Craft Beer Pub Kielce – DOGRYWKA

Będąc ostatnimi czasy w Craft Beer Pubie nie tylko miałem okazję nagrać materiał o tym, czy ten jedyny multitap w Kielcach ma ręce i nogi (do obejrzenia TUTAJ), ale dodatkowo chwilę pogadałem z Arturem i Szymonem Kaletami o kondycji świętokrzyskiego kraftu. Zresztą rozmawialiśmy nie tylko o tym.

PS
Pamiętajcie o tym, że przy nagrywaniu czasem warto przełączyć dynks mikrofonu zewnętrznego w pozycję „ON” 😉

Reklamy

Chmielobrody testuje – Żubr leżakowany

Zastanawialiście się kiedyś, czy leżakowanie zwykłego, prostego Żuberka ma sens? Ja też nie. Niemniej jakoś tak wyszło, że w moje ręce wpadła puszka z terminem przydatności do spożycia, jaki upłynął ponad dwa lata temu. Co z tego wyszło? I skąd w ogóle ta puszka? O tym wszystkim w nowym filmie:

 

PS
Zrobiłem to, abyście Wy nie musieli!

Chmielobrody On Tour – Craft Beer Pub Kielce

Co najmniej raz w roku odwiedzam rodzinne strony moich rodziców. Mowa o województwie świętokrzyskim. W minionych latach jakoś nie złożyło się, abym po drodze wbił do Kielc. To zmieniło się w tym roku, więc przy okazji odwiedziłem jedyny tamtejszy multitap – Craft Beer Pub. Miejsce o tyle ciekawe, iż właśnie tutaj narodził się w zasadzie Browar Dwóch Braci. Czy sam pub spełnił pokładane w nim przeze mnie nadzieje? Czy jest to miejsce godne polecenia? I czy w końcu znalazłem poduszkę, godną każdej knajpy? Na te i inne pytania odpowiadam w filmie poniżej.

Chmielobrody testuje – AIPA po węgiersku

Zagraniczne wycieczki zawsze sprzyjają poznawaniu innych kultur, miejsc oraz… piw. Dokładnie tak było i tym razem podczas mojej wyprawy na Węgry. Poza degustacjami na miejscu postanowiłem przywieźć ze sobą kilka tematów i porównać, a efekt możecie sprawdzić na filmie poniżej:

Na tapecie pojawiły się piwa z browarów:

Monyo
Fűtőház
Mad Scientist

Pilsy do potęgi trzeciej!

Już dawno temu obiecałem, że jeśli będę nagrywał jakiekolwiek degustacje, to raczej będzie to porównanie kilku tematów, niż solowy test jednego trunku. Oczywiście pojawią się wyjątki, jak chociażby miało to miejsce z Fortunatusem, ale zasada pozostanie zasadą (chociaż ponoć tylko krowa zdania nie zmienia 😛 ). Dlatego też dzisiaj lecimy z pojedynkiem trzech pilsów, reprezentowanych przez browary Hajer, Maltgarden oraz Bury.

Chmielobrody kontra Dwóch Braci

Przy okazji warzenia wspólnego, kooperacyjnego piwa zamieniłem kilka słów z Arturem i Szymonem – braćmi, odpowiedzialnymi m. in. za browar kontraktowy, ale nie tylko. O pokręconych szkłach, planach na przyszłość i o byciu piwowarem-hurtownikiem usłyszycie w najnowszym odcinku „Chmielobrodego kontra…”:

Spowiedź piwowara – Andrzej Kiryziuk (Browar Raduga)

1. Kiedy uwarzyłeś swoje pierwsze piwo domowe?

W 2012 roku

2. Ile warek domowych masz na koncie?

Około 60

3. Czy mimo zaangażowania w swój własny browar nadal masz czas, aby warzyć domowo?

Niestety nie 🙂 Choć ciągle ta potrzeba za mną chodzi i jest chęć powrotu do domowego warzenia. Jednak czasu ciągle brakuje. Jednocześnie testuję w domu niektóre pomysły na nowe piwa. Można w warunkach domowych sprawdzić np. wpływ niektórych owoców lub przypraw na smak i aromat piwa.

4. Jak doszło do tego, że z piwowara domowego zostałeś piwowarem zawodowym?

Myśl o piwowarstwie zawodowym towarzyszyłam mi właściwie od początku, od pierwszego warzenie domowego. Nie chciałem spędzić całego życia w biurze cudzej firmy. Chciałem robić coś nowego, ciekawego, co sprawiałoby mi przyjemność i byłoby dobrym pomysłem na biznes. Od początku czułem, że piwowarstwo może stać się moim nowym zawodem i do tego właśnie dążyłem.

5. Co wiązało się z przejściem z małych na wielkie gary? Jakie trudności napotkałeś po drodze?

Problem w przejściu na duże gary to głównie trudności z adaptacją domowych receptur na warunki browaru. Trzeba dość długo uczyć się różnic między efektami jakie uzyskuje się w warunkach domowych, a jakie osiąga się w browarze z tej samej receptury. Dodatkowo każdy browar jest nieco inny i nawet wycyzelowana receptura daje różne efekty w różnych browarach. Trzeba dobrze poznać sprzęt, na którym się pracuje.

