Brewdog – Tactical Nuclear Penguin (Ice RIS)

Już niejeden raz piwowarzy-rzemieślnicy pokazali, że wyznaczanie granic kraftu, to w ich przypadku po prostu kolejne wyzwanie i cel, który trzeba zdobyć. Wiecie, na zasadzie „Co, ja nie zrobię? To potrzymaj mi piwo i patrz!”. Dzięki temu mieliśmy już piwo ze śledziami, z boczkiem, ze szczątkami statku, piwo zakwaszane bakteriami, pobranymi z… kobiecych płynów ustrojowych czy uwarzone przez generator stylów „typa z Piwolucji” (all hail The Blogger 2017!). No po prostu się da. Stąd też pomysł z przygotowaniem RIS’a, zbliżonego mocą do destylatu, z jakim z pewnością kojarzy się Taktyczny Nuklearny Pingwin, może już aż tak bardzo nie zaskakuje. Ja mimo wszystko postanowiłem sprawdzić, jak ma się ten eksperyment i czy jest to zwykła ciekawostka czy pełnoprawne piwo, jakiego każdy beer geek powinien przynajmniej raz w życiu spróbować.

Na wstępie kilka słów wyjaśnienia. Brewdogowy Tactical Nuclear Penguin być może nie jest najmocniejszym piwem świata, ale z pewnością jest w czołówce. 32% alkoholu w trunku tego typu to już nie przelewki. Jak jeszcze dołożymy do tego fakt leżakowania Pingwina w dwóch beczkach po 8 miesięcy w każdej oraz wymrażanie piwa z 10% alkoholu do uzyskania finalnego efektu na poziomie 32%, to już może nam się w głowie zakręcić. Do tego wszystkiego cena. W przeliczeniu – wartość Nuklearnego Pingwina oscyluje w okolicach 400 zł za pół litra. Na szczęście Brewdog leje obecnie to piwo w szkło o pojemności 100 ml, co i tak daje nam zawrotną kwotę około 80 zł za  buteleczkę. Za taką kasę można mieć wiele rarytasów i to nie po sztuce. W związku z tym pada po raz kolejny pytanie – czy warto? Sprawdźmy.

Po przelaniu Pingwina do szkła zupełnie nie dziwi mnie zerowe wysycenie piwa i ekspresowo znikająca z kieliszka piana. Zaskakuje natomiast barwa. Russian Imperial Stouty kojarzą mi się raczej z nieprzejrzystymi trunkami, a tutaj otrzymujemy ciemnorubinową, klarowną miksturę, pięknie zdobiącą szkło alkoholowymi łzami. I już w tym miejscu czuć woltaż. Nie inaczej jest w aromacie. Na szczęście alkohol ten nie odrzuca, a przywodzi na myśl skojarzenia z dobrej klasy destylatem. Całość obudowana jest przyjemnymi nutami wiśni i śliwek w likierze. Ta owocowość mocno dominuje w zapachu Pingwina, ale to nie jedyne akordy, jakie tutaj wyczujemy. Po chwili do naszego nosa dochodzi kokos, delikatnie palona kawa i subtelne toffi. Nie powiem, ale jest bardzo przyjemnie. Sytuacja trochę się zmienia po pierwszych kilku łykach. Z pewnością rzeczą mocno przykuwającą uwagę jest faktura tej pozycji Brewdoga – gęsty, gładki i mega pełny likier bardzo przyjemnie łechta nasze podniebienie. Niestety trwa to jedynie ułamek sekundy, bo potem pojawia się dość wyraźnie gryzący w przełyk alkohol. Nie powinno to dziwić przy takim woltażu, niemniej jednak aż się prosi, aby obecne tutaj nuty beczki, czerwonych owoców i kawy były tymi dominującymi. Na plus mogę wpisać mocno kawowy after taste, ale chyba tego nie zrobię, bo w opozycji do tych doznań staje wysoka, zalegająca i średnio przyjemna gorycz, pochodząca głównie od alkoholu. Mimo tak niewielkiej pojemności degustacja Pingwina zajęła mi dobrą godzinę, z na przemian pojawiającym się uczuciem zachwytu i subtelnego zawodu.

