Olimp – Elektra, czyli jak nie zaczynać swojej przygody z kraftem

To nie będzie kolejna, zwykła i prosta recenzja piwa. W zasadzie piwo w tym tekście gra drugoplanową rolę, ale jak na dobry scenariusz przystało, jest ono dla fabuły niezwykle istotne. A rzecz tycz się tego, jak my, beergeekowie czy po prostu każdy, kto sięga po krafty, zgłębiamy meandry smaków, aromatów i innych wrażeń, dostarczanych nam przez piwowarów. Smaków i aromatów często mocno złożonych i skomplikowanych, mogących zaskoczyć nawet najbardziej wprawionych graczy. Smaków i aromatów, którymi chcemy zarażać naszych nieco mniej kraftowych znajomych. Samą inspiracją do napisania tego tekstu była krótka rozmową, jaką na Instagramie odbyłem z moim znajomym. Zaczęło się od wrzucenia zdjęcia butelki Elektry na tenże portal ze stosownym, krótkim, acz treściwym opisem:

Znajomymi jesteśmy od wielu lat i wiem, iż kumpel sięga po krafty od czasu do czasu, więc począłem zgłębiać temat, chcąc dowiedzieć się cóż takiego doprowadziło do sformułowania tak krytycznej noty:

 

 

Po tej wymianie zdań nie mogłem zrobić inaczej, jak sprawdzić formę Elektry i samemu przekonać się, czym uraczył nas tym razem Browar Olimp. Co z tego wyniknęło? Otóż okazało się, iż Elektra, czyli kwaśne pale ale, jest piwem w mojej ocenie nad wyraz smacznym. Zapach to przede wszystkim bardzo wyraźna pigwa, z przyjemną czarną porzeczką w tle. Słodowość została w tym miejscu fajnie zarysowana, co świetnie dopełnia całości. Owocowy smak trunku w połączeniu z umiarkowaną kwaśnością i delikatną goryczką czynią Elektrę piwem bardzo pijalnym oraz niezwykle orzeźwiającym. Jak do tego dołożymy nieco porzeczkowej cierpkości wraz z niezłą pełnią piwa, tak otrzymamy naprawdę rewelacyjnego kwasiora.

Więc jak to jest, że mój znajomy tak fatalnie ocenił piwo? Scenariusze są dwa. Pierwszy zakłada, iż faktycznie z jakąś partią butelek podziało się coś niedobrego i zakażenie rozłożyło Elektrę na łopatki. Drugi, bardziej prawdopodobny, zakłada że kumpel sięgając po kwasa nie wiedział, czego się spodziewać, a wcześniej nie miał okazji obcować z wieloma piwami w stylu sour. Drugą opcję dodatkowo uwiarygodniają nie najgorsze oceny Elektry na Untappd i Ratebeerze (odpowiednio 3.59/5 i 3.28/5). Oczywiście de gustibus non disputandum est, więc opinię szanuję, jednakowoż z piwem jest dokładnie tak, jak z innymi daniami czy trunkami. Zresztą niechaj w tym miejscu padnie przykład mojej osoby: za pierwszym razem nie wiedziałem, czy piwo kwaśne mi smakuje czy nie. Długo musiałem się skupiać na smaku i zwyczajnie odzwyczajać się do pewnego stereotypu, jaki miałem w swojej głowie na temat piwa.

I tutaj dochodzimy do sedna. Otóż jak byśmy się nie starali, tak większość z nas ulega stereotypom i przyzwyczajeniom. To tyczy się również smaku. W związku z tym skoro większość swojego dorosłego życia piwo kojarzymy z gorzkim napojem słodowym, tak kosztując po raz pierwszy piwa w stylu sour możemy się nieźle zaskoczyć. Zresztą po jaką cholerę trzymam się tych kwasów, jak rzep psiego ogona. Świetnym przykładem będą piwa torfowe. Ileż to razy widziałem niskie oceny Imperialnego Nafciarza Dukielskiego z komentarzami w stylu „śmierdzi spalonymi kablami i ropą naftową – najgorsze piwo, jakie piłem w życiu!”. Czy osoba komentująca miała rację? W zasadzie tak, bo całkiem trafnie opisała rzeczonego Nafciarza i, zgodnie z zacytowanym wcześniej łacińskim powiedzeniem, mogło to być jedno z fatalniejszych piw, konsumowanych przez daną personę. Ale czy oznacza to, że faktycznie Imperialny Nafciarz Dukielski jest piwem fatalnym? Nie do końca.

Wszystko zależy od tego, w jaki sposób przyzwyczajamy nasz organizm, w tym przypadku nasz zmysł węchu i smaku, do nowych doznań. I zaprawdę powiadam Wam – dla większości z nas rzucenie się na głęboka wodę będzie zderzeniem z betonową taflą nieakceptowalnych w danym momencie doznań. I nie ważne, czy to będzie piwo, wino, whisky, cognac czy wykwintne danie z restauracji z czterdziestoma gwiazdkami Michellin. Nowe smaki i zapachy powinniśmy poznawać stopniowo oraz z pełną świadomością tego, co nas czeka. W końcu żyjemy w czasach, gdzie wiedza leży na wyciągnięcie ręki. Kupujesz piwo w stylu, którego wcześniej nie znałeś/łaś? Nie ma problemu – weź smartfon w łapkę i poczytaj, czego możesz się spodziewać. Jesteś w multitapie i barman zwraca uwagę na nietypowe walory danego trunku? Dopytaj o szczegóły. A jak jesteś znawcą, to się nie wkurzaj, bo jak widać na przytoczonym wcześniej przykładzie Elektry, i o ile barman robi to z odpowiednią ogładą i podejściem, jest to sposób na ostrzeżenie przed czymś, czego po prostu możemy się nie spodziewać.

A Ty, drogi Beergeeku, nie przekonuj mniej obeznanych kraftowo znajomych do tego, że ten 100% peated rye imperial oyster triple barrel aged porter jest piwem wybitnym, a oni się nie znajo! Nie o to chodzi w tej całej zabawie. Tu chodzi o to, aby nam piwo smakowało, aby nas cieszyło i socjalizowało w przyjemny i miły sposób. W końcu i Rzym nie od razu zbudowano. Na wszystko przyjdzie czas, pora i miejsce. Byle powoli i byle z rozwagą. Wasze zdrowie!

