Szybki Strzał – Odc. 19

Jakiś czas temu otrzymaliśmy razem z Panią Kapitan paczkę z rąk własnych ekipy Browaru Gzub. I fajnie, bo jakoś nie miałem okazji bliżej przyjrzeć się ich pomysłom. A jak pomyślę, że to właśnie Gzub odpowiada za najbardziej wychillowany festiwali kraftowy w Polsce, to jakoś tak głupio nie wiedzieć, co w ich butlach piszczy.

Tym samym zapraszam na ostatni odcinek „Szybkiego strzału” – coś się kończy, coś się zaczyna, więc jeśli nadal chcecie poczytać o tym, co myślę o piwach, to zapraszam na fanpage Facebookowy albo na konto na Instagramie. Natomiast nie bójcie nic o samego bloga – nie zamierzam rzucać pisania, ale wolę ten czas poświęcić na tematy w mojej ocenie istotniejsze 🙂

Relaks (Stout Czekoladowy z borówką amerykańską)

Jak tak sobie wyobrażę połączenie czekolady, borówki amerykańskiej i stoutu, to wszystko w tym wyobrażeniu mi się zgadza. Pewnie dokładnie tak samo pomyślała ekipa Gzuba i uwarzyła Relaks. Piwo w swoim pomyśle trafione, tylko czy tak łatwe do wykonania? Chyba nie do końca. Borówka amerykańska, mimo iż pyszna, to jednak niezbyt wdzięczna w formie dodatku do piwa. W aromacie totalnie się straciła, a w smaku zagrała siedemnaste skrzypce. To chociaż może czekolada sprawę uratuje? Też nie do końca, bo zostaje przykryta przez smak i aromat taniej kawy. A to wszystko w towarzystwie popiołowej, nieco męczącej goryczy. Dało się wypić, bo delikatna kwaskowość nieco całość odświeżyła, ale ogólnie… no szału nie było.

 

Billy (Weizenbock)

Lubię pszeniczne koźlaki. Szczególnie że tych jak na lekarstwo w polskim krafcie, więc jak tylko coś mi się rzuci w oczy, to chętnie doń sięgam. I wtedy wchodzi Billy, cały na biał… a nie, czekaj! Dlaczego piany mamy w nim jak na lekarstwo? I coś mi tutaj niezbyt ładnie pachnie! OK, są goździki, melanoidyny i wyraźna słodowość, więc pachnie jak Koźlak! Tylko o co chodzi z tym czającym się w tle aromatem kiszonej kapusty? W smaku na szczęście oznak zakażenia nie wyczułem, ale też nie jest tak, jakbym tego oczekiwał. Nieco wątłe ciało Billy’ego potęguje zerowe nagazowanie, więc nawet te biszkopty i trochę tostów sprawy nie ratują. Czyżby butelka gdzieś po drodze się rozszczelniła? No bo nie wierzę, że browar wypuścił na rynek piwo w takim stanie. Gzuby, powiedzcie że mam rację!

 

Galo (Owsiane West Coast IPA)

Ci z Was, którzy czytają mnie regularnie wiedzą, że uwielbiam West Coasty. To kolejny styl, jakiego jestem fanem, a którego zwyczajnie brakuje na sklepowych półkach. I tutaj znowu były nadzieje na pozycję, wzbogacającą portfel tegoż „gatunku” w całym wolumenie sprzedaży. I ok, o ile Galo faktycznie jest piwem wyraźnie wytrawnym na finiszu, tak całościowo kojarzy mi się z owocowymi Brut IP-ami, gdzie potężne chmielenie na aromat daje wyraźnie słodkawe wrażenie w odbiorze. Plus dla Galo leci za konkretną goryczkę, ale mogłaby być ona nieco mniej łodygowa. Niestety zapach wypada już ciut słabiej – jest fajna cytrusowość, ale pojawia się też wyraźne utlenienie o charakterze mokrego kartonu. Nie o takie West Coast IPA walczyłem!

 

Time Goes By (Rabarbar Gose)

Jaka pogoda za oknem jest, każdy widzi. I taka oto pogoda raczej nie zachęca do sięgania po piwa kwaśne, lekkie i rześkie. Lepiej wziąć coś, co nas solidnie ogrzeje, prawda? By-zy-dura! Przecież kraft łamie schematy, więc czemuż nie uraczyć się w piękny, zimowy wieczór kwaśnym, rabarbarowym gose? Zwłaszcza iż Time Goes By naprawdę daje radę! Mocno owocowy aromat, w którym pierwsze skrzypce gra rabarbar fajnie współgra z subtelną słodowością trunku. Jest kwaśno, jest ciut słonawo i jest rześko. Owoce dają radę, sól delikatnie podbija ciało, czyniąc całość bardzo pijalną i malującą szeroki uśmiech na twarzy. I takie gose to ja rozumiem!