Werdykt? Tactical Nuclear Penguin to piwna ciekawostka, w które dzieje się dużo, ale niekoniecznie dobrze w każdym aspekcie. Ustawiając na szali argumenty za i przeciw, przechyla się ona na pozytywną stronę i finalnie piwo jest niezłe. No właśnie. Czy płacąc 80 zł za 100 ml oczekujemy, iż otrzymamy piwo niezłe? Niekoniecznie. Ja osobiście oczekiwałem nieco więcej i trochę się zawiodłem. Fajnie, że mogę wpisać sobie do kajecika, że obróciłem jedno z najmocniejszych piw świata, ale osobiście to osiągnięcie nie jest dla mnie zbyt wiele warte. Nie patrząc już na sferę ekonomiczną, a na samą jakość trunku wystawiam mu notę 6.5/10. Taktycznie rzecz ujmując nie był to najlepszy zakup w moim życiu (wink, wink 😉 )

Reklamy

Wywody Chmielobrodego – cz. 7

Ojciec, lać? Lać! A najlepiej w puszki!

Tak, w końcu mamy to! Jest pierwszy browar rzemieślniczy, który sięgnął po puszki. Mowa tutaj o Browarze Jana z Zawiercia, który swoje West Coast IPA – Vato Loco – wrzucił w to najgodniejsze dla piwa opakowanie. OK, być może nie jest to jakiś ogromny krok milowy, bo wcześniej w puszki swoje trunki wlewał m. in. Browar Zamkowy Cieszyn czy Lwówek, ale umówmy się – nie ma co porównywać produkcji w browarze regionalnym do tego o zdecydowanie mniejszej mocy przerobowej, o browarach koncernowych nie wspominając. Chodzi jednak o samą ideę. Zacznijmy od początku.

zdjęcie dzięki uprzejmości Browaru Jana

Puszka w polskiej kulturze z pewnością nie przywodzi na myśl konotacji z wybitnymi piwami najwyższych lotów. A przynajmniej nie u większości. Po pierwsze kojarzą się one z koncerniakami, grillem i imprezami, gdzie trzeba szybko wlać w siebie kilka browarków dla poprawienia klimatu. Po drugie – czy ktoś z Was kojarzy, aby najtańsze piwa typu Kuflowe Mocne albo Romper wlewano w butelki? No właśnie chyba nie bardzo. Do tego krążący wszem i wobec mit o negatywny wpływie puszki na smak piwa. To wszystko powoduje prostą konkluzję u przeciętnego, polskiego konsumenta, że piwo z puszki jest zwyczajnie gorsze od tego, nalanego w szklaną butelkę. Jesteśmy pod tym względem bardzo konserwatywni. Ba, Kowalski gardzi nawet butelką o pojemności 0,33 cl, no bo jak to piwerko ma mieć mniej niż pół litra?!? Nie może być, toż to hańba i obraza mojej osoby! Sam o tym przekonałem się wielokrotnie, goszcząc na półkach mojego sklepu piwa z podkrakowskiej Pracowni Piwa. Mimo iż poziom, reprezentowany przez trunki warzone przez ekipę Tomka Rogaczewskiego jest wysoki, to jakoś tak klienci mniej ochoczo sięgają po produkty, zamknięte w szkło z sygnaturą „0,33 cl”. A tu nagle Browar Jana wyskakuje z puszkami, i to na dodatek o pojemności 0,33 cl! Decyzja odważna, ale przyznam szczerze, iż czekałem na nią od dawna.

zdjęcie dzięki uprzejmości Browaru Jana

Dlaczego, zapytacie? A nawet jeśli nie zapytacie, to i tak Wam odpowiem (wink, wink 😉 ). Przede wszystkim puszka zapewnia 100% ochronę przed światłem. W przypadku piwa jest to kwestia dość istotna, ponieważ światło doprowadza do rozpadu zizomeryzowanych alfakwasów na m. in izopentylomerkaptan, co jest ewidentną wadą. Ufff, to się pomądrzyłem, a teraz do sedna i po ludzku – w piwie z puszki nigdy nie uświadczycie tzw. aromatu skunksa/marihuany/lateksu, znanego najbardziej z tych trunków, jakie trafiają w zielone butelki. Kolejną kwestią jest sposób zamykania butelek. Kapsel rzadko kiedy zapewni nam 100% szczelności; istnieje wysokie ryzyko pojawienia się mikro-rozszczelnień, jakie z pewnością przyspieszą proces utleniania, co nie zawsze ma pozytywny wpływ na odbiór piwa. W puszcze to ryzyko nie występuje. Jeśli chodzi o ekologię, to tutaj co prawda wygrywa butelka z racji łatwiejszego jej recyclingu oraz mniejszego zużycia energii i niższej emisji zanieczyszczeń przy jej produkcji, jednakowoż niezaprzeczalną przewagą puszki będzie jej rozmiar i waga. Zdecydowanie łatwiej zapakować i unieść 5 puszek, niż 5 butelek, a do tego puszka nie stłucze się, kiedy niechcący wypadnie nam z rąk na twardy grunt. Mógłbym też tutaj dysputować o wyższości pojemności 0,33 cl nad 0,50 cl, ale to temat na inną okazję.

