Chmielobrody poleca – odc. 10

Z okazji dzisiejszego jubileuszowego, dziesiątego odcinka „Chmielobrodego poleca” będzie nieco gitarowo. A więc już teraz zapraszam na film, którego bohaterami zostali:

Alebrowar
Browar Wrężel
Browar Deer Bear

Reklamy

Chmielobrody poleca – odc. 9

Dzisiaj Chmielobrody poleca na bogato. Dlaczego i o co z tą bogatością chodzi? O tym szerzej w samym filmie, natomiast resztę zdradzą browary, jakie zostały bohaterami tego odcinka. A są nimi:

Browar Baladin
Browar Jan Olbracht
Browar Wild Beer
Browar Golem
Browar Spółdzielczy
Browar Domowy Szaman & Piwne Podróże

PS
Tak wiem, ostrzenie w kamerze nie działa jak trzeba 😦 Następnym razem się poprawię się

Bromaniack (Leszek Jasiński) i historia dwóch RISów

Kiedy parę miesięcy temu wybrałem się w odwiedziny do Browaru Piekarnia Piwa, jednym z przyjemniejszych akcentów tej wizyty był prezent, jaki dostałem od Leszka Jasińskiego, czyli piwowara Piekarni. Mowa tutaj o jego dwóch domowych Imperialnych Stoutach. Ci, którzy znają Leszka nieco lepiej wiedzą, że jego domowe wyroby to często bardzo odważne i przede wszystkim smaczne „eksperymenty”, stąd tym bardziej zacieszałem na możliwość spróbowania tych specjałów. Mowa tutaj o potężnym Imperialnym Stoutcie z płatkami whisky o mocy 11,5% alkoholu i 25% ekstrakcie oraz o RISie z płatkami po Ginie, Rumie Jamajskim, Metaxie i Bourbonie. W drugim przypadku mówimy już o mocarzu, jakich niewiele można spotkać w obrocie detalicznym. No bo ileż browarów rzemieślniczych wypuściło piwo o 36% ekstrakcie? 14,2% alkoholu być może już tak nie zaskakuje, ale ten pierwszy parametr zrobił na mnie dość duże wrażenie. Dodatkowo stwierdziłem, że na degustację poczekam, bo ich zabutelkowanie odpowiednio w czerwcu i sierpniu 2017 roku zwyczajnie wymagało nieco dłuższego leżakowania. I tak oto przed Silesia Beer Festem postanowiłem odpalić temat i skosztować tego, co kryły w sobie te dwie butelki.

Imperial Stout Płatki Whisky Blend

Na pierwszy ogień poszedł lżejszy z braci, chociaż o lekkości możemy tutaj zapomnieć. Potężne 29° Plato i wykręcone z nich 11,5% alkoholu mocno podkręciły moją wyobraźnię jeszcze przed otwarciem butelki. Aromat zdawał się potwierdzać moje nadzieje, racząc mnie wyraźnymi nutami wiśni, tanin dębowych, czerwonych owoców, czekolady i likierowego alkoholu. Płatki zrobiły tutaj solidną robotę i ich aromat mocno górował w całości, nie dominując jednak trunku zbyt przesadnie. Podobne odczucia pojawiły się w smaku, co w połączeniu z niezwykłą głębią i przyjemną gęstością piwa mogłyby uczynić tegoż RISa jednym z najwybitniejszych, jakie piłem. No właśnie – mogłoby, ale niestety całość nieco rozłożył zbyt wyraźny w smaku alkohol. Podbijał on gorycz, która i tak przez dość wysoką paloność piwa pozostawała na relatywnie wysokim i lekko przesadzonym poziomie. Obawiam się, że czas w tym miejscu by nie pomógł. I tak trunek bardzo złożony oraz niezwykle degustacyjny odrobinę obniżył swój lot, chociaż i tak potrafił cieszyć.

