Pinta Sun Super, czyli piwo dla Żabki – czy to w ogóle wypaliło?

Pewnie większość z Was wie, że Sun Super z Browaru Pinta to pierwsze piwo dedykowane sieci sklepów Żabka. Zapewne sporo z Was to piwo już piło i ma na jego temat wyrobione zdanie. Po co więc ten film? Ano po to, aby sprawdzić czy po pewnym czasie od wypuszczenia Sun Supera na rynek miało to w ogóle sens. Aaaaa no i jak ktoś nie pił, to w sumie i o piwie coś powiem 😉

Eko Kubki i Lódożerca (Browar Spółdzielczy)

Czy Was również wkurzają tony plastiku, jakie zostają na śmietnikach po festiwalach piwnych? Zresztą to tylko jeden typ imprez, gdzie produkuje się niezliczone ilości nierecyclingowalnych tworzyw sztucznych w związku z nalewaniem jednego rodzaju napoju. A można temu zaradzić. Ba! To Ty możesz temu zaradzić, dodatkowo wspierając polski kraft. Jak? Ano tak:

Jestem atencyjną kur*ą!

Tak, jestem atencyjną kur*ą! Nie wstydzę się tego, mam tego pełną świadomość i zdaję sobie sprawę z konsekwencji, jakie taka postawa ze sobą niesie. Lubię być w centrum uwagi, doceniam jak ktoś nieznajomy mnie poznaje i chce sobie ze mną zrobić fotę. Czerpię przyjemność z tego, iż jakiś portal/fanpage wrzuci zdjęcie mojego pyska, powoła się na moją opinie czy zacytuje moją wypowiedź, itp., itd. Przy tym nie uważam się za osobnika z krótkim przyrodzeniem. I dosłownie, i w przenośni. Ale czy to oznacza, że na lewo i prawo chwalę się zawartością swoich gaci? No nie koniecznie. Bo tak w zasadzie, to jestem przeciętniakiem i tego również się nie wstydzę. I właściwie po co o tym wszystkim piszę? Otóż kiedy przed kilkoma miesiącami rosyjskie służby (CHE CHE) opanowały komórki poprzez aplikację FaceApp sam z niej skorzystałem i swoje postarzone zdjęcie wrzuciłem na fanpage bloga. Zrobiłem to z kilku mniej lub bardziej istotnych powodów, ale o szczegółach za chwilę.

Na początku warto uświadomić sobie sprawę z tego, że większość osób prowadzących blogi, vlogi czy szafiarskie konta na Instagramie również lubi być w centrum uwagi. Bez tego ciężko wyjść do ludzi; bez firmowania czegoś swoim wizerunkiem bardzo trudno zdobyć szerszą rzeszę odbiorców. A po to m. in. zakładane są tego typu media. Oczywiście motywacja do zostania „szafiarką” może być różna, ale z grubsza chodzi o to, aby albo zaistnieć niczym Kardashianki albo krzewić jakąś myśl, ideę czy koncept. Swoją drogą ktoś mi kiedyś na YouTubie napisał, że dla niego jestem piwną szafiarką bez pasji do tego co robię, stąd nie miejcie mi za złe używania akurat tego szafiarskiego porównania. W każdym razie bez czytających/oglądających wpisy blogerów ich działania nie mają sensu. A nic tak dobrze się nie sprzedaje, jak własny ryj. Wystarczy jak zerknę na swoje posty – zdjęcie z żywą osobą w kadrze zdobywa zazwyczaj o kilkadziesiąt, a czasem nawet i o kilkaset procent większy zasięg od foty samego piwa. Idąc dalej tym tropem można wskazać moje filmy na YouTube. Degustacje klikają się słabo, ale jak już wjedzie wywiad czy wspólna konsumpcja – słupki idą w górę. Tego typu mechanizmów można wymieniać więcej. Dobrze sprzedają się kontrowersyjne tematy (pozdrawiam Order of Yoni), cycki (i znowu macham do tych pozdrowionych sprzed chwili), gry, sprawy śmieszkowe, etc. Bo wiecie, że „merytoryka się nie klika”, prawda? Oczywiście w dużym skrócie, ale ludzi zainteresowanych najnowszym odcinkiem Big Bradera czy poczynaniami bohaterów z „Dlaczego ja?” zawsze będzie więcej od tych, oglądających TVP Kulturę czy Discovery Historię.

