Van Pur – Chojrak

Tego piwa trochę się bałem. No bo umówmy się – jak ktoś nazywa piwo Chojrak, to nie robi tego bez powodu. Być może producentowi chodziło o zawartość alkoholu, która powali na łopatki każdego, kto rzeczonym Chojrakiem nie jest? Otóż nie, bo 7% na wprawnym piwoszu raczej wrażenia nie zrobi. Tym bardziej na Tadziu z osiedlowej ławki, c’nie? A jeśli nie o alkohol biega, to znaczy, że o co? W tym miejscu przychodziły mi do głowy najgorsze wady, jakimi możemy zebrać w ryj od pełnego, jasnego. Kanaliza, wymiociny, rozpuszczalnik, roztopione masło czy mokry karton. To tylko niektóre z „przyjemności”, jakich oczekiwałem od tego piwka. I to wszystko za circa about 1,79 PLN per pół litra. Chojrak grzecznie czekał w lodówce na swój czas, a że czas przydatności do spożycia gonił ku końcowi, niczym terminy w Universalu, tak też postanowiłem zmierzyć się z wyzwaniem i całkiem niedawno wyciągnąłem tę puszkę z „chłodniczej dekontaminacji” celem jej ogrzania oraz przygotowania do spożycia.

Szybkie psssst i dosłownie chwilę później w pokoju uniosła się delikatna woń podmiejskiej kanalizacji. O matko, czyżby faktycznie na to piwo potrzebny był tęgi chojrak? Po przelaniu do szklanki na szczęście temat zelżał. Obfita piana nie była tego powodem, gdyż znikła tak szybko, jak się pojawiła. Więc może jednak nie będzie tak źle? No nie do końca. Jak na piwo poniżej 2 PLN przystało Chojrak na starcie raczy nas aromatem zielonych jabłek. Umówmy się – aldehyd octowy to już standard w tej lidze i jego obecność wywołuje we mnie jedynie wzruszenie ramion i przysłowiowe „meh” na twarzy. Nuda Panie, jak w polskim filmie. Dalej też poleciał standard w postaci zajebiście wysokiej estrowości. Chociaż zamiast czerwonych jabłek objawiła się ona pod postacią wiśniowych landrynek. No dobra, tego jeszcze w FHP nie grali, więc jest ciekawiej. I ostatnia ciekawostka – utlenienie w stronę miodu. Tutaj już pełne zaskoczenie, bo spodziewałem się raczej mokrego kartonu, a dostałem mały słoiczek nektaru wielokwiatowego. Całość spowił zapach przetrawionego alkoholu, przywołując w mej pamięci okres młodości, kiedy z kumplami w krzakach waliliśmy tanie winiacze. Zresztą po kilku łykach to wspomnienie pozostało już do końca degustacji (ale nie całego piwa, bo to poszło finalnie w kanał), bo Chojrakowi bliżej do owocowego jabola, niż do mocnego piwa. Ale chwila, chwila, jednej rzeczy tutaj brakuje. Gdzie diacetyl?!? Przecież w każdym FHPie, jaki piłem dotychczas był diacetyl. Tu go nie ma? No kurde nie ma! Normalnie szok i niedowierzanie! Gdzie tu rozum i godność browaru? Czyżby Van Pur się tak postarał? Raczej nie – przy tak ogromnej ilości wad brak tej jednej to pewnie wypadek przy pracy.

Moje nadzieje na odnalezienie złotego Grala, Championa i Tytana Festivalu Huyowego Piva w tym piwie spełzły na niczym. Liczyłem na ostry wpierdol merkaptanu, solidny łopot kanalizy i mocny, prawy sierpowy z octanu etylu, a dostałem piwo nudne i bez wyrazu, niczym kolejne odcinki M jak Miłość. Ok, wiadomo że znalazła się tu cała gama wad i wtop browaru, ale każda z nich niczym mnie nie zaskoczyła, co stawia Chojraka jako przykład nudnego, pospolitego i taniego piwa. I do tego ten brak diacetylu. Smutek, żal i marazm, Panie. 5/10