W mojej opinii puszka to najlepsze opakowanie dla piwa, mające szereg zalet oraz ogromną przewagę nad pojemnikami szklanymi. To tylko w naszych głowach siedzą jakieś zatwardziałe przekonania, jakoby puszka była gorszą, mniej dostojną i niegodną naszych podniebień formą. Liczę na to, że więcej rzemieślników pójdzie drogą Browaru Jana i zacznie sprzedawać swoje produkty również w puszkach, bo to z pewnością pozytywnie wpłynie na odbiór finalnego produktu, wypuszczanego spod rąk piwowarów. Tymczasem chylę czoła za odwagę i biję brawo za przetarcie tego dość niełatwego szlaku.

Browar Camelon – Ultramaryna (New Wave Pils)

Co raz częściej w polskim krafcie można zaobserwować tendencje do sięgania po style klasyczne. I ja się w sumie tym tendencjom nie dziwię. W końcu ileż można wypuszczać różnorakich rodzajów amerykańskich IPA, leżakowanych w beczkach po winie, wydobytych z głebin Oceanu Indyjskiego, z wraku szesnastowiecznego galeonu. No dobra, można tego wypuszczać w opór, ale to nie oznacza, iż klasyka ma odejść do lamusa. Co to, to nie. I w sumie ciekawym pomysłem wydaje się być próba połączenia tych dwóch światów. Takie zadanie postawił przed sobą całkiem niedawno Browar Cameleon warząc Ultramarynę, czyli nowofalowego Pilsa. Czy wyszli z tej próby z tarczą?

Jak zwykle na początku muszę chłopaków pochwalić za etykietę. Niby znowu ta sama gadzina, niby nic nie zaskakuje, a jedna jakoś tak łatwo całość wpada w oko i przykuwa uwagę na półce sklepowej. Zresztą samo piwo również prezentuje się nienagannie. A co w nim dokładnie drzemie? W aromacie bardzo łatwo można uchwycić zapach agrestu i ziołowść chmielu. Wszystko pięknie mogłoby tutaj wspłgrać, gdyby nie odrobina nut, przywołujących skojarzenia z cebulą. Wiecie, to tak trochę jak podczas koncertu rockowego nagle jednemu z gitarzystów delikatnie rozstroi się gitara – niby wszystko dalej gra, jest moc na scenie, wokalista trzyma rezon, ale jednak coś nas subtelnie kłuje w uszko. Na szczęście reszta zespołu dwoi się i troi, dzięki czemu finalnie nie jest najgorzej. A tą resztą ekipy w tym przypadku są akordy słodowe, kwiatowe i jakby subtelna jogurtowość, która całkiem fajnie tutaj działa. Smak to już konkretna rześkość, solidnie zaznaczony charakter słodu i wyraźne muśnięcie chmielem w podniebienie. Goryczka co prawda daje nieco popalić dość długim zaleganiem w gardle, ale jej poziom nie jest aż tak wysoki, żeby mogło nas to bardzo zmęczyć. Dwuacetylu nie zaobserwowałem.