 

PS

Po napisaniu tego tekstu zapytałem znajomka, jak to faktycznie jest z tymi kwasami u niego i rzeczywiście – jakieś delikatne kwasy pił, ale tutaj intensywność przerosła oczekiwania 😉

Reklamy

Chmielobrody subiektywnie o 2018-tym

2018 za nami! I jak to zwykle bywa nadszedł czas podsumowań. Te stricte dotyczące sceny kraftowej „popełniłem” w ramach „Blogerskiego Podsumowania Kraftu”, przygotowanego przez Jerrego Brewerego („nazwiska” w języku polskim zawsze odmieniamy – przyp. aut.) – i w tym miejscu odsyłam Was do rzeczonego tekstu: !!!KLIK!!! 

Natomiast dzisiaj przyszła pora na 10 najważniejszych dla mnie spraw, poruszonych w zeszłym roku. Zestawienie totalnie subiektywne, prywatne i osobiste, które pewnie nikogo nie zainteresuje 😉

„Janusze” z Kraftem roku 2018!

fot.: https://www.facebook.com/Browarwaszczukowe/

No i lekko gruchnęło w polskim krafcie. A wszystko przez wyniki tegorocznego Konkursu Piw Rzemieślniczych. Niby początkowo całość szła zgodnie z planem; przewodniczący jury – Tomasz Kopyra – odczytywał poszczególne kategorie nagród, gdzie nie w każdej wszystkie miejsca były obsadzone; piwowarzy i browarnicy odbierali swoje medale; część była zadowolona; część pewnie mniej, itd. itd. Ot sytuacja podobna do tej sprzed roku czy dwóch. Wydawać by się mogło, że nic nikogo nie zaskoczy. Aż tu nagle przyszło do ogłoszenia wyników najważniejszych, czyli wyników „Kaftu roku 2018”. Nagrody, jaką powinno zdobyć piwo najlepsze z wszystkich, najgodniejsze i najwspanialsze, i najcudniejsze i w ogóle naj! I teraz w tym miejscu zapewne większość spodziewała się sztosa-ciężarowca, wymrażanego siedemnastokrotnie w beczkach bo rumie, wyłowionych z pirackiego galeonu, zatopionego w wodach Atlantyku. Ja w sumie też się tego spodziewałem, niemniej kiedy ogłoszono, iż nagrodę tę zdobywa Janusz Moczywąs z Browaru Waszczukowe, czyli dortmunder export, kąciki moich ust powędrowały ku górze. Co było tego powodem? Już spieszę z wyjaśnieniem.

Na początku trzeba sobie zadać pytanie czym w ogóle jest wspomniany „Kraft roku”. Niestety organizator konkurs nie opisuje dokładnie tejże kategorii na swoich stronach i w regulaminie. W tymże dokumencie znajdziemy jedynie zapis, informujący nas o tym, w jaki sposób nagroda zostanie przyznana: „Spośród zwycięskich piw w poszczególnych kategoriach, po dodatkowej degustacji, Grand Jury KPR 2018 wyłoni w trybie debaty i głosowania jawnego piwo, które otrzyma tytuł Kraft Roku 2018 (…)”. Tylko tyle i aż tyle. I teraz wyobraźcie sobie ok. 50 piw ze złotymi (albo prawie złotymi 😛 ) medalami w każdej kategorii, spośród których sędziowie wybierają to jedyne, najwspanialsze piwo. Jeśli kierowalibyśmy się przeświadczeniem, iż tytuł „Kraftu roku” winien trafić do autora najbardziej złożonego, najbardziej degustacyjnego trunku spośród tych kilkudziesięciu, to na wstępie możemy odstrzelić 90% pozycji bez ich próbowania. Wśród nich znajdzie się z pewnością Janusz Moczywąs, bo przecież zwykły lager niemiecki bankowo przegra z kretesem z chociażby brokreacyjnym Potion #2 (na którego ja osobiście stawiałem 😉 ). Bankowo, o ile weźmiemy kryteria, opisane przeze mnie wcześniej. A tychże wyznaczników jury zwyczajnie nie może, powtarzam – NIE MOŻE brać pod uwagę. Nie po to stworzono taką liczbę kategorii, aby móc wyłonić wśród nich tych najlepszych. I tak mamy na przykład kategorię „Imperialny Stout/Porter leżakowany w drewnie” czy „Specjalny Porter Bałtycki”. To chociażby tutaj powinniśmy szukać najlepszych, degustacyjnych sztosów, a nie w „królewskiej kategorii”.

No ale co z tym „Kraftem roku”? W mojej ocenie, skoro mówimy o nagrodzie, jaka jest przyznawana za najlepsze piwo spośród 50 najlepszych piw z każdej kategorii, to nie możemy dyskryminować żadnego za to, iż nie jest na tyle złożone, aby wyczerpywać znamiona definicji sztosu. Dla mnie „Kraft roku” to piwo, któremu nic nie brakuje, które jest najlepsze w swoim stylu i które wyróżnia się na tle innych. I czy takim piwem nie może być „zwykły” pils czy chociażby tegoroczny zwycięzca, czyli dortmunder export? Może! Baaaa, jestem zdania iż ten wybór pokazuje, jak bardzo bogaty i złożony jest świat kraftu. Pokazuje też pewną równość, której czasem mi brakuje. Być może kojarzycie pastę o piwnym neoficie, wywyższającym się pośród zwykłych pijaczy piwa? Jeśli tak, to czy chcieli byście, aby tak Was postrzegano? Ja niekoniecznie, stąd też osobiście identyfikuję się z wyborem jury i absolutnie nie jestem zdziwiony, chociaż może nieco zaskoczony. Zaskoczony na plus.

Janusz Moczywąs przez najbliższe dni zapewne dostarczy sporo emocji i pewnie wywoła wiele dyskusji wokół tego tematu. I dobrze, bo może komuś to otworzy oczy; być może niektórzy zaczną bardziej doceniać style, których brakuje na sklepowych półkach? O jak marzy mi się, aby wypuszczano więcej dry stoutów, pilsów, bocków czy lagerów niemieckich. Bo kraft to różnorodność, jaką powinniśmy mieć nie tylko w setkach różnych odmian India Pale Ale’i, ale i w każdym stylu z osobna. I mam nadzieję, że nie będę osamotniony w takiej postawie. Brawo Waszczukowe, brawo KPR, brawo polski kraft!

PEŁNA LISTA NAGRODZONYCH

Mikkeller – Mother Nuclear Puncher Assault, czyli nie tylko o piwie!