Reklamy

Browar Głubczyce – Grillowe Mocne

Wszyscy podjarani, bo jutro wielki i najważniejszy na świecie Dzień Porteru Bałtyckiego. Do tego ma wjechać świeżuteńka, druga warka Imperium Prunum, wokół której już zrobił się taki kwas, jakiego nawet w Widawie nie widzieli. A ja Wam powiem jedno – Porter-srorter! Typowy Janusz i Karyna mają w nosie takie ekstrawagancje i pierdolety. Oni tęsknią za latem, ogródkami działkowymi i rozpalonym do czerwoności grillem, na który można wrzucić kilo żeberek, kilka pęt kiełbasy i z dwie srogie golonki. A jak grill, to przecież i piwem trzeba podlać i zapić. Ale nie jakimś tam ciemnym, mocnym i to jeszcze za kasiorę z kosmosu. Co to, to nie! Piwo musi być dopasowane do okazji, bo przecież food-pairing taki modny, taki wow i wszyscy teraz do żarcia dobierają stosowny napój. No a że grill, to Grillowe Mocne jest dopasowne, c’nie? Pisze Grillowe? Pisze! Będzie grill? Będzie! No to jedziemy z koksem!

Piwo na grilla musi być w puszcze. Przecież jak się zapakuje mięcho na grube kilogramy w tasie, to po co sobie dorzucać ciężkie butelki? Na grillu mamy odpoczywać, a nie pocić się już w drodze na działeczkę. A do tego opakowanie naszego dzisiejszego bohatera urokliwie skrzy się węgielkami oraz piękną blachą perforowa… czekaj, czekaj, jaką blachą? Dziwne to, bo nigdy nie widziałem grilla z takimi cudami. No ale może w Hameryce takie mają, a tam się na grillowaniu znają, c’nie? A jak samo piwo wygląda? W sumie kogo to obchodzi, bo przecież trzeba je pić z puszki, a nie tam patrzeć, czy żółte mniej czy bardziej, czy tam piana jest czy nie ma. To się pije, a nie ogląda. No to raz, raz, szybkim ruchem zbliżamy puszeczkę do ust i jak nas nagle w ryj nie zdzieli zapach jabłka obsmarowanego nieco zjełczałym masłem. I nie żeby to było jakieś subtelne i tylko lekko drapiące nas w nozdrza odczucie. Tutaj mamy konkretny, jabłkowo-maślany wpierdol. Jest fatalnie, czyli w podejściu FHP wspaniale! Smak to już kawalkada jabłkowego płynu do mycia naczyń z wyraźnym, żelazistym finiszem. No miód malina i cymes wśród eFHaPów. Chociaż mogło być gorzej, znaczy się lepiej – kiedy dawno temu miałem okazję próbować tego piwa, to poziom żelaza był tak wysoki, jakbym w trakcie picia zaczął krwawić i tę krew połykał. Brawo dla Browaru Głubczyce za ograniczenie tych doznań i zlitowanie się nad tymi, którzy odważą się sięgnąć po tę puszkę.

Grillowe Mocne Team, czyli Miłosz, Chmielobrody, Jerry Brewery oraz klapek Kubota

Grillowe Mocne to nie jest piwo dla słabych ludzi. Tutaj trzeba mieć silną wolę i twardy charakter, aby chociaż do połowy puszki dotrwać bez zbytniego wykrzywiania mordy. Ale Janusz z Karyną chyba będą zadowoleni, jak już pogoda będzie sprzyjać i w jakiś weekend na ogródkach działkowych grilla sobie rozpalą. W końcu skoro grill, to Grillowe musi pasować, nie ma wyjścia! 8/10 w skali FHP

Argus – Porter (Porter Bałtycki)

Sebix od życia nigdy wiele nie wymagał. Byleby robota była na zakładzie, wypłata w terminie, a od czasu do czasu jakiś grill z kumplami albo dancing na mieście. No i piwo. Wieczorem do meczu, do wiadomości, do serialu, do filmu, do teleturnieju, do Kuchennych Rewolucji czy innego Big Bradera. Bo na grillu to wiadomo, że wódka, a na dancingu lepiej Walkiera z colką machnąć, bo dupeczki z większym szacunkiem na Ciebie patrzą. A piwo to mocne; żeby bańka była i humor trochę lepszy. I nie za drogie, bo na zakładzie ostatnio mniej roboty i wypłaty już nie takie dobre. A jak niedrogie, to z dyskonta najlepiej, i to tego niemieckiego. Niemiec przecież to jakość i solidność, jak w BMW, jak w Mercedesie – nie ma sobie równych. Ostatnio nawet promocję zrobili na to drogie piwo, co to Sebix na nie czasem zerkał. 2.99 zł za puszkę żal było wydać, bo jeszcze kilka groszy i zamiast jednego będą dwa, a dwa to lepiej niż jedno, wiadomo. 2.19 zł brzmi lepiej, a przy tym 8 woltów mocy i niby jakiś porter, co to nazwę taką widział raz w knajpie na wakacjach w Juracie. Argusa też pija regularnie, więc co tam – kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana… czy tam portera.