Reklamy

Szybki Strzał – Odc. 18

Spieszcie się kochać „Szybkie Strzały”, bo tak szybko odchodzą. Tak, to jeden z ostatnich, a konkretnie przedostatni odcinek tej serii. Oczywiście nadal będę pisał o piwie, ale będzie się to odbywało w nieco innej formie, o czym będziecie mogli dowiedzieć się już z najbliższego vloga.

Tymczasem rzućmy okiem na kilka wybranych pozycji od zeszłorocznych debiutantów. Mowa w tym miejscu o Green Head Brewery, który to browar wyrósł na zgliszczach browaru Kadyk. Jedziemy!

Green Shot (Tropical Frutit Ale)

Po tym piwie nie spodziewałem się wiele. Ot lekki ale z dodatkami, więc cóż tu mnie może zaskoczyć? I faktycznie nie jest to trunek, jaki powali nas na kolana. Aromat mango i żywicy fajnie współgra z wyraźną bazą słodową, a lekko kwaskowa marakuja mocno podbija rześkość w Green Shot’cie. Piwo jest bardzo pijalne, z lekko zaznaczoną goryczką oraz z zaskakująco pełnym ciałem jak na 11,5° BLG. Ot przyjemna rzecz, bez cmokania, ale i bez wad. Pod meczyk idealne.

 

Green Part (Hazy APA)

Ooooo Panie, ależ to piwo pachnie! Niby „zwykłe” APA, ale co to się tutaj wyprawia, to ja nawet nie. Typowo chmielowy aromat granulatu, który uwielbiam, pięknie komponuje się z konkretną owocowością pomarańczy i grejpfrutów. Aromat jest tak „soczysty”, że ślinianki od strzału podwajają obroty. Cytrusy mamy też w smaku, co z lekką żywicznością i ziołowością chmielu daje rewelacyjny efekt. Umiarkowana goryczka, lecąca w stronę wysokiej i ten chmielowy przepych zwyczajnie mnie rozbroiły. A skoro tutaj tyle się dzieje, to co będzie w IPA?

 

Green Experiment (Hazy IPA)

No więc jak to z tym India Pale Ale od Green Headów będzie, skoro APA tak chmielem rozdała? Aromat jest ok. Cytryna, grejpfrut, trochę żywicy, ale jednak jest mniej intensywnie, iż w Green Party. Przyjemnie, miło, fajnie, ale poczułem się tak, jakby mi ktoś etykiety podmienił. W końcu to IPA powinna być bardziej chmielowa, prawda? W smaku Green Experminet daje radę. Mimo sporej wytrawności ciała jest dość sporo i za to duży plus. Są cytrusy, jest niezła goryczka i ogólnie mamy tutaj kawał porządnego piwa, jednakowoż degustowane zaraz po AP-ie wypada nieco słabiej.

 

Green Invasion (American IPA)

I w końcu „last, but not least” – American IPA! Tylko czy aby na pewno „not least”? OK, jak na amerykańca przystało mamy tutaj w zapachu trochę owoców egzotycznych, fajną biszkoptowość i szczyptę cytrusów. Faktura Invasiona jest całkiem gładka, w smaku owocowość jest odpowiednio zaznaczona, goryczki odmówić mu nie można, ale… No właśnie jest jedno, konkretne „ale”. Utlenienie. W aromacie czuć wyraźnie lekko słodkie i mdłe akordy, które także można wyczuć po kilku łykach. Green Invasion to najsłabsze piwo z całej czwórki, gdzie charakter chmielu zatracił się gdzieś w zbytnim utlenieniu się piwa. Szkoda, bo potencjał jest.

Szybki Strzał – Odc. 17

Dwanaście miesięcy minęło jak z bicza strzelił. I tak oto znowu szykujemy się do świętowania nadejścia Nowego Roku; jedni robią postanowienia noworoczne, inni podsumowują te ostatnie 365 dni, a ja stwierdziłem że 2018-ty zakończę szybką recenzją trzech piw, jakie całkiem niedawno wpadły w moje ręce. Na prywatną i osobistą rewizję minionego roku jeszcze przyjdzie czas, bo teraz, proszę Państwa, pora szykować się na bal! A na balu może wychylicie toast jednym z poniżej opisanych piw?