Piwa dolnej fermentacji, choć mniej złożone, są w produkcji nieco bardziej wymagające od solidniej wyeksponowanych w piwowarstwie rzemieślniczym Ale’i. Dlatego cieszy mnie to, że za takie style biorą się kolejne browary. Co prawda Cameleon ze swoją Ultramaryną być może świata nie zwojuje, bo trochę przeszkadza cebulka w aromacie i nieco zbyt długo zalega gorycz, ale w mojej ocenie jest całkiem nieźle, a samo piwo jest dość smaczne i oryginalne. 6.5/10

Chmielobrody On Tour – rejs po Małopolsce

Część 3 – Pinta Party 2017

Życie nie zawsze bywa łatwe, proste i przyjemne. Czasami trzeba wzlecieć na wyżyny swojej wytrzymałości, hartu ducha i silnej woli, aby móc zrobić więcej. Po prostu. No bo jak to najpierw urodziny Tap House’a (KLIK!), potem warzenie od nieludzkich godzin porannych The Bloggera 2017 (KLIK!), a na koniec jeszcze najbardziej epicka impreza, jaką oglądały moje oczy w krakowskim Weźże Krafta?!? Tak, właśnie tak i nie inaczej. Wszystko jedno po drugim, drugie przed trzecim i tak aż do wyczerpania akumulatorów. Nie mogło jednak być odwrotnie. Zwyczajnie nie mogło zabraknąć mnie na szóstych urodzinach ojców polskiego kraftu, dzięki którym jesteśmy tu, gdzie jesteśmy, a nic już nie jest takie, jakie było przedtem. I Pinta Party 2017 jest tego zdecydowanym potwierdzeniem.

Na miejscu pojawiliśmy się zwartą ekipą blogerską w okolicach godziny 18:00… albo 19:00, czy jakoś. Z 47 kranów praktycznie non stop polewało się piwo, co patrząc na zebrane tłumy zupełnie nie dziwiło. Oczywiście nie tylko samo Weźże było w całe to zamieszanie wplątane. Zaraz obok umiejscowiło się znane z festiwali stoisko Pinty, a resztę obsady można było spotkać w Hali Głównej na Dolnych Młynów. I czegóż to tego wieczoru nie uświadczyliśmy?! Był leżakowany w beczce Kwas Epsilon (który niestety skończył się przed naszym przyjazdem), było premierowe piwo z cyklu Hop Tour – South Africa, były sztosy z zagranicy, niepasteryzowany i niefiltrowany Atak Chmielu, gościnne występy Pracowni Piwa i innych przyjaciół browaru Pinta. No po prostu zawrót głowy na najwyższych obrotach. Do tego premiera filmu z wizyty w RPA, masa dobrego żarcia (jedliście kiedyś krokodyla?) i atmosfera najwyższych lotów.

Pikanterii całemu wydarzeniu dodawali obecni na urodzinach goście. Na pierwszym miejscu należy wymienić oczywiście Ziemka Fałata i Grzesia Zwierzynę wraz z ekipą browaru Pinta, którym jeszcze raz składam najserdeczniejsze życzenia. Nie dziwił również fakt śmigających tu i ówdzie piwowarów, z najbardziej zauważalnym Wojtkiem Solipiwko czy wciąganym co rusz w rozmowy Wojtkiem Frączykiem z Widawy na czele. Przemierzając włości na Dolnych Młynów przybiłem piątkę z Grzesiem Chorosteckim z grupy FLOV, pogawędziłem chwilę na „lajwie” z Tomkiem Kopyrą i oczywiście miałem okazję spróbować kilku wybornych trunków.

Do piw, które najbardziej zapadły w mojej pamięci z pewnością należy premierowy Pale Ale – Hop Tour South Africa. Nachmielony do granic możliwości (a może nie?), niezwykle rześki i zdradliwie pijalny. Tak w skrócie można opisać nowe dziecko załogi Browaru Pinta. To, co wygrywa w tym miejscu, to jeden z najgenialniejszych aromatów chmielu, jakie miałem okazję czuć w piwie. Jeżeli kiedykolwiek wąchaliście granulat chmielowy, to będziecie wiedzieli, o czym mówię. Jeśli nie, to wystarczy, że kupicie buteleczkę tego specyfiku (wink, wink 😉 ). Do tego wyraźna owocowość, przyjemna goryczka i niezwykła soczystość. Widać, iż w odróżnieniu od chmieli argentyńskich, te z RPA miały o wiele więcej do zaoferowania.