Sebix na kwadrat dotarł dość późno, a że meczyk już się zaczął, to i na chłodzenie piwerka nie było czasu. Szybkie „tssssst” i już Argusik leje się do szkła, co to mu je kumpel przywiózł z jakichś targów. Tylko co tu się wyprawia w tym kolorze? Jakieś takie ciemno-brązowe, z pianą jasno-beżową. Zupełnie nie jak piwo normalnie, więc może popsute? Piana w sumie szybko znika, ale browarek koloru zmienić chyba nie zamierza. Powąchać trzeba przed wypiciem, bo jeszcze się zatruje, a na L4 wypłata słabsza. Pachnie też nie jak piwo, ale chyba ładnie. Trochę jakby popcorn maślany, ale za chwilę niby wiśnie w likierze. Normalnie czekoladki Mon-cheri gdzieś, ktoś tutaj utopił. Masełko, jak masełko, na bułce z dżemem dobre, to i może pod te wiśnie ktoś to wymyślił? W każdym razie pić można, bo nie śmierdzi. Kilka głębokich łyków i znowu te wiśnie tu są, a do tego szczypta czekolady się pojawia. I jakieś takie pełniejsze, niż tradycyjne jasne pełne. OK, może nalewka od babci to to nie jest, ale czuć że piwerko mocarne i słodkie. To już na pewno nie może być popsute, bo takie rzeczy ponoć tylko w tych dobrych piwach mają. Tak słyszał kiedyś w markecie, jak dwóch krawaciarzy o tym przy kasie gadało. A jaki posmak czekolady zostaje w ustach; normlanie takiej gorzkiej, jaką ostatnio w paczce na święta z zakładu dostał. Droga pewnie nie była, ale że takie cuda w piwie?! Tylko chyba to masło nie do końca tutaj pasuje, ale nie przeszkadza aż tak bardzo. Puszka zeszła przed pierwszym kwadransem meczu, humor wyraźnie się poprawił, a w drodze do lodówki już w nogach czuć wirowanie. Cuda jakieś Panie i to po 2.19 za sztukę!

Sebix już zaplanował, że szybko musi zapasy na Święta tego piwa uzupełnić, zanim promocja się skończy. Przecież takie cymesy nie mogą się zmarnować! Nawet by i trójkę peelenów dał za ten Porter od czasu do czasu, bo przecież i jemu odrobina luksusu się należy. Rozmarzył się Sebix i nawet przez chwilę pomyślał, że mógłby stać się zwykłym Sebastianem, ale gol w meczyku szybko przywołał go do porządku. Te Portery to on jutro kupi, ale teraz pora na najlepsze jasne pełne, 1.89 zł za puszkę i niech w końcu te patałachy wezmą się za granie, a nie takie badziewie na boisku wyprawiają! 4/10 w skali FHP

Browar Staropolski – Tradycyjne Mocne

Niemcy mają chyba lekki odpał na punkcie czystości. I nie, nie chodzi mi tutaj jedynie o pewnego niemieckiego polityka austriackiego pochodzenia, który leczył swoje kompleksy poprzez anihilację ludzkości. Przykładów jest więcej. Co powiecie o słynnej, niemieckiej chemii? No przecież też musi być prima sort i czyścić lepiej, niż Małgorzata Rozenek pokazywała to w swoim programie na TVNie. Do piwa Niemcy również musieli dorzucić swoje trzy, czyste grosze. Mowa tutaj o Reinheitsgebot, czyli Bawarskim Prawie (a jakże) Czystości. Podpisany i ogłoszony 23 kwietnia 1516 roku akt prawny głosił, iż do produkcji piwa można używać jedynie wody, jęczmienia i chmielu. IST DAS KLAAAAAAAAAAAAAR?!? Gdyby ówcześni Bawarczycy mieli pojęcie o istnieniu drożdży, to pewnie by je dopisali. No ale nie wiedzieli, nie dopisali i tak już zostało. Tej idei przyklasnął (pewnie nieświadomie) Browar Staropolski, wypuszczając piwo Tradycyjne Mocne. No skoro „Tradycyjne”, to musi być czyste, a skoro czyste, to podlegające pod Reinheitsgebot, a skoro podlegające pod Reinheitsgebot, to w jego składzie, a konkretnie w opisie składu musi się znaleźć: woda, słód jęczmienny, chmiel i ani słowa o drożdżach. Szybki rzut oka na puszkę i wszystko się zgadza. Oczywiście o drożdżach cicho sza, bo jeszcze nam się Wilhelm IV w grobie zacznie obracać. Może Browar Staropolski śladem średniowiecznych piwowarów także zaszczepia te sprytne grzyby z powietrza? Powietrze zresztą będzie miało w tym piwie wiele do powiedzenia. Ale od początku.

