Brodą w kraft, czyli Wilson, baty i burger z grilla.

Premiery piwne to już nie te same wydarzenia, co kilka lat temu. Nie budzą już emocji, porównywalnych z premierą najnowszego filmu Benicio del Toro; nie przyciągają do multitapów rzeszy beer geeków, spragnionych nowości, niczym biegacz wody po przebiegniętym maratonie; wreszcie nie stanowią żelaznej pozycji w ofercie każdego, szanującego się pubu z kraftem. Szkoda, ale jak mawiał Roland z Gilead w jednej z powieści Stephena Kinga – Świat poszedł naprzód. I trzeba z tym żyć. Na szczęście są jeszcze ludzie wkręceni w temat, którzy podejmują się organizacji takich eventów i ja to podejście strasznie mocno szanuję. W Katowicach takim punktem na mapie jest zdecydowanie Biała Małpa, która niedawno miała okazję gościć ekipę Brodacza wraz z Wilsonem, czyli ich najnowszym piwem w stylu New England IPA. Nie mogłem nie skorzystać z tej okazji, bo dodatkowo na miejscu swoją obecność zapowiedziała załoga browaru.

Poza wyżej wymienionymi atrakcjami miał również odbyć się turniej siatkówki plażowej z udziałem Wilsona w roli głównej. Nie, nie chodzi mi o butelkę czy keg z piwem, a o prawdziwą piłkę, z podobizną tego „bohatera”, jaką możecie kojarzyć z filmu Cast Away – Poza Światem. Niestety pogoda pokrzyżowała te plany, dzięki czemu Wilson zajął honorowe miejsce przy barze

Wilson i Wilson

Po zameldowaniu się na miejscu od razu poprosiłem o najmłodsze „dziecko” Brodaczy, przywitałem się z ekipą browaru i spędziłem z nią dobrych kilkadziesiąt minut na całkiem owocnej rozmowie. Ale po kolei. Skoro głównym bohaterem był Wilson, to na wstępnie może kilka słów o nim. Pierwsze, co przyciąga uwagę, to bardzo przyjemny, chmielowy aromat piwa. Wilson jest mocno cytrusowy, a wyraźne nuty nafty od razu zdradzają, że piwowar nie szczędził Mosaica przy chmieleniu na aromat. Ktoś powie, że w New Englandach to już trochę nuda z tym chmielem, ale jako jego ogromny fan będę bronił Mosaica, niczym sienkiewiczowski Skrzetuski Zbaraża. W smaku też jest przyzwoicie. Wysoka gładkość piwa świetnie podbija owocowe i chmielowe akcenty, a dość wysoka wytrawność świetnie komponuje się z niemałą goryczką tego trunku. Jednym zdaniem, bardzo porządne New England IPA, które co prawda papy z dachu nie zerwie, ale chyba nie taki jego cel. 7,5/10

W międzyczasie przybiłem piątkę z Tomkiem Brzostowskim (właściciel Brodacza) i Karolem Kołodziejskim (główny piwowar), dzięki czemu można było na spokojnie zamienić kilka słów o tym co jest, o tym co było i o tym co będzie. Osobiście zastanawiałem się, skąd pomysł, aby to Biała Małpa została lokalem premierowym dla Wilsona. Okazało się, że dla chłopaków wybór był naturalny. Warząc swoje piwa w świętochłowickim ReCrafcie często gościli w Małpie ze względu na klimat, ludzi i jeden z najgenialniejszych ogródków, jakie widzieli. Ogromny mural, zdobiący jedną ze ścian, okalających to miejsce postawił kropkę nad „i”. I fajnie, że Panowie zjawili się w Katowicach akurat  z tym piwem, chociaż z drugiej strony wysyp „niju inglandów” mnie osobiście trochę już przytłacza. A można była uwarzyć coś klasycznego, bo przecież moda na klasykę wraca. Zdaniem Karola to nie jest jednak takie proste: „Chętnie uwarzyłbym np. bittera, ale na takie piwa obecnie w Polsce nie ma rynku zbytu. Jako kontrakt jesteśmy ograniczeni i nie możemy warzyć tego, na co mielibyśmy ochotę, a wierz mi, że na nasze pomysły nie starczyłoby tanków w ReCrafcie. Natomiast New England to piwo, jakie trafi i do beer geeków, i do noramalsów i właśnie to w nim jest fajne”. W sumie nie sposób się z chłopakiem nie zgodzić – prowadzenie biznesu to nie tylko realizacja wszystkich pomysłów, ale i kalkulacja, arkusze Excela i wykresy kołowe, słupkowe i łączone, dzięki którym browar może się rozwijać. Tylko czy faktycznie Brodacz jest w 100% z Wilsona zadowolony? Ponoć jest nieźle, ale Karol chętnie popracowałby nad ciałem Wilsona, jakie jego zdaniem powinno być nieco pełniejsze. Czy tak faktycznie jest i Wilson powinien być „tęższy”? Zobaczymy przy kolejnej warce.