Podczas ostatniej ankiety, przeprowadzonej na Instagramie, zadecydowaliście iż na blogu powinno pojawiać się więcej recenzji piw zagranicznych. A kiedy lud mówi – ja słucham! Stąd też całkiem niedawno sięgnąłem po dwa tematy z arsenału browaru Mikkeller, które dodatkowo elegancko wpisują się w muzyczną stronę mego żywota. Mam tutaj na myśli chmieloną hybrydowymi chmielami Double IPĘ Nuclear Hop Assault oraz marakujowe „ajpiej” Mother Puncher. Pierwsze z tych piw powstało dla kapeli Nuclear Assault, a drugie dla przyjemniaczków z Mastodona. No nie może być lepiej, prawda? Czy jednak aby na pewno?

 

Mikkeller – Mother Puncher (Passionfruit IPA)

 

 

Marakuja to jeden z ciekawszych dodatków, idealnie pasujących moim zdaniem do dobrze nachmielonych piw. Co zresztą znajduje potwierdzenie w Mother Puncherze. Zapach marakui jest tutaj bardzo wyraźny, lekko kwaskowy i solidny. Fajnie łączy się z zapachem dojrzałego mango, aczkolwiek chmiel zszedł tutaj na drugi plan, przygrywając gdzieś tam na n-tych z kolei skrzypcach. Samo piwo jest lekko słodkawe, nieco kwaśne od dodanego owocu, ale nie można zabrać mu wyraźnej owocowości. Generalnie fajnie by było, jakby gorycz wybiła się tutaj na wyższy poziom, ale nie jest najgorzej. Finalnie Mother Puncher to z pewnością przyjemne piwo, ale oczekiwałem od niego o wiele więcej. Trochę jak z płytą The Hunter Mastodona – niby fajna, ale mi jednak czegoś w niej brakuje.

 

 

Mikkeller – Nuclear Hop Assault (Imperial IPA)

 

 

Przyznam szczerze – zespół Nuclear Assault znam tylko z nazwy. Ale czy to ważne? Absolutnie nie. Podobnie jest z tematem chmieli hybrydowych. Niestety nie udało mi się odnaleźć informacji o tym, na czym dokładnie polega tutaj ta hybrydowość. Szkoda. Niemniej jak to się ma do samego piwa? Czuć niestety, iż Nuclear Hop Assault dni swojej świetności ma już za sobą. Prym w aromacie wiedzie baza słodowa, a utlenienie w stronę miodu przywołuje w duszy uczucie tęsknoty za czasami, kiedy chmiel mógł grać w tym miejscu pierwsze skrzypce. OK, niby gdzieś tam w tle majaczą owoce egzotyczne, ale czy jest to poziom chmielowo-nuklearnego ataku? No raczej nie sądzę. Do tego pojawiają się akordy alkoholu, więc ogólnie zapach piwa nie prezentuje się oszałamiająco. Smak wypada o niebo lepiej. Piwo jest solidnie i przyjemnie nachmielone na goryczkę, a lekka owocowość fajnie komponuje się z wytrawnym charakterem Nuclear Hop Assaulta. Tylko ponownie ten alkohol nieco przeszkadza. Domyślam się, że to piwo jako „świeżak” wypadało o wiele lepiej. W tej formie jest co najwyżej przeciętne.

 

 

I w tym miejscu dochodzimy do sedna sprawy. Często marudzi się na polski kraft, że nasze rodzime IP-y hurr-durr słabe, zero aromatu, utlenione, miodowe, itd., itd. Jak widać nie tylko polski krafcik boryka się z problemem szybkiego ulatywania aromatów chmielowych w piwie. Powyższe dwa przykłady, całkiem wysoko oceniane na RateBeerze (odpowiednio 3,54/5 dla Mother Punchera i 3,71/5 dla Nuclear Hop Assaulta), pokazują dobitnie jedną rzecz – IPA pije się świeże, a potem ryzykujemy już całkiem sporo (oba „Mikkellery” miały termin mniej więcej do końca września). Dlatego też strasznie podoba mi się, jak browar na puszkach czy butelkach podaje datę rozlewu. Dlatego też smutno mi, iż browary zmuszone są do podawania dłuższych terminów ważności, bo inaczej trudniej będzie piwo sprzedać. OK, tym tekstem być może świata nie zmienię, ale może jeden z drugim zastanowi się, z jakiego powodu piwo może nie mieć formy takiej, jaką miało za czasów swej świetności/świeżości. Oczywiście nie bronię tutaj piw zwyczajnie słabych, których na rynku jest sporo, ale liczę na Wasze nieco szersze spojrzenie na cały temat.

Wywody Chmielobrodego – cz. 12

The Order of Yoni, czyli „sex sells” w piwnym ciele

No to się porobiło. W miniony weekend miałem okazję skosztować pierwszego na świecie piwa, do produkcji którego użyto bakterii kwasu mlekowego, pobranego z kobiecych narządów rodnych. W sensie z waginy. I nie, nie jest to żadna ściema; faktycznie można powiedzieć, że na rynku już niebawem pojawi się piwo z „esencją” kobiety. Sprawa jest delikatnie mówiąc dość kontrowersyjna, ale chyba o to właśnie chodziło. Chociaż w sumie nie spodziewałem się tego, jak ogromnym zainteresowaniem sprawa będzie się „cieszyć”. Wrzucony przeze mnie post ze zdjęciami butelki i krótkim opisem sytuacji ma tak potężne zasięgi, że w ciągu niecałych 48 godzin przebił moje najpopularniejsze posty na Facebooku z ostatnich dwóch lat. O blisko 40-tu udostępnieniach nie wspominając.

Oczywiście opinie bywają skrajne. Jedni są zaciekawieni, inni zniesmaczeni, a kolejni oburzeni. I tylko tych obojętnych jakoś niewielu. Ja do samego pomysłu mam stosunek ambiwalentny. Dlaczego? Z jednej strony marketing faktycznie trąci lekko myszką i kojarzy mi się z latami 90tymi, kiedy to jako nastolatek zerkałem na witryny kiosków Ruchu w poszukiwaniu roznegliżowanych zdjęć na paczkach prezerwatyw czy pisemek dla panów. Z drugiej zaś strony – „sex sells”, a zajmując się zawodowo zarządzaniem grupą sprzedawców muszę docenić pomysł, na który nikt jeszcze nie wpadł, a jaki jest w zasadzie bardzo banalny i może się dobrze sprzedać.

