.5/10

PS

Wariantu w butelce nie piłem 😉

  1. Raduga – My Geisha (Japanese Cherry TeaPA)

Na koniec piwo, o którym notatki spisałem sobie jakiś czas temu. Nie powiem, ta propozycja Radugi mocno mnie zaintrygowała, bo wiśnie lubię, a tematy herbaciane w piwie w mojej ocenie też robią robotę. Co dostałem? Aromat wiśniowej gumy balonowej, landrynki, z cytrusowym tłem. Nieźle. I teraz uwaga – miałem okazję to piwo spróbować w miniony weekend ponownie. I o ile wiśnia wcześniej ledwo majaczyła, tak teraz była zdecydowanie wyczuwalna. W smaku też się poprawiło. Owszem, nadal został stosunkowo wytrawny i owocowy charakter, z fajną, umiarkowaną goryczką, ale My Geisha nabrała ciała przez te parę miesięcy. Szkoda tylko, ze Andrzej Kiryziuk zdecydował się na jeden chmiel (Magnum), bo mogło wyjść ciekawiej. Było 5/10, ale po drugim spożyciu daję 6.5/10

Browar Namysłów – Kuflowe Mocne

Polowanie na piwa z pod bandery „FHP” mogą nastręczyć sporo problemów. Umówmy się – każdy dyskont spożywczy oferuje duży wybór browarów w cenie poniżej dwóch zyli za puszkę. Ale co to za frajda pić bronksa o niemiecko-brzmiącej nazwie Fasber czy Rastinger. Jak jeszcze to przeczytacie z mocno przesadzonym Deutsch Akzent (jaaaaa!), to już w ogóle robi się poważnie, jak na przemówieniach z okazji 11 listopada przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Na szczęście jest sporo perełek, uwolnionych dzięki wybitnej kreatywności znamienitych umysłów piwowarstwa krajowego. Co prawda na Grillowe Mocne ciągle poluję, a Burger poszedł ostatnio na imprezie u kumpla podczas zbiorowej degustacji, jednakowoż udało się i w moje łapy wpadło Kuflowe Mocne. A że grill był, to i okazja była, a co! Dla formalności sprawdziłem jeszcze, jakiż to browar warzy ten specjał. Opis widniejący na puszce mówił o Namysłowie, niemniej jednak na ich stronach internetowych próżno doszukać się tejże marki. Przypadeg?!? Nie sądzę…

Niestety przyznaję się, iż degustację rozpocząłem nie do końca zgodnie z duchem FHP. Piwo zostało wcześniej schłodzone w lodówce. Mea culpa. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że dzielnie ogrzewałem Kuflowe w promieniach słonecznych. Pomogło, tzn. zaszkodziło, ale o tym za chwilę. Piwo po przelaniu do szkła wyglądało całkiem nieźle. Złocisty trunek zdobiła gruba czapa, średniopęch… moment, moment! Przecież ta piana tutaj przed chwilą była?! Serio?!? Nic, zero, null? Nawet Gołota po walce z Brewsterem tak szybko nie spieprzał z ringu, jak ta piana z tego kufla. W takim razie może aromat stanie na wysokości zadania, tzn. będzie doskonały, czyli podły, a więc wspaniały czy jakoś tak? Kilka niuchów i… mamy to! Aldehyd octowy, czyli skórka zielonego jabłka razy milion. Na rany Chrystusa, w Namysłowie gdzieś na boku chyba jabłonie hodują, bo miałem wrażenie jakby wjebali tutaj ich cały sad. No nic, w sumie czegóż innego można się było tutaj spodziewać? Ale hola, hola, to nie wszystko. Bo oto po dzielnym podniesieniu przez Słońce temperatury Kuflowego wiemy, że te zielone jabłka leżą sobie elegancko w mokrym kartonie, pełnym przemoczonych i znoszonych skarpet. Po prostu finezja eFHaPiarskiego zapachu i kunsztu piwowarów namysłowskich. Brawo! Na szczęście oszczędzono nam ciekawszych doznań, jak kwas masłowy czy merkaptan. Dziękuję Ci, o szczodry Namysłowie! Smak na szczęście (a raczej nieszczęście) dorównuje aromatowi. Ba, jest on ponoć nawet „ceniony przez smakoszy”. A przynajmniej tak jest napisane na puszcze. I w sumie może i jest to racja, o ile smakoszem tym jest Tadziu z osiedlowej ławki. Bo, uwaga, uwaga – da się w tym piwie wyczuć delikatną gorycz. Serio, jak mamę moją kocham, tak było! Pominę paskudny, drożdżowy posmak, kojarzący się z nieczyszczoną od miesięcy instalacją do nalewania piwa oraz podłą słodycz Kuflowego. Jest gorycz, więc musi być chmiel! Niesamowite w tej kategorii i szacun za to. Cieszę się, iż w przy degustacji towarzyszyli mi znajomi i ochoczo potwierdzali wszystkie moje spostrzeżenia. Z wyjątkiem pewnego niskiego na odwrót bębniarza, z upośledzonym węchem – wszyscy po kilku wdechach się krzywili, a ten wzruszył jeno ramionami. Brawa i odznaka tadziowa raz dla bdb kolegi!.