Czas w takim towarzystwie i w takiej atmosferze mknął z prędkością przelotową F-16. I nawet gigantyczne kolejki, w których po piwo stało się nawet i 15 minut jakoś nie psuły zgromadzonym humoru. Wszyscy stali (i siedzieli) uśmiechnięci, zadowoleni i radośni. I właśnie o to w tym całym zamieszaniu chodzi. O radość, brak spiny i spędzanie czasu z innymi w takim właśnie klimacie. Droga Pinto – gratuluję jednej z najpiękniejszych imprez, na jakich miałem okazję być. A Wam wszystkim, którzy to czytacie życzę, aby tak właśnie wyglądało Wasze życie: radośnie i z szerokim uśmiechem na ustach. Wasze zdrowie!

PS

I jeśli myślicie, że taki wieczór to tylko pijaństwo i nic więcej, to pomyślcie dwa razy – ja wstałem rano bez najmniejszych objawów dnia poprzedniego, a po testach alkomatem z czystym sercem przed południem wsiadłem w samochód 😉








Chmielobrody On Tour – rejs po Małopolsce

Część 2 – The Blogger

Już niebawem, w listopadzie, podczas Poznańskich Targów Piwnych 2017 światło dzienne ujrzy uwarzone wspólnie przez krakowską Brokreację oraz brać blogerską piwo w stylu Ultra Islay Whisky Barrel Aged Salty Kiwi & Cocoa West Coast White Bitter. I wiecie, co robi to piwo? Ono odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa! To jest piwo na skalę naszych możliwości. I wiecie, co my robimy tym piwem? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie – mówimy – to nasze, przez nas uwarzone i to nie jest nasze ostatnie słowo!

Tak w skrócie przedstawia się tegoroczna idea akcji The Blogger. I w ślad za zeszłoroczną praktyką również i tego roku wybraliśmy się całą ekipą do szczyrzyckiego browaru Gryf, aby, powiedzmy sobie szczerze, trochę poimprezować i trochę popracować. Z tą pracą nie żartuję, bo w końcu całe zamieszanie zaczęliśmy od przerzucania zawartości worków ze słodem do śrutownika. I nie tylko Panowie garnęli się żwawo do śrutowania – Panie równie chętnie próbowały swoich sił przy dźwiganiu 25 kilogramowych ciężarów.

Po tej porannej siłowni przyszła pora na śniadanie. Warto tutaj zaznaczyć, iż warzenie piwa to nie rurki z kremem. Wyjazd do browaru zaordynowano na 7:30, aby punktualnie o 9:00 rozpocząć zabawę. W związku z tym śniadanie ekipie jak najbardziej się należało. W tym miejscu z pomocą przyszła ekipa Brokreacji, rozstawiając swój uroczy rollbar z podpiętymi doń dwiema pozycjami – The Nurse (Hefeweizen) oraz The Cop (American Pils). Osobiście lepszego poranka nie mogłem sobie wyobrazić. Pełne słońce, przyjemny cień, leżaczki i kieliszek wypełniony przepyszną, brokreacyjną pszenicą na przemian z ultra rześkim The Copem. W takich okolicznościach równie doskonale się rozmawiało.

Po tych krótkich przyjemnościach przyszła pora na wycieczkę po browarze. Co prawda już w zeszłym roku miałem okazję zwiedzić zakamarki Gryfa, ale było tak przednio, że powtórka z rozrywki malowała szeroki uśmiech na mojej twarzy. Mateusz Górski (właściciel i piwowar Brokreacji) ponownie wcielił się w rolę przewodnika, opowiadając m. in. o procesie warzenia, idei posiadania jednego z nowocześniejszych laboratoriów w polskich browarach oraz o tym, cóż ciekawego leżakuje w tankach, czekając na swoją kolej. I to właśnie leżakownia zrobiła na mnie największe wrażenie. Rozmieszczenie tak ogromnej liczby tanków na tak niewielkiej przestrzeni zwyczajnie przyprawiało o zawrót głowy. No i możliwość spróbowania piwa prosto z tanku też ponownie okazało się nie lada gratką. Największą impresję na mnie wywarł ledwo kilku miesięczny Porter Bałtycki Deep Dark Sea (kolejna, świeża warka). Już w tej formie prezentował doskonałą czekoladowość i subtelną nutę pralin. O alkoholu nie wspominam, bo jest go na tym etapie niewiele, więc czas spokojnie pokona tego jegomościa z palcem… we wskazówkach? W każdym razie ja już teraz czekam z wypiekami na twarzy na premierę tego cuda.