Nim jednak przejdę do szczegółów technicznych warto zwrócić uwagę na tych komentatorów, którzy sięgają po skojarzenia ciężkiego kalibru. Wiecie, hasła w stylu „Pierwsze oficjalne piwo typu siki”, „bede rzigoł” albo „Pijesz i czujesz się jakbyś zlizywał piwo z ci*ki” nijak mają się do samego procesu technologicznego i do samego piwa, a same w sobie trącą humorem raczej niskich lotów. Chociaż ktoś może w tym miejscu powiedzieć „jaki marketing, taki humor” i ciężko będzie mi z tym polemizować (wink wink 😉 ). Natomiast z pewnością warto zrozumieć samą ideę i to, w jaki sposób rzeczone piwo powstaje.

The Order of Yoni – Bottled Lust to kwaśne piwo szampańskie zakwaszane bakteriami kwasu mlekowego. Kropka. Gdzie tutaj miejsce na tę „esencję” kobiety? Jak już we wstępie pisałem chodzi konkretnie o pałeczki kwasu mlekowego – lactobacillus acidophilus. Bakterie te są powszechnie używane m. in. przy produkcji wyrobów mlecznych, ale występują także naturalnie w przewodzie pokarmowym, w jamie ustnej czy właśnie w końcowej części dróg rodnych kobiety. W piwowarstwie lactobacillusy używane są do zakwaszania piwa, dzięki czemu uzyskujemy piwa kwaśne, np. w stylu berliner weisse. No i tutaj dochodzimy do sedna. Skoro bakteria to bakteria i nie ma znaczenia, skąd ją uzyskamy, to czemuż nie pozyskać jej z kobiecej waginy? Przecież to jest doskonały pomysł i marketingowo sprzeda się sam! Wybierzemy śliczną modelkę, porobimy zdjęcia i gotowe. Przecież „sex sells”! Pewnie w ten sposób pomyślał twórca The Order of Yoni, bo już dwa lata temu odpalił kampanię crowdfundingową, chcąc zebrać kasę na realizację tej idei. Koncept wtedy jednak nie wypalił, ale to nie znaczy, że został całkowicie pogrzebany. Nim jednak o dalszych losach „zakonu Yoni” warto powiedzieć sobie jedno – naprawdę nie ma co się ekscytować tym, że Bottled Lust zakwaszono lactobacillusami, pobranymi z waginy pięknej kobiety. Równie dobrze można by pobrać te pałeczki z wnętrza policzków jakiegoś przystojnego młodzieńca. I w zasadzie The Order of Yoni powinien to zrobić – w końcu mamy równouprawnienie! OK, być może zapytacie – a co z innymi drobnoustrojami, jakie razem z bakteriami trafiają do piwa. No właśnie w tym rzecz, że nic innego do piwa na trafia. Pobrane bakterie, a w zasadzie wymaz z pochwy jest przekazywany do laboratorium, gdzie ekstrahuje się rzeczonych mlecznych koleżków, celem ich dalszego namnożenia. Wszystko z zachowaniem najwyższych zasad higieny i sterylności. No bo serio – czy ktoś uwierzył w to, że do kadzi warzelnej czy do tanka fermentacyjnego ktoś po prostu dolał kobiecy śluz?!? Jeśli tak, to gratuluję ogarnięcia.

Prawda jest taka, że w całym tym ambarasie chodzi o marketing. O nic innego. Nieudana kampania crowdfundingowa pokazuje, że w Polsce ten pomysł może nie przejść. OK, na bank znajdą się osoby zaciekawione sprawą i chętnie piwa spróbują, ale spodziewam się raczej czarnego PR’u i głosów w stylu „hurr durr piwo z ci*ki, che che”. Pewnie dlatego producent tegoż trunku zarówno swój fanpage, jak i konto na Instagramie prowadzi w języku angielskim. To pokazuje nakierowanie raczej na zagranicznego odbiorcę i w sumie to mnie kompletnie nie dziwi. Ja osobiście jestem nieco rozdarty, bo samo piwo (a w zasadzie dwa piwa, z dwóch różnych modelek) jest zwyczajnie dobre i świetnie smakuje (o konkrety nie pytajcie – będzie o tym niebawem), ale faktycznie mam trochę problem z taką formą marketingu. Ostateczną ocenę zostawiam Wam, tylko błagam – najpierw spójrzcie na temat szeroko, bo nie jest on tak jednoznaczny, jakby mogło się na pierwszy rzut oka wydawać.

PS
Premiera piwa będzie miała miejsce najpewniej w ostatni weekend lipca w katowickiej Białej Małpie.

Wywody Chmielobrodego – cz. 11

Ma być twardo i szorstko, ale czy aby na pewno?

Coś we mnie ostatnio pękło. I chociaż wiem, że ten tekst świata nie zmieni, to muszę to z siebie wyrzucić. Bo może dzięki temu jakiś procent… promil… no może procent z promila zmieni swoje podejście do sprawy? Sprawy, na którą chyba nie zwraca się zbytnio uwagi, bo przecież zawsze tak było, więc po co cokolwiek zmieniać? A ja jednak czuję potrzebę zmiany. Tak jak zmieniło się podejście do piwa, tak tutaj też podejście może się zmienić. Pewnie nie dziś, na pewno nie jutro, ale może kiedyś, w przyszłości, tej dalszej. Tylko żeby to się zadziało to już teraz trzeba stawiać pierwsze kroki. Na szczęście nie jestem jedyny i nie ja postawiłem ten pierwszy krok. W sumie to nawet nie wiem, kto tak naprawdę ten pierwszy krok wykonał, ale to nie jest w tym miejscu najważniejsze. Dla mnie wszystko zaczęło się chyba od Wrocławskiego Festiwalu Dobrego Piwa, w trakcie którego odbył się panel dyskusyjny „Kobiety w piwowarstwie rzemieślniczym w Polsce i na świecie”. Niestety tego dnia we Wrocławiu mnie nie było, ale echa tej rozmowy rozbrzmiewały nawet kilka dni po niej. Bo to właśnie o kobiety i ich miejsce w świecie piwa mi chodzi.

Wtedy jeszcze nerwy trzymałem na wodzy. Owszem, w piwowarstwie kobiety są w mniejszości, ale dzielnie walczą o swoje, odnoszą sukcesy, otwierają browary i po prostu robią swoje. Tylko faceci w tym wszystkim bardzo często patrzą na te dokonania co najmniej z przymrużeniem oka, a niejednokrotnie z pogardą. I ja się na to nie godzę! Po prostu nie, bo nie ma ku temu żadnej podstawy. Jasne, wszędzie mówi się, iż kobiety mają trudniej i w jakby na to nie patrząc patriarchalnym świecie z takim stanem rzeczy podejmuje się walkę (z różnym skutkiem), ale kiedy bliżej przyjrzałem się całej scenie piwnej, tak tutaj wyszedł miejscami po prostu zwykły, chamski, męski szowinizm.

