Chmielobrody poleca – odc. 14

Dzisiaj będzie dość przekrojowo – od lekkiego, sesyjnego IPA po solidnego RISa z dodatkami. Wszystko to w klimacie wakacyjnym, chociaż nie dla wszystkich wakacje się zaczęły (wink wink 😉 ):

PS
Jutro lecimy z live degu (ok. 20:30), w związku z czym nie zapomnijcie wbić na fanpage bloga (—> KLIK! <—) i zagłosować w poście przypiętym na górze strony!

Reklamy

Śląski Festiwal Piwa 3: miód, dziegieć i morze piwa.

Organizowanie wszelakiej maści imprez na otwartym powietrzu zawsze niesie ze sobą pewne „pogodowe” ryzyko. Pół biedy, kiedy mowa tutaj o koncertach biletowanych z wielkimi gwiazdami w roli headlinerów. Wtedy bilety zazwyczaj zakupione są wcześniej, więc kupujący liczą się z tym, że pogoda może być różna. Nieco inaczej temat wygląda, kiedy event nie jest biletowany. A już całkowicie sytuacja się zmienia, jak głównym motorem napędowym danego wydarzenia jest piwo. No bo jak tu pić piwo, kiedy leje i zimno? Nawet najzatwardzialsi beer geecy w tej sytuacji wybiorą raczej zacisze multitapu, niźli spożycie ulubionego „ajpieja” w strugach deszczu. I dokładnie taki scenariusz malował się na kilka dni przed rozpoczęciem III edycji Śląskiego Festiwalu Piwa. Scenariusz, który na szczęście się nie spełnił. Mimo to ciężko byłoby po wszystkim otworzyć szampana na wiwat, chociaż na pozór wszystko wyglądało bardzo dobrze. Zacznijmy jednak od początku.

Organizatorzy tegorocznej edycji Śląskiego Festiwalu Piwa mieli bardzo szerokie plany na to, co wydarzy się na katowickim rynku na przełomie czerwca i lipca. W kuluarach dowiedziałem się o minimum 30 wystawcach, jacy mieli się pojawić na miejscu. Do tego konkursy i cała masa atrakcji. Niestety im bliżej godziny zero, tym mocniej sytuacja zaczęła się gmatwać. Najpierw jeden ze współorganizatorów wycofał się z tematu, a potem na fanpage’u eventu i wydarzenia, mimo padających pytań o to, czy impreza się w ogóle odbędzie, zapadła cisza. W końcu na tydzień przed planowanym startem pojawiła się informacja, że festiwal jednak się odbędzie (z jednodniowym opóźnieniem), a na rynku pojawi się 17 wystawców oraz kilka food trucków. Co prawda niezbyt przekonuje mnie tłumaczenie, że cała sytuacja była wynikiem postawienia w tym samym miejscu strefy kibica Mistrzostw Świata w piłce nożnej, bo chyba takie rzeczy miasto ustala z wyprzedzeniem, ale niech będzie. Najważniejsze, że można było szykować kieliszki, pokale i szklanki na to, co mieli do zaprezentowania obecni na miejscu eksponenci.