Imperial Stout Płatki Gin/Rum Jamajaski/Metaxa/Bourbon

Drugi z braci jeńców na placu boju już nie pozostawił. Najpierw powalił mnie na kolana bardzo przyjemnym aromatem kokosu, wanilii, czerwonych owoców i delikatnych tanin dębowych, aby przy próbie powstania znokautować mnie genialną pełnią. Dodatkowo smak rewelacyjnych, słodkich wiśni i czekolady, połączonych z wyważoną palonością nie pozwalał mi dojść do siebie. I to wszystko w jak najbardziej pozytywnym klimacie. Co prawda gorycz mogłaby być ciut wyższa, ale mając na uwadze całą resztę i naprawdę ogromną przyjemność z degustacji, nie ma co się czepiać tak drobnego szczegółu. Fakt jest jeden – to piwo to jeden z przyjemniejszych RISów, jakich kiedykolwiek próbowałem. A jeśli ktoś zastanawia się, jak wygląda sprawa alkoholu w tym mocarzu, to odpowiadam, że w zasadzie nie ma tematu. Koniec, dziękuję, można się rozejść 😉

Chmielobrody On Tour – Silesia Beer Fest IV

I wtem, kiedy wszyscy myślami podążali już w stronę wrocławskich Zaklętych Rewirów, gdzie w najbliższą sobotę wystartuje Beer Geek Madness, Chmielobrody wyskoczył jak Filip z konopii z zaległą relacją z Silesia Beer Festu. No bo skoro obiecałem że będzie, to być musi! Dlatego zapraszam Was na „kilka” słów o tym, jak było na pierwszej w tym roku na Śląsku piwnej fieście.

Piwowary 2018 na start!

Stało się. Sezon piwnych festiwali w końcu wystartował, a wszystko to dzięki Piwowarom, czyli Targom Piwa, jakie odbyły się 9 i 10 marca w Łodzi. I w sumie miałem ten event pominąć, bo przecież nie da się być na wszystkich piwnych imprezach w tym kraju, nie przypłacając tego zdrowiem, a już na pewno solidnym uszczupleniem portfela. Sytuacja wygląda zupełnie inaczej, kiedy na taką fetę wybierasz się służbowo, a dokładnie tak było w moim wypadku, gdyż w drugi dzień targów prowadziłem wykład, mający na celu wprowadzić piwnych amatorów w nieco głębsze meandry świata piw kraftowych. Ale ja nie o tym miałem. Jak w moich oczach wypadł ten event, co ciekawego wpadło do mojego kieliszka i w końcu czemu elektryczna deskorolka jest ważna? Na te pytania postaram się odpowiedzieć w poniższym tekście.

Na Piwowarach byłem po raz pierwszy, więc nie wiem, co zmieniło się w stosunku do minionych edycji, niemniej ponoć jednym z większych plusów tegorocznej było powiększenie liczby wystawców, obecnych na miejscu. I tutaj doczepię się do faktu zaproszenia takich „graczy”, jak Browar EDI czy Koreb. OK, pewnie zaraz ktoś podniesie głos, że przecież nie muszę korzystać z „dobroci” tych przybytków. I ja się z tym w stu procentach zgadzam. Ale na miłość boską, przecież na Piwowarach była cała masa ludzi, którzy na co dzień z kraftem nie mają zbyt wiele do czynienia i próbując piw EDIego czy Korebu mogą zwyczajnie do rzemieślników się zrazić. A nie taka jest chyba idea, przyświecająca organizacji targów dla miłośników dobrego piwa? Dobra, starczy już tego marudzenia, bo fakt jest jeden – festiwale piwne mają przede wszystkim dostarczać ich uczestnikom pozytywnych wrażeń, a takich nie brakowało.

Poza możliwością skosztowania naprawdę wybornych piw i cydrów (o których więcej napiszę nieco dalej) każdy odwiedzający Piwowary mógł wziąć udział w szeregu wykładów i paneli, jakie odbywały się na scenie głównej, posłuchać koncertów czy pośmiać się przy stand-upach. Świetnym pomysłem było także postawienie strefy retro-gamingowej. I chociaż liczba sprzętów, na jakich można było zagrać w takie klasyki, jak Contra czy River Raid była dość uboga, to i tak w opór szanuję ten pomysł. Niestety ubogością cechował się również wybór żarcia, jaki miał posilać uczestników w czasie kilkugodzinnych eksploracji stanowisk kolejnych wystawców. Jednakowoż to ostatnio bolączka większości piwnych imprez. A szkoda, bo ja osobiście oczekiwałbym wyboru wykraczającego poza burgery, zapiekanki i szarpaną wołowinę.