Tym razem pozwoliłem sobie na lekką dozę ekstrawagancji i piwerko poleciało do mojego ulubionego kieliszka degustacyjnego Teku. Prezencja Tradycyjnego Mocnego jest nienajgorsza – złocisty kolor pięknie skrzy się w szkle, a uroku całości dodaje gruba czapa średniopęcherzykowej piany. I nawet skubana trzyma się dość długo, zostawiając delikatną koronkę po każdym łyku. No, no, można by pocmokać z zachwytu. Można by, ale się nie cmoka, bo już z daleka czuć, że coś tutaj nie gra. Dla porządku i przypomnienia – jasny mocny lager europejski powinien być mocny, jasny, bez zbędnych aromatów chmielowych, estrowych czy fenolowych, z delikatnymi nutami słodowymi. Reinheit vor allem! A co kryje się w tym miejscu w naszym dzisiejszym bohaterze. O Panie, cały sad jabłoni najróżniejszej maści. Na wstępnie dostajemy intensywny aromat dojrzałych, czerwonych jabłek, aby po chwili nasz nos uraczyły jabłka mocno niedojrzałe i całkowicie zielone. I nie byłoby to wszystko takie złe, gdyby tych owoców Pan Staszek nie upierdolił w rozpuszczalniku. Normalnie jakby je wziął i wrzucił do wiaderka z tą średnio przyjemną cieczą. Czy to wszystko. A gdzie tam? Pamiętacie, jak we wstępie wspominałem o powietrzu. No, to ktoś się postarał i mocno to piwo napowietrzył, czego dowodem są akordy miodowe. I teraz pomieszajcie to wszystko i wyobraźcie sobie, jak to może pachnieć. Czujecie? Jeśli nie, to sięgnijcie po puszkę tego cudu „staropolskiego” piwowarstwa. Ja nie polecam. Smak to już równia pochyła i jazda po nieheblowanej desce do wanny z… płynem do mycia naczyń. Już wiem, skąd inspirację dla swoich produktów czerpał producent Ludwika. Kropkę nad „i” stawia tak nieprzyjemny posmak alkoholu, jakby sam Tadziu spod sklepu po tygodniowej libacji napluł nam w twarz. Chmielu w tym piwie nie stwierdzono.

Jak się finalnie okazało pierwszoplanową rolę w Tradycyjnym Mocnym nie odegrał Wilhelm IV ze swoim Bawarskim Prawem Czystości, a rozpuszczalnik w dość czystej postaci. Jak na piwo z tego segmentu mogło być nieźle i całkiem pijalnie. OK, być może estry nie są pożądane w tym stylu, ale hej – mówimy o FHPie za ok 2 zł per puszka, więc chyba można by przymknąć oko, prawda? Niestety nie wyszło, a octan etylu mocno obniżył notowania Tradycyjnego Mocnego, nadając mu Laur Konsumenta FHP! Dzieci, nie próbujcie tego w domu. W zasadzie to w ogóle tego nie próbujcie. 7/10 w skali FHP

PS

Dla przypomnienia:

1-2 – najlepsze, czyli najgorsze – toż to szok, że Tadziu z ławki może sobie golnąć taki specjał!

3-4 – kraft wśród FHPów – można wypić bez obawień, Janusz pił na grillu i cmokał z zachwytu!

5-6 – eFHaP pospolity – trzeba pić latem, ciepłe i koniecznie w autobusie spod kurtki!

7-8 – laur konsumenta – jest podłe, tanie i w sam raz na ławkę pod blokiem!

9 – medal pana kerownika – jak se zmrozisz, to może dotrwasz do połowy, bo dalij to już tylko kibel!

