Szybki Strzał – Odc. 11

Ostatnio ilość recenzji, jaką chciałbym zamieścić na blogu trochę mnie przerosła. A że wrzucanie tryliarda degustacji na ok 2500 znaków każda co drugi dzień nie jest w mojej opinii dobrym pomysłem, tak też postanowiłem nieco zagęścić kącik „Szybkich Strzałów”. Szczególnie iż jedna z dzisiejszych propozycji faktycznie zasługuje na szybki strzał… w stronę zlewu. No to jedziemy!

Iki beer – Yuzu (Spiced Pale Ale)

Jestem fanem Yuzu w piwie. Kropka. Dlatego też kiedy Pani Kapitan zauważyła to piwo na półce jednego ze sklepów, serwujących spożywkę z każdego zakątku świata, postanowiła sprezentować mi tę skromną buteleczkę. I co też ciekawego kryje w sobie zawartość tegoż flakonika? Przede wszystkim szeroki przekrój przez wady. Po pierwsze – mokry karton. Po drugie – miód. Po trzecie – odrobinę cytrusowości. W smaku nie jest lepiej. W zasadzie to chyba jest gorzej albo przynajmniej tak samo źle. No bo co więcej mogę napisać o cieczy, która w odbiorze przypomina zagotowaną brzeczkę, przepełnioną akcentami mokrego zboża i dosładzaną zwykłym, białym cukrem? Dokładnie tak kojarzy mi się ten specyfik. Do pełni „szczęścia” brakuje jakiegoś kwasu masłowego i merkaptanu, więc w sumie nie jest najgorzej. Jednakowoż nie polecam i odradzam, no chyba że ktoś chce sprawdzić się sensorycznie. Wówczas bardzo proszę. 3/10

 Browar Kuriozum – Sweet Dreams (APA)

Z laktozą w browarnictwie bywa różnie. I o ile pasuje mi ona w piwach ciemnych czy Milkshake’ach, tak nie do końca jestem przekonany do niej w piwach jasnych. A dokładnie taką propozycję serwuje nam Kuriozum w swoich „Słodkich Snach”. I nie wiem, na ile to zasługa laktozy, a na ile innych surowców, ale pierwszy raz spotkałem się z tak wyraźnym aromatem poziomek w American Pale Ale. Do tego subtelna mleczność i delikatna ziołowość. Poziomki pojawiają się również w smaku, a laktoza wyraźnie podbija wrażenie pełni i gładkości. Co prawda po lekkim ogrzaniu pojawia się również niezbyt pasujący tutaj posmak toffi, ale nie przeszkadza on za bardzo. Za to mnie bardzo przeszkadza wysycenie bliskie zeru, dość mocno uszczuplające radość z degustacji. Szkoda, bo byłby punkcik wyżej. 6/10

Browar Golem – Double Dybuk (Imperial Rye Porter)

Podstawowa wersja Dybuka była świetna. A jak wypada jego wersja imperialna? Proszę Państwa, proszę usiąść, bo to piwo zwyczajnie zerwie Wam papę z dachu; pozamiata Wami, niczym Małgorzata Rozenek podłogi na antenie TVNu; rozłoży na łopatki, jak Brewster Gołotę. A konkretnie? Konkretnie to Double Dybuk serwuje nam całe tony rewelacyjnej czekolady, przyjemnych orzechów i kosz, wypełniony czerwonymi owocami. Paloność mamy tutaj ledwie zaznaczoną, czyli jest dla mnie perfekcyjnie w stylu. Do tego niesamowita głębia, gęstość i gładkość, połączona z minimalnym wysyceniem, idealnie dopasowanym do trunku. Daję 9/10 i rezerwuję dychę dla wariantu beczkowego. Bo taki będzie, prawda, prawda, prawdaaaa?

Reklamy

Chmielobrody kontra… (ex)Acid Drinker

Jak zwykł mawiać klasyk: „Nikt nie spodziewał się Hiszpańskiej Inkwizycji!”. Czy tak jest również z odpalanym właśnie dzisiaj video-blogiem Chmielobrodego? Tego nie wiem, ale wiem jedno – ta forma na stałe zagości w tym miejscu, będąc jednocześnie uzupełnieniem pozostałych treści, dostępnych pod adresem www.chmielobrodyblog.pl.