Piątek przywitał wszystkich przyjemnym upałem, idealnym pod takie festiwale. Jednakowoż frekwencja tego dnia nie zachwycała. Niby wszystko się zgadzało; odgrodzony i chroniony teren, pogoda, zimne piwo, koncerty i centrum miasta, sprzyjające ściąganiu ludzie na teren bezpłatnej imprezy. A tychże jakoby mniej, niż w zeszłym roku. Czy to wróży koniec ery piwnych festiwali? Czy kraft w Polsce się kończy? Czy piwna rewolucja zatacza koło i teraz wszyscy wrócą do sączenia zimnego „Tyskacza”? Oczywiście, że nie. Po pierwsze zawiodła reklama. Ja nie widziałem na terenie miasta ani jednego plakatu, o słabej promocji w sieci nie wspominając. Zresztą jak tu plakatować miasto, kiedy o tym, czy w ogóle impreza się odbędzie organizator informuje na tydzień przed jej startem? Słabo. Po drugie – wspomniana wcześniej strefa kibica. Ktoś sobie pomyśli – ale przecież strefa kibica przyciągnie ludzi! A i owszem, ale przyciągnie osoby w większości nie gustujące w krafcie, które mogły w dodatkowo odgrodzonej strefie zakupić tańsze piwo niekraftowe. No i samo umiejscowienie tejże zony automatycznie przekierowywało przechadzających się po centrum ludzi nieco z dala od stoisk piwnych rzemieślników. A plus B równa się C, jak cienka frekwencja. OK, może nie było jakoś fatalnie, ale liczba odwiedzających Śląski Festiwal Piwa w tym roku nie ma startu do tego, co działo się przed rokiem czy dwoma. Przez to część browarów narzekała na kiepskie utargi, a kolejnej łyżki dziegciu do całości dodał fakt, iż organizator z kilku stoisk za możliwość wystawienia się skasował większy hajs, niż z pozostałych. Do tego doszły jakieś totalnie pokrętne tłumaczenia, mające mało wspólnego z traktowaniem fair wszystkich wystawców. Słabo po raz kolejny. I tutaj nasuwa mi się pewna dygresja. Otóż ja nie wiem, czy organizator nie ma świadomości tego, iż cały polski kraft dobrze się zna, a ta informacja rozejdzie się po wszystkich w mgnieniu oka? To z pewnością nie ułatwi zapraszania browarów na kolejne edycje imprezy. Wracając do sedna sprawy i kończąc wylewanie moich żali dodam, że dobrze iż w pobliżu był dostęp do toalety publicznej, bo postawienie kilku Toi Toików mogłoby nie wystarczyć. Zresztą kto by nie chciał skorzystać z publicznego kibla za 2 miliony złotych, c’nie?

Mimo iż organizator w tym roku do końca nie spisał się na medal, tak zupełnie inaczej sprawa wyglądała w przypadku browarów. Wszyscy obecni na miejscu wystawcy witali odwiedzających katowicki rynek z uśmiechem i chętnie opowiadali o tym, co akurat mają na kranach. A to w przypadku festiwalu w tej formule jest niezwykle ważne. Przecież w ten sposób najłatwiej przekonać „niedowiarków” do lepszego piwa. To tutaj przewija się najwięcej osób na co dzień nie pijących kraftów. Dlatego też na kranach gościły głównie piwa ze standardowej oferty danego browaru; pojawiły się pilsy, pszenice, sporo wszelkiej maści odmian india pale ale’i, milkshake’i, stouty czy piwa kwaśne, znajdujące co raz szerszy poklask nawet u „tradycjonalistów”. Beer geecy też nie zostali pominięci, gdyż pojawiły się i piwne premiery, i kilka sztosów. Po prostu każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Ważne, że sobota i niedziela, mimo nieco niższej temperatury, która również miała wpływ na nieco słabszą frekwencję, nie uraczyła gości festiwalu deszczem, a dobrym humorem, jaki płynął ze stoisk.

