Chmielobrody poleca – odc. 22

Chciałoby się rzec, iż wiosna w pełni, słonko pięknie praży, a pogoda zachęca do wychylenia kilku zimnych piw pod przysłowiową chmurką. Niestety, pogoda nas nie rozpieszcza – bliżej jej do jesiennych grymasów niźli do wiosennych harców. Cóż, wszystko ma swoje dobre i złe strony. Dobrą tejże sytuacji jest możliwość częstszego sięgania po trunki mocniejsze. A po cóż warto sięgnąć tym razem?

PS
Przy ostatniej pozycji oczywiście chodziło mi o 12% alkoholu! 😉

 

Bohaterami tego odcinka zostali:

Browar Welders
Browar Profesja
Browar Wokanda
Browar Domowy Smakosz Grzegorz

Reklamy

Chmielobrody testuje: Piwojad Single Citrus Smoothie – puszka kontra butelka

Oesu, jak ja dawno niczego nie nagrywałem. I jakże mi tego brakowało! Więc tak oto, w rocznicę odpalenia serii „Chmielobrody testuje” serwuję Wam nowy odcinek spod tegoż szyldu, w którym pod moją lupę trafiło Single Citrus Smoothie z Piwojada. Wariant w puszce i w butelce. Jak wypadają naprzeciw siebie? Sprawdźcie:

 

Chmielobrody poleca – odc. 21

Oj dawno niczego nie nagrywałem. I kiedy wczoraj pojawił się ten drobny promyczek nadziei pod postacią chwili wolnego stwierdziłem, że nagram zaległy odcinek „Chmielobrodego poleca”. Bawiłem się tak dobrze, że aż dwa podejścia miałem, gdyż pierwsze było totalnie nieostre. Tyle wygrać! Na szczęście udało się, więc zapraszam:

 

Bohaterami powyższego odcinka zostali:

Browar Golem
Fourpure Brewing Co.
Browar Harpagan

Olimp – Elektra, czyli jak nie zaczynać swojej przygody z kraftem

To nie będzie kolejna, zwykła i prosta recenzja piwa. W zasadzie piwo w tym tekście gra drugoplanową rolę, ale jak na dobry scenariusz przystało, jest ono dla fabuły niezwykle istotne. A rzecz tycz się tego, jak my, beergeekowie czy po prostu każdy, kto sięga po krafty, zgłębiamy meandry smaków, aromatów i innych wrażeń, dostarczanych nam przez piwowarów. Smaków i aromatów często mocno złożonych i skomplikowanych, mogących zaskoczyć nawet najbardziej wprawionych graczy. Smaków i aromatów, którymi chcemy zarażać naszych nieco mniej kraftowych znajomych. Samą inspiracją do napisania tego tekstu była krótka rozmową, jaką na Instagramie odbyłem z moim znajomym. Zaczęło się od wrzucenia zdjęcia butelki Elektry na tenże portal ze stosownym, krótkim, acz treściwym opisem:

Znajomymi jesteśmy od wielu lat i wiem, iż kumpel sięga po krafty od czasu do czasu, więc począłem zgłębiać temat, chcąc dowiedzieć się cóż takiego doprowadziło do sformułowania tak krytycznej noty:

 

 

Po tej wymianie zdań nie mogłem zrobić inaczej, jak sprawdzić formę Elektry i samemu przekonać się, czym uraczył nas tym razem Browar Olimp. Co z tego wyniknęło? Otóż okazało się, iż Elektra, czyli kwaśne pale ale, jest piwem w mojej ocenie nad wyraz smacznym. Zapach to przede wszystkim bardzo wyraźna pigwa, z przyjemną czarną porzeczką w tle. Słodowość została w tym miejscu fajnie zarysowana, co świetnie dopełnia całości. Owocowy smak trunku w połączeniu z umiarkowaną kwaśnością i delikatną goryczką czynią Elektrę piwem bardzo pijalnym oraz niezwykle orzeźwiającym. Jak do tego dołożymy nieco porzeczkowej cierpkości wraz z niezłą pełnią piwa, tak otrzymamy naprawdę rewelacyjnego kwasiora.