Na szczęście to nie jedzenie było głównym bohaterem tych dwóch dni, a browary i to, co podpięli pod swoje krany, i co „schowali” w przywiezionych butelkach. Nim o piwie, kilka słów o samym umiejscowieniu Piwowarów. Łódzka hala Expo to w mojej opinii strzał w dziesiątkę. Bliskość ciągów komunikacyjnych sprzyjał wysokiej frekwencji, a sama hala sprawnie pomieściła całą gawiedź i namioty wystawców. Klimatyzacja spisała się na medal, utrzymując temperaturę na w miarę wyrównanym poziomie, toalety nie pękały w szwach, a dwie dostępne „płukaczki” mimo drobnych awarii dzielnie radziły sobie z myciem szkieł tłumnie zgromadzonych. Organizatorzy zwyczajnie zadbali o komfort wszystkich, którzy w tych dniach znaleźli się na Piwowarach i za to brawa.

A czym chwalili się piwowarzy? Oczywiście nie udało mi się ogarnąć wszystkiego, na co miałem ochotę, ale było kilka perełek, na jakie zwróciłem uwagę. Pierwszą z nich był kwas z Browaru Dziki Wschód. Kwaśny Olek to Berliner Weisse z czarną porzeczką, który urzekał owocowością i orzeźwiał kwasowością. Wyborny to sour i latem z pewnością będzie robił to, co do niego należy. Na stoisku ekipy Szpunta można było spróbować m. in. Equathora – to wyborne Double IPA wypadło fantastycznie i aż szkoda, że butelki nieco się przepasteryzowały. Browar Kazimierz raczył zgromadzonych świeżuteńką warką Kazimierza, do której dorzucono całą masę zestu z cytrusów, co jeszcze mocniej podbiło owocowość tego piwa. Ciekawostką, która mocno wryła mi się w głowę, był Imperialny Mleczny Stout na aromatach naturalnych, uwarzony przez ekipę Brodacza – Coconut Biscotti Imperial Milk Stout. Tak, ja wiem że to niezgodne z duchem kraftu, ale na Teutatesa, jak to piwo pięknie pachniało! Gdybym nie wiedział, to w ciemno mówiłbym, że to Omnipollo. I może w całości zabrakło nieco ciała i gładkości, ale wierzcie mi – zapach wynagradzał te małe niedociągnięcia. A skoro już jesteśmy przy RISach, to nie sposób nie zwrócić uwagi na pierwszy Russian Imperial Stout z Browaru Beer Bros. Pełny, gładki, wyraźnie czekoladowy z fajnymi akcentami palonymi. Mam nadzieję, że Szymon część tego specjału wleje w jakieś miłe beczki i niebawem będziemy mogli cieszyć się jeszcze bardziej i jeszcze intensywniej. Na koniec piwo, które zerwało mi czapkę z głowy. Mowa w tym miejscu o Deep Dark Sea Bourbon Barrel Aged z Brokreacji. Co prawda miałem już okazję kosztować tego cymesu z butelki, ale wariant lany wypada zwyczajnie jeszcze lepiej, jeszcze intensywnej i jeszcze wspanialej. Panowie, chylę czoła i kłaniam się w pas (i to wcale nie za możliwość zdobycia kolejnych pieczątek w zeszycie praktykanta, che che – kto wie, ten wie!).

Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i tak też było w przypadku Piwowarów. Samą imprezę oczywiście oceniam na wielki plus i daję piątkę z małym minusem, a datę kolejnych targów już zapisałem w kajecie, bo zwyczajnie jest to świetny event, na którym warto się pojawić. Dla piwa, dla ludzi i dla atmosfery; ot tak po prostu. A że na sam koniec można było pośmigać po hali Expo na elektrycznej deskorolce ekipy Browaru Kazimierz… cóż, takie rzeczy tylko po zamknięciu festiwalu. Piwowary – dzięki i do zobaczenia za rok!

–> ZOBACZ PEŁNĄ GALERIĘ ZDJĘĆ <–

Chmielobrody kontra Piwoteka

Piwoteka to jeden z tych browarów, które nie boją się eksperymentować z ciekawymi dodatkami w piwie. Co więcej – eksperymenty te wychodzą im nad wyraz smacznie. Dlatego nie mogłem nie skorzystać z okazji i będąc w Łodzi spotkałem się z Markiem Putą, właścicielem tego łódzkiego browaru oraz pubu i sklepu. M. in. o Polskim Stowarzyszeniu Browarów Rzemieślniczych, muzyce i o tym, czy Surströmming pasuje do piwa dowiecie się z dzisiejszego odcinka „Chmielobrodego kontra…”

Chmielobrody poleca – odc. 7

Polecanie dobrych piw to nie rurki z kremem. Czasami człowiek musi się nieźle namyśleć, co by nie zawieść tych, którzy na to liczą (a mam nadzieję, że trochę Was tu jest). Dlatego też z tygodniową obsuwą po raz siódmy odpowiadam na pytanie „co ja mam pić, żeby było dobrze?”.

W dzisiejszym odcinku wystąpią piwa od ekip:

Browar Absztyfikant
Stone Brewing

Brokreacja

 

Starcie tytanów, czyli Zawisza Czarny kontra Samiec Alfa

Kiedy pierwszy raz w moje ręce wpadł Zawisza Czarny z Browaru Łańcut, czyli Russian Imperial Stout, leżakowany w beczce po Tennesse Whiskey, od razu w mojej głowie pojawiły się skojarzenia z artezanowym Samcem Alfa. W końcu styl ten sam, beczka powiedzmy ta sama i… ten sam, bardzo wysoki poziom trunku. Tylko jakoś nigdy nie potrafiłem ocenić, który z nich wypada lepiej. Który z nich jest smaczniejszy. Który intensywniejszy, lepiej zbalansowany i bardziej wysublimowany. W końcu ciężko porównywać piwa, próbowane w tak dużych odstępach czasu. Na szczęście całkiem niedawno udało mi się zdobyć butelkę Samca, a od pewnego czasu w mojej lodówce chomikowałem pana Zawiszę. Dzięki temu (oraz dzięki głosowaniu na fejsie) mogłem stoczyć swój prywatny pojedynek „szklanka w szklankę” obu (nie bójmy się użyć tego słowa) tytanów polskich, beczkowych RISów.

Na pierwszy ogień poszedł Zawisza, racząc mój nos intensywnym aromatem czekolady, czerwonych owoców, kokosu i wanilii. Całość elegancko oplótł wyraźny aromat dębowych tanin oraz subtelna paloność. To, co przykuwa uwagę w Zawiszy, to praktyczny brak wyczuwalnego alkoholu i zdecydowanie przodujący i niesamowicie przyjemny aromat beczki.

Nieco inaczej sprawa wyglądała u konkurenta. Tutaj czekolada nabrała nieco mlecznego charakteru, z wyraźną i intensywną wanilią na froncie. Oczywiście to wszystko w towarzystwie wiśni w likierze, „małej czarnej” i świeżo zagniecionego ciasta drożdżowego. Beczka była wyczuwalna, ale nie aż tak przyjemnie i intensywnie, jak w Zawiszy. Dość wyraźny, likierowy alkohol Samca finalnie spowodował, iż to Zawisza odrobinę lepiej zaprezentował się w tej rundzie.