Czego możecie się spodziewać? O tym dowiecie się już na wstępie. A kto będzie moim gościem? Kiedy dwa tygodnie temu spotkałem się z Robertem „Bobbiem” Zembrzyckim nie miałem bladego pojęcia, że rozmawiam w zasadzie z ex-gitarzystą Acid Drinkers, o czym zespół poinformował wczoraj. Jednakowoż sama rozmowa jest jak najbardziej aktualna (Robert odpala właśnie zespół Vane, o czym także we vlogu), stąd też zdecydowałem się nią z Wami podzielić.

Moi Drodzy – zapraszam na pierwszy odcinek z cyklu „Chmielobrody kontra…”:

Dobry Zbeer, Gehenna i randka na hamaku.

Czasami tak bywa, że bardzo chcę wybrać się w jakieś miejsce, które być może nie znajduje się w mojej najbliższej okolicy, ale jednocześnie nie jest tak odległe, żeby nie można było tam dojechać w pół godziny. Niestety bardzo często po drodze pojawiają się jakieś przeszkody. Czasem realne, zazwyczaj wyimaginowane, lecz zawsze skutecznie odkładające wyprawę na odwieczne „następnym razem”. A wiecie, jak to jest z odkładaniem? Rzecz raz odłożona w czasie dalej odkłada się sama. I właśnie tak było z moją wizytą w jednym z najpopularniejszych multi-tapów na Śląsku. „Było”, bo w końcu zebrałem się w sobie i dotarłem do rzeczonego miejsca.

Dobry Zbeer, bo o nim tutaj mowa, mieści się w Gliwicach na ul. Górnych Wałów 30. Bliskość centrum miasta i urokliwego ryneczku jest zdecydowanie mocną stroną tego przybytku. Na szczęście nie jedyną, ale o tym za chwilę. Mnie osobiście zaprawdę dziwi fakt, iż dopiero teraz miałem okazję zobaczyć, co też kryją przepastne piwnice, w jakich mieści się ten multi-tap. Na szczęście w całym przedsięwzięciu pojawiła się załoga Browaru Golem. Chłopaków znam już jakiś czas i zwyczajnie nie mogłem odmówić sobie przybicia piątki i wychylenia kilku szklaneczek piwa w ich towarzystwie. A że akurat w minioną sobotę Golemy przejmowały krany w Dobrym Zbeerze, tak też nareszcie zostałem odpowiednio zdopingowany do ruszenia moich czterech liter z Katowic w stronę zachodzącego słońca.

Z racji tego, że przed wizytą w Gliwicach gościliśmy na premierze piwowarownianego Tornada, na miejsce dotarliśmy przed 22:00 (wliczając w to opóźnienia pociągów – brawo PKP). Z dworca zgarnął nas Kamil Prystapczuk i sprawnie doręczył na miejsce (dzięki Ziom!). Ekipa Golemów już od dłuższego czasu okupowała stołki barowe, więc humory dopisywały dość wyraźnie. Szybkie misiaczki, przybicie piątek i już mogłem zamówić głównego bohatera wieczoru. A przynajmniej dla mnie takowym była Gehenna, leżakowana w beczcie po dziesięcioletnim Laphroaigu. Tak, jestem torf headem, a to piwo zwyczajnie zaspokaja mnie w 100% pod tym kątem. OK, być może nie jest to Imperialny Nafciarz w wersji BA, ale z pewnością Gehenna BA zajmuje drugie miejsce wśród najlepszych piw torfowych, jakie piłem (9/10). Poza tym nie mogłem odmówić sobie po raz kolejny Double Dybuka czy rewelacyjnego Naftali. Co jak co, ale Golemy w piwa potrafią!


Po opróżnieniu szkła przyszła pora na zwiedzanie zakamarków Dobrego Zbeera. Musze przyznać, że pod kątem klimatu jest to jeden z lepszych pubów, w jakich byłem. Surowa cegła na ścianach, delikatnie przyciemnione, ciepłe światło, pięknie wyeksponowana, a jednocześnie dobrze wkomponowana w całość tablica z opisem tego, co aktualnie na kranach oraz jasne drewno. To wszystko naprawdę robi wrażenie. I do tego wszystkiego pokój z hamakami. No kurde, pierwszy raz coś takie zobaczyłem w knajpie i powiem szczerze, że zrobiło to na mnie wrażenie. Wiecie, zabieracie ze sobą swoją drugą połówkę, kupujecie jakiegoś… piwnego cymesa i oddajecie się cudownej degustacji w hamaku. Dla mnie to scenariusz na wymarzoną randkę 😉 A skoro już o cymesach mowa, to tych w Zbeerze nie brakuje. To chyba jedyny multi-tap na Śląsku, w którym znajdziecie tak potężne pociski, że nawet próżno ich szukać w sklepach specjalistycznych. Szocik Barley Wine’a z browaru Samuel Adams? Proszę bardzo. Legendarny Speedway Stout z Alesmith Brewery? Check! Kilka wersji Jesusów z Evil Twin Brewery. Bez problemu. Zaprawdę powiadam Wam – każdy znajdzie w Dobrym Zbeerze coś dla siebie. Nawet Ci najbardziej wybredni hop headzi. Baaa, jeśli lubujecie się w „rudej na myszach”, to także dla Was Zbeer będzie odpowiednim wyborem. Kilkadziesiąt rodzajów whisky ze Szkocji, Irlandii, Japonii, a nawet Indii czeka na Was na miejscu. I czy ja jeszcze musze kogokolwiek przekonywać do tego miejsca? No raczej nie sądzę.