W tym miejscu od razu pomyślałem o tym, jak marketingowo Brodacz ogarnął to piwo. Nie ma tutaj nazwy w stylu „Dla Paskudnych Pijaków” czy tła a’la Wiesiek Wszywka, będącego twarzą „Dużego Volta”. Umówmy się – browar w środowisku kraftowym zebrał trochę batów za podejście, jakie zaprezentował we wspomnianych przed chwilą dwóch trunkach. Kiedy rzuciłem pytanie o tę kwestię Tomasz od razu wtrącił jedno zdanie: „Nasz dotychczasowy marketing…”. I tutaj temat popłynął. Nie ukrywam, że dość mocno chłopaków przemaglowałem o to, czy będą chcieli wrócić na scenę kraftową i jak zamierzają teraz promować swoją markę… long story short, bo musiałbym rozpisać się na kilka stron: ekipa nigdy nie miała wrażenia, że wypadła ze sceny, ale faktycznie baty na sobie odczuła. Przy takiej skali chłopaki liczyli się z pewnego rodzaju ryzykiem, ale zdecydowali się na jego podjęcie, co przy takich zasięgach pozwoliło na większe spopularyzowanie marki kosztem w/w batów. Obecnie z Dużego Volta zrezygnowali, krytykę przyjęli na klatę i dlatego zamierzają nieco inaczej promować swoje nowe pomysły.

A jakie to pomysły siedzą w głowach Brodaczy? W najbliższych planach załoga ma stworzenie podwójnej wersji New England IPA oraz Milkshake’a. Chcieliby zrobić także wysokoekstraktowe, ciemne piwo. Ba, nawet już byli umówieni na jego warzenie, ale finalnie coś nie zagrało. „Nie chcemy wypuszczać piw niedoleżakowanych, a co za tym idzie takich, z których nie będziemy zadowoleni”, mówi Karol, „a właśnie do tego by doszło, gdybyśmy zgodzili się na warunki browaru. Kiedyś takie piwo powstanie, ale odbędzie się to na naszych warunkach i zgodnie z naszym pomysłem”. Tomek co prawda nieśmiale przebąkiwał coś o przyszłym roku, ale finalnie obietnicy nie dał. Nam nie pozostaje nic innego, jak trzymać kciuki.

Dalsza rozmowa zeszła już na tematy, o których nie ma się co rozpisywać. Co prawda było coś o odchodach Koali i butach Adidasa w piwie, ale kto by tam się rozdrabniał i pochylał nad takimi kwestiami, prawda? Szczególnie że o wiele ciekawszy temat można było przydybać na zewnątrz. Z racji wstępnie planowanej imprezy ogródkowo-plażowej pojawił się grill, z którego można było wsunąć genialnego burgera czy szaszłyk. No tyle wygrać.

Po raz kolejny Biała Małpa pokazała, że da się zrobić imprezę premierową piwa, na której będzie się działo nieco więcej, niż w standardowy, piątkowy wieczór. Co prawda szkoda, że turniej siatkówki nie wypalił, bo to z pewnością dodało był całości kolorów, ale i tak ja osobiście bardzo chętnie wracam do tego wieczoru. Z takimi ludźmi, przy takich trunkach i z takim jedzeniem czas mknie z prędkością światła. Dzięki wszystkim, którzy byli, a Was zachęcam do tego, żeby podczas takich eventów śmiało wbijać na pogawędki z załogami browarów, bo można się nieźle pośmiać i wielu rzeczy dowiedzieć. To mówiłem ja, Chmielobrody 😉





Reklamy

Browar ReCraft – New England (Session IPA)