Rzućcie okiem na ten przykład na reklamy piwa w Polsce. Wszędzie dominują mężczyźni, ich męskość i mierzenie własnego penisa miarą wypitych butelek w towarzystwie kumpli. A to po górach spaceruje dwóch kolesi w towarzystwie rodowitego górala, a to w knajpie koledzy oglądają mecz i pięknie dopingują, a to panowie piwowarzy wrzucają kosze świeżutkiego chmielu do kadzi warzelnej… co nota bene jest głupie samo w sobie, bo kto w obecnych czasach w piwowarstwie używa tego surowca w takiej formie… niemniej – wszędzie same „chopy”, a kobiety pojawiają się co najwyżej w reklamach radlerów. No bo przecież gdzie kobieta mogłaby sięgnąć po piwo?!?! Toż to nie może być! Sytuację reklam stara się ratować Karmi, gdzie banda brodatych i napakowanych motocyklistów siedzi przy tymże trunku, ale znowu na sam koniec w kadrze pojawia się Penélope Cruz i już wiadomo, iż panowie nie są tu dla piwa, ale dla tej hiszpańskiej piękności. Natomiast taka Perła idzie już w ogóle na całego, tworząc treści reklamowe w sposób tak dobitnie dla mnie słaby, jak na poniższym obrazku:

Drugą sprawą, jaka mnie irytuje jest moment, kiedy w „chmielobrodym” sklepie jesteśmy we dwójkę. Tzn. ja i Pani Kapitan. Jak myślicie, ile osób proszących o poradę zwraca się o nią wóczas do Marty? Null, zero, none, nada! A musicie wiedzieć, że Pani Kapitan na piwie się zna i potrafi świetnie doradzić. Taka postawa od razu mówi – to przecież facet musi znać się lepiej na piwie! OK, być może w większości wypadków tak będzie, ale nie generalizujmy. Znam całe tuziny pań, potrafiących o piwie opowiadać w sposób mogący zawstydzić niejednego blogera.

W multitapach i knajpach zresztą nie jest lepiej. Ile razy widziałem sytuacje, w których barman na pytanie płci pięknej z prośbą o poradę z automatu proponował piwa słodkie, z sokiem, z niską goryczką lub radlery. Oczywiście ponownie nie generalizuję, ale problem jest, a mnie zastanawia czemuż nie można by zmienić takiego podejścia? Z jakiego powodu kobieta musi być skazywana na słodkie trunki? Gorycz płci pięknej nie przystoi czy jak?!? I znowu wracamy tutaj do utartego schematu, powielanego w reklamach i przekazywanych z ust do ust w formie legendy, iż panie to przecież tylko drinki piją, a jeśli sięgają po piwo to na pewno to słodkie czy inne Karmi.

Dlatego może warto w tym miejscu zastanowić się, czy my, faceci, nie powinniśmy o panie zawalczyć? Bo panie walczą i takie osoby jak np. Agnieszka Dejna, Dorota Chrapek czy Agnieszka Wołczaska-Prasolik (oraz wiele, wiele innych) pokazują, że się da, ale panie same świata nie zmienią. Wesprzyjmy je w tym i traktujmy jak równych. Zarówno pod kątem piwowarstwa, sędziowania, blogowania, jak i pod kątem zwykłego spożywania piwa. Po raz n-ty i do znudzenia będę powtarzał, że piwo ma łączyć, socjalizować i bawić, a nie wznosić jakiekolwiek bariery czy barykady. Jak już pisałem we wstępie – ja wiem, że świata nie zmienię, ale kropla drąży skałę. A ja zamierzam być kroplą bardzo upierdliwą i Was, drodzy Panowie, również do tego zachęcam.

Wywody Chmielobrodego – cz. 10

Zmierzch ery piwnych festiwali?!

Gdybym oceniał formę festiwali piwnych wyłącznie na podstawie tegorocznej edycji Warszawskiego Festiwalu Piwa, to z pewnością na końcu powyższego tytułu pojawiłaby się kropka, ew. sam wykrzyknik. Natomiast sprawa nie jest tak oczywista i jednowymiarowa, jakby mogło się wydawać, ale od początku.

Począwszy od zeszłego roku polska scena kraftowa zaczęła powoli marudzić na to, co dzieje się na tego typu imprezach. Przyczynkiem do tego były m. in. Poznańskie Targi Piwne anno domini 2017. Ludzi przyszło jakoby mniej, sakiewki wystawców nie napełniły się w stopniu co najmniej zadowalającym (a przynajmniej nie wszystkich), zainteresowanie Konkursem Piw Rzemieślniczych nieco przybladło, mimo iż sam KPR w mojej ocenie był jednym z sensowniejszych eventów, przyciągających ludzi do zapłacenia tych 20 zł za wejście, a sama organizacja Targów miała swoje przywary (kolejka do WC oraz śmieszne wciskanie pod szyld PTP imprezy Foodtruckowej)… chwila, chwila. Ile trzeba było zapłacić za wejściówkę? 20 zł? Na jeden dzień? Karnet trzydniowy za 45 zł? Rozumiem, że w cenie było jakieś piwo lub szkło? W przypadku karnetu a i owszem, ale bilet jednodniowy uprawniał nas jedynie do wielokrotnego wejścia.

Zostawmy na chwilę koszty biletów wstępu, do których wrócę nieco później i przejdźmy dalej. Bo tak oto nadeszły kolejne imprezy, na których byłem osobiście w tym roku – Silesia Beer Fest i łódzkie Piwowary. Imprezy o wiele mniejsze, skupiające maksymalnie do 30 wystawców i przeznaczone raczej dla społeczności lokalnej. Okazało się, że frekwencja na obu eventach była całkiem niezła, a w Łodzi wręcz mocno zadowalająca; wystawcy w większości opuszczali targi w dość pozytywnych nastrojach i z optymizmem zerkali na zbliżający się maraton festiwalowy, jaki miał ruszyć w maju w Bydgoszczy.