A cóż dobrego trafiło do mojego szkła? Największe brawa należą się Pawłowi Fityce z Browaru Reden za Podwójne Szombierki. Ten genialny, podwójny stout mógłby trafiać na moje biurko codziennie zamiast małej czarnej. Aromat i smak genialnej kawy, mieszający się z czekoladą i subtelną palonością po prostu zmiótł mnie z ziemi. Brawa należą się również za kwasiora z czarnej porzeczki. Owocowy, kwaśny, rześki i niezwykle pijalny. No ale kto zna Pawła, ten wie że „sałery” to jego specjalność. Zresztą równie wybornie spisał się Szpuntowy Sourness z dodatkiem pigwy. No miód-malina. Czy raczej pigwa. Niemałym zaskoczeniem był dla mnie Kurant z Browaru Dukla. Ten session vermont IPA z dodatkiem soku z czarnej porzeczki zachwycał genialnym aromatem tego owocu oraz chmielu dodanego na zimno. Szklankę Kuranta można by wypić za jednym zamachem. Zresztą podobnie sytuacja wyglądała w przypadku Dębowej Panienki z agrestem. No palce lizać, szczególnie podczas upału. Aga i Janusz z Browaru Spółdzielczego poczęstowali mnie z kolei jedną z najlepszych pszenic, jakie dane było mi pić ever. Refowe, bo o nim mowa, to bananowo-goździkowa bomba z genialną gładkością trunku. Tak dla mnie powinien prezentować się wzorcowy hefeweizen. Dodatkowo dane mi było skosztować po raz kolejny Lódolfa leżakowanego w beczce po winie Rioja, ale z racji posiadanej butelki tegoż sztosu więcej o nim napiszę przy innej okazji. Brawa ode mnie lecą także w stronę Browaru Kazimierz za Aledźwiedzia i Kazimierza. Oba piwa trzymają bardzo wysoki poziom, niczego im nie brakuje i należy je pić bez obawień (wink wink 😉 ). Podczas festiwalu premierę miało nowe piwo z Browaru Profesja. Pogromca Smoków to APA na Ekuanocie z dodatkiem liści kafiru. Oesu ależ to piwo pięknie pachniało cytrusami i kafirem. Świetnie zbalansowane, idealnie pijalne i rześkie. Niby proste, a jednak sporo się w nim działo. Browar ReCraft co prawda żadnej nowości na imprezę nie zabrał, ale sprawdzenie formy Ryemana poszło bardzo sprawnie i smacznie. Podobnie sytuacja wyglądała w przypadku Mocnej Góry z Piekarni Piwa, którą mógłbym pić hektolitrami. Podczas eventu były obecne również dwa katowickie multitapy – Biała Małpa oraz Browariat. Pierwszy z nich uraczył mnie fantastycznym Flandersem z Browaru Łańcut, a drugi genialnie kwaśną i arbuzową „Zieloną Zebrą” oraz rozkładającym na łopatki Dankwoodem. Oba ze stajni Amerykanów z Foundersa. I tylko jakoś piwa z Koreba nie zachwyciły. Pszeniczne Łaskie miało aromat starej ściery, zmieszanej z gotowanym kalafiorem, a Herbowe smakowało jakby zmielić najtańsze pierniki razem z kartonem. Nie polecam tak żyć, a zrobiłem to po to, abyście Wy nie musieli.

Podsumowując – mimo kilku dość solidnych wpadek organizatora samą imprezę oceniam pozytywnie. Wszystko za sprawą obecnych na miejscu wystawców i ludzi. Nie zaobserwowałem snujących się po terenie eventu meneli, pustych flaszek i puszek po tanich piwach z Biedry czy odpływających w alkoholowym amoku Januszy i Sebków (wszystkich prawych Januszy i Sebastianów przepraszam za użycie tegoż imienia, ale co ja biedny mogę, nooo 😉 ). Liczę na to, iż za rok impreza znowu się odbędzie, ale już bez tych niepotrzebnych sytuacji i negatywnych emocji, a pogoda dopisze tak, jak na pierwszej i drugiej edycji. Wszystko ku chwale kraftu!

 

—> ZOBACZ PEŁNĄ GALERIĘ ZDJĘĆ <—

 

 

Chmielobrody poleca – odc. 13

Dzisiaj ostatni mecz Polaków na mundialu. Warto pod tę okazję sięgnąć po coś dobrego, czym albo zalejemy smutki albo wzniesiemy toast za jedyną wygraną naszych w Rosji. W związku z powyższym rekomenduję kolejne piwa w kolejnym odcinku „Chmielobrodego poleca…”:

PS
Dodatkowo prawilnie przypominam, że dzisiaj o 21:00 lecimy z live degu, także rezerwujcie czas i wbijajcie na YouTube

Cigar City Brewing – dwie puszki, które przeleciały Atlantyk.