Nook – Tea Time (Earl Grey IPA)

Browar Nook to świeżynka na polskiej scenie piwnego kraftu. Ci kontraktowcy, o ile mój reaserch nie kłamie, mają na swoim koncie 5 różnych piw, co w mojej ocenie jest wynikiem całkiem dobrym, jak na początkujący team. Pod swoją lupę postanowiłem wziąć ich interpretację IPA z herbatą Earl Grey. Jako fan Panakei po prostu lubię połączenie aromatu bergamotki z solidną goryczką i cytrusami. Zapach Tea Time’a od razu odsłania karty i bez najmniejszych wątpliwości możemy wyczuć w nim rzeczone tematy herbaciane. Do tego szczypta pomarańczy, lekka żywiczność oraz landrynkowa słodycz. Kompozycja aromatyczna jest tutaj całkiem zgrabna, ale zdradza to, czego ja staram się jednak w tego typu piwach unikać. Słodycz, bo o niej mowa, o ile pojawia się w „ajpiejach” powinna być skontrowana solidną goryczką. I właśnie tejże goryczki w tym trunku mi brakuje. OK, wrażenie konsumpcji lekko osłodzonego, mocnego Earl Grey’a z dodatkiem pomarańczy jest w porządku i pewnie znajdzie się wielu, którym takie podejście zasmakuje, jednakowoż ja do tej grupy się nie zaliczam. Zabrakło mi w Tea Time’ie balansu, bo ogólnie jest to piwo całkiem przyjemne, pozbawione ewidentnych wad, ale wypłukane również z odpowiednio dobranej goryczy. No cóż, może w kolejnej warce?

PS
Minus za brak informacji na kontr-etykiecie o miejscu warzenia 😉

 

Mikkeller – Hazeside IPA (DDH IPA)

Browaru Mikkeller większości beer geeków przedstawiać raczej nie trzeba, więc w tym przypadku skupmy się stricte na zawartości butelki. A jest nią świeżutkie DDH IPA Hazeside. Przyznam szczerze – do skrótu DDH mam lekko ambiwalentny stosunek. Z jednej strony mam świadomość, iż podwójne chmielenie na zimno „robi robotę”; z drugiej zaś wiem, że piwowarzy stosowali tę metodę już wcześniej, bez zbędnego epatowania tymże w nazwach i na etykietach. Marketing odstawmy jednak na bok i zerknijmy, czym nasz nos raczony jest przez opisywaną tutaj pozycję Duńczyków. Na pewno nie można odmówić jej soczystości, podbijanej cytrynowo-pomarańczowymi akordami. Jednakowoż całość nie jest aż tak intensywna, jakbym się mógł tego spodziewać. W smaku Hazeside dość wyraźnie odwzorowuje swój aromat, oplatając go dodatkowo umiarkowaną, niezbyt nachalną goryczką. Duży plus za przyjemnie pełne i gładkie ciało, co zdecydowanie podwyższa przyjemność degustacji. Tylko czy w dobie skomasowanego ataku „de-de-haczy” Mikkeller czymś się wyróżnia? Otóż nie, a dodatkowo na polskim rynku z palcem w nosie znajdę kilka pozycji co najmniej tak dobrych, jak opisywany trunek. Jest smacznie, solidnie i przyjemnie. Tylko tyle i aż tyle.

 

Hopick – Vankka (New England SH IPA)

Na koniec kolejny beniaminek w tym zestawieniu, czyli Browar Hopick. Muszę przyznać, iż ta śląska załoga nie miała szczęścia przy starcie. Pierwsze ich piwo poszło w kanał, nie spełniając wymagań piwowara. Kolejne, na jakie trafiłem okazało się zakażone dzikusami (wariant butelkowy) i uciekało z butelki z prędkością mknącego TGV. A jak wyszło z Vankką? Ten single hop, przygotowany w oparciu o jeszcze mało znany w Polsce chmiel Pekko w mojej ocenie spełnia pokrywane w nim nadzieje. Po pierwsze doskonale pachnie. Mamy tutaj wyraźne nuty mango, ananasa i cytryn, którym przygrywają akordy żywicy i ziołowość chmielu. Oj często wsadzałem swój wścibski nochal w szkło, aby delektować się tym aromatem. Z kolei w smaku prym wiodą tropiki, otulone subtelną goryczą. I byłoby idealnie, gdyby nie lekkie przegazowanie. OK, trochę drapie w przełyk, ale wystarczy kilka razy solidnie zakręcić szkłem, aby poczuć fajną i przyjemnie gładką fakturę trunku. Jak tylko browar dopracuje ten drobiazg, to otrzymamy piwo na światowym poziomie. Niemniej już teraz chylę czoła.

Szybki Strzał – Odc. 16

Miesiące i tygodnie mijają, a na półkach sklepowych nowych pozycji kraftowych nie brakuje. I chociaż w dzisiejszym zestawieniu pojawią się piwa, okupujące już jakiś czas rynek piw rzemieślniczych, tak jeśli na nie traficie, to można zakupy przemyśleć – głównie z racji stylów, w których ultra świeżość nie jest mocno wymagana. No może poza pilsem, ale to już inna historia. Jadziem!