Nie jestem fanem sesyjnych IPA. Po pierwsze wolę piwa o bardziej zdecydowanym charakterze. Po drugie lubię, kiedy w kontrze do wyraźnej goryczy (o ile takowa w Session IPA jest obecna) pojawiają się mocniejsze akcenty słodowe. Po trzecie – kiedy swego czasu sięgnąłem po pewną sesyjną „ipę” celem leczenia „suchot dnia kolejnego”, natknąłem się na taką, której gorycz była na tak wysokim poziomie, po wypiciu jakiej moje lekko wysuszone usta zamieniły się co najmniej w Pustynię Gobi, smaganą rozgrzanym do czerwoności wichrem. Szczególnie to ostatnie zdarzenie spowodowało pojawienie się delikatnej niechęci do tego stylu. Oczywiście są wyjątki potwierdzające regułę, jak na przykład Ace of Equinox z Brewdoga, ale ogólnie mając wybór sięgam raczej po inne tematy. Z drugiej jednak strony jestem fanem piw w stylu Vermont, a że ostatnio Browar ReCraft wypuścił sesyjną „ipę” o nazwie New England, tak też postanowiłem sprawdzić, co wyjdzie z tego, kuriozalnego dla mnie, połączenia.

Być może zacznę od „czterech liter” strony, ale patrząc na ekstrakt na poziomie 11,5% w życiu nie spodziewałbym się tak krągłego w odbiorze piwa. I za to właśnie uwielbiam styl New England IPA – takiej gładkości to i czasem w RISach brak. No ok, piwo ma dość solidną fakturę, ale co dalej? Weźmy na warsztat to, co trafia do naszych nozdrzy. Na pierwszy plan wychodzi grejpfrut i pomarańcza, ładnie opleciona ziołowymi akcentami chmielu. To wszystko daje nam wrażenie niezwykłej rześkości. Można się poczuć niczym na spacerze po pomarańczarni, skąpanej w promieniach letniego, porannego słońca. Słodowość uciekła całkowicie poza horyzont, dzięki czemu recraftowy New England raczy nas niezachwianym aromatem wakacji. Bo tak mi się ten zapach właśnie kojarzy. W smaku jest lekko i soczyście owocowo. Delikatnie zaznaczona goryczka z chmielu przyjemnie kontruje solidne akordy pomarańczowo-grejpfrutowe. OK, tej goryczy mogłoby być ciut więcej, ale zdecydowanie wolę taki poziom, a niżeli ten znany mi np. z alebrowarowego Roo Ride’a. Cytując klasyka – z dwojga złego lepiej w tę stronę.

Browarowi ReCraft udało się stworzyć piwo, jakie jest w stanie przełamać mój wewnętrzny stereotyp sesyjnej „ipy” – lekkiej, gorzkiej i bez wyrazu. Oczywiście lekkości New England nie brakuje, ale cała reszta jest już zaprzeczeniem tego, z czym Session IPA mi osobiście się kojarzy. Ze swojej strony jednakowoż dołożył bym do opisu stylu jeden wyraz: Vermont. Wtedy mój wewnętrzny duch pedantyzmu byłby zaspokojony. Niemniej jednak taka pierdoła absolutnie nie ma znaczenia i nie wpływa na finalną ocenę tego, co drzemie w tej niepozornej butelce. A drzemie tutaj całkiem sporo dobroci. 8,5/10

Browar Birbant – Sensei (Sorachi White IPA) vs Powder Man (Vermont Cryo IPA)

Los czasem bywa przewrotny, pakując nas w różnorakie tarapaty i sytuacje, w jakich nie do końca chcemy się znaleźć. Na szczęście czasem bywa także hojny, o czym właśnie dzisiaj chciałem napisać. Otóż parę(naście?) dni temu w moje ręce wpadło bardzo gustowne pudełko, przygotowane przez Browar Birbant. W pudełku owym znalazłem zabutelkowanych dwóch, napakowanych jegomości. Pierwszym z nich okazał się być Sensei – doładowany chmielem z kraju kwitnącej wiśni wojownik, w stylu Sorachi White IPA. Drugi to stworzony w wyniku wymrażania granulatu chmielowego, naszpikowany amerykańskimi chmielami Powder Man, reprezentujący styl Vermont, tudzież New England IPA. Skoro mamy taki tandem, to może zrobimy ustawkę i sprawdzimy, który z „Panów” wygra ten pojedynek? Zapraszam zatem na ring!