6. Czy piwowarstwo kraftowe to intratny biznes? Żyjesz w 100% z własnego browaru czy jest to zajęcie dodatkowe? Ew. browar to Twoje główne źródło utrzymania, ale mimo wszystko pojawiają się w tle dodatkowe zajęcia?

Intratność tego biznesu zależy od wielu zmiennych 😉 I osobowościowych, i rynkowych, a i odrobina szczęścia się przyda. Z mojej poprzedniej pracy etatowej na rzecz browaru zrezygnowałem bardzo szybko, w okolicach drugiej warki uwarzonej przez Radugę. Ale, tak jak wspomniałem wcześniej, wynikało to z mojego twardego postanowienia, że właśnie to chcę robić w życiu i chcę właśnie taką firmę budować. Poświęciłem się więc temu w 100% i nie potrzebuję w tej chwili posiłkować się innymi źródłami utrzymania.

7. Co poradziłbyś piwowarowi domowemu, planującemu przejście na „zawodowstwo”

Poleciłbym mu, aby na początek zatrudnił się jako pomocnik w jakimś browarze fizycznym (np. takim jak Browar Błonie). Warto na początek brać udział w najprostszych pracach, poznać dobrze sprzęt, jego możliwości i ograniczenia. Zobaczyć na własne oczy jakie na co dzień pojawiają się problemy w browarze, ile jest zmiennych do opanowania podczas produkcji. Po takim doświadczeniu dużo łatwiej dopasować odpowiednio recepturę do warunków browarowych.

Kosmiczny II Festiwal Piwowarów Domowych

Wybierając się na II Festiwal Piwowarów Domowych (FPD) obiecywałem sobie wiele. Zeszłoroczna, wręcz wydawało by się nazbyt pozytywnie rozbuchana opinia o tym evencie zwyczajnie tego ode mnie wymagała. Oczekiwałem organizacji na najwyższym poziomie, piw zwalających z nóg i atmosfery, przez którą nie będzie chciało się wracać do domu. A co finalnie otrzymałem?

Zacznijmy od tego, że jako jeden z prelegentów miałem fory. Nie dość, że plakietka oraz opaska umożliwiła mi wejście na teren festiwalu przed otwarciem bram, tak dodatkowo wspólna podróż na miejsce z Iwoną i Arturem z Hołdy Chmielu pozwoliły na rozejrzenie się po hali Expo w trakcie przygotowywania stoisk. No i tutaj pierwszy szok. To, ile pracy i kreatywności niektórzy wystawcy włożyli w przygotowanie swoich kramów przekroczyło moje najśmielsze oczekiwania. Postapokaliptyczny stragan, wzorowany na grze Fallout? Proszę bardzo! Piwo lane z fortepianu. Ależ czemu nie? Automatyczna piwna fontanna? Jak najbardziej! Piwne akwarium z żywymi rybkami? Nie ma najmniejszego problemu! Do tego cała masa zazwyczaj ręcznie przygotowanych gadżetów, rozdawanych uczestnikom całkowicie za free. No głowa mała! Niech za przykład posłuży mi wspomniana wcześniej ekipa Hołdy Chmielu – u nich można było zgarnąć wypasione otwieracze, drewniane podkładki i zakładki do książek, o kapslach, etykietach, wlepach czy domowych paluszkach z lawendą nie wspominając. Autentycznie zdecydowana większość wystawców włożyła kawał serducha w wizualne przygotowanie się do eventu. Tego na żadnym innym festiwalu piwnym po prostu nie znajdziecie.

Serducha nie zabrakło także w prezentowanych piwach. Poziom serwowanych trunków poszybował tak wysoko, że przebił wszystkie festiwale, na jakich byłem do tej pory (a było tego trochę). Być może One More Beer Festival będzie mógł się równać z FPD, ale to będę w stanie ocenić dopiero we wrześniu. W każdym razie  piwowarzy zwyczajnie w tańcu się nie szczypali i częstowali tym, co mieli najlepsze. Oczywiście nie było mowy o tym, aby spróbować wszystkiego. Blisko 70 piwowarów serwowało ponad 260 piw! Nawet gdybym skosztował po 50 ml każdego, to finalnie w ciągu kilku godzin musiałbym przyjąć ilość równą 26 piwom. Imposibru! I tutaj jedna podpowiedź, bo o ile organizatorzy przygotowali całkiem udaną aplikację webową, gdzie każdy mógł sprawdzić, cóż ciekawego będzie „na kranach”, tak zabrakło opcji umożliwiającej zapisania własnej listy piw, jakich chcemy spróbować. Niby drobiazg, ale jakże ułatwiłby sprawę. Oczywiście sam nie liczyłem ile razy moje skąd inąd udane szkło festiwalowe było uzupełniane, ale w 99% wypadków były to piwa bardzo wysokich lotów.