Szpunt – Supernova (peated pils with smoked plum)

Ci z Was, którzy uważnie śledzą moje poczynania zapewne wiedzą, iż jestem fanem piw wędzonych. Uwielbiam też solidne pilsy, a połączenie obu to już dla mnie ambrozja i miód na serce. Oczywiście o ile ktoś, gdzieś, czegoś po drodze nie spartaczy. Na szczęście w przypadku Browaru Szpunt jestem zazwyczaj spokojny o formę ich piw. Nie inaczej jest w przypadku Supernovej. Ten doskonały pils od razu atakuje nasz nos przyjemną, ogniskową wędzonką, co w połączeniu z aromatem śliwek daje naprawdę przyjemny efekt. Profil słodowy nie ucieka w krzaki, tylko dumnie stoi wespół z torfowo-owocową zgrają. Całość jest bardzo rześka, niezwykle pijalna i przyjemnie goryczkowa. W mojej ocenie to najlepszy, torfowy pils, jakiego miałem okazję pić. A umówmy się – konkurencję ma srogą 😉

 

Stu Mostów – Imperial Stout Nitro

Swego czasu Browaru Stu Mostów miał u mnie dość niskie notowania. Wypuszczali przeciętne piwa, a i mocniejsze wpadki się zdarzały. Na szczęście tę historię chyba możemy powoli włożyć między bajki, czego potwierdzeniem będzie Imperial Stout Nitro. Po pierwsze piwo po prostu doskonale pachnie – są orzechy, jest czekolada, subtelna nutka wanilii i paloność oraz absolutny brak alkoholu. Smak też trzyma poziom. Mleczno-czekoladowe akordy świetnie współgrają z genialną gładkością i pełnią trunku. Na finiszu pojawia się klasowe espresso, kojarzące się z najlepszymi, włoskimi kawiarniami (w których nigdy nie byłem, ale widziałem na zdjęciach i czytałem w internetach, wink, wink 😉 ). Tylko ten alkohol ciut zbyt mocno gryzł mnie w przełyk, ale kto wie – może się poukłada? W każdym razie piwo to po prostu solidny RIS, w którym azot robi genialną robotę. Zresztą zobaczcie sami:

 

Profesja – Pirat (Baltic Porter Porto Barrel Aged)

Podstawki profesyjnego Pirata miałem okazję kosztować na jednym z katowickich festiwali. Wtedy wypadł całkiem przyzwoicie, więc mocno zaciekawiły mnie warianty BA, których mamy aż trzy. Na pierwszy ogień poleciał trunek, leżakowany w beczce po Porto. Czekolada, kwaskowe nuty winne i czerwone owoce to aromaty całkiem przyjemne, aczkolwiek nie do końca ta kompozycja zapachowa trafiła w mój gust. W skrócie – jest ok, ale bez szału. Czas spędzony w beczce po winiaku dość mocno też piwo uwytrawnił i podniósł jego cierpkość. W połączeniu z czekoladą i orzechami daje to interesujące połączenie, ale chyba spodziewałem się czegoś bardziej tęgiego. Pirat po Porto z pewnością znajdzie swoich wielbicieli, ale ja do tej załogi raczej się nie zaciągnę.

Chmielobrody kontra Kattowitzer Brauhaus (Marek Rendchen)

Jeżeli miałbym wskazać na tym łez padole największego miłośnika klasycznych, piwnych stylów niemieckich, to z pewnością będzie to Marek Rendchen. Piwowar browaru domowego Kattowitzer Brauhaus, współpracujący onegdaj z browarem Kraftwerk oraz ultra-fan zespołu Rammstein. I to właśnie on jest gościem w kolejnym odcinku „Chmielobrodego kontra…”, gdzie poruszymy m. in. sprawę stoutu z kiszonym śledziem i wrzucimy do kadzi trochę rozgrzanego granitu. W jakim celu? Tego dowiecie się z poniższego filmu.

Porterowy Browar Garaż

Z piwowarstwem domowym jest tak, że prezentuje ono bardzo zróżnicowany poziom. Serio, literalnie zdarzają się w nim paście, od których można umrzeć, piwa przeciętne, dobre, wybitne i takie, które spokojnie mogą nosić znamiona tzw. sztosów. A im bardziej utytułowany piwowar, tym szansa na zdobycie sztosa rośnie. I dokładnie tak jest w przypadku Browaru Domowego Garaż, za którym stoi niejaki Janusz Švach. Mnóstwo pucharów, wygranych w konkursach i opinia jednego z najlepszych piwowarów domowych w Polsce spowodowały, iż otrzymując pakiet kilku „bałtyków” autorstwa samego Janusza wypieki pojawiły się na mojej twarzy. Czy słusznie? Sprawdźmy!