Podsumowując muszę przyznać – Kuflowe nie zdobędzie maksymalnej noty w skali FHP. Ba, ono nawet nie aspiruje do lauru konsumenta! Ok, jest paskudne, ale po prostu mieści się w standardach Festivalowych, czyli trzeba pić ciepłe, latem i koniecznie spod kurtki w tramwaju. Albo w innym autobusie miejskim. W tym miejscu dziękuje jeszcze raz wszystkim, którzy wzięli udział w degustacji, dzięki czemu Kuflowe nie poszło w kanał. Na zdrowie (ekhmmm) i 5/10 w skali FHP.

Browar PiwoWarownia – Czarna Mańka (American Stout)

Marianna Łaszcz –  kobieta niezwykłej urody, wzbudzająca ogromne emocje wśród męskiej części populacji przedwojennej stolicy Polski. W zasadzie to nie wiadomo, czy istniała naprawdę i czy ballady o niej głoszone to historie wyssane z palca czy też jest w nich ziarno prawdy. Fakt jest taki, iż Czarna Mańka, bo tak właśnie ją nazywano, to synonim piękna, urody, ale też tragicznego losu (ponoć popełniła samobójstwo). Czarna Mańka to także „bohaterka” etykiety amerykańskiego Stoutu, jaki wypuściła na rynek załoga PiwoWarowni. Nie powiem, dość odważne posunięcie, aby swoje piwo nazywać w ten sposób. Po pierwsze mało kto kojarzy, o co/kogo w ogóle chodzi. Po drugie Browar Bazyliszek także wypuścił piwo o tej samej nazwie. Po trzecie – skoro los Czarnej Mańki okazał się tragiczny, to czy tutaj będzie podobnie? A może po wypiciu w głowie zostaną same pozytywne skojarzenia z tą bohaterką? Zobaczmy.

Po przelaniu tego Stoutu do szkła pierwsze moje skojarzenia powędrowały raczej w kierunku wątpliwej urody starszej pani, niż w stronę urokliwej i nęcącej swym dekoltem niewiasty. Bo tak oto dostajemy ciemno-brunatny, lekko zmętniony trunek z kiepskiej jakości pianą, znikającą w oka mgnieniu i pozostawiającą jedynie delikatną, białą obrączkę wokół szklanki. Naprawdę spodziewałem się genialnie czarnego piwa z czapą twardej, drobnej i beżowej piany. No dobrze, ale może to we wnętrzu Czarnej Mańki drzemie jej siła i piękno? Aromat zdaje się potwierdzać te przypuszczenia. Egzotyczno-cytrusowe nuty, płynące z użytego chmielu Simcoe mieszają się z mleczną czekoladą, kawą i akcentami palonymi. No i już humor nieco mi się poprawił, bo taki zapach to ja szanuję. W smaku niestety jest już nieco gorzej; jak na 14 BLG powinno być pełniej, czego dowiódł chociażby Farorz z browaru Hajer. Abstrahując od tego dostajemy trochę fajnej kawy, którą podkręca lekka paloność tego piwa. Jak na amerykański Stout przystało Czarna Mańka jest lekko kwaskowa, z mocną goryczką. I tutaj muszę się przyczepić, bo gdyby właśnie nie charakter tej goryczki, to dałbym punkcik więcej. Ma ona charakter popiołowy i zbyt długo zalega. Może komuś takie tematy pasują, ale mnie w tym stylu to niestety trochę przeszkadza.