W międzyczasie w moje łapy wjechało Joppejskie w wersji BA, Artur Karpiński (piwowar Browaru Golem – przyp. aut.) poprowadził konkurs z możliwością zgarnięcia pięknego, golemowego szkiełka, a za parę chwil Joppejskie zamieniło się miejscami z genialnym, wiśniowym, domowym kwasem, autorstwa Bartka Dorszewskiego. W skrócie – to był zdecydowanie jeden z najbardziej udanych wieczorów, spędzonych z kraftem w tle, chociaż było o krok od transportowej katastrofy. No bo jak tu wrócić do domu w środku nocy z Dobrego Zbeera? Uberem z Gliwic do Katowic można o tej porze jechać, ale za kwotę całkowicie przekraczającą granicę zdrowego rozsądku. Do tego trzeba mieć fart, żeby ktokolwiek w tej okolicy z Uberowców się zjawił. To może pociąg? Najbliższy śmiga w okolicach 3:00, więc trochę za późno. Albo za wcześnie. Czy jakoś tak. Poza tym każda inna forma komunikacji miejskiej po prostu nie istnieje. Na szczęście na ratunek przybył Dorszu ze swoją żoną Mariolą! Ekipa podrzuciła nas pod same drzwi naszej kamienicy, za co jeszcze raz w tym miejscu bardzo dziękuję.

Dobry Zbeer oraz Browar Golem okazali się wybuchową mieszanką niezwykle pozytywnych doznań. Zarówno klimat knajpy, jak i towarzystwo po prostu zerwało łeb i rozłożyło mnie na łopatki. I nie mam w tym miejscu na myśli kaca, bo rano wstałem w równie dobrym nastroju. A jeśli ktoś z Was jeszcze w tym gliwickim multi-tapie nie był, to pora nadrobić zaległości. Bo tych, którzy gościli na Górnych Wałów 30 przekonywać chyba nie muszę.










Tornado w Absurdalnej

Co raz częstsze inicjatywy, dopuszczające piwowarów domowych ze swoimi pomysłami do warzenia komercyjnego, to moim zdaniem jeden z lepszych pomysłów w polskim krafcie. Po pierwsze co dwóch piwowarów, to nie jeden. Po drugie ten domowy może wnieść pewien powiew świeżości do pomysłów browaru kontraktowego. Po trzecie – taką możliwość zazwyczaj otrzymuje osoba, wyłoniona w drodze wieloetapowych konkursów, więc ze sporą dozą prawdopodobieństwa można rzec, iż jest to persona o wysokich umiejętnościach piwowarskich. I w drodze dokładnie takiego konkursu, jakim jest Cracow Beer Academy jeden z browarów domowych cyklicznie otrzymuje możliwość uwarzenia swej zwycięskiej receptury na zdecydowanie większej warzelni.

I tak mieliśmy już Gąskę Beerbinkę oraz Kawę i Papierosy, z autorską recepturą Tomka Syguły z Browaru Leśniczówka czy Niñę Blancę, uwarzoną w kooperacji z blogiem Dzikie Drożdże. W kolejce na swoją premierę czeka piwo, sygnowane nazwą specjalnej grupy fejsbookowej – Jak Będzie w Piwie?, a obecnie możemy cieszyć się wybornym White IPA, przygotowanym wraz z ekipą Hołdy Chmielu. To ostatnie piwo miało swoją premierę w katowickiej Absurdalnej, gdzie wraz z Panią Kapitan postanowiliśmy się pojawić.