Nie ukrywam, iż Powder Man na starcie zdobył wyższy handicap. To wszystko przez styl, w jakim został uwarzony Sensei. No jakoś nie jestem zbyt wielkim fanem White IPA, a użycie do jego produkcji chmielu Sorachi niesie ze sobą ryzyko pojawienia się nut koperku, co w moim przypadku wywołuje grymas niechęci na twarzy. Na szczęście aromat „Japończyka” pozbawiony jest charakteru tej popularnej w naszym kraju zieleniny, więc punkt leci na jego konto. Dodatkowo zapach Senseia ma dość wyraźny, kwiatowy charakter. Oczywiście pojawia się także subtelny kokos, jest odrobina cytrusowości, a całość kojarzy mi się z nieco przypalanymi aromatami. Nie powiem, ale ten aspekt całkiem nieźle wpasował się w mój gust. A co na to „Pan Puderek”? W odróżnieniu do swojego przeciwnika na pierwszym planie w Powder Manie pojawiają się wyraźne akordy chmielu, z jego ziołowym charakterem na czele. Po chwili do naszego nosa dolatują mocne akcenty cytrusowe, z wyraźną pomarańczą na przedzie. Całość komponuje się doskonale, więc na tym polu oba piwa w mojej opinii po prostu remisują.

Skoro zapach obu fighterów pozwolił im zdobyć taką samą liczbę punktów, to o ostatecznym wyniku będzie musiał zadecydować smak. OK, być może wizualnie też te piwa powinny ze sobą powalczyć, ale umówmy się – to nie konkurs Miss Universum, tylko ostra walka na solidne argumenty. Szczególnie że oba piwa prezentują się po prostu należycie. Ale ja nie o tym miałem. Sensei to przede wszystkim bardzo rześki trunek, z delikatnie zaznaczonym smakiem kokosa, grejpfruta i subtelnym akcentem skórki pomarańczy i kolendry. Z kolei Powder Man jest piwem o wiele gładszym i pełniejszym w odbiorze; w końcu mamy tutaj do czynienia z nie byle jakim Vermontem. Na pierwszy plan ponownie i w tym miejscu wychodzi chmiel, któremu idealnie sekundują cytrusy i doskonała soczystość. Obu Panów różni także poziom goryczy. Co prawda reprezentują oni zdecydowanie ziołowy charakter tej cechy, ale Sensei ma jej nieco więcej, dłużej zalegając i wybrzmiewając echem nawet na parę chwil po przełknięciu.

Nie ma co – oba piwa zaprezentowały w tym starciu bardzo wysoki poziom, a zaplanowane dwie rundy upłynęły z prędkością mknącego po kartach nowych ustaw pióra pewnego prezydenta z pewnego środkowoeuropejskiego państwa. I pojedynek ten nie zakończył się nokautem. Szanowni Państwo, werdyktem sędziów zwycięzcą tej nierównej walki, dzięki przewadze pod postacią faktury i gładkości trunku zostaje… Powder Man! Sensei na szczęście nie ma się czego wstydzić, bo również okazał się być solidnym wojownikiem, a różnica między nim, a przeciwnikiem wyniosła jedynie pół punktu. Brawo!

Powder Man – 8/10

Sensei – 7.5/10

Silesia Beer Fest 3 – Piwa, piwunia, piweczka!

Dwa dni festiwalu piwnego to zdecydowanie za mało na spróbowanie wszystkiego, na co miało się ochotę. Na szczęście w sukurs mym potrzebom przyszedł fantastyczny kieliszek degustacyjny z Deer Beara, dzięki któremu mogłem nacieszyć swoje kubki smakowe zdecydowanie większą liczbą piwowarskich frykasów. Poniżej kilka wybranych pozycji, na jakie chciałem zwrócić Waszą uwagę. No to jedziemy!

Deer Bear – Tropical Weizen

Co tu się wyprawia w tym piwie, to ja nawet nie! Po pierwsze – kolor. No przecież na sam widok moje ślinianki kręcą się z prędkością wysokoprężnego silnika V8. Temu trunkowi bliżej do prezencji gęstego soku owocowego, niż piwa, ale ja tego typu tematy szanuję. Po drugie – aromat. To, jak fantastycznie łączą się tutaj nuty typowe dla weizena z akordami tropikalnych owoców, pod postacią mango i ananasa, jest wręcz nie do opisania. Po trzecie – smak. Wgryzające się w moje kubki smakowe lekko kwaskowe tropiki rozłożyły mnie finalnie na łopatki. Do tego ta faktura! Tropical Weizen jest mega gładki i pełny. Tylko jednego nie rozumiem. Ja piłem wyborne piwo, ale jego „resztki”, jakich miałem okazję próbować na koniec pierwszego dnia okazały się niemającą nic wspólnego z piwem owocową pulpą. Dziwne… niemniej ja dostąpiłem szczęścia spróbowania takiego trunku, jaki zapewne był planowany. 8,5/10