Mam lekko mieszane uczucia wobec tej propozycji PiwoWarowni. Czarna Mańka z jednej strony uwodzi i nęci przyjemnym aromatem, ale z drugiej strony, kiedy bliżej się jej przyjrzymy na światło dzienne wychodzi kilka jej niedoskonałości. To trochę jak ze zdjęciami po Photoshopie. Niby w albumie jest pięknie, ale na żywo już nie mamy się czym zachwycać. Żeby nie było, to piwo nie jest złe, nie ma wad i z pewnością znajdzie ono  swoich amatorów, ale ja nie jestem do tej Pani jakoś zbytnio przekonany. 6/10

Kraftwerk – High Hops (AIPA)

Pewnie nie napiszę nic nieoczywistego, ale lubię pozytywnie się zaskakiwać. Wiecie, na zasadzie, kiedy dziewczyna namawia Was na obejrzenie komedii romantycznej, która finalnie okazuję się całkiem przyzwoitym filmem, czyli odwrotnie do oczekiwań. Ten temat sam przerabiałem może z dwa razy, więc wiem o czym mówię! Gorzej jeśli komedia ta okaże się gniotem, marnującym dwie godziny naszego cennego życia. Wtedy już nie jest tak wesoło, a szanse Waszej dziewczyny na wspólne obejrzenie kolejnego śmieszkowatego romansidła drastycznie spadają. Z piwami jest podobnie. I nie bez kozery przywołałem tę historię przy okazji wpisu dotyczącego browaru Kraftwerk, bo z nimi to różnie bywa. Przykłady dobrych i słabych piw z tej „stajni” wymieniałem przy okazji wpisu o Citrinitasie, więc nie będę się powtarzał (KLIK!). A tym razem na tapecie pojawiła się nowość od tej ekipy, czyli AIPA High Hops. Nie powiem, Kraftwerk znowu mnie zaskoczył… oj zaskoczył.

Piwo w szkle prezentuje się przyzwoicie – jest lekko mętne, o złotej barwie, z drobnopęcherzykową pianą. Niemniej jednak nie po okładce ocenia się książkę, więc z ciekawością zakręciłem IPA glassem i wsadziłem swój nos w szkło. I tutaj doznałem pierwszego zaskoczenia. High Hops pachnie! I to pachnie całkiem przyjemnie. Bo tak oto na pierwszym planie dostajemy cytrusowy bukiet, składający się z cytryn, grejpfrutów i pomarańczy, a całość fajnie podbudowuje delikatny karmel i przyjemna ziołowość, płynąca z użytych chmieli. OK, ale co będzie dalej? Już nie raz piłem piwa o doskonałym aromacie, które po kilku łykach były płaskie, jak tereny Pustyni Danakijskiej. W tym miejscu High Hops ponownie mnie zaskoczył, bo w smaku to piwo jest pełne, owocowe i wytrawne, z delikatnym posmakiem skórki pomarańczy na finiszu. Gorycz jest stosunkowo wysoka, przyjemna i co najważniejsze – nie zalega zbyt długo w ustach. Ten amerykański „aj-pi-ej” jest naprawdę bardzo przyjemny i rześki.