Bardzo cieszy mnie fakt, iż na tej imprezie pojawiło się sporo gości. Domyślam się, że jest to zasługa ściągnięcia fanów nie tylko PiwoWarowni, ale i Hołdy Chmielu, która nota bene pochodzi właśnie z Katowic. Dzięki temu, kiedy na scenie stanęła ekipa obu browarów w towarzystwie Remika (właściciel Absurdalnej – przyp. aut.) oraz współorganizatora konkursu, właścicielu krakowskiego Świata Piwa, można było bez obaw o frekwencję odpalać imprezę.

A jak wypadło samo piwo? Być może wyglądem nie powaliło, ale proszę Państwa, co tutaj się wyprawia w smaku i w aromacie? Na wstępie do wnętrza naszego nosa wpada genialny zapach cytrusów, pięknie korespondujący z kolendrą oraz aromatem… subtelnej pieprzności i brzoskwiń. Widać, że belgijskie drożdże zrobiły w Tornadzie solidną robotę. Z kolei pierwsze, co rzuca się w „oczy” po kilku łykach, to niezwykle gładka faktura trunku. Do tego pomarańcze, guma balonowa i wysoka, przyjemna gorycz. Przyznam szczerze, że fanem wszelkiej maści White/Wit IPA nie jestem, a tutaj zakochałem się od pierwszych łyków. Piwo wyszło fantastycznie pijalne i doskonale aromatycznie. Nota – 8.5/10

W trakcie imprezy bez najmniejszych trudności można było zamienić słowo z każdym z piwowarów, dopytać o recepturę czy skosztować domowego pierwowzoru Tornada. Do tego towarzystwo kilku innych piwowarów domowych doprowadziło do sytuacji, w której w moich rękach co chwile pojawiała się piwna próbka umiejętności tej ekipy. Każde próbowane piwo, z fantastycznym RISem na czele naprawdę trzymało bardzo wysoki poziom, ku uciesze mojej i pozostałych zgromadzonych.

Niestety wszystko co dobre szybko się kończy, więc po niecałych dwóch godzinach musieliśmy ewakuować się na pociąg do Gliwic, gdzie czekała na nas ekipa Dobrego Zbeera oraz Browaru Golem. Ale to już temat na inną historię. Samą zaś imprezę w Absurdalnej zaliczam do niezwykle udanych i cieszę się, że udało nam się wpaść chociaż na tę drobną chwilę. Oby więcej takich eventów!

PS
Małe sprostowanie od ekipy Cracow Beer Academy:

„dotychczas tylko wspomniane piwo grupy facebookowej „Jepiwka” powstaje w wyniku konkursu. Pozostałe piwa to po prostu wyróżniające się domowe warki, każdy piwowar może się do nas zgłosić ze swoimi propozycjami, nie trzeba wygrywać konkursu! 

A myślałem, że zrobiłem solidny reaserch 😉





Browar Cameleon – Srebrny (Citrus Gose)

Kiedy na półce sklepowej moim oczom ukazało się nowe piwo Browaru Cameleon od razu zapragnąłem je posiąść. I to nie ze względu na skąd inąd przyjemny styl, jakim jest Gose, a tylko i wyłącznie ze względu na etykietę. Tak, jestem estetą i kupuję oczami. Nic z tym nie zrobię – po prostu przepiękna grafika, ozdobiona błyszczącą, srebrną czcionką pochłonęła mnie w całości. Tylko czy zawartość butelki zasługuje na tak fantastyczną oprawę? Poprzednie piwa Cameleonów pozwalały sądzić, iż powinno być co najmniej przyzwoicie, więc czy tutaj poziom został utrzymany? Sprawdźmy.

Pierwsze, co automatycznie przykuwa uwagę, to bardzo wyraźny aromat trawy cytrynowej. Nie musiałem w zasadzie zerkać na etykietę i dodatki, aby sprawdzić czy aby mój nos się nie myli. Tego zapachu po prostu nie da się pomylić z niczym innym. Do tego dorzućmy delikatnie kwaskowe akcenty, szczyptę kolendry i tak otrzymamy niezwykle intensywne i przyjemne nuty, pięknie rozpływające się nad szkłem. To idealne preludium od razu zachęciło mnie to wzięcia kilku solidnych łyków, po których przeniosłem się wprost do cytrynowego sadu, skąpanego w rześkiej rosie. Niewysokie wysycenie trunku idealnie dopasowano do stylu, a akordy kwaśne i słone rewelacyjnie dopełniły niezwykle przyjemny smak Srebrnego. I w zasadzie w tym miejscu chciałbym skończyć powyższy opis, lecz niestety pojawia się tutaj łyżka dziegciu. Mam na myśli dość wyraźną, cierpką gorycz, kojarzącą się z albedo cytryny czy innego cytrusa. Z pewnością przeżyliście ten moment, kiedy gorzka skórka owocu muśnie nasze kubki smakowe. Bo dokładnie takie uczucie pojawia się przy kolejnych łykach. Na szczęście jest to drobiazg i nie odbiera on radości z degustacji.