 

Porter Bałtycki – Śliwka Wędzona 22°

Tutaj od razu było wiadome, iż wędzona śliwka zagra pierwsze skrzypce. I faktycznie tak jest. Piwo pachnie prześlicznie! Na szczęście w dominujących akordach tego czerwonego owocu swobodnie odnajdziemy przyjemną czekoladowość. Wędzonka nadaje piwu fajnego charakteru i, co ciekawe, przypomina ona aromat znany mi z piw, leżakowanych z płatkami dębu. Sam trunek jest niezwykle pełny, intensywny, czekoladowo-śliwkowy, z lekko kwaskowymi nutami. Duży plus za ledwo wyczuwalny alkohol. Jest dobrze. A nawet bardzo dobrze!

 

Smoked Baltic Porter 22°

Kolejna pozycja i kolejna wędzonka. Tym razem jednak ma ona charakter stricte dymny, a całość uzupełniają aromaty czekolady, śliwki oraz nuty cherry. W zapachu alkoholu nie uświadczymy. Smak to z kolei przyjemne tematy kakaowo-wiśniowe, kojarzące się wyraźnie z pralinami, wypełnionymi subtelnym likierem. Dym jest wyczuwalny, nadając piwu przyjemnego sznytu. Jeśli miałbym sklasyfikować ten trunek, to z pewnością trafił by on na półkę piw deserowych. Świadczy o tym zarówno smak, zapach, jak i genialna, gładka faktura tegoż porteru. Brawo!

 

Porter Bałtycki 22°

Przyszła pora na klasykę gatunku, czyli po prostu „najzwyklejszy” porter bałtycki 22 plato. Pikanterii dodał przy nim fakt, iż piwo było rozlewane w 2016 roku. Co przez ten czas się w nim wydarzyło? Zapach to sporo orzechowej czekolady, muśniętej odrobiną śliwek i jeżyn w towarzystwie kilku kropel sosu sojowego. Nie powiem, jest przyjemnie, szczególnie iż czekolada i owoce pojawiają się również w smaku. Całości jednak brakuje nieco ciała i słodyczy. Osobiście wole nieco mniej wytrawne bałtyki. Ogólnie z pewnością jest to bardzo stylowy i smaczny porter, ale przy pozostałych „kolegach” wypada dość przeciętnie.

 

Imperial Baltic Porter Porto Oak Aged 28.5°

Tym razem to już nie przelewki, o czym świadczy konkretny balling, wykręcony na poziomie 28,5°. Dodatkowo piwo leżało sobie z płatkami dębowymi, macerowanymi w porto. Brzmi dobrze? I to jeszcze jak! Aromat raczy nas prawdziwym koncertem czerwonych owoców. Są tutaj wiśnie, jeżyny oraz szczypta śliwek. Całości rewelacyjnie przygrywają taniny dębowe, oplecione nutami porto oraz czekoladowymi pralinami.  Alkohol? No niby jest, ale pojawia się on tutaj pod tak przyjemną postacią, że grzechem byłby jego brak. W smaku piwo jest równie złożone, co w aromacie. Pojawiają się w tym miejscu czerwone owoce oraz czekolada, co w całość przywodzi skojarzenia z czekoladkami Mon-Cheri. Faktura trunku to czysta, pełna i gładka poezja. Na podsumowanie nie można przy tym piwie użyć innego słowa, jak sztos!

Chmielobrody On Tour – BroPub by Brokreacja

Będąc aktywnym muzykiem koncertowym (a w moim wypadku raczej muzykantem) trzeba często liczyć się z pewnymi drobnymi niedogodnościami. Oczywiście temat ten nie dotyczy tych u szczytu świecznika, ale mała kapela, pokroju np. J. D. Overdrive, w której autor niniejszego tekstu się udziela, często mierzy się z różnorakimi trudnościami. Jedną z nich są wczesne próby dźwięku. Wiecie, trzeba pojawić się rano na scenie, zagrać próbę, a potem kisić się w klubie lub okolicy do wieczora. Najbogatsi mogą wrócić sobie do hotelu, pójść na masaż albo do sauny. Maluczcy niestety ten czas muszą zagospodarować w inny sposób. I tak też było w miniony weekend, kiedy to soundcheck skończyliśmy przed drugą po południu, a na scenie mieliśmy pojawić się ponownie w okolicach 21:00. I co tu robić na krakowskim Kazimierzu przez tyle godzin? Na pewno trzeba coś zjeść! A skoro mieliśmy rzut beretem do Bropubu, czyli autorskiej knajpy browaru Brokreacja, tak też postanowiliśmy połączyć przyjemne z przyjemniejszym, a więc szamanko z kraftowym piwem.