Więc jak to jest, że mój znajomy tak fatalnie ocenił piwo? Scenariusze są dwa. Pierwszy zakłada, iż faktycznie z jakąś partią butelek podziało się coś niedobrego i zakażenie rozłożyło Elektrę na łopatki. Drugi, bardziej prawdopodobny, zakłada że kumpel sięgając po kwasa nie wiedział, czego się spodziewać, a wcześniej nie miał okazji obcować z wieloma piwami w stylu sour. Drugą opcję dodatkowo uwiarygodniają nie najgorsze oceny Elektry na Untappd i Ratebeerze (odpowiednio 3.59/5 i 3.28/5). Oczywiście de gustibus non disputandum est, więc opinię szanuję, jednakowoż z piwem jest dokładnie tak, jak z innymi daniami czy trunkami. Zresztą niechaj w tym miejscu padnie przykład mojej osoby: za pierwszym razem nie wiedziałem, czy piwo kwaśne mi smakuje czy nie. Długo musiałem się skupiać na smaku i zwyczajnie odzwyczajać się do pewnego stereotypu, jaki miałem w swojej głowie na temat piwa.

I tutaj dochodzimy do sedna. Otóż jak byśmy się nie starali, tak większość z nas ulega stereotypom i przyzwyczajeniom. To tyczy się również smaku. W związku z tym skoro większość swojego dorosłego życia piwo kojarzymy z gorzkim napojem słodowym, tak kosztując po raz pierwszy piwa w stylu sour możemy się nieźle zaskoczyć. Zresztą po jaką cholerę trzymam się tych kwasów, jak rzep psiego ogona. Świetnym przykładem będą piwa torfowe. Ileż to razy widziałem niskie oceny Imperialnego Nafciarza Dukielskiego z komentarzami w stylu „śmierdzi spalonymi kablami i ropą naftową – najgorsze piwo, jakie piłem w życiu!”. Czy osoba komentująca miała rację? W zasadzie tak, bo całkiem trafnie opisała rzeczonego Nafciarza i, zgodnie z zacytowanym wcześniej łacińskim powiedzeniem, mogło to być jedno z fatalniejszych piw, konsumowanych przez daną personę. Ale czy oznacza to, że faktycznie Imperialny Nafciarz Dukielski jest piwem fatalnym? Nie do końca.

Wszystko zależy od tego, w jaki sposób przyzwyczajamy nasz organizm, w tym przypadku nasz zmysł węchu i smaku, do nowych doznań. I zaprawdę powiadam Wam – dla większości z nas rzucenie się na głęboka wodę będzie zderzeniem z betonową taflą nieakceptowalnych w danym momencie doznań. I nie ważne, czy to będzie piwo, wino, whisky, cognac czy wykwintne danie z restauracji z czterdziestoma gwiazdkami Michellin. Nowe smaki i zapachy powinniśmy poznawać stopniowo oraz z pełną świadomością tego, co nas czeka. W końcu żyjemy w czasach, gdzie wiedza leży na wyciągnięcie ręki. Kupujesz piwo w stylu, którego wcześniej nie znałeś/łaś? Nie ma problemu – weź smartfon w łapkę i poczytaj, czego możesz się spodziewać. Jesteś w multitapie i barman zwraca uwagę na nietypowe walory danego trunku? Dopytaj o szczegóły. A jak jesteś znawcą, to się nie wkurzaj, bo jak widać na przytoczonym wcześniej przykładzie Elektry, i o ile barman robi to z odpowiednią ogładą i podejściem, jest to sposób na ostrzeżenie przed czymś, czego po prostu możemy się nie spodziewać.

A Ty, drogi Beergeeku, nie przekonuj mniej obeznanych kraftowo znajomych do tego, że ten 100% peated rye imperial oyster triple barrel aged porter jest piwem wybitnym, a oni się nie znajo! Nie o to chodzi w tej całej zabawie. Tu chodzi o to, aby nam piwo smakowało, aby nas cieszyło i socjalizowało w przyjemny i miły sposób. W końcu i Rzym nie od razu zbudowano. Na wszystko przyjdzie czas, pora i miejsce. Byle powoli i byle z rozwagą. Wasze zdrowie!