Ekipa Browaru Cameleon posiada już w swoim portfolio niemałą kolekcję piw, z których każde trzyma wyraźnie wysoki poziom. I jak widać pomysłów tej załodze nie brakuje, czego potwierdzeniem jest Srebrny. OK, być może Gose nie jest stylem odkrywczym i przełamującym kolejne bariery piwnego kraftu, ale jest on zdecydowanie miłą odskocznią od całej maści IPA, okupujących sklepowe półki. Ja osobiście do tego piwa zapewne wrócę nie raz, pomimo tej specyficznej goryczki, za którą odejmuję jeden punkt z finalnej noty. 7.5/10

PS

W roli szkła degustacyjnego Sztoser vel. Betoniara – dalej nie rozumiem, dlaczego ten kieliszek tak mi się podoba 😀

Browar Kuriozum – Bitter Sweet Symphony (Modern Bitter) + Faith, Hop(e) & Love (American IPA)

Cystersi w Szczyrzycu nieźle się usadowili na scenie polskiego kraftu. Co prawda ich autorskie piwa szerszym echem nie rozeszły się wśród beer geeków, ale za to ich dwa browary to swego rodzaju mekka dla kontraktowców, szukających miejsca, gdzie można zrealizować swoje piwne koncepty. Większy z browarów, Gryf, to raczej „impreza” dla silniejszych graczy, ale za to Marysia to chyba jeden z lepszych przybytków dla początkujących, kraftowych przedsiębiorców. I to właśnie Marysia została wybrana przez ekipę Browaru Kuriozum na miejsce, w jakim powstają ich piwa. A że na mój tapet ostatnimi czasy trafiły dwie pozycje tej dębicko-tarnowskiej ekipy – Modern Bitter i AIPA – tak też postanowiłem sprawdzić, cóż ciekawego w tych butelkach drzemie. Nowy browar, stara gra (Final Fantasy VII!!!) – to połączenie wydało mi się całkiem trafione. Więc jak finalnie to wszystko się zakończyło?


Zasady degustacji mówią, aby startować od piwa lżejszego, więc jako pierwsze do szkła powędrowało Bitter Sweet Symphony. Bitter to styl raczej rzadko wybierany przez kraftowców, ale skoro został on w tym wypadku doprawiony nutką „nowoczesności” w postaci amerykańskich chmieli, tak chyba nieźle wpisuje się on w to, co obecnie serwuje nam rynek. I faktycznie w zapachu można bez kłopotu wyłapać nuty dojrzałych, egzotycznych owoców, które jednak ustępują miejsca solidnej słodowości. Gdzieś tam w tle mojej głowy kołatały się skojarzenia z jagodami, ale nie wiem, na ile to zasługa użytego Equinoxa (czy też obecnie Equanota), a na ile połączenie aromatów chmielowych ze słodowością Bitter Sweet Symphony. Smak to już wyraźna wytrawność trunku, połączona z przyjemną owocowością. Goryczka jest wysoka, długa, ale przy tym bardzo przyjemna. I o ile osobiście mega fanem Bitterów nie jestem, tak to piwo zwyczajnie mi smakowało. 7/10


Drugie w kolejności było Faith, Hop(e) & Love, czyli India Pale Ale, podkręcone amerykańskimi chmielami. I tutaj ponownie na pierwszy plan wyszła wyraźna słodowość. OK, w aromacie pojawia się egzotyka, ale zdecydowanie brakuje mi tutaj owoców cytrusowych. Jak do tego dorzucimy lekki karmel i szczyptę żywicy, tak finalnie dostaniemy po prostu średniaka. Z pewnych źródeł wiem, iż na tym etapie chmiele pouciekały już z butelki, przez co Kuriozum ma zamiar dopracować ten „drobny” element, czego zdecydowanie życzę. A jak to piwo wypada w smaku? Bardzo podobnie, jak w aromacie. Wyraźna podbudowa słodowa całkiem przyjemnie koresponduje z owocowością i wysoką pełnią tego piwa, ale to nie jest do końca to, czego szukam w American India Pale Ale’ach. Plus za przyjemną i dość wysoką gorycz, która osłodziła nieco wspomnienia po zbyt niskim wysyceniu i pianie, uciekającej ze szkła z prędkością światła. Wad w tym piwie na szczęście brak, ale to za mało, aby czymś zaintrygować, zainteresować i aby chciało się do tej pozycji wrócić. 5.5/10