Deer Bear – Gose ze Śliwką

Grzegorz Durtan potrafi w owoce w piwie. A Gose ze Śliwką jest tego kolejnym dowodem. Ponownie dostałem wyraźnie zmętniony trunek, prezentujący się niczym sok owocowy, zdecydowanie zachęcający do wzięcia pierwszego łyka. I łyk ten nie zawodzi, bo od razu czuję, że mam do czynienia ze świetnie zbalansowanym piwem. Smak delikatnie kwaśnych śliwek rewelacyjnie podbija dodana sól. Całość znikała ze szkła w oka mgnieniu, a zapach tego purpurowego owocu, unoszący się znad szklanki idealnie dopełnił całość. Kilka chwil i szkło świeciło pustkami. 8/10

Dukla – Świtezianka (Vermont IPA)

Jakoś nigdy nie miałem szczęścia, aby trafić na piwo z Dukli, które chociaż w minimalnym stopniu wprawiłoby mnie w zachwyt. W związku z tym do Świtezianki podszedłem z dość dużą ostrożnością, szczególnie iż wizualnie nie do końca spełniła moje oczekiwania. Nieco zbyt mało zmętniony trunek, jak na Vermont IPA nie zdradzał jednak, co w nim drzemie. A drzemie w nim wiele dobrego. Na pierwszy plan wychodzi mocno soczysty aromat pomarańczy, cytryn i grejpfrutów, elegancko związany zdecydowaną chmielowością. To samo dostajemy w trakcie brania kolejnych łyków, a soczystość Świtezianki zachęca do brania następnych. Duży plus za mega przyjemną ziołowość chmielu i za wynikającą z tegoż intensywną gorycz. Brawo Dukla – w końcu piwo, jakim jestem w pełni ukontentowany. 7,5/10

Tattooed Beer – Fallen Angel (Imperial IPA)

Mam słabość do tematu Aniołów. Wszystko przez świetną książkę Mai Lidii Kossakowskiej – Siewca Wiatru, więc Nergal Kubicki zdobył niezły handicap na starcie. Handicap, jaki zupełnie nie był potrzebny, bo Fallen Angel okazał się rewelacyjną, stosunkowo wytrawną i ultra nachmieloną Imperialną Ipą. To wszystko podane w towarzystwie wyrazistych owoców tropikalnych, których słodycz świetnie współgrała z wysoką goryczą tego piwa. I taki balans to ja bardzo szanuję. Więc jak tylko traficie na tego upadłego, tak nawet chwili się nie zastanawiajcie, bo warto! 8/10

Komitet – Angels’ Share (Peated Salted Wood Aged Strong Scotch Ale)

No to Komitet pojechał z nazwą stylu. Jeszcze jedno słowo, a wyrównaliby rekord brokreacyjnego The Bloggera. A jak wypadło samo piwo? Prezentuje się ono należycie, racząc nasze oczy ciemno-bursztynową, lekko opalizującą barwą oraz drobną pianą, ślicznie osadzającą się na szkle. Co prawda w aromacie oczekiwałem intensywniejszych tematów „peated”, jakie finalnie zostały przykryte przez zdecydowany zapach drewna, ale na szczęście w smaku torfu jest już w sam raz. Dodatkowo całości fajnie dopełnia subtelna wanilia, delikatne estry i szczypta brzowskwiniowości (ale ta ostatnia to już chyba na zasadzie autosugestii). Angels’ Share w smaku też zdecydowanie daje radę – jest pełne, wyraźnie goryczkowe, ze sporą dozą czerwonych owoców i tanin drzewnych. Fajne piwo i aż szkoda, że z butelkami chyba będzie licho. 7/10

Uiltije – Old Enough To Drink (Imperial Ice Distiled IPA)

Cena butelki mroziła krew w żyłach. Podział na 5 osób na szczęście pozostawił nieco gotówki w portfelu 😉