Po takim wyniku pojedynku na aromat totalnie nie wiedziałem, czego mogę się spodziewać w konfrontacji smaków. Ponownie postanowiłem rozpocząć od zawodnika, wystawionego przez Browar Łańcut. Kilka łyków i już uśmiech malował się na mojej twarzy. Wszystko za sprawą fantastycznych wiśni w likierze, czekolady i orzechów. Trunek okazał się dość słodki, ale z odpowiednim poziomem goryczy w kontrze. Na tej płaszczyźnie Zawisza pokazał także pazur i delikatnie rozgrzewał przełyk. Alkohol na szczęście nie był inwazyjny i tylko muśnięciem zaznaczał swoją obecność. Tylko jakby nieco ciała brakowało. Nie zrozumcie mnie źle – Zawisza to piwo niezwykle gładkie, ale mogłoby być nieco gęstsze.

Na tym polu zdecydowanie przoduje Samiec Alfa. Faktura tego RISa może służyć za wzór. Jest gęsto i fantastycznie gładko. Dodatkowo to właśnie w smaku artezanowy fighter ukazuje beczkę w pełnej krasie i punktuje konkurenta. Wszystko w akompaniamencie czekolady, kawy i czerwonych owoców. Słodycz stoi w Samcu na nieco wyższym poziomie, niż w Zawiszy. Goryczkowa kontra jest tutaj także zdecydowanie mocniejsza. Szkoda tylko, że ma na to wpływ nieco za wysoka alkoholowość trunku. Ostatecznie ta runda przypada na rzecz Artezana, jednak ponownie różnice są na tyle niewielkie, że o nokaucie nie może być mowy.

Jak to często w pojedynku tytanów bywa o werdykcie zadecydowała punktacja sędziów. Tzn. jednego sędziego. I to nie punktacja, a po prostu zwykła, subiektywna ocena przyjemności z degustacji. Decyzja nie była łatwa. Co chwile sięgałem raz po jedną, raz po drugą szklankę i w pełnym skupieniu kontemplowałem ich zawartość. Z jednej strony fantastyczny aromat Zawiszy górował, aby po chwili oddać prym cudownej głębi Samca Alfa. Ostatecznie nieco lepiej tego wieczora wypadł Samiec, ale, wierzcie mi lub nie, różnice były minimalne. Fakt jest jeden – oba piwa prezentują naprawdę wysoki poziom i spokojnie mogą stawać w szranki z tuzami tego stylu zza wielkiej wody. Brawo Łańcut, brawo Artezan – chylę czoła przed oboma pretendentami i życzę sobie, aby zarówno Zawisza, jak i Samiec częściej gościły na sklepowych półkach.

Waszczukowe na swoim, czyli krótki przegląd formy browaru.

Kiedy kontraktowiec otwiera swój browar, to wiedz, że coś się dzieje. W końcu sam zostaje on sobie panem i sługą, sam odpowiada za sprzęt, wpadki i błędy wszelakie. Brzmi strasznie, co? No nie do końca. W mojej ocenie warzenie na własnych „dużych garach” to zdecydowanie więcej plusów, niż minusów. Przede wszystkim piwowar ma w końcu 100% kontroli nad wszystkimi etapami produkcji. Do tego dochodzi sporo niuansów i detali, ale to nie czas, ani miejsce na tego typu analizy. Ważne, że do tego „ekskluzywnego” grona dołączają kolejni kontraktowcy. Jednym z tych odważnych został niedawno Browar Waszczukowe, od którego przechwyciłem paczkę kilku piw. Część z nich wziąłem na baczniejszy warsztat. Sprawdźmy, czy własna piaskownica, wiaderko i grabki i tym razem okażą się krokiem na przód czy wręcz przeciwnie.