Moją szczególną uwagę zwrócił Salty Cricket z browaru domowego Halucek, czyli gose z… suszonymi świerszczami. Ba, samych suszonych świerszczy można było spróbować przed degustacją piwa. Co prawda miałem do tej przekąski pewne obawy, jednak finalnie lekko solone „owadzie” chrupki wyszły całkiem smacznie. A piwo? Dla mnie rewelacja – minimalnie słone, rześkie i wpadające nieco w nuty owoców tropikalnych. Dodanych na gotowanie świerszczy nie wyczułem, chociaż pełnia tego piwa swoją fakturę być może zawdzięcza nie tylko dodatkowi soli himalajskiej? Fantastycznie wypadła także Prasłowiańska Grusza od ekipy Elementu Baśniowego. Dodanie do receptury grodzisza gruszek wędzonych drewnem gruszy okazało się pomysłem nad wyraz udanym. Dodatkowo chwilę po 17:00 załoga browaru częstowała uczestników piwnymi goframi z domowym, wędzonym gruszą białym serem, z gruszkowym ratatouille w towarzystwie pędów chmielu wprost z plantacji Polish Hops. Bajka! Równie pyszna okazała się Rey z browaru domowego Alderaan Brewery. Piwo w stylu juicy gose zdobyło nagrodę na najlepsze piwo festiwalu, więc co ja będę więcej pisał. Klasa sama w sobie. Z kolei trzecie miejsce w tej kategorii zdobył Janusz Švach z browaru domowego Garaż za belgian double coffee RIS’a rum & bourbon oak aged. Poziom światowy, kropka. I w ten sposób mógłbym wymieniać jeszcze baaaardzo długo, bo naprawdę większość spróbowanych tego wieczora piw zwyczajnie na to zasłużyło. Niemniej grzechem byłoby nie zwrócić uwagi na tak zacne trunki, jak saison z burakiem od Mody Home Brewery; Krauzę autorstwa Hołdy Chmielu; Sextupla od Kozakovów czy Slight Shock od JZ Browar Domowy. Natomiast dla mnie piwem festiwalu okazało się piwo z browaru La Brasserie En Spirale – Flesh Eating Disco Zombie. Ten mocarny, imperialny milk stout z dodatkiem kokosu zwyczajnie mnie pozamiatał. Kokos został tutaj pięknie wyeksponowany i cudnie zgrywał się z mleczną czekoladą oraz z subtelnymi czerwonymi owocami. Był to jeden z najlepszych RISów, jakich kosztowałem w swoim życiu.

W tym miejscu warto kilka słów poświęcić na organizację FPD. Hala Expo XXI w mojej ocenie spełniła wymagania i po zeszłorocznych upałach, panujących na sali pozostało jedynie niemiłe wspomnienie. Klimatyzacja wyrabiała, miejsca było sporo, a i dostępne dla wszystkich płukaczki ogarnęły kwestie czystości szkła jak należy. Ogromny plus leci za wystawione dystrybutory z wodą. Co prawda ich nieco futurystyczny wygląd niektórych przerósł, doprowadzając do mylenia pojęcia „wodopój” z „płukaczką do szkła”, ale cóż – taki mamy klimat. Na miejscu postawiono także sporych rozmiarów scenę, będącą areną wręczania nagród i części prelekcji. Części, bo Ci z nas, którzy swoje prelekcje mieli zaplanowane przed 15:00 (w tym i moja skromna osoba 😉 ), zostali oddelegowani do narożnej części hali. Wszystko przez otwarcie strefy festiwalowej kilka godzin po zaplanowanym na południe otwarciu bram. OK, rozumiem że część dla firm pewnie cieszyłaby się mniejszym zainteresowaniem, gdyby uczestników od razu wpuścić na stoiska piwowarów, ale jestem przekonany, że można to w przyszłości zaplanować nieco lepiej. I w zasadzie to jedyny element „in minus”, do jakiego mogę się przyczepić, bo nawet strefa food trucków, chociaż niezbyt rozbudowana, tak na pewno była różnorodna i co najważniejsze – smaczna.

II Festiwal Piwowarów Domowych przeszedł do historii, ale ja już nie mogę doczekać się jego trzeciej odsłony. Wierzcie mi – wszystkie hurra optymistyczne komentarze na jego temat nie są przesadzone, bo tak oto mamy chyba najlepszy piwny festiwal w tym kraju. Po raz kolejny sprawdziła się formuła płacisz raz, pijesz ile chcesz. Po raz kolejny PSPD zorganizowało event najwyższych lotów. Po raz kolejny piwowarzy domowi pokazali, że są solą kraftu, a swoimi piwami często ten komercyjny kraft przewyższają. Chylę się w pas i do zobaczenia za rok!

PS
Pełna fotorelacja pojawi się jutro na fanpage’u facebookowym.