Lubię prezenty. Szczególnie takie bezinteresowne, które otrzymujemy po prostu; z wdzięczności, sympatii czy dobrego serca. I właśnie do tej kategorii zaliczają się dwie puszki, otrzymane od jednego z klientów „chmielobrodego” sklepu (wybacz Wojtek – nie mogę podać pełnych personaliów, bo RODO-SRODO 😉 ). Wiecie – gość wybrał się na miesiąc do Stanów i przywiózł nam małe co nieco do spróbowania. I ja takie prezenty bardzo szanuję! Szczególnie że mowa tutaj o browarze Cigar City, znanego m. in. z jednego z najwyżej ocenianych RISów na Ratebeerze – Marszałka Zhukowa – czy z Hunahpu’sa, zajmującego obecnie 3 miejsce w kategorii Russian Imperial Stout na RB. No to jedziemy.

Tocobaga (Red IPA)

Pierwsze, co przykuwa uwagę w tym piwie, to jego barwa. Dokładnie tak wyobrażam sobie kolor Red IPA – ciemne, burgundowo-szmaragdowe, z fantastycznymi refleksami. Szkoda tylko, że dość ładna piana strasznie szybko opadła, pozostawiając jedynie niewielki krążek, utrzymujący się do końca degustacji. A co drzemie w samym piwie? Jego zapach, to przede wszystkim wyraźne nuty słodowe, z konkretną porcją biszkoptów, tostów i muśnięciem żywicy. Pojawiły się także czerwone pomarańcze i obiecane w morskiej opowieści jagody. Czuć że chmielu tutaj nie żałowano, ale… no właśnie jest jedno „ale”. Rozlew tego piwa miał miejsce ok. pół roku temu, więc akordy chmielowe były już dość mocno wycofane. Spodziewam się, że w świeżej warce byłby cios. Na szczęście smak trochę wynagrodził mi nieco słabszy aromat. Trunek cechowała dość wysoka pełnia, z fajnymi landrynkami i  konkretną słodowością w tle. Tocobaga została nachmielona również na zimno, co można było wyczuć w dość długiej, wysokiej i nieco łodygowej goryczy, dodatkowo podbitej przez wyczuwalny alkohol. Podsumowując – fajne piwo, ale z pewnością byłoby o wiele lepsze te 4-5 miesięcy temu.

Invasion (Tropical Pale Ale)

Sporo oczekiwałem od tej pięknie prezentującej się puszki. Uwielbiam tematy tropikalne w piwie i jarają mnie one o wiele bardziej, niż akcenty cytrusowe. Niestety ponownie tutaj czas zrobił swoje. Podobnie jak w Tocobadze, Invasion zostało rozlane blisko pół roku temu, co dało się wyczuć w aromacie. Nuty owoców tropikalnych majaczyły gdzieś w tle i chociaż dało się wyczuć mango czy kandyzowanego ananasa, tak całość grała trzecie skrzypce. Na pierwszym planie prym wiodła wyraźna słodowość oraz nuty trawiaste, będące oznaką chmielenia tego trunku na zimno. W smaku słodowość również wysunęła się na prowadzenie, objawiając się wyraźną biszkoptowością. Wysoka i długa gorycz z pewnością należała do tych przyjemnych, nie wpadając na całe szczęście w zbędną łodygowość. Sam trunek mógłby być co prawda nieco mniej wytrawny, ale ogólne wrażenie wpisuję zdecydowanie na jego plus. Finalnie czas niestety zrobił tutaj swoje i oddelegował chmiel, czyli to, co wiodło prym, na drugi plan.