 

PS

Po napisaniu tego tekstu zapytałem znajomka, jak to faktycznie jest z tymi kwasami u niego i rzeczywiście – jakieś delikatne kwasy pił, ale tutaj intensywność przerosła oczekiwania 😉

Chmielobrody poleca – odc. 20

Łapcie jubieluszowy, dwudziesty odcinek „Chmielobrodego poleca”, szczególnie że kolejny może pojawić się dopiero w marcu . Co, gdzie, jak i dlaczego? O tym przy kolejnej okazji, a teraz pora na trzy solidne piwa, jakie dorwałem… jakieś dwa tygodnie temu. No co ja poradzę, że się nie wyrabiam i nie wiem, w co ręce włożyć? 😉

 

 

Bohaterami powyższego odcinka zostali:

Browar Funky Fluid
Browar Piwne Podziemie
Browar Przystanek Tleń

Szybki Strzał – Odc. 19

Jakiś czas temu otrzymaliśmy razem z Panią Kapitan paczkę z rąk własnych ekipy Browaru Gzub. I fajnie, bo jakoś nie miałem okazji bliżej przyjrzeć się ich pomysłom. A jak pomyślę, że to właśnie Gzub odpowiada za najbardziej wychillowany festiwali kraftowy w Polsce, to jakoś tak głupio nie wiedzieć, co w ich butlach piszczy.

Tym samym zapraszam na ostatni odcinek „Szybkiego strzału” – coś się kończy, coś się zaczyna, więc jeśli nadal chcecie poczytać o tym, co myślę o piwach, to zapraszam na fanpage Facebookowy albo na konto na Instagramie. Natomiast nie bójcie nic o samego bloga – nie zamierzam rzucać pisania, ale wolę ten czas poświęcić na tematy w mojej ocenie istotniejsze 🙂

Relaks (Stout Czekoladowy z borówką amerykańską)

Jak tak sobie wyobrażę połączenie czekolady, borówki amerykańskiej i stoutu, to wszystko w tym wyobrażeniu mi się zgadza. Pewnie dokładnie tak samo pomyślała ekipa Gzuba i uwarzyła Relaks. Piwo w swoim pomyśle trafione, tylko czy tak łatwe do wykonania? Chyba nie do końca. Borówka amerykańska, mimo iż pyszna, to jednak niezbyt wdzięczna w formie dodatku do piwa. W aromacie totalnie się straciła, a w smaku zagrała siedemnaste skrzypce. To chociaż może czekolada sprawę uratuje? Też nie do końca, bo zostaje przykryta przez smak i aromat taniej kawy. A to wszystko w towarzystwie popiołowej, nieco męczącej goryczy. Dało się wypić, bo delikatna kwaskowość nieco całość odświeżyła, ale ogólnie… no szału nie było.

 

Billy (Weizenbock)

Lubię pszeniczne koźlaki. Szczególnie że tych jak na lekarstwo w polskim krafcie, więc jak tylko coś mi się rzuci w oczy, to chętnie doń sięgam. I wtedy wchodzi Billy, cały na biał… a nie, czekaj! Dlaczego piany mamy w nim jak na lekarstwo? I coś mi tutaj niezbyt ładnie pachnie! OK, są goździki, melanoidyny i wyraźna słodowość, więc pachnie jak Koźlak! Tylko o co chodzi z tym czającym się w tle aromatem kiszonej kapusty? W smaku na szczęście oznak zakażenia nie wyczułem, ale też nie jest tak, jakbym tego oczekiwał. Nieco wątłe ciało Billy’ego potęguje zerowe nagazowanie, więc nawet te biszkopty i trochę tostów sprawy nie ratują. Czyżby butelka gdzieś po drodze się rozszczelniła? No bo nie wierzę, że browar wypuścił na rynek piwo w takim stanie. Gzuby, powiedzcie że mam rację!

 

Galo (Owsiane West Coast IPA)

Ci z Was, którzy czytają mnie regularnie wiedzą, że uwielbiam West Coasty. To kolejny styl, jakiego jestem fanem, a którego zwyczajnie brakuje na sklepowych półkach. I tutaj znowu były nadzieje na pozycję, wzbogacającą portfel tegoż „gatunku” w całym wolumenie sprzedaży. I ok, o ile Galo faktycznie jest piwem wyraźnie wytrawnym na finiszu, tak całościowo kojarzy mi się z owocowymi Brut IP-ami, gdzie potężne chmielenie na aromat daje wyraźnie słodkawe wrażenie w odbiorze. Plus dla Galo leci za konkretną goryczkę, ale mogłaby być ona nieco mniej łodygowa. Niestety zapach wypada już ciut słabiej – jest fajna cytrusowość, ale pojawia się też wyraźne utlenienie o charakterze mokrego kartonu. Nie o takie West Coast IPA walczyłem!