10 – Grand Prix FHP – najgorsze, czyli najlepsze – ściek, kanał i wymiociny; nawet Sebek nie do se rady!

Browar Jędrzejów (Van Pur) – Strzelec Mocne

Wśród moich bardzo dobrych kolegów mam jednego kumpla nad wyraz uzdolnionego pod kątem literackim. W związku z powyższym postanowiłem oddać w jego ręce jeden ze specjałów, jaki znalazłem na stacji Lotos pewnego, letniego popołudnia, tym samym udostępniając mu przestrzeń w Szalupie FHP. Szanowni Państwo, Panie i Panowie, przed Wami maszyna napędowa sekcji rytmicznej kwartetu J. D. Overdrive, uzdolniony informatyk, były oblatywacz symulatorów lotniczych, kompan do kufla, a czasami i  do kieliszka – Łukasz JOORAS Jurewicz!

fot. Marcin Pawłowski

Witajcie, wilki morskie! Oto kolejna szabla dołącza do kapitana Chmielobrodego w walce z hipsteriadą, snobizmem i zniewieścieniem myśli browarniczej! Zwą mnie Jerzym i oto zasiadam wraz z Wami w Szalupie FHP, by oddać się degustacji wątpliwej jakości trunków dla odważnych.

Tym razem antałek mój zawiera piwo o zadziornej nazwie STRZELEC MOCNE. I tu pierwsze przemyślenie. Czy to jakaś niepisana zasada taniego (lecz mocnego) piwa? Wnikliwy obserwator zawuażyć winien, że kolorystyka puszek jest w tym segmencie bardzo zbliżona. Niezmiennie czarne (lub bardzo ciemne) tło i brunatno – karmazynowa kolorystyka, mająca być może w założeniu imitować złoto lub pewnego rodzaju luksus, lecz szczerze? Ja odbieram to jako dość odpychające. Jak w hostelu, gdzie ponure spojrzenie pani recepcjonistki zdaje się mówić „uciekaj i ratuj swe życie, głupcze”. Kolejny stały punkt programu to hasła marketingowe. Obowiązkowo bez szczegółów i wyrażone tak, by nikt przesadnie w to nie uwierzył. „Sprawdzona receptura”, „kuszące siłą i głębokim, zdecydowanym smakiem”. „Nasze samochody mają cztery koła, błyszczący lakier i wyraźny styl”. Non stercore, Scherlokus. No ale, dobrze, nie bądźmy sceptykami. Spróbujmy.

Tu jednak pewna dygresja. W przeciwieństwie do tow. kapitana Chmielobrodego postanowiłem piwa nie przelewać do szkła (niestety tow. Jooras zapomniał zrobić zdjęcia, więc sam się poświęciłem i zrobiłem… w szkle 😛 – przyp. Chmielobrody). No bo, Kapitanie, seriously? Prędzej uwierzę w Predatora prowadzącego miejski autobus z napędem hybrydowym niż w to, że statystyczny pan Janusz kupujący takie piwo otwiera je w domu i przelewa z puszki do kufla. Jeśli nawet nie wypił go w pracy czy wracając tramwajem z tejże to z pewnością puszka w dłoni jest dlań dalece bardziej naturalna od obcego doznania wynikającego z trzymania w ręce szkła z piwem w środku. Dlatego też nie oceniam barwy, klarowności czy konsystencji piany, bo szczerze – czy kogoś to naprawdę obchodzi? Otwarta puszka dysponuje wystarczająco szerokim wizjerem do obserwacji podczas testu. O takich rzeczach jak temperatura min 25 stopni nie wspominam, bo to oczywistości.
No to wio. Kotwica w górę, ster prawo na burt. Grażyna, dej kotletu mielonego! Zaczynamy!

Tsst.
Zapach. Słodkawy, umiarkowanie intensywny, po drugim i trzecim niuchu nieprzyjemny. Klasyczna analogia do randki w Tajlandii, miło, sympatycznie, ale pewne detale wzbudzają uzasadnione obawy. Im dłużej wącham tym bardziej jest niefajnie. Nie ukończywszy kursu sensorycznego nie wskażę dokładnej wady, ale nie jest to zapach który mam ochotę wąchać. Dlatego zaprzestaję.

W skali FHP – przyjemna ściera, umiarkowanie odrażająca – do dopracowania.