Postrach Szoszonów – American India Pale Ale

Przyznam szczerze, iż tej pozycji ciekaw byłem najbardziej. Dlaczego? Otóż kiedy blisko dwa miesiące temu miałem okazję próbować tego piwa, uwarzonego jeszcze w Olbrachcie, zostałem „uraczony” dość konkretną dawką DMS’u. Naprawdę, nie jest fajnie, kiedy Twoje zmysły atakuje potężna dawka gotowanych warzyw z kalafiorem na czele. Na szczęście Postrach Szoszonów z autorskiego browaru nie przejawiał tej cechy. Ba, tutaj w ogóle nie można się niczego przyczepić. Zapach to feeria cytrusów, delikatnej biszkoptowości, subtelnych nut kwiatowych i nieśmiałych akordów winogronowych. W smaku dostajemy idealnie wysycony trunek, z intensywną, acz krótką goryczką oraz przyjemną owocowością, połączoną z muśnięciem biszkopta. I takie American India Pale Ale to ja rozumiem. Świetnie zbalansowane, pozbawione karmelu, z konkretną porcją chmielu. Co prawda aromat mógłby być ciut intensywniejszy, ale to już naprawdę jest z mojej strony czepialstwo. 8/10

Yggdrasil – Malt Øl

To piwo traktuję jako totalną ciekawostkę. No bo w zasadzie nie znalazłem konkretnej definicji tego stylu, a i o konkurencję do porównania ciężko. Jednakowoż pozostałem otwarty na doświadczenia i po raz kolejny sięgnąłem po nieznane. Po Yggdrasilu spodziewałem się konkretnej słodowości i dokładnie to dostałem. Dodatkowo Kveiki (specjalny szczep drożdży – przyp. aut.) wniosły tutaj delikatny aromat brzoskwiń, a całość gdzieś tam w tle okraszono… zanikającymi nutami ogórków kiszonych. I tutaj nie wiem, czy to nie był jednak DMS, czy to po prostu specyfika tego piwa, ale powiedzmy że wyszło… interesująco. Yggdrasil z pewnością został pozbawiony niemal całkowicie goryczki, a prym wiodą w nim tematy słodowe. Jałowiec, przez który piwo filtrowano, można wyczuć zarówno w smaku, jak i w aromacie. Całość mocno kojarzy mi się z Sahti, finalnie skłaniając się jednak w stronę tegoż klasycznego, fińskiego piwa. Ostatecznej noty nie wystawiam, bo serio nie wiem, do czego mógłbym się odnieść. Na pewno jest ciekawie i jeśli lubicie odkrywać nowe, to chyba warto (wink, wink 😉 ).

Imperialna Ruda Maruda – Imperial Red Ale

„Red Ejle” to straszna nuda. Przynajmniej dla mnie. Zazwyczaj pierwsze skrzypce gra w nich toffi czy inny karmel, co nie do końca zbiega się z moim gustem. Inaczej było w Imperialnej Rudej Marudzie. No dobra, przydomek „Imperialna” już w moich oczach nieco podnosi notowania tegoż trunku na starcie, ale wielokrotnie przekonałem się, że imperialny nie zawsze znaczy lepszy. Na szczęście nie w tym miejscu. Ale od początku. Aromat to przede wszystkim konkretna dawka chmielu, z wyraźnymi akcentami trawiastymi, co po prostu uwielbiam. Pojawia się pomarańcza i delikatny ananas, co przyjemnie stoi w opozycji do obecnego w tym miejscu zapachu toffi. Smak to już wyraźna, grejpfrutowa goryczka, subtelny karmelek i wyraźna, słodowa pełnia i gładkość. Ponownie balans odegrał w tym miejscu kluczową rolę. Piwo nie jest przegięte w stronę cechującą piwa o przydomku „red”, dzięki czemu chmiel odegrał w Imperialnej Rudej Marudzie równorzędną rolę do przyjemnej bazy słodowej. 7/10

Browar Waszczukowe to kolejny przykład na to, iż co własny browar, to własny browar. I nie tylko te trzy piwa o tym świadczą, bo wystarczy że przywołam w swojej pamięci Grażynę Sprężynę, testowaną dwa tygodnie temu, Janusza Moczywąsa czy genialną Łychę Zbycha. Szanowni Państwo – jak tylko na swojej drodze spotkacie piwa uwarzone w Browarze Waszczukowe, to kupujcie je bez obawień!

PS
Ale szkło to mogliby Panowie nieco inaczej wykoncypować. Sensorycznie nadaje się to to co najwyżej do lagerów czy innych pilsów. No bida Panie, bida 😛