 

Time Goes By (Rabarbar Gose)

Jaka pogoda za oknem jest, każdy widzi. I taka oto pogoda raczej nie zachęca do sięgania po piwa kwaśne, lekkie i rześkie. Lepiej wziąć coś, co nas solidnie ogrzeje, prawda? By-zy-dura! Przecież kraft łamie schematy, więc czemuż nie uraczyć się w piękny, zimowy wieczór kwaśnym, rabarbarowym gose? Zwłaszcza iż Time Goes By naprawdę daje radę! Mocno owocowy aromat, w którym pierwsze skrzypce gra rabarbar fajnie współgra z subtelną słodowością trunku. Jest kwaśno, jest ciut słonawo i jest rześko. Owoce dają radę, sól delikatnie podbija ciało, czyniąc całość bardzo pijalną i malującą szeroki uśmiech na twarzy. I takie gose to ja rozumiem!

Szybki Strzał – Odc. 18

Spieszcie się kochać „Szybkie Strzały”, bo tak szybko odchodzą. Tak, to jeden z ostatnich, a konkretnie przedostatni odcinek tej serii. Oczywiście nadal będę pisał o piwie, ale będzie się to odbywało w nieco innej formie, o czym będziecie mogli dowiedzieć się już z najbliższego vloga.

Tymczasem rzućmy okiem na kilka wybranych pozycji od zeszłorocznych debiutantów. Mowa w tym miejscu o Green Head Brewery, który to browar wyrósł na zgliszczach browaru Kadyk. Jedziemy!

Green Shot (Tropical Frutit Ale)

Po tym piwie nie spodziewałem się wiele. Ot lekki ale z dodatkami, więc cóż tu mnie może zaskoczyć? I faktycznie nie jest to trunek, jaki powali nas na kolana. Aromat mango i żywicy fajnie współgra z wyraźną bazą słodową, a lekko kwaskowa marakuja mocno podbija rześkość w Green Shot’cie. Piwo jest bardzo pijalne, z lekko zaznaczoną goryczką oraz z zaskakująco pełnym ciałem jak na 11,5° BLG. Ot przyjemna rzecz, bez cmokania, ale i bez wad. Pod meczyk idealne.

 

Green Part (Hazy APA)

Ooooo Panie, ależ to piwo pachnie! Niby „zwykłe” APA, ale co to się tutaj wyprawia, to ja nawet nie. Typowo chmielowy aromat granulatu, który uwielbiam, pięknie komponuje się z konkretną owocowością pomarańczy i grejpfrutów. Aromat jest tak „soczysty”, że ślinianki od strzału podwajają obroty. Cytrusy mamy też w smaku, co z lekką żywicznością i ziołowością chmielu daje rewelacyjny efekt. Umiarkowana goryczka, lecąca w stronę wysokiej i ten chmielowy przepych zwyczajnie mnie rozbroiły. A skoro tutaj tyle się dzieje, to co będzie w IPA?

 

Green Experiment (Hazy IPA)

No więc jak to z tym India Pale Ale od Green Headów będzie, skoro APA tak chmielem rozdała? Aromat jest ok. Cytryna, grejpfrut, trochę żywicy, ale jednak jest mniej intensywnie, iż w Green Party. Przyjemnie, miło, fajnie, ale poczułem się tak, jakby mi ktoś etykiety podmienił. W końcu to IPA powinna być bardziej chmielowa, prawda? W smaku Green Experminet daje radę. Mimo sporej wytrawności ciała jest dość sporo i za to duży plus. Są cytrusy, jest niezła goryczka i ogólnie mamy tutaj kawał porządnego piwa, jednakowoż degustowane zaraz po AP-ie wypada nieco słabiej.

 

Green Invasion (American IPA)

I w końcu „last, but not least” – American IPA! Tylko czy aby na pewno „not least”? OK, jak na amerykańca przystało mamy tutaj w zapachu trochę owoców egzotycznych, fajną biszkoptowość i szczyptę cytrusów. Faktura Invasiona jest całkiem gładka, w smaku owocowość jest odpowiednio zaznaczona, goryczki odmówić mu nie można, ale… No właśnie jest jedno, konkretne „ale”. Utlenienie. W aromacie czuć wyraźnie lekko słodkie i mdłe akordy, które także można wyczuć po kilku łykach. Green Invasion to najsłabsze piwo z całej czwórki, gdzie charakter chmielu zatracił się gdzieś w zbytnim utlenieniu się piwa. Szkoda, bo potencjał jest.