Mimo średnio wypadającego American IPA start Browaru Kuriozum zaliczyć trzeba jednak in plus. Ekipa ma świadomość swoich braków, chce pracować nad poprawieniem receptur i wypuszcza piwa bez wad. Dodatkowo ich Bitter naprawdę mi smakował i chętnie do niego wrócę, bo coś mi się wydaje, że świeżo rozlany powinien mi podejść jeszcze bardziej. Dodatkowo w kolejce czekają ich dwa nowe piwa, po jakie z pewnością sięgnę. Ja osobiście trzymam kciuki i życzę powodzenia, bo im więcej solidnych browarów, tym lepiej dla nas.

Siódmy Warszawski Festiwal Piwa – przegląd skrócony.

Warszawski Festiwal Piwa, jak żaden inny, jest ogromnym wyzwaniem dla każdego beer geeka. Zwyczajnie nie ma szans skosztować wszystkiego, na co mamy ochotę, bo po pierwsze brakuje czasu, po drugie szkoda wątroby, po trzecie brakuje czasu i po czwarte szkoda dnia kolejnego (if you know, what I mean 😉 ). I wiem, co mówię, bo kiedy osobiście wynotowywałem sobie pozycje „must-drink” na koniec podsumowując całość, to zwyczajnie złapałem się za głowę z myślą „to się, ku**a, nie może udać”. A umówmy się, że poza listą „must-drink” były inne pozycje, godne mojej uwagi. Cóż, nie było jednak wyjścia i musiałem stoczyć tę nierówną i skazaną na porażkę walkę. Poniżej kilka wybranych tematów, w trakcie degustacji których miałem chwilę na strzelenie zdjęcia i zanotowanie sobie czegokolwiek. A wierzcie mi, że wśród tylu znajomych nie było to łatwe. No to jedziemy. Kolejność przypadkowa

Birbant – Jules (Double Robust Porter)

Pierwsze co przykuwa tutaj uwagę, to przyjemna słodowość i fajne akcenty palone. W tle kołacze się delikatny zapach kawy. W smaku kawa też została przyjemnie zaznaczona, aczkolwiek finalnie miałem wrażenie delikatnej wodnistości całego trunku. Jules jest raczej wytrawny w odbiorze, z dobrze zaznaczoną, acz niewysoką goryczką. Szału może nie ma, ale nie powiem, żeby mi się to piwo źle degustowało. 6/10

 

Browar Alternatywa – 7#1 (Wędzony Koźlak Pszeniczny)

Alternatywa co prawda potrzebowała chwili czasu, aby wejść na dobre tory, ale to piwo finalnie potwierdza, że ta śląska ekipa na tych torach już dość solidnie się rozpędziła. 7#1 bowiem raczy nas fantastycznym aromatem bananów, goździków, rodzynek i subtelnym akcentem chlebowym. Po kilku łykach jest jeszcze lepiej. Fajna gładkość trunku, z zaznaczoną słodowością i typowymi akcentami weizenowymi świetnie komponuje się z niską goryczką i niewysokim wysyceniem. Tylko tematów wędzonych trochę brakuje. Pomimo tego jest to naprawdę udane piwo. 7.5/10

 

Browar Brovca – Geronimo (West Coast IPA)

WFP to także możliwość spróbowania piwa od ekip, z jakimi wcześniej nie miałem do czynienia. I takim piwem zostało Geronimo. Przewodnim tematem w tym trunku zdecydowanie był Mosaic. Mnie takie podejście pasuje, bo akurat jest to jeden z moich ulubionych chmieli. Tutaj pod postacią nafty mocno zdominował zapach, dając na szczęście dojść do głosu także cytrusom. Z kolei w smaku to już typowy West Coast – wytrawnym, gorzki, owocowy. Mały minus za pojawiającą się po kilku łykach cebulkę, ale to akurat drobiazg, zupełnie nie odbierający radości z degustacji. 7/10

 