Co się stanie, kiedy Imperialne IPA o ekstrakcie początkowym 20° BLG nachmielimy na zimno, następnie wymrozimy, znowu nachmielimy, ponownie wymrozimy, po raz kolejny nachmielimy i wymrozimy? Otóż patrząc na cyferki otrzymamy ok.  40° BLG i 21% alkoholu (przynajmniej tak mówili dwaj sympatyczni Holendrzy). A jakie ma to przełożenie na efekt finalny? Oesu, co się w tym piwie wyprawia?!? Po pierwsze – nie czuć tutaj ani grama alkoholu. No łeb urwany. Do tego mamy totalnie rozkładający na łopatki zapach pod postacią zdecydowanej słodowości, przyjemnego karmelu i owocowo-egzotycznej bomby aromatycznej. Stopień złożoności tego elementu jest chyba równy Wielkiemu Zderzaczowi Hadronów. Smak też nokautuje jednym, sprawnym ciosem w twarz. Mango, marakuja i wysoka słodycz związana jest w niezwykle gęsty i przesmaczny syrop. I być może dla kogoś to piwo będzie za słodkie, ale tęga gorycz moim zdaniem pięknie równoważy całość. Dla mnie było to najlepsze piwo festiwalu. I jednocześnie najdroższe (70 PLN za butelkę 0,33 ml). 9,5/10

Pinta – Jumbo Rum BA (Imperial Black IPA leżakowana 6 m-cy w beczce po rumie)

To była końcówka piątku i jedno z ostatnich, wypitych przeze mnie piw. I w zasadzie powinienem je ładne tutaj opisać, ale zamiast tego postanowiłem podzielić się z Wami moją „notatką głosową” z tejże degustacji. Zobaczycie od kuchni, jak wygląda przygotowanie się do recenzji. A że dodatkowo gościnnie pojawia się Gosia z Browaru Komitet… no cóż, rzućcie „uchem”. Aaaaa i nagranie to zawiera wyrazy niecenzuralne oraz opinie osób po spożyciu alkoholu 😉

—- Chmielobrody + Gosia z Browaru Komitet —-

PS
Finalnie jednak nie do końca połączenie estrowego charakteru beczki po rumie pasowało mi w tym piwie, więc mimo wszystko bardziej propsuję wersję standardową. A Jumbo Rum BA dostaje 6/10

Hajer – Farorz (American Stout)

Jeżeli miałbym wskazać, jaki amerykański stout jest w mojej ocenie najlepszy wśród polskich browarów, to bez zawahania wskazałbym właśnie Farorza. Dlatego też z ogromną niecierpliwością czekałem na świeżą warkę tego piwa. I dalej zdania nie zmieniam. Rewelacyjny aromat palonych słodów miesza się z nutami amerykańskich chmieli oraz gorzką czekoladą. Samo piwo jest ciemne, nieprzejrzyste z prześliczną czapą piany, której lacing wprawia po prostu w zachwyt. W smaku Farorz (wink, wink 😉 ) jest lekko kwaskowy, z wyraźnymi nutami palonej kawy i czekolady. Hajer znowu pokazał, że na Śląsku warzy się nojlepsze gorcki piwa! 8,5/10

Uiltje – Rice Rice IPA (Imperial IPA)

Ten holenderski browar już dzień wcześniej pokazał, że potrafi uwarzyć solidne piwo. Rice Rice Baby jedynie to przekonanie potwierdziło. Ta wyraźnie chmielowa Imperialna IPA daje nam cały kosz owoców egzotycznych w aromacie. Cytrusy też znajdą tutaj swoje miejsce, czyniąc zapach tego piwa niezwykle wyrazistym i przyjemnym. W smaku jest to raczej wytrawne piwo, z delikatnie zaznaczoną, owocową słodyczą. Wysoka gorycz utrzymuje się dość długo, ale na szczęście nie zalega i nie męczy. „Sówka” udowodniła ponownie, że wie, jak zbalansować piwo i nie przegiąć w żądną stronę. Jedno z lepszych piw tego festiwalu. 8,5/10

Wybornych piw, jakie pojawiły się na festiwalu było oczywiście zdecydowanie więcej, wspominając chociażby Coffee Twista z Piekarni Piwa, które zdobyło nagrodę publiczności za najlepszą premierę festiwalu czy świetne Idzie Zima z Łańcuta, jakie zaskoczyło mnie absolutnie nieprzesadzoną słodyczą i rewelacyjnym aromatem miodu gryczanego. Jednym słowem – pod kątem kondycji piw Silesię Beer Fest 3 wpisuję w poczet zdecydowanie udanych imprez piwnych.