Sam pub znajduje się w bramie jednej z krakowskich kamienic, ale na szczęście nie sposób tutaj nie trafić. Przy głównej ulicy wisi baner, a na chodniku stoi potykacz. Sama knajpa co prawda nie należy do największych, lecz nie sposób odmówić jej uroku. Świetnym pomysłem jest wypuszczone na wewnętrzny dziedziniec kamienicy patio, które działa również zimą. Ktoś mógłby pomyśleć, iż otoczone jedynie przezroczystym i cienkim tworzywem miejsce przy niskich temperaturach nie ma sensu, niemniej zastosowane w tym miejscu patenty grzewcze robią robotę (wiem, bo byłem 😉 ). Dodatkowo przed wejściem znalazło się jeszcze miejsce dla kilku leżaków, firmowego parasola, a w środku można przycupnąć przy kilku stolikach z krzesłami. Ze ścian spoglądają na nas znane z butelek postaci, autorstwa Filipa Kuźniarza, dodając temu miejscu niezbędnego charakteru.



Nudy nie ma również na kranach, których jest aż szesnaście. Jak na patronacką knajpę przystało większość pozycji to piwa z katalogu Brokreacji, ale oczywiście zdarzają się wyjątki na specjalne okazje. Tym razem jednak cała paleta piw należała do lokalsów. No chyba że ktoś miałby ochotę na coś mocniejszego, to wtedy proszę bardzo – wybór w tym zakresie był w mojej ocenie wystarczający. Nim okiełznałem szamę postanowiłem uzupełnić elektrolity dużą szklanką przygotowanego na katowicki Tattoo Konwent Devil Inka. Piwo okazało się nad wyraz przyjemną Session Red IPĄ, z odpowiednim charakterem, goryczką i cytrusami w aromacie. Karmel nie dominował, co wpisuję na zdecydowany plus. Ot przyjemne piwo do sączenia w gronie znajomych bez zobowiązań.

Devil Ink

Piwo piwem, ale przyszliśmy przecież coś zjeść. Wybór paszy być może nie położył nas na kolana, ale dla tego typu przybytków jest on wystarczający. W karcie znajdują się cztery burgery, trzy quesadille, zapiekane ziemniaczki, krążki cebulowe, frytki z batatów oraz krewetki tygrysie. Tyle i aż tyle. Chwila zastanowienia i za chwilę na stole przede mną pojawił się The Miner Burger, czyli 150 gram soczyście wysmażonej wołowiny, zamkniętej w czarnej bule z dodatkami, wśród których peklowany burak i czerwona cebulka zrobiły mi dzień. OK, co prawda bułka była nieco zbyt przesuszona, ale wspomniane wcześniej buraki i cebulka w towarzystwie sosu abado pozwoliły przymknąć oko na ten drobiazg. Burger został podany z dwoma pysznymi sosami oraz z ziemniaczkami, opiekanymi w papryce. I to wszystko za jedyne 25 zł.  Szkoda jedynie, że obsługa nie pyta o stopień wysmażenia mięsa, bo jednak fajnie jest mieć wybór. No i nie każdy lubi wołowinę wysmażoną w stopniu medium. Całościowo jest jednak dobrze z plusem i zapewne ponownie sięgnąłbym po tego samego burgera gdyby nie fakt, iż Bropub planuje go wycofać. Szkoda, ale ponoć czarna buła w Krakowie nie jest chodliwym tematem. Aczkolwiek ekipa siedząca obok nas zamówiła kilka sztuk tego cuda, więc może załoga zmieni decyzję? Zobaczymy.

I w zasadzie w tym miejscu mógłbym przejść do podsumowania, ale do mojego szkła powędrowały jeszcze dwie pozycje z katalogu Brokreacji. Pierwszą z nich był premierowy Polskoe Shampanskoye, czyli Imperial New England Grodziskie, uwarzone w kooperacji z rosyjskim browarem Victory Art Brew. Piwo niezwykle rześkie, przyjemnie owocowe i całkiem fajnie podwędzone. Co prawda wędzonki życzyłbym sobie więcej, ale pełnia tego trunku, jego faktura i smak wynagradzały ten mały ubytek. Butelka ponoć lepsza, co zamierzam oczywiście sprawdzić. Na koniec zmierzyłem się z tegoroczną edycją Battle Mastera – Barley Wine’em, leżakowanym z płatkami dębowymi, macerowanymi w Bourbonie. Piwo wyszło bardzo przyzwoicie, ale będąc pochłoniętym rozmową z „bdb” kolegami z kapeli zwyczajnie za słabo się nad nim skupiłem, aby móc je obiektywnie ocenić. Wiem że z pewnością mi smakowało, a na zbliżającym się WFP uzupełnię wiedzę na jego temat.

Polskoe Shampanskoye

 

Battle Master 2018

Bropub to miejsce idealne na luźne spotkania ze znajomymi przy szklance dobrego piwa. Knajpa ma swój charakter, co w połączeniu z niezłą kuchnią i całkiem atrakcyjną okolicą w postaci krakowskiego Kazimierza czyni ten multitap lokalizacją „must-visit” na mapie małopolskich pubów. I dołóżcie do tego wszystkiego możliwość oglądania na ogromnym ekranie różnorakich zmagań sportowych. Fajnie? No dla mnie nawet bardzo. Polecam tego allegrowicza!