Co prawda na Beergoszcz finalnie nie dotarłem, ale na całe szczęście pojawiłem się w Warszawie. Festiwal, okrzyknięty najbardziej prestiżową imprezą w polskim krafcie, miał przynieść wystawcom niebotyczne zyski, a przez kilka pięter pomieszczeń dla VIPów na warszawskiej Legii miało przetoczyć się ponad 20 tysięcy gości. Ostatecznie na WFP zjawiło się 13 tysięcy osób, a spora część browarów była zmuszona odesłać do domu sporą część zapasów, jakie zabrali na imprezę. I tutaj znowu jak po deszczu zaczęły kwitnąć tezy, jakoby festiwale piwne miały się skończyć. Żeby nie było – dla mnie osobiście Warszawski Festiwal Piwa okazał się imprezą genialną, bo nie było zbytecznego tłoku, z każdym mogłem pogadać, a w trakcie moich dwóch wystąpień na scenie miałem pełną widownię. Jednakowoż patrząc biznesowo faktycznie czuję, że całość nie do końca się spięła.

Kolejne punkty na mapie mojego piwnego kalendarza przypadły na Kraków i Szczecin. Podczas małopolskiego BeerWeeka, będącego największym festiwalem piw kraftowych na południu Polski, ludzi było multum. A przynajmniej tak wypadło w piątek, kiedy miałem okazję śmigać po terenach stadionu Cracovii. Wszyscy jakoś tak wyraźniej uśmiechnięci, zadowoleni, a czasem z lewej, czasem z prawej strony dochodziły mnie słuchy, że jednak te festiwale nie takie złe i że chyba się jeszcze nie skończyły. W Szczecinie było podobnie, acz ze względu na niezbyt idealną pogodę gości z pewnością było mniej.

Z kolei Wrocław, będący największym piwnym festiwalem nad Wisłą (chociaż w tym przypadku winienem powiedzieć „nad Odrą”), w mojej ocenie postawił kropkę nad „i” w tej całej dyspucie. 70 wystawców, ogromny teren przeznaczony dla zwiedzających, dwie strefy foodtrucków i po prostu cała chmara ludzi. Optymiści mówią, iż w trakcie tej trzydniowej imprezy przez teren stadionu przewinęło się nawet i 100 tysięcy ludzi (ja będę ostrożny i powiem 60-70 tysięcy). W sobotę wieczorem był taki tłok, że sam chodziłem poirytowany, bo ciężko było przejść z jednego końca imprezy na drugi. Każde stoisko przeżywało okresy kolejkowe, a spora część browarów nie miała już czym handlować w niedzielę. Większość opuszczała Festiwal Dobrego Piwa we Wrocławiu zadowolona i ukontentowana. Mam tu na myśli zarówno zwiedzających, jak i wystawców.

To dobitnie pokazuje, iż era piwnych festiwali wcale się nie skończyła i ma jeszcze przed sobą całkiem ciekawą przyszłość. W tym miejscu mógłbym postawić kropkę, ale uczynić tego nie mogę, gdyż byłoby to zbyt dużym uproszczeniem. Moim zdaniem każdy z wyżej wspomnianych i tych nie wspomnianych eventów pokazuje, jakie mamy obecnie tendencje na rynku.

Po pierwsze i najważniejsze: nie możemy liczyć na to, że tego typu imprezy zasilą głównie beer geecy. Dla nich pozostaje chociażby Beer Geek Madness czy One More Beer Festival z formułą płacisz raz – pijesz ile chcesz. Natomiast duże festiwale powinny otwierać się przede wszystkim na ludzi, którzy nie są „into krafty”. Organizatorzy powinni zadbać o to, aby popyt na uczestnictwo w piwnym festiwalu rósł u osób pijących na co dzień tego przysłowiowego „Tyskacza”. Szanowni, skoro udział rzemieślników piwnych w rynku wynosi maksymalnie 2%, to ja się pytam co z pozostałymi 98%? I nie pomoże tutaj windowanie cen biletów, jak w Poznaniu. No gdzie człowiek, wydający przeciętnie 3 zł na piwo w sklepie i maks 10 zł w knajpie, zapłaci 20 zł za samo wejście, aby na terenie imprezy wydać dodatkowo za jedno małe piwo 9-10 zł?!? Imposibruuu!

To prowadzi do drugiego wniosku, jakim jest cena biletu. Oczywiście rozumiem, iż nie zawsze możliwe jest zorganizowanie festiwalu za frajer, bo wtedy po kieszeni dostaną wystawcy lub organizator (wynajęcie takiego stadionu to w końcu nie rurki z kremem), ale może przysłowiowa dyszka za wlot to dobry kierunek? Kraków pokazał w tym roku, że chyba mam rację.

Po trzecie patrząc na większe festiwale jedyny zmierzch, jaki można zaobserwować, to zmierzch piwnej turystyki. Świrów, jeżdżących po całej Polsce w poszukiwaniu kraftowych emocji jest co raz mniej, a uczestników lokalnych jest co raz więcej. Dodatkowo być może organizowanie WFP dwa razy w roku to jednak o jedną imprezę za dużo? Szczególnie iż liczba multitapów w stolicy i sztosów na kranach jest już chyba większa, niż tego, co dostajemy na WFP. Ot taka drobna dygresja w stronę przyczynku do moich marudzeń.

Oczywiście temat mógłbym drążyć dalej i zwracać uwagę na plan imprez, ich lokalizację, terminy, wpływ faz księżyca i aktualną cenę złota na rynkach światowych, ale nie w tym rzecz. Prawda jest taka, że każda impreza jest inna i każda ma swój określony potencjał. Część ten potencjał wykorzystuje, część marnuje, ale wszędzie drzemią ogromne szanse na jego pozytywne wykorzystanie i rozwój. Ważne, aby mieć oczy i uszy szeroko otwarte, badać rynek, jego tendencje i tworzyć eventy dopasowane do obecnego popytu i podaży. Ja w każdym razie wiem jedno – zmierzch ery piwnych festiwali sensu largo to zwyczajny bullshit. To mówiłem ja, Chmielobrody, bloger piątej klasy.

Słowne potyczki Chmielobrodego – czy piwo można zdegustować?