Po tych rewelacjach przyszła pora na spacerek do położonego kilkadziesiąt metrów dalej browaru restauracyjnego Marysia, gdzie czekał na nas pożywny obiad oraz druga część wycieczki. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że Marysia w stosunku do zeszłego roku zwiększyła wybicie na warzelni oraz swoje możliwości leżakowe. Oglądając zawieszki na tankach w tym miejscu i mając w pamięci te z większego browaru od razu można pomyśleć „o Panie, to kto tutaj jeszcze nie warzy”? Serio, ilość kontraktów, obsługiwanych przez te dwa browary robi wrażenie.

Można by pomyśleć, że tych atrakcji to aż nadto, ale nie na tym etapie. Ekipa Brokreacji zaprosiła na miejsce zaprzyjaźnionych cydrowników ze Smykana. Dzięki temu mieliśmy okazję skosztować rewelacyjnych cydrów, przewyższających totalnie swoją jakością i smakiem jabłkowe popłuczyny, oferowane przez te firmy, jakie są szerzej znane w świadomości przysłowiowego Kowalskiego. I tak do kieliszków wjechała m. in. Grochówka z dwóch roczników (2015 i 2016), Stary Sad czy też mój absolutny faworyt, czyli Cuvee Garage. Na cydrach być może się nie znam, ale mogę powiedzieć, że zwyczajnie zerwało mi papę z dachu i z pewnością nie raz sięgnę po produkty tej załogi.

Po cydrowych rewelacjach czekała nas z kolei degustacja brokreacyjnych sztosów . Wystartowaliśmy od Nafciarza Dukielskiego z drugiej warki, aby swobodnie przejść do wersji imperialnej tegoż Pana oraz do wersji imperialnej, leżakowanej w beczce po Laphroaig. Co prawda miałem już okazję prowadzić panel porównawczy tych piw (KLIK!!), ale powiem ponownie – JA PIER… NICZĘ. Testowane następnie dwa dymione RISy – Certain Death i Buried Alive – były przysłowiową wisienką na torcie. Ludzie, jak traficie na te piwa, to się nie zastanawiajcie, tylko kupujcie na potęgę, pijcie i cieszcie się życiem.

Swoją drogą chłopaki temat dobrze przemyśleli, pojąc nas takimi cymesami, bo „najlepszą” atrakcję zostawili na koniec. Mam tu na myśli 215 kilogramową beczkę, wypełnioną pulpą z kiwi, jaką mieliśmy dodać na whirlpool. W międzyczasie szybkie chmielenie i już mogliśmy wnosić wiadra, wypełnione owocowymi specjałami na pięterko. A sprawa nie była prosta, bo przelać te 215 kilogramów niewielką chochelką zajęło trochę czasu. Nie ma jednak tego złego, bo obsługa w/w chochli okazała się doskonałym ćwiczeniem na barki. Do dzisiaj mam zakwasy.

Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i tak niemal cały dzień zleciał jak z bicza strzelił. Szybkie pakowanie rollbaru, turlanie Jerrego w beczce po kiwi (sam się prosił), osuszanie resztek z kieliszków i już mogliśmy się pakować do busa, który miał odwieźć nas do Krakowa na Pinta Party 2017. A co tam się wydarzyło, to już jest temat na kolejną historię.

CDN…

ZOBACZ PEŁNĄ FOTORELACJĘ!

Chmielobrody On Tour – rejs po Małopolsce

Część 1 – 3 urodziny Tap House’a

Czasami tak się zdarzy, że kilka doskonałych imprez kumuluje się w jednym terminie. No i co tu wybrać, kiedy na każdym evencie chciałoby się być? Na szczęście czasem los jest łaskawy i całość jest skumulowana bardzo blisko siebie. I nie mam tutaj na myśli jedynie terminu, ale również i odległość poszczególnych punktów na mapie, jakie chcemy odwiedzić. Dokładnie taka sytuacja miała miejsce w miniony weekendy, kiedy to zorganizowano trzy różne imprezy, w trzech różnych miejscach, przez trzy różne browary, na przestrzeni czterdziestu ośmiu godzin. Dzisiaj zapraszam Was na relację z pierwszego eventu, jaki odbył się w miniony piątek na ul. Św. Jana 30 w Krakowie. Mam tutaj na myśli trzecie urodziny Tap House’a, czyli patronackiego multitapu Pracowni Piwa.