Szybki Strzał – Odc. 17

Dwanaście miesięcy minęło jak z bicza strzelił. I tak oto znowu szykujemy się do świętowania nadejścia Nowego Roku; jedni robią postanowienia noworoczne, inni podsumowują te ostatnie 365 dni, a ja stwierdziłem że 2018-ty zakończę szybką recenzją trzech piw, jakie całkiem niedawno wpadły w moje ręce. Na prywatną i osobistą rewizję minionego roku jeszcze przyjdzie czas, bo teraz, proszę Państwa, pora szykować się na bal! A na balu może wychylicie toast jednym z poniżej opisanych piw?

Nook – Tea Time (Earl Grey IPA)

Browar Nook to świeżynka na polskiej scenie piwnego kraftu. Ci kontraktowcy, o ile mój reaserch nie kłamie, mają na swoim koncie 5 różnych piw, co w mojej ocenie jest wynikiem całkiem dobrym, jak na początkujący team. Pod swoją lupę postanowiłem wziąć ich interpretację IPA z herbatą Earl Grey. Jako fan Panakei po prostu lubię połączenie aromatu bergamotki z solidną goryczką i cytrusami. Zapach Tea Time’a od razu odsłania karty i bez najmniejszych wątpliwości możemy wyczuć w nim rzeczone tematy herbaciane. Do tego szczypta pomarańczy, lekka żywiczność oraz landrynkowa słodycz. Kompozycja aromatyczna jest tutaj całkiem zgrabna, ale zdradza to, czego ja staram się jednak w tego typu piwach unikać. Słodycz, bo o niej mowa, o ile pojawia się w „ajpiejach” powinna być skontrowana solidną goryczką. I właśnie tejże goryczki w tym trunku mi brakuje. OK, wrażenie konsumpcji lekko osłodzonego, mocnego Earl Grey’a z dodatkiem pomarańczy jest w porządku i pewnie znajdzie się wielu, którym takie podejście zasmakuje, jednakowoż ja do tej grupy się nie zaliczam. Zabrakło mi w Tea Time’ie balansu, bo ogólnie jest to piwo całkiem przyjemne, pozbawione ewidentnych wad, ale wypłukane również z odpowiednio dobranej goryczy. No cóż, może w kolejnej warce?

PS
Minus za brak informacji na kontr-etykiecie o miejscu warzenia 😉

 

Mikkeller – Hazeside IPA (DDH IPA)

Browaru Mikkeller większości beer geeków przedstawiać raczej nie trzeba, więc w tym przypadku skupmy się stricte na zawartości butelki. A jest nią świeżutkie DDH IPA Hazeside. Przyznam szczerze – do skrótu DDH mam lekko ambiwalentny stosunek. Z jednej strony mam świadomość, iż podwójne chmielenie na zimno „robi robotę”; z drugiej zaś wiem, że piwowarzy stosowali tę metodę już wcześniej, bez zbędnego epatowania tymże w nazwach i na etykietach. Marketing odstawmy jednak na bok i zerknijmy, czym nasz nos raczony jest przez opisywaną tutaj pozycję Duńczyków. Na pewno nie można odmówić jej soczystości, podbijanej cytrynowo-pomarańczowymi akordami. Jednakowoż całość nie jest aż tak intensywna, jakbym się mógł tego spodziewać. W smaku Hazeside dość wyraźnie odwzorowuje swój aromat, oplatając go dodatkowo umiarkowaną, niezbyt nachalną goryczką. Duży plus za przyjemnie pełne i gładkie ciało, co zdecydowanie podwyższa przyjemność degustacji. Tylko czy w dobie skomasowanego ataku „de-de-haczy” Mikkeller czymś się wyróżnia? Otóż nie, a dodatkowo na polskim rynku z palcem w nosie znajdę kilka pozycji co najmniej tak dobrych, jak opisywany trunek. Jest smacznie, solidnie i przyjemnie. Tylko tyle i aż tyle.