Powyższe oceny po raz kolejny udowadniają, iż piwa, w jakich chmiel gra pierwsze skrzypce, trzeba pić jak najszybciej. Nie ma co zwlekać, bo czas będzie grał tylko na niekorzyść trunków w stylu IPA czy Pale Ale. Oczywiście wyjątkiem mogą być wersje imperialne tychże, ale to już nieco inna para kaloszy. Ja w każdym razie bardzo dziękuję, że mogłem tych dwóch perełek spróbować – teraz pora zapolować na ich świeższe wersje. Tylko czy będzie to możliwe w Polsce? Jeśli się uda, to dam Wam z pewnością znać.

Chmielobrody poleca – odc. 12

Z jednej strony mamy wiosnę, a z drugiej jednak lato. Dlatego też w najnowszym odcinku „Chmielobrodego poleca” przygotowałem Wam typowy zestaw piw na letnie upały, na żar lejący się z nieba i na ugaszenie pragnienia kilkoma łykami. A przynajmniej ja tak te piwa traktuję (wink wink 😉 ). Tym razem w roli głównej wystąpią:

Westbrook Brewing Co.
Browar Golem
Browar Łąkomin

Chmielobrody kontra BeerLab

Jeżeli ktoś z Was myśli, iż browar BeerLab, po bardzo mocnej ofensywie sprzed dwóch lat, odszedł w niepamięć, ten mocno się myli. Otóż BeerLab ma się bardzo dobrze, a plany właścicieli zakładają dalszy rozwój i rozbudowę browaru, o czym osobiście miałem okazję się przekonać. Dlatego też zapraszam Was na rozmowę o przeszłości, przyszłości i teraźniejszości z Arturem Jakubiakiem i nowym piwowarem, którym został… a zresztą sprawdźcie sami:

Chmielobrody On Tour – Warszawski Festiwal Piwa 2018 (edycja wiosenna)

Echa komentarzy po 8 edycji Warszawskiego Festiwalu Piwa nie cichną. Jedni wróżą koniec ery piwnych festiwali, inni mówią o konieczności zmian, a pozostali… też na pewno jakieś zdanie w tym temacie mają. Ja je również mam, ale to temat raczej na inny czas i formę, więc dzisiaj skupię się na tym, jak WFP 2018 wyglądał, co dobrego wypiłem i co smacznego dorwałem w strefie food trucków. Miało być 10 minut maks, a wyszło jak zawsze (wink, wink 😉 ). A i tak nie zmieściłem wszystkiego, co chciałem (ot chociażby brakuje tutaj doskonałego Lódolfa od ekip Browaru Spółdzielczego i Harpagana). Oglądajcie, komentujcie i oczywiście łapki w górę 😉

Chmielobrody testuje: piwa z Browaru Tenczynek – Kolekcja „P”

Po degustacji Kolekcji Klasycznej z Browaru Tenczynek pora na Kolekcję poświęconą piwnej rewolucji, oznaczoną literą „P”. Jak wypadnie American Wheat, Milk Stout i IPA w konfrontacji z moimi kubkami smakowymi? Czy Browar Regionalny może uwarzyć piwo na poziomie, jaki nie przyniesie wstydu? I w końcu jakie detale przykuły moją uwagę? Tego wszystkiego i nie tylko dowiecie się z poniższego filmu:

Chmielobrody testuje: piwa z Browaru Tenczynek – Kolekcja Klasyczna

Po zmianie właściciela Browar Tenczynek postanowił wzmocnić swoją pozycję na rynku piw rzemieślniczych. No bo jak inaczej tłumaczyć sobie zmasowaną akcję marketingową i wysyp recenzji ich nowych piw? Do tego nowe logo browaru, nowe etykiety i pomysły oraz dwie kolekcje piwne, jakie obecnie są dostępne na rynku (a w kolejce czeka trzecia). Czy jednak możemy mówić o nowej jakości i o nowym rozdaniu? Dzisiaj sprawdzimy to na przykładzie degustacji kolekcji klasycznej, o którą Browar mnie poprosił.