Na miejscu pojawiłem się w okolicach wczesnego wieczoru, spotykając przed wejściem Jerrego (Jerry Brewery). Szybko wspólnie ustaliliśmy, że nim popłyniemy z melanżem, zrobimy wspólną degustację na żywo. Mimo problemów technicznych (centrum miasta i kiepski internet? Play GSM, srsly?!?) jakoś się udało, a my mogliśmy zachwycać się nad pierwszą warką Mr. Hard Rock’sa, czyli pracownianego RISa. O Panie, jakie tutaj się rzeczy podziały! Przepiękne utlenienie w stronę czerwonych owoców, czekolada, lekka kawowość i likierowy alkohol, dający finalnie bardzo przyjemną pralinowość. A to wszystko w trzy i pół letnim Imperialnym Stoucie. Można? A jakże!

Po tych harcach przyszła pory zbić piątki z przybywającą na miejsce ekipą blogerską. A to za barem pojawił się Grzegorz Sołtysik (Smakosz Grzegorz), a to za chwilę dotarł Mateusz Święcki (Kapsloland) czy Michał Sidd Zaborowski (Chmielokracja). Impreza zaczęła nabierać rumieńców, więc mając to na uwadze oraz zaplanowaną na 6:00 pobudkę kolejnego dnia, postanowiłem wybrać coś lżejszego, od wcześniej testowanego RISa. Wybór padł na urodzinowe Gose – Bez Porzeczka. Dodatek buraków do tego piwa mógł zaskakiwać, ale wierzcie mi; wszystko zgrało się tutaj idealnie. Jest rześko, bardzo owocowo, lekko buraczanie (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) i kwaskowo. Sól podbijała całość w sposób, jakiego nie powstydziłby się niejeden Master Chef.

Tymczasem w Tap Housie poczęło robić się co raz tłoczniej. Zajęte przeze mnie miejsce przy barze okazało się w tej sytuacji strzałem w dziesiątkę. Nie dość, że miałem idealny pogląd na to, co aktualnie dzieje się na kranach, tak dodatkowo zamówienie kolejnych pozycji nie stanowiło najmniejszego problemu. Tym sposobem do mojego szkła trafił chyba najlepszy polski kwas, jaki miałem okazję pić – Lab 12. W żadnym piwie z dodatkiem malin, próbowanym przeze mnie do tej pory, owoc ten nie był tak naturalny w odbiorze. Czułem się, jakbym po prostu wcinał maliny. Do tego ta fantastyczna, lekka kwaśność. No miód-malina!

W miarę upływającego czasu na miejsce docierali kolejni znajomi, podkręcając mocno urodzinowy nastrój tej imprezy. Zresztą nie dało się w ten nastrój nie wpaść od wejścia. Cała barmańska ekipa śmigała po lokalu w wesołych czapeczkach, co chwilę ktoś dmuchał w trąbki imprezowe, a na barze pojawiły się przekąski. W Tap Housie nie zabrakło także najsłynniejszego, polskiego blogera – Tomasza Kopyry z blogu blog.kopyra.com. Co prawda nie od razu był on obecny, gdyż internety (a w zasadzie ich kiepska kondycja) na sali głównej utrudniały jego live stream, ale finalnie, w towarzystwie Tomka Rogaczewskiego (prezes i główny piwowar Pracowni) i Grzegorza Korcza, pojawił się przy barze.

Ja z kolei postanowiłem przetestować Eksperyment Tapa 8, czyli Imperialne Black IPA, przepuszczone przez Randalla, w jakim znalazła się kawa oraz chmiel Simcoe. Pomysł wydawał się nad wyraz trafny, ale finalnie okazało się, że etiopska kawa całkowicie zdominowała to piwo, przez co chmiel ledwie majaczył w tle, pozostawiając w sercu tęsknotę i smutek z niedochmielenia. Oczywiście nie powiem, żeby wyszło jakoś bardzo źle, ale mimo wszystko oczekiwałem zdecydowanie większej kompleksowość i szerszej palety smaków.