Szybki Strzał – Odc. 15

Patrząc na coroczne statystki, jakie przygotowuje Piwna Zwrotnica, można zauważyć dość naturalne ruchy na scenie browarów rzemieślniczych. Część podmiotów się zamyka, część przekształca, a część otwiera. Ot normalny cykl życia, charakterystyczny dla większości rynków. I o ile o tych zamykających się zazwyczaj mało kto pamięta, tak nowe inicjatywy częściej zwracają na siebie swoją uwagę. Przynajmniej ja tak mam, że chętnie sprawdzam formę nowych browarów na kraftowej mapie Polski. Stąd też dzisiejszy „Szybki strzał” poświęcony jest trzem nowym graczom na rynku – browarom Beer Architect, Mintaka oraz Funky Fluid. Jedziemy!

Beer Architect – New England Myths (NEIPA)

To, co przykuło moją uwagę w tym piwie, to etykieta. Grafika, oparta na iluzji optycznej w mojej ocenie po prostu robi robotę. Niestety nieco inaczej sprawa wygląda z zawartością, która zaatakowała mnie zaraz po otwarciu kapsla. OK, być może nie był to gushing, jaki przyozdobiłby mój sufit, ale jednak nawet po przelaniu części trunku do szkła piana nie przestawała wyciekać z butelki. Szkoda, bo to piwo zdecydowanie dobrze rokowało. Wokół kieliszka unosiły się nuty cytrusów, od razu można było wyczuć lekką słodycz owoców, ale w tle nieśmiale do głosu dochodziły klimaty brettowe. Smak zdawał się potwierdzać moje przypuszczenia, bo lekkie nuty funky towarzyszyły mi do końca degustacji. W sumie wypiłem to piwo do dna i nawet mocne wysycenie jakoś bardzo nie przeszkadzało, ale mimo wszystko kompozycja całości nie do końca wyszła na plus. Szkoda, bo czuć w tym pomyśle spory potencjał. Może następnym razem?

 

Mintaka – Mira Ceti (Blackberry & Currant APA)

Pisanie o piwie nie jest proste. Żeby tekst był w jakikolwiek sposób atrakcyjny trzeba w nim znaleźć jakiś punkt zaczepienia, ciekawą historię, szczegół, detal, cokolwiek, co przykuje uwagę czytelnika do tekstu na dłużej. Bardzo podobnie jest z piwem. To jego smak i aromat pozwala nam cieszyć się zawartością szkła. Niestety z Mirą Ceti jest jak z tym tekstem. Nie znalazłem w tym piwie żadnego punktu zaczepienia. Niby czuć w aromacie porzeczkę, jest szczypta cytrusów i wyraźna baza słodowa, ale całość jest… nijaka i trochę pusta. Odczucia po kilku łykach co prawda odrobinę się poprawiają, bo do całości dochodzi lekka kwaskowość i cierpkość, ale ogólnie nuda Panie, jak w polskim filmie. A można było odważniej, można było intensywniej, można było mocniej. Osobiście czekam na poprawiony wariant tego piwa, bo jeśli będzie on podkręcony, to ja to kupuję. A póki co – meh.

 

Funky Fluid – Gonna Be Late (West Coast IPA)

Lubicie Funk? Ja bardzo! No ok, może nie jestem jakimś ultrasem, ale zwyczajnie lubię pobujać się czasem do Jamiroquaia czy innego Jamesa Browna. Lubię też West Coasty. I to bardzo! Dlatego też nie mogłem sobie odmówić wypicia „Gonna Be Late”. Szczególnie iż dobrych West Coastów to u nas jak na lekarstwo. Owszem, obawy były, bo jak pokazuje przykład dwóch piw opisanych wyżej, nie każdy świeżak, do których zalicza się browar Funky Fluid, odnotowuje udany start. No ale to, co się tutaj odjaniepawliło, to ja, Proszę Państwa, nawet nie! Jakże to piwo pachnie! Ono wręcz bucha wuchtami chmielu, wrzuconymi przez piwowara do kotła podczas warzenia. Mamy grejpfruty, są pomarańcze, jest żywica i turbo chmielowość. Jeśli mieliście kiedyś okazję powąchać granulat chmielowy, to będziecie wiedzieli, o czym mówię. Gonna Be Late jest oczywiście wytrawny, jak na rasowego West Coasta przystało! Do tego mamy tutaj wyraźną owocowość, wysoką goryczkę i całkiem przyjemne ciało, jak na ten styl. Tutaj wszystko gra tak, jak u wspomnianego wcześniej Jamesa Browna! I jedyne czego mi brakuje, to Mosaic. Oj jakże byłoby to piwo idealne, gdyby opleść je subtelną mgiełką nafty. Ach rozmarzyłem się. Funky Fluid – dobra robota, bo będę do tego piwa z pewnością wracał.