Po mojej ostatniej przygodzie z Kraftwerkiem nie spodziewałem się wiele. Co więcej – otwarłem to piwo jako trzecie tego wieczoru, nie mając wobec niego żadnych, ale to absolutnie żadnych oczekiwań. Drogi Kraftwerku – dziękuję za tak przyjemne zaskoczenie i mam nadzieję, że już teraz zawsze będziesz mnie tak zaskakiwał. 7/10

Browar Brewera – Bomito Urąga (New Zealand Wheat)

Browar Brewera „spotkałem” w zasadzie przez przypadek. Ot zwykły weekend i kolejna wizyta w jednym z katowickich multitapów, czyli „nothing fancy”. Los jednak chciał, abym trafił na premierę pierwszego piwa od tej ekipy, które w normalnych warunkach raczej nie zwróciłoby mojej uwagi. A byłby to olbrzymi niefarty, gdyż Al Egancky okazał się świetnym AIPA, o czym zresztą pisałem już wcześniej (KLIK!). Dlatego z nieskrywaną niecierpliwością czekałem na nowe pomysły tej wesołej załogi. Całe szczęście nie musiałem czekać zbyt długo, bo tak oto w moje ręce wpadła butelka świeżuteńkiej warki w stylu New Zealand Wheat – Bomito Urąga. Ja nie wiem, co pali ekipa Brewera przy obmyślaniu swoich nazw, ale muszą mieć dobrego dilera (wink, wink 😉 ). Czy pomogło to także przy warzeniu?

Piwo w szkle prezentuje się całkiem przyzwoicie – jasna, średniopęcherzykowa piana ładnie zdobi ciemnozłoty, stosownie zmętniony trunek. Ot taki standard w tematach pszenicznych. Ale co tu się dzieje w zapachu?! Od razu czuć, że piwo solidnie na aromat nachmielono nowozelandzkimi chmielami. I tak w pierwszej kolejności lecą cytrusy z odrobiną egzotyki oraz z fajną, ziołową podbudową. Na deser dostajemy delikatny karmel (nie mylić z diacetylem!). Jest bardzo rześko i konkretnie. Zdecydowany i mocny plus. Piwo aż prosi się, aby wziąć na raz kilka solidnych łyków. Nie pozostałem na te prośby głuchy, a w zamian dostałem fajne, lekko owocowe i wytrawne piwo, w sam raz na ciepłe dni. Goryczka nie jest zbyt intensywna, ale jej ziołowy charakter powoduje, że dość długo utrzymuje się w ustach i trochę za bardzo góruje nad owocowością tego trunku. I to dla mnie jedyny minus Bomito Urąga, jaki przy spożyciu w zasadzie i tak mi nie urągał (badum-tssss!).

Browar Brewera trzyma poziom. Owszem, Al Egancky celniej trafił w moje gusta, ale Bomito Urąga niewiele mu ustępuje. A to tylko dlatego, że wolę piwa o wiele konkretniejsze i aby ustrzelić mnie lekkim piwem trzeba się mocno napocić i niewielu się ta sztuka udała. W każdym razie i do tego piwa jeszcze wrócę nie raz, bo zbliża się taka pora roku, jaka idealnie pasuje pod tego typu tematy. Na zdrowie! 6.5/10

Startujemy z Szalupą FHP + Browar Jabłonowo – MOCNE!

Dzisiaj mamy ważny dzień – do życia zostaje powołana „szalupa FHP”, czyli miejsce w które będą wpadać moje refleksje, związane ze spożyciem szeroko pojętych piw niskobudżetowych. Ale o co z tym FHP w ogóle chodzi? Otóż grupka moich znajomych stwierdziła jakiś czas temu, i to chyba nie dla beki, że założą portal hołdujący „piwerkom” poniżej 2 zł per sztuka. Mówię całkiem serio, a niedowiarków odsyłam na fanpage FHP i zachęcam do zapoznania się z kontentem tej strony (wink, wink 😉 ) – Festival Huyovego Piva. Dla porządku wprowadzam również stosowną skalę ocen dla tej kategorii, która prezentuje się następująco:

1-2 – najlepsze, czyli najgorsze – toż to szok, że Tadziu z ławki może sobie golnąć taki specjał!
3-4 – kraft wśród FHPów – można wypić bez obawień, Janusz pił na grillu i cmokał z zachwytu!
5-6 – eFHaP pospolity – trzeba pić latem, ciepłe i koniecznie w autobusie spod kurtki!
7-8 – laur konsumenta – jest podłe, tanie i w sam raz na ławkę pod blokiem!
9 – medal pana kerownika – jak se zmrozisz, to może dotrwasz do połowy, bo dalij to już tylko kibel!
10 – Grand Prix FHP – najgorsze, czyli najlepsze – ściek, kanał i wymiociny; nawet Sebek nie do se rady!