I w tym miejscu przechodzimy do meritum i odpowiedzi na zadane na wstępie pytanie – po kiego grzyba wrzuciłem na profil swoją postarzoną facjatę przez FaceAppa? Po pierwsze primo: wiedziałem, że ta fotka „będzie się klikać”. Po drugie primo: wiedziałem, że dzięki temu dotrze do większej liczby osób. Po trzecie primo-ultimo: istnieje duża szansa, że trafi ona do kogoś, kogo trzymane na zdjęciu piwo i tekst zainteresują, i albo zainteresuje się kraftem samym w sobie albo, jeśli się tym kraftem już interesuje, to dołączy do odbiorców moich treści. Być może część z Was pomyśli, że to niemożliwe, tylko jak to jest faktycznie? Okazuje się, iż kilkanaście osób, które kliknęły w jakąś reakcję nie miało fanpage’a w swoich polubieniach. O większym zaangażowaniu wcześniejszych „lajkowiczów” nie wspominam, bo to jest chyba logiczne.

Ktoś może zapytać: „ok, ale po co to wszystko”? I w tym miejscu niech każdy z blogująco-szafiarkująco-vlogujących odpowie sobie na to pytanie sam. Wy też zresztą możecie. Odpowiadając sam za siebie mogę rzec, iż robię to dla realizacji misji, jaką postawiłem sam sobie. Co to za misja? Na to pytanie najpewniej odpowie Wam jeden z najbliższych odcinków Alchemii – podcastu o piwie, w którym stanąłem pod gradobiciem pytań Przemka Iwanka. Co zresztą także nie byłoby możliwe, gdybym nie był atencyjną kur*ą… bo właśnie trochę dzięki temu i Ty, drogi czytelniku, dobrnąłeś do tego miejsca. Twoje zdrowie i nie miej za złe, że czasem pojawią się tu treści, jakich być może się nie spodziewasz. Wszystko po to, aby krzewić tę piwną rewolucję, bo jak to mówił M w „Skyfallu” – lots to be done!

Chmielobrody poleca – odc. 22

Chciałoby się rzec, iż wiosna w pełni, słonko pięknie praży, a pogoda zachęca do wychylenia kilku zimnych piw pod przysłowiową chmurką. Niestety, pogoda nas nie rozpieszcza – bliżej jej do jesiennych grymasów niźli do wiosennych harców. Cóż, wszystko ma swoje dobre i złe strony. Dobrą tejże sytuacji jest możliwość częstszego sięgania po trunki mocniejsze. A po cóż warto sięgnąć tym razem?

PS
Przy ostatniej pozycji oczywiście chodziło mi o 12% alkoholu! 😉

 

Bohaterami tego odcinka zostali:

Browar Welders
Browar Profesja
Browar Wokanda
Browar Domowy Smakosz Grzegorz

Utleniona IPA?!? A na co to komu, czyli jak spróbować ustrzec się przed tlenowym koszmarem.

Nic mnie tak nie wkurza, jak utlenione IPY. OK, może np. polityka robi to skuteczniej, ale z premedytacją staram się omijać ją szerokim łukiem, czego nie mogę powiedzieć o srogo nachmielonych Pale Ale’ach. Takie właśnie piwa lubię na co dzień i po takie sięgam najczęściej. Dobra, ja wiem że jest lepiej i że polski kraft A. D. 2019 to nie to samo, co kilka lat temu, ale nadal trafiają się piwa które… no właśnie, które co? Bo czy utlenione India Pale Ale będzie jechało ot tak po prostu mokrym kartonem albo miodem? Otóż niekoniecznie! I w tym miejscu przyda się nieco wiedzy na temat tego, jak tak spaskudzone piwo rozpoznać.

Nie będę się rozwijał na temat samego procesu utleniania się piwa, bo tenże został już przez wielu specjalistów czy kolegów-blogerów (również specjalistów, ale i nie-specjalistów, do których zresztą siebie zaliczam) dość solidnie omówiony. W skrócie – każde piwo podlega utlenianiu się, a sam proces ma znaczący wpływ na aromat i smak trunku. I o ile w ciężkich/mocnych, zazwyczaj ciemnych piwach może on znacznie poprawić walory sensoryczne, tak w piwach lżejszych i jasnych bywa… no raczej słabo. W tym miejscu dochodzimy do, w mojej ocenie, sedna problemu. Otóż powszechnie uznaje się, iż utlenienie równa się mokry karton/miód. Przez wiele lat sam tak myślałem, aż pewnego dnia odpaliłem jeden z podcastów Alchemii, w którym Janek Gadomski świetnie opisał to, co jeszcze powstaje w wyniku opisanego wyżej procesu. Tak na marginesie sam podcast Alchemia zdecydowanie polecam, jeśli ktoś nie zna.

Wracając do tematu – zdarza się, że czasem trafiam na piwo w stylu India Pale Ale z dowolnym przedrostkiem (American, English, DDH, TDH, QDH, n-DH, etc.), które pachnie… mdło, landrynkowo i z wyraźnym charakterem przejrzałych owoców. Kluczową cechą sensoryczną w tym miejscu dla mnie jest określenie „mdły”. W końcu lekko przejrzałe mango czy ananas akurat w piwie mi pasuje i raczej nie będzie cechą zbytniego utlenienia. Ale mdlący i słodkawy zapach tychże, wpadający nieco w cukierkowość już tak ładnie w piwie nie wypada. A już na pewno nie będzie on miał wiele wspólnego z cechami, jakich piwowar czy konsument w piwie pożąda.