Piana i wysycenie. Nie trzeba przelewać piwa z puszki by zauważyć, że jest śladowa i znika szybko jak pieniądze z OFE. Samo wysycenie całkiem niezłe. Puszka otwarta jest od około 20 minut i piwo wciąż ma gaz, a statystycznie po takim okresie zapewne producent zakładał całkowite spożycie.
W skali FHP – do poprawy.

Smak… mimo 7% woltażu nie jest wyczuwalnie alkoholowe. Jest słodkawe i (zatkawszy wcześniej nos) pierwsze wrażenie nie jest bardzo nieprzyjemne. Niestety, finisz jest już gorszy. Pojawia się nieprzyjemna goryczka, która sama z siebie „robiłaby” tu fajnie, ale… no właśnie, ale. Jest podejrzana. Jak typ w poplamionym ubraniu, który kręci się w butiku z drogimi zegarkami i nerwowo strzela oczami we wszystkich kierunkach. Być może jest ekscentrycznym, bardzo bogatym reżyserem, jednak rozsądek podpowiada by lepiej wezwać ochronę już teraz. Tu jest podobnie. W zestawieniu z nieprzyjemnym zapachem powoduje poczucie wyraźnego upodlenia. Człowiek ma ochotę wytrzeć tłuste palce o dawno niepraną koszulkę typu żonobijka i oglądać Adama Małysza, szybującego w niedzielne popołudnie na skoczni w Oberstdorfie. Odcinając się jednak od woni nawet mimo bycia ciepłym trunek jest gdzieś w granicach akceptowalnych do wypicia. Podejrzewam, że gdyby je mocno schłodzić byłoby …no, może bardzo pijalne to za mocno powiedziane, ale dałoby się popić nim Toruńską z grilla i nie krzywić ust po każdym łyku.
W skali FHP – dobrze rokujące, acz wciąż niedoskonałe.

Ciekawe jest, czy gdyby to piwo wyleżakować przez co najmniej kilka miesięcy stałoby sie przyjaznym strong lagerem. Podejrzewam, że raczej nie. Ale miejmy swe marzenia. Piwo dalekie jest od wyżyn (czy też nizin – zależy kto patrzy) swojej niszy, na tle tych które miałem przyjemność testować. Nie jest odrażające, raczej po prostu nieprzyjemne – da się je pić ciepłym, a to w testowanym przedziale cenowym nie jest już bynajmniej regułą.

Dlatego z bólem serca przyznaję ocenę w skali FHP: 5/10. Koneser wieloletnich Porterów Bałtyckich i tak się zrzyga, lecz pan Włodek elektryk uzna je za piwo smaczne i biorąc poprawkę na jego sposób rozumowania – będzie miał w tym trochę racji. Stąd też taka, a nie inna ocena, zaś podsumowaniem tej (pierwszej, lecz mam nadzieję – nie ostatniej) recenzji będzie nawiązanie do nazwy pewnego zespołu muzycznego – „są gorsi”.
Na zdrowie!

Browar Namysłów – Kuflowe Mocne

Polowanie na piwa z pod bandery „FHP” mogą nastręczyć sporo problemów. Umówmy się – każdy dyskont spożywczy oferuje duży wybór browarów w cenie poniżej dwóch zyli za puszkę. Ale co to za frajda pić bronksa o niemiecko-brzmiącej nazwie Fasber czy Rastinger. Jak jeszcze to przeczytacie z mocno przesadzonym Deutsch Akzent (jaaaaa!), to już w ogóle robi się poważnie, jak na przemówieniach z okazji 11 listopada przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Na szczęście jest sporo perełek, uwolnionych dzięki wybitnej kreatywności znamienitych umysłów piwowarstwa krajowego. Co prawda na Grillowe Mocne ciągle poluję, a Burger poszedł ostatnio na imprezie u kumpla podczas zbiorowej degustacji, jednakowoż udało się i w moje łapy wpadło Kuflowe Mocne. A że grill był, to i okazja była, a co! Dla formalności sprawdziłem jeszcze, jakiż to browar warzy ten specjał. Opis widniejący na puszce mówił o Namysłowie, niemniej jednak na ich stronach internetowych próżno doszukać się tejże marki. Przypadeg?!? Nie sądzę…

