Chmielobrody poleca – odc. 17

Wakacje dobiegły końca, wiec koniec tego opierdzielania się! Wracamy z serią „Chmieobrody poleca”, która będzie pojawiać się teraz co dwa tygodnie (chociaż kolejna pewnie za trzy, bo detoks :P) i będzie skrócona do maks 5 min (chyba muszę kupić stoper!). W dzisiejszym odcinku główną rolę odgrywają:

Browar Pinta
Browar Brodacz
Genys Brewing Co.

To jak, może być, pasuyeah, jest ok?

 

Reklamy

Chmielobrody poleca – odc. 8

I oto nadeszła kolejna środa. A skoro środa, to warto rzucić okiem na to, cóż ciekawego udało mi się upolować w butelkach w minionych… dwóch tygodniach. Czy jakoś tak. A bohaterami dzisiejszego odcinka zostali:

Browar Szpunt
Browar Artezan
Browar Pinta

Chmielobrody On Tour – rejs po Małopolsce

Część 3 – Pinta Party 2017

Życie nie zawsze bywa łatwe, proste i przyjemne. Czasami trzeba wzlecieć na wyżyny swojej wytrzymałości, hartu ducha i silnej woli, aby móc zrobić więcej. Po prostu. No bo jak to najpierw urodziny Tap House’a (KLIK!), potem warzenie od nieludzkich godzin porannych The Bloggera 2017 (KLIK!), a na koniec jeszcze najbardziej epicka impreza, jaką oglądały moje oczy w krakowskim Weźże Krafta?!? Tak, właśnie tak i nie inaczej. Wszystko jedno po drugim, drugie przed trzecim i tak aż do wyczerpania akumulatorów. Nie mogło jednak być odwrotnie. Zwyczajnie nie mogło zabraknąć mnie na szóstych urodzinach ojców polskiego kraftu, dzięki którym jesteśmy tu, gdzie jesteśmy, a nic już nie jest takie, jakie było przedtem. I Pinta Party 2017 jest tego zdecydowanym potwierdzeniem.

Na miejscu pojawiliśmy się zwartą ekipą blogerską w okolicach godziny 18:00… albo 19:00, czy jakoś. Z 47 kranów praktycznie non stop polewało się piwo, co patrząc na zebrane tłumy zupełnie nie dziwiło. Oczywiście nie tylko samo Weźże było w całe to zamieszanie wplątane. Zaraz obok umiejscowiło się znane z festiwali stoisko Pinty, a resztę obsady można było spotkać w Hali Głównej na Dolnych Młynów. I czegóż to tego wieczoru nie uświadczyliśmy?! Był leżakowany w beczce Kwas Epsilon (który niestety skończył się przed naszym przyjazdem), było premierowe piwo z cyklu Hop Tour – South Africa, były sztosy z zagranicy, niepasteryzowany i niefiltrowany Atak Chmielu, gościnne występy Pracowni Piwa i innych przyjaciół browaru Pinta. No po prostu zawrót głowy na najwyższych obrotach. Do tego premiera filmu z wizyty w RPA, masa dobrego żarcia (jedliście kiedyś krokodyla?) i atmosfera najwyższych lotów.

Pikanterii całemu wydarzeniu dodawali obecni na urodzinach goście. Na pierwszym miejscu należy wymienić oczywiście Ziemka Fałata i Grzesia Zwierzynę wraz z ekipą browaru Pinta, którym jeszcze raz składam najserdeczniejsze życzenia. Nie dziwił również fakt śmigających tu i ówdzie piwowarów, z najbardziej zauważalnym Wojtkiem Solipiwko czy wciąganym co rusz w rozmowy Wojtkiem Frączykiem z Widawy na czele. Przemierzając włości na Dolnych Młynów przybiłem piątkę z Grzesiem Chorosteckim z grupy FLOV, pogawędziłem chwilę na „lajwie” z Tomkiem Kopyrą i oczywiście miałem okazję spróbować kilku wybornych trunków.

Do piw, które najbardziej zapadły w mojej pamięci z pewnością należy premierowy Pale Ale – Hop Tour South Africa. Nachmielony do granic możliwości (a może nie?), niezwykle rześki i zdradliwie pijalny. Tak w skrócie można opisać nowe dziecko załogi Browaru Pinta. To, co wygrywa w tym miejscu, to jeden z najgenialniejszych aromatów chmielu, jakie miałem okazję czuć w piwie. Jeżeli kiedykolwiek wąchaliście granulat chmielowy, to będziecie wiedzieli, o czym mówię. Jeśli nie, to wystarczy, że kupicie buteleczkę tego specyfiku (wink, wink 😉 ). Do tego wyraźna owocowość, przyjemna goryczka i niezwykła soczystość. Widać, iż w odróżnieniu od chmieli argentyńskich, te z RPA miały o wiele więcej do zaoferowania.

Czas w takim towarzystwie i w takiej atmosferze mknął z prędkością przelotową F-16. I nawet gigantyczne kolejki, w których po piwo stało się nawet i 15 minut jakoś nie psuły zgromadzonym humoru. Wszyscy stali (i siedzieli) uśmiechnięci, zadowoleni i radośni. I właśnie o to w tym całym zamieszaniu chodzi. O radość, brak spiny i spędzanie czasu z innymi w takim właśnie klimacie. Droga Pinto – gratuluję jednej z najpiękniejszych imprez, na jakich miałem okazję być. A Wam wszystkim, którzy to czytacie życzę, aby tak właśnie wyglądało Wasze życie: radośnie i z szerokim uśmiechem na ustach. Wasze zdrowie!