Browar Rockmill + Browar Deer Bear – Hazy Dreamer (New England Style Sour IPA)

Co się stanie, kiedy weźmiesz załogę doskonale umiejącą w piwa kwaśnie i połączysz ją z ekipą, wykręcającą jedne z najlepszych IPA w tym kraju? Można się tego dowiedzieć sięgając właśnie po Hazy Dreamera. Ten mariaż stylów raczy nas niesamowicie owocowym aromatem, z mocno podkreślonymi akordami chmielowymi. Od razu też czuć, iż jest to piwo kwaśne. W smaku mega wyraźne cytrusy świetnie komponują się z przyjemną kwasowością trunku. I w tym miejscu także rewelacyjnie można wyczuć chmiel. Doskonale orzeźwiające piwo, ze świetnym balansem między kwasem, a tematami owocowymi. 8.5/10

 

Browar Golem – Sour Shower (Lite Sour Rye Milk Hoppy Ale)

Albo kiedy przychodzisz na drugi dzień festiwalu piwa, czując w głowie pozostałości po minionej nocy i sięgasz po Sour Shower. Tak, to jest właśnie ten moment i idealny starter dnia kolejnego. Uśmiech na ustach maluje zapach przyjemnych, białych i cytrusowych owoców, z zaznaczoną, subtelną mlecznością. Po kilku łykach robi się jeszcze bardziej błogo. Jest kwaśno, jest lekko, jest agrest, jest biała porzeczka. Żyć, nie umierać. 8.5/10

 

Beer Bros. – Zyrardomyces (Sour Wild Ale)

Jest taki człowiek, nazwany imieniem Henry, który zwariował na punkcie drożdży. I teraz jeździ tu i tam, starając się pozyskać najbardziej wykręcone szczepy tych jednokomórkowych grzybów, przy okazji ubogacając tym samym nasz lokalny kraft. Efektem współpracy Henrego i ekipy Beer Bros. jest właśnie piwo Zyrardomyces, fermentowane drożdżami, pobranymi ze ścian browaru. A jaki jest efekt finalny. Oj jest dziko. W aromacie końska derka wjeżdża na pełnej petardzie, świetnie wtórując czerwonym owocom. Dziko, owocowo i kwaśnie jest także w smaku. Zyrardomyces dodatkowo posiada w mojej opinii bardzo fajną szorstkość, rewelacyjnie komponującą się z przyjemną goryczką tego piwa. Świetny pomysł, jeszcze lepsze wykonanie. 8/10

 

Brokreacja – Battle Master (Wee Heavy)

Jakoś nigdy nie miałem okazji trafić na przedstawiciela stylu Wee Heavy, który ujął by mnie za serce. Dlatego do nowego pomysłu Brokreacji, będącego finalnym efektem Krakowskich Bitew Piwowarów Domowych, podchodziłem ze sporą dozą sceptycyzmu. I chyba niesłusznie, bo już w aromacie można się zauroczyć. O ile lubi się tematy toffi, melanoidyny i głęboką słodowość oczywiście. Smak też jest pełen powyższych akcentów, a uzupełniony o odczucie niesamowitej głębi i gładkości pozwala na kiwanie głową z aprobatą. Tylko ten alkohol jeszcze nie do końca ułożony nieco przeszkadza. Czas z pewnością będzie sprzymierzeńcem tego wojownika. A tymczasem i w tym stanie mocne 6.5/10

 

Brokreacja – Kamikaze Kiwi (Fruit Gose)

Są takie piwa, które nie muszą zrywać papy z dachu, a które po prostu fajnie się pije. I takim piwem jest właśnie Kamikaze Kiwi. Jeśli ktoś z Was kiedykolwiek miał okazję wąchać pulpę z kiwi, to z pewnością sięgając po ten trunek będzie miał dokładnie takie skojarzenie. Zarówno w smaku, jak i w aromacie. I jest to skojarzenie z gatunku tych zdecydowanie przyjemnych. Poza tym jest lekko słodkie, subtelnie kwaśne, z odpowiednim poziomem słoności. Czego chcieć więcej? No mnie pasuje. 7/10

 

Browar Szpunt – Spectrum BA (RIS Bourbon BA)