Po co to wszystko? Dla ludu! Niech Tadzie, Sebki i Janusze też mają swoje miejsce w internetach, gdzie będą mogli sprawdzić, co jest na topie i co warto zabrać na działkę i pod kiełbe na grilla. Co mi tam – poświęcę się. A więc startujemy!

PS

Nie spodziewajcie się tutaj języka literackiego. Wulgaryzmy, uproszczenia i neologizmy będą tutaj na porządku dziennym. Czytacie na własną odpowiedzialność.

PPS

Wpisy mogą zawierać treści, utrzymane w konwencji  żartu i dowcipu 😉

Na pierwszy ogień „szalupy FHP” leci piwerko, jakie sprezentował mi mój bdb kolega Wojciech K. (wokalista J. D. Overdrive i  Mentor oraz derektor agencji koncertowej Happy Dying Productions) o wiele mówiącej nazwie MOCNE! Produkcją tegoż specjału zajmuje się zdobywca nagrody „Gazele Biznesu” w latach 2012 i 2013 – Browar Jabłonowo (serio, kurwa, Gazele Biznesu?!). Baaaa, samo piwo również otrzymało nagrodę, a konkretnie II miejsce w kategorii piw jasnych Konsumenckiego Konkursu Piw Bractwa Piwnego 2009. No to jak jest nagroda, to już musi być dosko i na grilla i na ławkę, c’nie? A skoro tak, to i pod meczyk się nada, co by naszym orzełkom pokibicować. No to jadziem z tym koksem.

imJak każdy szanujący się eFHaPiarz wie, najważniejsze, aby piwo pod futbolową fiestę było z kufla, więc i ja tak postąpiłem. Mocne w kuflu prezentuje się jak piwo. Trochę mętne, ale piwo. Piana jest, więc jest dobrze, chociaż znika z prędkością wpierdalania szaszłyka z grilla przy niedzielnym spacerze z Grażyną po parku. Aromat buchający z kufla to czystej postaci diacetyl (dla niewtajemniczonych – zapach maślany). Jest on na tak zajebiście wysokim poziomie, że pierwsze co, to chce się lecieć do piekarni po bochen chleba i zagryzać za każdym razem, jak kufel zbliża się do Twojego nosa na odległość 20 centymetrów. Matko Boska, nawet podczas kursu sensorycznego, gdzie wpierdala się w piwo próbkę zapachową 5-krotnie przewyższającą wyczuwalne stężenie tego związku nie było tak hardo. Ale co mi tam, może tutaj będzie się dało wyczuć coś więcej? Ok, mamy jeszcze nuty słodowe, odrobinę karmelu i nuty chlebowe. Te ostatnie to pod ten diacetyl chyba zrobili. Jakby tak zebrać to wszystko razem, to dostaniemy elegancki zapach jabola najgorszego sortu. Po prostu cud, miód i orzeszki. Tymczasem właśnie zaczęliśmy przegrywać z Holandią, więc trzeba się napić. Hesusie Nazarjeski, serio?!? Czemu to piwo musi być aż tak słodkie, a do tego mdłe?! Gdyby nie elegancki posmak żelaznych wkrętów do drewna, to z pewnością puściłbym pawia. Goryczy tutaj nie uświadczysz, chmielu także brak. Pewnie piwowar zajebał połowę ze 100 gram dodawanych na cały kocioł, żeby móc w domu z Grażyną zrobić sobie lepszego lagerka. Co by upewnić się w werdykcie wziąłem jeszcze dwa łyki, po czym szybko oddaliłem się w kierunku zlewu, aby spuścić piwo w kierunku Bałtyku.

Mecz przegraliśmy 2:1. Smutne, ale nie tak bardzo, jak smutne jest to piwo. W zasadzie wszystko się tutaj nie zgadza, ale mam przeczucie, iż może być jeszcze gorzej. Na szczęście nastawiłem się na paskudne piwo i Mocne z Jabłonowa dokładnie takie jest. Należy się laur konsumenta i mocne 7.5/10 w skali FHP.