Skoro wiemy, jak rozpoznać utlenione IPY pora zastanowić się nad tym, co my, jako konsumenci, możemy zrobić, aby zminimalizować ryzyko natknięcia się na taki produkt?

Po pierwsze: piwa mocno nachmielone należy pić ŚWIEŻE. Im szybciej piwo po jego rozlewie trafi do naszego szkła, tym lepiej. I w tym miejscu strasznie żałuję, iż tak niewiele browarów na swoich etykietach czy puszkach podaje termin rozlewu. Inną kwestią jest wydłużanie terminów przydatności do spożycia przez browary. „Inną”, bo sam jestem w tej sprawie rozdarty między młotem a kowadłem. Z jednej strony rozumiem, że aby sprzedać piwo hurtowni/dyskontowi, browar musi dać odpowiednio długi termin ważności, a z drugiej zaś długi termin powoduje, że piwo potem stoi na półkach, nie daj Boże w zbyt wysokiej temperaturze, co dodatkowo przyspiesza proces utleniania. Robi nam się błędne koło, w wyniku którego w Wasze ręce trafia produkt, rozlewany pół roku wcześniej, nie mający zbyt wiele wspólnego z tym, jaką formę prezentował w dwa, trzy tygodnie od rozlewu. Cóż, taki mamy klimat.

Po drugie: mądrze wybierajmy opakowanie. Jeśli macie wybór między puszką a butelką, to stawiajcie na to pierwsze. Ten (zazwyczaj) aluminiowy pojemnik o wiele skuteczniej chroni piwo przed zgubnym dostępem tlenu, czego nie można powiedzieć o kapslu. Dodatkową zaletą puszki będzie całkowita izolacja trunku od promieni UV, więc tym bardziej zalecam to opakowanie.

Po trzecie: zwracajcie uwagę na termin ważności w zestawieniu z informacją o pasteryzacji. Jeśli widzisz na półce IPĘ, której data przydatności do spożycia mija za kilka dni… olej. No chyba że mamy info dot. daty rozlewu, przeprowadzonego np. 3 tygodnie wcześniej, wówczas można brać. Niemniej nawet piwa niepasteryzowane miewają trwałość około 2-3 miesięcy, a trafiają się i półroczne. W tej sytuacji kalkulacja jest prosta. Skoro IPA swoją najlepszą trwałość utrzymuje od 3 do 4 tygodni po rozlewie, to nawet miesiąc do końca terminu może mieć znaczący wpływ na smak piwa. Oczywiście kluczowy będzie tutaj proces rozlewu piwa – jeśli browar trunku nadmiernie nie natleni, to i 2-3 miesiące zrobią robotę. Później to już może być równia pochyła.

Trochę łatwiej sprawa wygląda w przypadku piw pasteryzowanych, gdzie termin przydatności może się wydłużyć do 9 miesięcy i więcej. W tej sytuacji ja osobiście rezygnowałbym z India Pale Ale’i mających nawet i 5 miesięcy do końca terminu przydatności. Wiem, dość radykalnie, ale jak już pisałem wcześniej – taki mamy klimat. Innym tematem będzie sytuacja przepasteryzowania, która rozkłada smak i aromat piwa na łopatki, ale o tym to już chyba encyklopedię można by napisać (wink, wink 😉 ). Ergo wracamy znowu do punktu pierwszego – im świeższe, tym lepsze. Kropka.

Oczywiście potraktujcie powyższe rady jako ogólniki i dobre wskazówki, bo na cały proces utleniania się piwa ogromny wpływ ma technologia browaru czy warunki składowania. Ot dla przykładu, jeśli rozlewamy piwo w butelki za pomocą tzw. karuzeli, to tym bardziej musimy liczyć się z opisywanym tutaj problemem, mogącym pojawić się w gotowym produkcie nawet 2-3 tygodnie od wypuszczenia na rynek. Tylko kto z Was wie, jaka forma rozlewu jest prowadzona w konkretnym browarze? Nie wspominając o tym, że co raz częściej brakuje mi informacji na etykietach o tym, gdzie dane piwo zostało uwarzone. Tutaj wszystko leży w rencach browarników i piwowarów.

Ja osobiście życzę wszystkim, aby temat utleniania (a w zasadzie minimalnego natlenienia piwa) był ogarnięty już na etapie rozlewu i obyśmy mogli cieszyć się świeżymi i aromatycznymi piwami bez względu na okoliczności. Amen!