Niestety przyznaję się, iż degustację rozpocząłem nie do końca zgodnie z duchem FHP. Piwo zostało wcześniej schłodzone w lodówce. Mea culpa. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że dzielnie ogrzewałem Kuflowe w promieniach słonecznych. Pomogło, tzn. zaszkodziło, ale o tym za chwilę. Piwo po przelaniu do szkła wyglądało całkiem nieźle. Złocisty trunek zdobiła gruba czapa, średniopęch… moment, moment! Przecież ta piana tutaj przed chwilą była?! Serio?!? Nic, zero, null? Nawet Gołota po walce z Brewsterem tak szybko nie spieprzał z ringu, jak ta piana z tego kufla. W takim razie może aromat stanie na wysokości zadania, tzn. będzie doskonały, czyli podły, a więc wspaniały czy jakoś tak? Kilka niuchów i… mamy to! Aldehyd octowy, czyli skórka zielonego jabłka razy milion. Na rany Chrystusa, w Namysłowie gdzieś na boku chyba jabłonie hodują, bo miałem wrażenie jakby wjebali tutaj ich cały sad. No nic, w sumie czegóż innego można się było tutaj spodziewać? Ale hola, hola, to nie wszystko. Bo oto po dzielnym podniesieniu przez Słońce temperatury Kuflowego wiemy, że te zielone jabłka leżą sobie elegancko w mokrym kartonie, pełnym przemoczonych i znoszonych skarpet. Po prostu finezja eFHaPiarskiego zapachu i kunsztu piwowarów namysłowskich. Brawo! Na szczęście oszczędzono nam ciekawszych doznań, jak kwas masłowy czy merkaptan. Dziękuję Ci, o szczodry Namysłowie! Smak na szczęście (a raczej nieszczęście) dorównuje aromatowi. Ba, jest on ponoć nawet „ceniony przez smakoszy”. A przynajmniej tak jest napisane na puszcze. I w sumie może i jest to racja, o ile smakoszem tym jest Tadziu z osiedlowej ławki. Bo, uwaga, uwaga – da się w tym piwie wyczuć delikatną gorycz. Serio, jak mamę moją kocham, tak było! Pominę paskudny, drożdżowy posmak, kojarzący się z nieczyszczoną od miesięcy instalacją do nalewania piwa oraz podłą słodycz Kuflowego. Jest gorycz, więc musi być chmiel! Niesamowite w tej kategorii i szacun za to. Cieszę się, iż w przy degustacji towarzyszyli mi znajomi i ochoczo potwierdzali wszystkie moje spostrzeżenia. Z wyjątkiem pewnego niskiego na odwrót bębniarza, z upośledzonym węchem – wszyscy po kilku wdechach się krzywili, a ten wzruszył jeno ramionami. Brawa i odznaka tadziowa raz dla bdb kolegi!.

Podsumowując muszę przyznać – Kuflowe nie zdobędzie maksymalnej noty w skali FHP. Ba, ono nawet nie aspiruje do lauru konsumenta! Ok, jest paskudne, ale po prostu mieści się w standardach Festivalowych, czyli trzeba pić ciepłe, latem i koniecznie spod kurtki w tramwaju. Albo w innym autobusie miejskim. W tym miejscu dziękuje jeszcze raz wszystkim, którzy wzięli udział w degustacji, dzięki czemu Kuflowe nie poszło w kanał. Na zdrowie (ekhmmm) i 5/10 w skali FHP.

Startujemy z Szalupą FHP + Browar Jabłonowo – MOCNE!

Dzisiaj mamy ważny dzień – do życia zostaje powołana „szalupa FHP”, czyli miejsce w które będą wpadać moje refleksje, związane ze spożyciem szeroko pojętych piw niskobudżetowych. Ale o co z tym FHP w ogóle chodzi? Otóż grupka moich znajomych stwierdziła jakiś czas temu, i to chyba nie dla beki, że założą portal hołdujący „piwerkom” poniżej 2 zł per sztuka. Mówię całkiem serio, a niedowiarków odsyłam na fanpage FHP i zachęcam do zapoznania się z kontentem tej strony (wink, wink 😉 ) – Festival Huyovego Piva. Dla porządku wprowadzam również stosowną skalę ocen dla tej kategorii, która prezentuje się następująco:

1-2 – najlepsze, czyli najgorsze – toż to szok, że Tadziu z ławki może sobie golnąć taki specjał!
3-4 – kraft wśród FHPów – można wypić bez obawień, Janusz pił na grillu i cmokał z zachwytu!
5-6 – eFHaP pospolity – trzeba pić latem, ciepłe i koniecznie w autobusie spod kurtki!
7-8 – laur konsumenta – jest podłe, tanie i w sam raz na ławkę pod blokiem!
9 – medal pana kerownika – jak se zmrozisz, to może dotrwasz do połowy, bo dalij to już tylko kibel!
10 – Grand Prix FHP – najgorsze, czyli najlepsze – ściek, kanał i wymiociny; nawet Sebek nie do se rady!