Tutaj będzie krótko. Jest cios, jest kokos z odrobiną wanilii, są czerwone owoce, jest lekka paloność i czekolada. Już po pierwszym łyku czuć niesamowitą głębie oraz gładkość tego piwa. Do tego wszechobecna beczka i unoszący się wokół duch Bourbonu. OK, ktoś może powiedzieć że czuć alkohol, ale jest to alkohol typowo z destylatu i fajnie się tutaj komponuje. Chłopaki dali radę i jeszcze bardziej podkręcili swój, skąd inąd rewelacyjny Russian Imperial Stout. 9/10

 

Browar Szpunt – Mangonel (Mango Wheat IPA)

Mango to jeden z tych owoców, które zwyczajnie mi się nie nudzą. Czy to w jogurcie, czy to świeże, czy to w piwie. Wszystko jedno. I o ile nie zawsze mango zagra w piwie jak trzeba, tak w tej propozycji Browaru Szpunt dało ono popisowy koncert. Zapach tego owocu po prostu zachwyca. Do tego czuć wyraźnie mosaicowa naftę oraz lekką gumę balonową. No miód malina! Smak to też popisówa na miarę Eddiego Van Halena. Jest owocowo, dość wytrawnie i niezwykle gładko. Osobiście mógłbym to piwo pić wiadrami. 8/10

 

Browar Raduga – 34° BLG Russian Imperial Stout

Kiedy w zeszłym roku Andrzej Kiryziuk zaskoczył wszystkich RIS’em 28° BLG nie myślałem, że minie niecały rok, aby ponownie podniósł on poprzeczkę. I to nie o 2 czy 3 punkty, lecz aż o 6 pozycji! Szaleństwo! Ale w tym szaleństwie jest metoda. Ten RIS to jedno z potężniejszych piw, jakie piłem. Znajdziemy tutaj nuty czekolady, kawy, świeżo gniecionego ciasta drożdżowego, ciasteczek i subtelnego alkoholu likierowego. Po pierwszym łyku także czuć, że to nie spacer po leśnej polanie. Niezwykle gęsta i gładka ciecz przyjemnie osadza się na podniebieniu, uwalniając smak słodko-gorzkiej czekolady i kawy. Co prawda alkohol na tym polu jest jeszcze zbyt wyraźny, ale bardzo nie przeszkadza. Umówmy się – to na razie pierwszy występ tego mocarza i pewnie Andrzej jeszcze go trochę w tanku potrzyma. Na ten moment 8.5/10

 

Browar Łańcut – Zawisza Czarny (RIS Bourbon BA)

Skoro już przy RIS’ach jesteśmy, to nie sposób było ominąć Zawiszę Czarnego. Miałem okazję próbować tego piwa na wielu jego etapach i z każdym kolejnym podejściem było co raz lepiej. Jednakowoż to, co wydarzyło się na WFP to jest jakiś kosmos! Tutaj po prostu nie ma się do czego przyczepić. Jeśli są jakieś wyznaczniki, które mogą definiować idealnego RIS’a, leżakowanego w beczce po Bourbonie (czy też gwoli ścisłości po Tennessee Whiskey), to Zawisza ma je wszystkie. Kropka. W tej niepozornej buteleczce zamknięto po prostu esencję tematu – aromaty beczkowe, kokos, wanilię, czekoladę, kawę, czerwone owoce, solidną gorycz, niezwykłą pełnię i fantastyczną fakturę. I do tego jak to zostało wydane. Panie i Panowie, czapki z głów, bo obok Samca Alfa to dla mnie najlepszy, polski RIS po beczce. 10/10

 

Wybornych piw, spróbowanych w ciągu tych kilku dni było oczywiście o wiele, wiele więcej. Można w tym miejscu wspomnieć chociażby genialnego Double Dybuka z Browaru Golem albo świetnego, brokreacyjnego Naficarza Dukielskiego, leżakowanego w beczce po 10-letniej whisky. Kolejne pozycje, które wspominam nad wyraz przyjemnie, to 1#4, czyli Ryżowa IPA autorstwa Browaru Alternatywa oraz dzikusy z Browaru Jana. Świetnie wypadł Baran z Jajem, ReCraftowy FES z beczki  po whisky czy też absolutnie nokautujący Porter Urodzinowy z Browaru Widawa. I w sumie mógłbym wymieniać tak jeszcze przez kilka linijek, ale nie w tym rzecz. Ważne jest to, iż forma polskiego kraftu zwyczajnie ma się całkiem nieźle, bo słabe piwa, jakie wpadły w moje łapy można policzyć na palcach jednej ręki. Osobiście mam wrażenie, że powoli pukamy już do drzwi najlepszych na tym łez padole. A może już je przekroczyliśmy?