Mikkeller – Mother Nuclear Puncher Assault, czyli nie tylko o piwie!

Podczas ostatniej ankiety, przeprowadzonej na Instagramie, zadecydowaliście iż na blogu powinno pojawiać się więcej recenzji piw zagranicznych. A kiedy lud mówi – ja słucham! Stąd też całkiem niedawno sięgnąłem po dwa tematy z arsenału browaru Mikkeller, które dodatkowo elegancko wpisują się w muzyczną stronę mego żywota. Mam tutaj na myśli chmieloną hybrydowymi chmielami Double IPĘ Nuclear Hop Assault oraz marakujowe „ajpiej” Mother Puncher. Pierwsze z tych piw powstało dla kapeli Nuclear Assault, a drugie dla przyjemniaczków z Mastodona. No nie może być lepiej, prawda? Czy jednak aby na pewno?

 

Mikkeller – Mother Puncher (Passionfruit IPA)

 

 

Marakuja to jeden z ciekawszych dodatków, idealnie pasujących moim zdaniem do dobrze nachmielonych piw. Co zresztą znajduje potwierdzenie w Mother Puncherze. Zapach marakui jest tutaj bardzo wyraźny, lekko kwaskowy i solidny. Fajnie łączy się z zapachem dojrzałego mango, aczkolwiek chmiel zszedł tutaj na drugi plan, przygrywając gdzieś tam na n-tych z kolei skrzypcach. Samo piwo jest lekko słodkawe, nieco kwaśne od dodanego owocu, ale nie można zabrać mu wyraźnej owocowości. Generalnie fajnie by było, jakby gorycz wybiła się tutaj na wyższy poziom, ale nie jest najgorzej. Finalnie Mother Puncher to z pewnością przyjemne piwo, ale oczekiwałem od niego o wiele więcej. Trochę jak z płytą The Hunter Mastodona – niby fajna, ale mi jednak czegoś w niej brakuje.

 

 

Mikkeller – Nuclear Hop Assault (Imperial IPA)

 

 

Przyznam szczerze – zespół Nuclear Assault znam tylko z nazwy. Ale czy to ważne? Absolutnie nie. Podobnie jest z tematem chmieli hybrydowych. Niestety nie udało mi się odnaleźć informacji o tym, na czym dokładnie polega tutaj ta hybrydowość. Szkoda. Niemniej jak to się ma do samego piwa? Czuć niestety, iż Nuclear Hop Assault dni swojej świetności ma już za sobą. Prym w aromacie wiedzie baza słodowa, a utlenienie w stronę miodu przywołuje w duszy uczucie tęsknoty za czasami, kiedy chmiel mógł grać w tym miejscu pierwsze skrzypce. OK, niby gdzieś tam w tle majaczą owoce egzotyczne, ale czy jest to poziom chmielowo-nuklearnego ataku? No raczej nie sądzę. Do tego pojawiają się akordy alkoholu, więc ogólnie zapach piwa nie prezentuje się oszałamiająco. Smak wypada o niebo lepiej. Piwo jest solidnie i przyjemnie nachmielone na goryczkę, a lekka owocowość fajnie komponuje się z wytrawnym charakterem Nuclear Hop Assaulta. Tylko ponownie ten alkohol nieco przeszkadza. Domyślam się, że to piwo jako „świeżak” wypadało o wiele lepiej. W tej formie jest co najwyżej przeciętne.

 

 

I w tym miejscu dochodzimy do sedna sprawy. Często marudzi się na polski kraft, że nasze rodzime IP-y hurr-durr słabe, zero aromatu, utlenione, miodowe, itd., itd. Jak widać nie tylko polski krafcik boryka się z problemem szybkiego ulatywania aromatów chmielowych w piwie. Powyższe dwa przykłady, całkiem wysoko oceniane na RateBeerze (odpowiednio 3,54/5 dla Mother Punchera i 3,71/5 dla Nuclear Hop Assaulta), pokazują dobitnie jedną rzecz – IPA pije się świeże, a potem ryzykujemy już całkiem sporo (oba „Mikkellery” miały termin mniej więcej do końca września). Dlatego też strasznie podoba mi się, jak browar na puszkach czy butelkach podaje datę rozlewu. Dlatego też smutno mi, iż browary zmuszone są do podawania dłuższych terminów ważności, bo inaczej trudniej będzie piwo sprzedać. OK, tym tekstem być może świata nie zmienię, ale może jeden z drugim zastanowi się, z jakiego powodu piwo może nie mieć formy takiej, jaką miało za czasów swej świetności/świeżości. Oczywiście nie bronię tutaj piw zwyczajnie słabych, których na rynku jest sporo, ale liczę na Wasze nieco szersze spojrzenie na cały temat.