 

Hopick – Vankka (New England SH IPA)

Na koniec kolejny beniaminek w tym zestawieniu, czyli Browar Hopick. Muszę przyznać, iż ta śląska załoga nie miała szczęścia przy starcie. Pierwsze ich piwo poszło w kanał, nie spełniając wymagań piwowara. Kolejne, na jakie trafiłem okazało się zakażone dzikusami (wariant butelkowy) i uciekało z butelki z prędkością mknącego TGV. A jak wyszło z Vankką? Ten single hop, przygotowany w oparciu o jeszcze mało znany w Polsce chmiel Pekko w mojej ocenie spełnia pokrywane w nim nadzieje. Po pierwsze doskonale pachnie. Mamy tutaj wyraźne nuty mango, ananasa i cytryn, którym przygrywają akordy żywicy i ziołowość chmielu. Oj często wsadzałem swój wścibski nochal w szkło, aby delektować się tym aromatem. Z kolei w smaku prym wiodą tropiki, otulone subtelną goryczą. I byłoby idealnie, gdyby nie lekkie przegazowanie. OK, trochę drapie w przełyk, ale wystarczy kilka razy solidnie zakręcić szkłem, aby poczuć fajną i przyjemnie gładką fakturę trunku. Jak tylko browar dopracuje ten drobiazg, to otrzymamy piwo na światowym poziomie. Niemniej już teraz chylę czoła.

Szybki Strzał – Odc. 16

Miesiące i tygodnie mijają, a na półkach sklepowych nowych pozycji kraftowych nie brakuje. I chociaż w dzisiejszym zestawieniu pojawią się piwa, okupujące już jakiś czas rynek piw rzemieślniczych, tak jeśli na nie traficie, to można zakupy przemyśleć – głównie z racji stylów, w których ultra świeżość nie jest mocno wymagana. No może poza pilsem, ale to już inna historia. Jadziem!

Szpunt – Supernova (peated pils with smoked plum)

Ci z Was, którzy uważnie śledzą moje poczynania zapewne wiedzą, iż jestem fanem piw wędzonych. Uwielbiam też solidne pilsy, a połączenie obu to już dla mnie ambrozja i miód na serce. Oczywiście o ile ktoś, gdzieś, czegoś po drodze nie spartaczy. Na szczęście w przypadku Browaru Szpunt jestem zazwyczaj spokojny o formę ich piw. Nie inaczej jest w przypadku Supernovej. Ten doskonały pils od razu atakuje nasz nos przyjemną, ogniskową wędzonką, co w połączeniu z aromatem śliwek daje naprawdę przyjemny efekt. Profil słodowy nie ucieka w krzaki, tylko dumnie stoi wespół z torfowo-owocową zgrają. Całość jest bardzo rześka, niezwykle pijalna i przyjemnie goryczkowa. W mojej ocenie to najlepszy, torfowy pils, jakiego miałem okazję pić. A umówmy się – konkurencję ma srogą 😉

 

Stu Mostów – Imperial Stout Nitro

Swego czasu Browaru Stu Mostów miał u mnie dość niskie notowania. Wypuszczali przeciętne piwa, a i mocniejsze wpadki się zdarzały. Na szczęście tę historię chyba możemy powoli włożyć między bajki, czego potwierdzeniem będzie Imperial Stout Nitro. Po pierwsze piwo po prostu doskonale pachnie – są orzechy, jest czekolada, subtelna nutka wanilii i paloność oraz absolutny brak alkoholu. Smak też trzyma poziom. Mleczno-czekoladowe akordy świetnie współgrają z genialną gładkością i pełnią trunku. Na finiszu pojawia się klasowe espresso, kojarzące się z najlepszymi, włoskimi kawiarniami (w których nigdy nie byłem, ale widziałem na zdjęciach i czytałem w internetach, wink, wink 😉 ). Tylko ten alkohol ciut zbyt mocno gryzł mnie w przełyk, ale kto wie – może się poukłada? W każdym razie piwo to po prostu solidny RIS, w którym azot robi genialną robotę. Zresztą zobaczcie sami:

 

Profesja – Pirat (Baltic Porter Porto Barrel Aged)

Podstawki profesyjnego Pirata miałem okazję kosztować na jednym z katowickich festiwali. Wtedy wypadł całkiem przyzwoicie, więc mocno zaciekawiły mnie warianty BA, których mamy aż trzy. Na pierwszy ogień poleciał trunek, leżakowany w beczce po Porto. Czekolada, kwaskowe nuty winne i czerwone owoce to aromaty całkiem przyjemne, aczkolwiek nie do końca ta kompozycja zapachowa trafiła w mój gust. W skrócie – jest ok, ale bez szału. Czas spędzony w beczce po winiaku dość mocno też piwo uwytrawnił i podniósł jego cierpkość. W połączeniu z czekoladą i orzechami daje to interesujące połączenie, ale chyba spodziewałem się czegoś bardziej tęgiego. Pirat po Porto z pewnością znajdzie swoich wielbicieli, ale ja do tej załogi raczej się nie zaciągnę.