Bohaterem dzisiejszego filmu nie będzie piwo, a gramatyka. No bo czy forma „zdegustowałem piwo” jest poprawna? Jak ma się ona do stwierdzenia, iż ktoś był czymś zdegustowany? Dlaczego moim zdaniem w przypadku kosztowania trunków czy też innych produktów spożywczych jest to forma niepoprawna i w końcu co na ten temat ma do powiedzenia jeden z największych autorytetów językowych w tym kraju? Tego wszystkiego dowiecie się z poniższego vloga:

Wywody Chmielobrodego – cz. 9

Prunum Gate AD 2018

Pamiętam, kiedy pewnego chłodnego popołudnia, na początku dwa tysiące szesnastego roku odwiedziłem jeden ze sklepów specjalistycznych w Katowicach, gdzie jak to zwykle bywało dokonywałem zakupu różnych, piwnych dobroci. Właściciel tegoż przybytku w pewnym momencie wyciągnął kartonik z piwem, obrandowanym logiem Browaru Kormoran i zapytał mnie, czy nie mam ochoty na zakup owego cuda. Kiedy usłyszałem cenę, oscylującą w okolicach 20 zł za pół litra piwa z polskiego browaru, to złapałem się za głowę. No bo jak to polskie piwo w cenie amerykańskiego czy innego, holenderskiego cymesa (przypominam, iż było to dwa lata temu)??! Niemniej jednak poległem na poleceniach właściciela i zakupiłem owy trunek, zastanawiając się cóż to za wymysł.

Piwo na swoją kolej poczekało około półtora miesiąca od dnia zakupu, ale kiedy już znalazło się w szkle, to przyznam szczerze, że wówczas zerwało mi wszystko, co tylko zerwać się na tamten moment dało. Tak w skrócie prezentuje się z mojego punktu widzenia początek legendy Imperium Prunum. Piwa tak wyczekiwanego i tak, nie bójmy się użyć tego słowa, przehajpowanego, jakby sam Michael Jackson (nie, nie ten od Billy Jean) je błogosławił.

Nie zrozumcie mnie źle – używając słowa „przehajpowane” nie mam tutaj na myśli formy czy smaku samego piwa, które jest w mojej opinii po prostu doskonałe i nadzwyczaj smaczne. Chodzi tutaj o cyrk, jakiego wokół tego jednego trunku co roku jestem świadkiem. Bo liczby plotek, spekulacji i emocji, jakie powstają wokół Imperium Prunum pozazdrościł by niejeden polityk. Więc jak to jest z tym tematem w dwa tysiące osiemnastym?

Po pierwsze muszę przyznać, iż Browar Kormoran odrobił lekcje z zeszłego roku. Piwa uwarzono więcej, nalano w butelki 330 ml oraz przygotowano zdecydowanie więcej kegów. Oczywiście nie spodziewałem się podaży na poziomie Ataku Chmielu czy Rowing Jacka, ale mimo wszystko z zakupem tegoż porteru nie powinno być aż tak ciężko, jak przed rokiem. Sam na sklep otrzymałem pięć razy więcej sztuk, niż miało to miejsce ok. 365 dni wcześniej (z 3 na 15 😉 ). I chociaż to nadal była liczba zbyt mała, aby zaspokoić popyt (całe piwo sprzedało się w 6 minut od otwarcia), tak zakupiło je o wiele więcej osób, niż przed rokiem. OK, mógłbym się przyczepić obiecanego większego odstępu między dystrybucją Imperium Prunum do sklepów specjalistycznych, a dystrybucją do sieci handlowych, ale przymknijmy już na to oko. Ogólnie chapeau bas za nie olanie uwag hurtowników, sprzedawców i klientów.

Po drugie – zasady dystrybucji są w końcu w miarę jasne. Nie dochodzi już do akcji „kup pan karton dowolnego piwa Kormorana, a jedno Imperium będziesz mógł do tego kartonu sobie dokupić”. No bo serio takie traktowanie klientów, kimkolwiek by oni nie byli, wołało o pomstę do nieba. Ja wiem, że w głównej mierze był to wymysł pewnej sieci handlowej, ale w moich oczach zasługuje on na pełne potępienie i skazanie autora tegoż na picie rozgazowanego i ciepłego Prażubra do końca swoich dni. Amen!

Po trzecie – w końcu piwo ma szansę pojawić się na kranie w większej liczbie multitapów. Oj pamiętam, kiedy w dwa tysiące siedemnastym Imperium Prunum dostało ledwie kilka knajp. A teraz? W samych Katowicach, w chwili kiedy piszę te słowa ten porter jest dostępny w dwóch pubach. Da się? No da się! I nie dochodzi tutaj do sytuacji, w której w danym przybytku ludzie zabijają się za możliwość spróbowania chociażby 100 ml tej „porterowej ambrozji”.

Czytając powyższe trzy punkty można by odnieść wrażenie, że w końcu sytuacja znormalnieje i cyrk pt. Imperium Prunum spakuje swoje manele i odjedzie w niepamięć. Sam cyrk oczywiście, bo piwo niechaj zostanie do końca świata i o jeden dzień dłużej. Nic bardziej mylnego. Nadal pojawiają się spekulanci; znowu Janusze wrzucają na fora internetowe informacje o tym, jak to wspaniale udało im się zdobyć 10 butelek i dzięki temu inni, che che, nie będą mieli, chociaż ja tych 10 sztuk w zasadzie nie potrzebuję; ponownie tu i ówdzie widać głosy, jak to jeden z drugim mówią/piszą, że nie warto, bo oni słyszeli, że piwo niedobre albo że piwa totalnie nie da się zdobyć. O aukcjach esencji Imperium Prunum, sięgających astronomicznej kwoty 250 zł za buteleczkę, nie wspominając. OK, być może zakupienie butelki Imperium nie jest łatwe, ale weź rusz jeden z drugim cztery litery do najbliższego multitapu, gdzie pewnie Prunum będzie można spróbować (jednakowoż dalej mi przykro za tych, którzy ani sklepu ani multitapu nie mają w swoim zasięgu). Skończ jeden z drugim opowiadać farmazony o tym, iż piwo jest niedobre, bo tak mówił kolega, który słyszał to od wujka, który dostał maila od szwagra babci ze strony córki brata. I w końcu skończmy sami te ploty powielać. Bazujmy na własnym doświadczeniu, na potwierdzonych informacjach i na wiarygodnych źródłach. Kapewu? 😉

Imperium Prunum zwyczajnie w świecie nie zasługuje na ten czarny PR. Baaaaaaaa, przez tego typu akcje obrywa się całkowicie niesłusznie i samemu browarowi. Ludzie, nie dajmy się zwariować, bo to piwo, mimo iż bardzo dobre, nie jest Świętym Graalem światowego piwowarstwa. Naprawdę na półkach sklepowych znajdziecie wiele piw na podobnym, jak i na zdecydowanie wyższym poziomie. I to piw dostępnych od ręki. Polecam wyluzować i nie spinać się aż tak, bo to ani piwu, ani browarowi, ani nikomu dobrze nie robi. Peace, love & pijcie dobre krafty, cieszcie się nimi, dzielcie się nimi i po prostu miejcie z tego wszystkiego fun.