PS

I jeśli myślicie, że taki wieczór to tylko pijaństwo i nic więcej, to pomyślcie dwa razy – ja wstałem rano bez najmniejszych objawów dnia poprzedniego, a po testach alkomatem z czystym sercem przed południem wsiadłem w samochód 😉








Poszukiwacze nieznanych chmieli w Namaste, czyli Pinta Hop Tour – Argentyna

Ponoć środek tygodnia to niezbyt fortunny termin na wszelkiej maści imprezy piwne. Z jednej strony niby racja, bo dzień następny zazwyczaj trzeba spędzić w pracy, ale z drugiej – kiedy jest okazja spotkać się w fajnym towarzystwie i pogadać nie tylko o piwie, ale i o dalekich podróżach, tak od razu człowiek staje się bardziej zmotywowany. Dokładnie z takim nastawieniem wybrałem się w minioną środę do katowickiego Klubu Podróżników Namaste na premierę piwa Rye Wine oraz na relację z podróży do Argentyny. To właśnie z tego kraju ekipa Pinty przywiozła chmiel do uwarzenia pierwszego piwa z cyklu Pinta Hop Tour.

Lepszej lokalizacji pod to wydarzenie sam chyba bym nie wymyślił. Przytulne wnętrza Namaste, 7 nalewaków, pojemna lodówka, wypełniona piwnymi specjałami, dwa duże ekrany i pełne nagłośnienie zapewniły odpowiednią atmosferę pod opowieści o wyprawie do Ameryki Południowej. Na miejscu pojawiłem się chwilę przed 19:00. Dzięki temu zdążyłem przywitać się z ekipą browaru, który reprezentowali Ziemek Fałat, Grzegorz Zwierzyna i Paweł Masłowski. Ponadto jeszcze przed startem eventu udało mi się spróbować Rye Wine’a i wiecie co? Totalnie zostałem przez to piwo rozłożony na łopatki. Niezwykle gęsty, wręcz kisielowy trunek bucha aromatami słodowymi, winnymi i delikatną ciasteczkowością, przywołując skojarzenia z najlepszymi Barley Wine’ami, jakie miałem okazję pić. Całkowicie ukryty w zapachu alkohol pojawia się subtelnie w smaku, kojarząc się z przyjemnym likierem. Rye Wine jest niezwykle pełny, gęsty, o zdecydowanej słodyczy, której naprzeciw wychodzi niezwykle wysoka gorycz, idealnie balansując smaki. Mnie osobiście to piwo zachwyciło i wprawiło w doskonały nastrój przed nadchodzącymi opowieściami. I to nie przez zawarty w nim alkohol na poziomie 13%. Tak złożonych i wysoce degustacyjnych trunków życzę każdemu browarowi, a sam wystawiam notę 9,5/10.

Z uśmiechem na twarzy skierowałem swoje kroki do sali, w której Ziemek i Grzegorz już zajęli miejsce na kanapie przy ekranie głównym, na jakim właśnie wystartował pokaz filmu z podróży do Argentyny. Zapełniona do ostatniego miejsca sala w skupieniu podziwiała widoki i miejsca, jakie załoga browaru odwiedziła na przełomie listopada i grudnia. I fajnie, że mieliśmy okazję obejrzeć ten film jako pierwsi, co całemu wydarzeniu dodawało smaku. Po projekcji gawiedź szybko uzupełniła opróżnione wcześniej szkło, aby za chwilę móc podziwiać pokaz zdjęć z komentarzem autorów tego całego zamieszania. Historie o odwiedzonych miejscach, spróbowanych potrawach, piwach, o spotkanych ludziach wszystkich przeniosły daleko poza zimne i zroszone deszczem Katowice. No i ten niepowtarzalny klimat Namaste, jaki jest po prostu nie do powtórzenia. Jeśli Was tam zabrakło, to macie czego żałować.

Na koniec Marek (właściciel klubu) poprosił mnie o poprowadzenie panelu dyskusyjnego, co uczyniłem z niezwykłą radością. Początkowo myśleliśmy, że to pewnie ja zadam większość pytań, ale na szczęście byliśmy w błędzie, bo tak oto uczestnicy eventu zasypali Ziemka i Grzegorza różnej maści pytaniami. Ja osobiście byłem ciekaw, dlaczego wybrali oni akurat tak mocne i intensywne piwo pod argentyńskie chmiele. Kąśliwie dodałem na koniec, czy aby to nie było w celu ewentualnego ukrycia słabych walorów tych południowoamerykańskich ziół. Ziemiek jedynie przytaknął, wywołując niezwykle szczerych śmiech na sali. Brawa za szczerość i ogólnie za cały pomysł z premierą Rye Wine’a.

Wieczór upłynął w tak szalonym tempie i tak fantastycznej atmosferze, jakiej jeszcze chyba nie doświadczyłem przy okazji wszelkiej maści piwnych eventów. I tutaj słowo dygresji – właśnie tak wyobrażam sobie wizyty browarów na kranoprzejęciach czy premierach. Szkoda, że mało która załoga w taki sposób angażuje się podczas swoich wizytacji w pubach i multitapach. Oczywiście pokaz slajdów czy filmów ma sens jedynie w przypadku takich akcji, jak Pinta Hop Tour, ale umówmy się – można fajnie taką imprezę poprowadzić, można fajnie o swoich piwach poopowiadać i w końcu można, a w zasadzie należy aktywnie poderwać zgromadzoną na takich wydarzeniach publikę. Pincie udało się to w 100% i mam nadzieję, że to nie będzie ich ostatnia wizyta w katowickim Klubie Podróżników Namaste. Czego Wam i sobie życzę!