Po co to wszystko? Dla ludu! Niech Tadzie, Sebki i Janusze też mają swoje miejsce w internetach, gdzie będą mogli sprawdzić, co jest na topie i co warto zabrać na działkę i pod kiełbe na grilla. Co mi tam – poświęcę się. A więc startujemy!

PS

Nie spodziewajcie się tutaj języka literackiego. Wulgaryzmy, uproszczenia i neologizmy będą tutaj na porządku dziennym. Czytacie na własną odpowiedzialność.

PPS

Wpisy mogą zawierać treści, utrzymane w konwencji  żartu i dowcipu 😉

Na pierwszy ogień „szalupy FHP” leci piwerko, jakie sprezentował mi mój bdb kolega Wojciech K. (wokalista J. D. Overdrive i  Mentor oraz derektor agencji koncertowej Happy Dying Productions) o wiele mówiącej nazwie MOCNE! Produkcją tegoż specjału zajmuje się zdobywca nagrody „Gazele Biznesu” w latach 2012 i 2013 – Browar Jabłonowo (serio, kurwa, Gazele Biznesu?!). Baaaa, samo piwo również otrzymało nagrodę, a konkretnie II miejsce w kategorii piw jasnych Konsumenckiego Konkursu Piw Bractwa Piwnego 2009. No to jak jest nagroda, to już musi być dosko i na grilla i na ławkę, c’nie? A skoro tak, to i pod meczyk się nada, co by naszym orzełkom pokibicować. No to jadziem z tym koksem.

imJak każdy szanujący się eFHaPiarz wie, najważniejsze, aby piwo pod futbolową fiestę było z kufla, więc i ja tak postąpiłem. Mocne w kuflu prezentuje się jak piwo. Trochę mętne, ale piwo. Piana jest, więc jest dobrze, chociaż znika z prędkością wpierdalania szaszłyka z grilla przy niedzielnym spacerze z Grażyną po parku. Aromat buchający z kufla to czystej postaci diacetyl (dla niewtajemniczonych – zapach maślany). Jest on na tak zajebiście wysokim poziomie, że pierwsze co, to chce się lecieć do piekarni po bochen chleba i zagryzać za każdym razem, jak kufel zbliża się do Twojego nosa na odległość 20 centymetrów. Matko Boska, nawet podczas kursu sensorycznego, gdzie wpierdala się w piwo próbkę zapachową 5-krotnie przewyższającą wyczuwalne stężenie tego związku nie było tak hardo. Ale co mi tam, może tutaj będzie się dało wyczuć coś więcej? Ok, mamy jeszcze nuty słodowe, odrobinę karmelu i nuty chlebowe. Te ostatnie to pod ten diacetyl chyba zrobili. Jakby tak zebrać to wszystko razem, to dostaniemy elegancki zapach jabola najgorszego sortu. Po prostu cud, miód i orzeszki. Tymczasem właśnie zaczęliśmy przegrywać z Holandią, więc trzeba się napić. Hesusie Nazarjeski, serio?!? Czemu to piwo musi być aż tak słodkie, a do tego mdłe?! Gdyby nie elegancki posmak żelaznych wkrętów do drewna, to z pewnością puściłbym pawia. Goryczy tutaj nie uświadczysz, chmielu także brak. Pewnie piwowar zajebał połowę ze 100 gram dodawanych na cały kocioł, żeby móc w domu z Grażyną zrobić sobie lepszego lagerka. Co by upewnić się w werdykcie wziąłem jeszcze dwa łyki, po czym szybko oddaliłem się w kierunku zlewu, aby spuścić piwo w kierunku Bałtyku.

Mecz przegraliśmy 2:1. Smutne, ale nie tak bardzo, jak smutne jest to piwo. W zasadzie wszystko się tutaj nie zgadza, ale mam przeczucie, iż może być jeszcze gorzej. Na szczęście nastawiłem się na paskudne piwo i Mocne z Jabłonowa dokładnie takie jest. Należy się laur konsumenta i mocne 7.5/10 w skali FHP.