Piwny 2017-ty według Chmielobrodego

Koniec roku to w każdej branży czas podsumowań, refleksji i dumnego prężenia muskułów poprzez demonstrowanie różnego rodzaju liczb,  statystyk i wykresów. No chyba że ktoś nie zrealizował targetów i KPI’ów w określonych dedlajnach. Ale ja nie o korpo i korpo-języku przecież miałem…

Mając na uwadze ten ogólno-noworoczny trend osobiście i mnie wzięło na refleksje. I to na refleksje z góry zaplanowane! A przynajmniej zaplanowane było zbieranie danych do tychże wniosków. Otóż począwszy od stycznia minionego roku aż po ostatni dzień grudnia skrupulatnie odnotowywałem każde wypite przeze mnie piwo (od pojemności 100 ml, oznaczającej standardową próbkę degustacyjną po 750 ml), zapisując tym samym browar, styl oraz notę w skali od 1 do 10. OK, może w ostatnim kwartale tej skrupulatności nieco zabrakło i tym samym z zestawienia wypadło jakieś 30-40 piw, ale to tylko drobny procent, mieszczący się w standardowym błędzie pomiarowym. Więc jak mi osobiście minął 2017 rok? Zobaczcie sami.

W ciągu 365 dni udało mi się odnotować aż 952 spróbowanych piwa, ze 184 różnych browarów (w tym 70 browarów zagranicznych ze 140 piwami spoza granic III/IV RP oraz 114 polskich browarów, z 812 piwami, uwarzonymi rękami moich rodaków! Kooperacji naliczyłem 31). Jeśli chodzi o unikalne piwa, to w 2017 roku wypiłem w sumie 695 takich pozycji.

A co w takim razie powtarzałem najczęściej? Pierwsze miejsce okupiło Rye Wine Argentina autorstwa Browaru Pinta z aż 9 sztukami. W sumie się nie dziwię, bo już od premiery zapałałem do tego piwa i stylu ogromną miłością. Na drugim miejscu podium uplasowali się ex aequo Raduga ze swoim Trapezem,  Szpunt z ich przepysznym Imperial IPA – Wormhole oraz…. Kormoran z najlepszym piwem niskoprocentowym, jakiego dane mi było spróbować, czyli 1 na 100. Brązowego medalu nie przyznano, jednakowoż warto zwrócić uwagę na ostatnie cztery pozycje, gdyż nie często się zdarza, abym jakieś piwo miał ochotę powtórzyć:

Pinta – Rye Wine Argentina – 9 szt.
Raduga – Trapeze – 6 szt.
Szpunt – Wormhole – 6 szt.
Kormoran – 1 na 100 – 6 szt.
Zakładowy – Towar Luksusowy – 5 szt.
Brokreacja – The Alchemist – 5 szt.
Piekarnia Piwa – Mocna Góra – 5 szt.
Brokreacja – Wendigo – 5 szt.

Nieco inaczej wygląda sytuacja pod kątem najczęściej wybieranych przeze mnie piw z danego browaru. Bez przedłużania oto TOP 10:

  1. Brokreacja – 63 szt.
  2. Pinta – 48 szt.
  3. Raduga – 35 szt.
  4. Recraft – 27 szt.
  5. Artezan – 23 szt.
  6. Szpunt – 22 szt.
  7. Widawa – 21 szt.
  8. Golem – 20 szt.
  9. Birbant – 19 szt.
  10. Reden – 18 szt. | Deer Bear – 18 szt. | Zakładowy – 18 szt.

Teraz pora na najczęściej degustowane przeze mnie style piwne:

  1. RIS – 102 szt.
  2. Imperial IPA – 84 szt.
  3. AIPA – 57 szt.
  4. Baltic Porter – 52 szt.
  5. Sour Ale – 41 szt.
  6. New England IPA – 37 szt.
  7. IPA – 36 szt.
  8. APA – 34 szt.
  9. Black IPA – 33 szt.
  10. Pale Ale – 25 szt.

W 2017 roku pojawiło się także parę piw, które zgarnęły ode mnie maksymalną notę, czyli 10/10. I w sumie ciężko mi ocenić, które z nich było najlepsze, najwspanialsze i powinno dzierżyć koronę Chmielobrodego za całkowite powalenie mnie na kolana w ubiegłym roku. W sumie to rzecz mało istotna, więc bez zbędnego wylewania słów na klawiaturę przed Wami „Sztosy nad sztosy 2017 według Chmielobrodego” (kolejność przypadkowa):

Artezan – Samiec Alfa 2016
Omnipollo – Noa Pecan Mud Cake
Hoppin’ Frog Brewery – T. O. R. I. S. BA
Evil Twin Brewing – Molotov Cocktail
Łańcut – Zawisza Czarny Jack Daniel’s BA
Szałpiw – Buba Extreme Jack Daniel’s BA

Skoro mieliśmy piwa najlepsze, to pora na te, wypadające najsłabiej w całym zestawieniu (średnia ocena od 1 do 3). I żeby nie było – ogólny trend z roku na roku pnie się w górę, co pokazuje średnia ocena wszystkich odnotowanych przeze mnie piw na poziomie 7,11/10, więc i tak jest mega pozytywnie. W tym miejscu w dwóch przypadkach jestem pewien, iż był to wypadek przy pracy (Pinta i Stu Mostów), ale moja „dziennikarska skrupulatność” nie pozwala mi  na pominięcie tej statystyki:

  1. Pinta – Angielskie Śniadanie – 2/10
  2. Berliner-Kindl-Schultheiss-Brauerei – Märkischer Landmann – 2.5/10
  3. Stu Mostów – WRCLW Barley Wine – 3/10
  4. Kamienica – Archanioł – 3/10

PS

Powyższe nie uwzględnia odnotowanych piw koncernowych, które dzierżyły by palmę pierwszeństwa z Prażubrem na czele (wink, wink 😉 )

I to by było na tyle, jeśli chodzi o piwne refleksje 2017 roku. Domyślam się, że ten tekst napisałem w zasadzie, aby zaspokoić własną ciekawość, więc jeśli to czytasz, to chylę czoła, przybijam piątkę i bardzo dziękuję. Wasze zdrowie i po raz kolejny wszystkiego najchmielniejszego w Nowym Roku! Arghhhhhhhhhhhhhhhhhhhhhhhh!!!