Tuż przed planowanym losowaniem nagród zamieniłem kilka słów z Michałem Mielczarkiem, podyskutowałem z Monsieour Kopyrem i Grzegorzem Korczem o kondycji rynku sztosów zagranicznych w polskich warunkach sklepów specjalistycznych, dokończyłem fotorelację i już nastała pora, aby się zbierać. Planowane na 22:00 wyjście przesunęło się na okolice 1:00, więc jak zwykle nie wyszło, che che. Niemniej nie żałuję, bo czas spędzony tego dnia w Tap Housie zaliczam do bardzo udanych. Z kolei całej ekipie tegoż przytulnego przybytku życzę wszystkiego, co najlepsze oraz osuszania kranów w tempie mknącego ekspresu TGV. Sto Lat Tap House i do zobaczenia!

CDN…

ZOBACZ PEŁNĄ FOTORELACJĘ!

Browar Golem – Natarcie Pszenicy (American Wheat + Kandyzowane Pomelo)

Zima to taka pora roku, kiedy zazwyczaj cichutko pod nosem rzucam sobie wiązankę przekleństw przed wyjściem na dwór (czy tam na pole). Nie jeżdżę na nartach, nie produkuję sanek i nie sprzedaję ozdób choinkowych, więc zima to po prostu dla mnie kiepski deal. Do tego odśnieżanie samochodu, drapanie szyb i wieczne zmarznięcie. Nope, nope, nope, nope, nope. Dlatego też nie marudzę, kiedy nasz wspaniały kraj nawiedzają upały rodem z Hiszpanii czy innej Portugalii. Jest spoko. No ok, może nie do końca jestem zadowolony, ale mając w pamięci każdą jedną zimę chowam malkontenctwo głęboko w kieszeń. Ponadto z upałami można walczyć na różne sposoby, a jednym z nich jest sięgnięcie po smaczny, chłodny i orzeźwiający napój. I tutaj w sukurs przychodzą oczywiście krafty, serwując nam całą paletę lekkich, łatwych i orzeźwiających propozycji. Nie każda jest warta uwagi, ale trzeba szukać, sprawdzać i próbować. A że Browar Golem chwalił się ostatnio swoją nowalijką, że idealne na lato i że można pić wiadrami, tak też postanowiłem tę tezę sprawdzić. Szanowni, przed Wami – Natarcie Pszenicy.

Nie powiem, ale do sięgnięcia po to piwo skusiło mnie kandyzowane pomelo, jakie chłopaki dorzucili do… kadzi? Tanku? W każdym razie jakoś to wszystko ładnie komponowało się w mojej głowie. I faktycznie w aromacie pojawiają się wyraźne nuty cytrusowe, podbite przez akordy bananów i goździków. W tle pojawia się także guma balonowa, co pewnie jest zasługą dodania właśnie wyżej wspomnianego, kandyzowanego owocu. Taki zapach zapowiada skok do basenu, wypełnionego przyjemną, chłodną i rześką wodą. I tak też właśnie się dzieje! Natarcie Pszenicy to pozycja bardzo mocno orzeźwiająca, lekka i idealna na obecnie panujące, dantejskie upały. Ale hola, hola, niech Was nie zwiedzie 10 Plato, widniejące na etykiecie. OK, nie mamy tutaj do czynienia z gęstością na miarę kubka z mrożoną kawą z kostką lodów waniliowych, ale faktura Natarcia jest zwyczajnie gładka, krągła i świetnie komponuje się z całością. Ponownie i tutaj pojawiają się banany, cytrusy oraz odrobina gumy balonowej. Piwo jest lekko kwaskowe, co w połączeniu z wyraźną wytrawnością faktycznie czyni ten trunek niezwykle pijalnym. I jedynie zbyt szybko opadająca piana troszkę kłuje moje oko estety, ale co tam – reszta po prostu się zgadza.

Jeżeli poszukujecie piwa na lato, które Was nie sponiewiera, a przy tym nie będzie zbyt mocno kojarzyło się ze zwykła wodą mineralną, to trafiliście w dziesiątkę. Baaaa, nawet jeśli nie jesteście wielbicielami typowych weizenów, to tutaj możecie się miło zaskoczyć. Dodatek w postaci kandyzowanego pomelo i użyty podczas warzenia chmiel Amarillo zwyczajnie robią tutaj robotę. Dla mnie jest to jedna z najciekawszych pszenic tego sezonu i mimo iż łba nie zrywa, tak w swojej kategorii „wagowej” wychodzi na zdecydowane prowadzenie. 8/10