Porterowy Browar Garaż

Z piwowarstwem domowym jest tak, że prezentuje ono bardzo zróżnicowany poziom. Serio, literalnie zdarzają się w nim paście, od których można umrzeć, piwa przeciętne, dobre, wybitne i takie, które spokojnie mogą nosić znamiona tzw. sztosów. A im bardziej utytułowany piwowar, tym szansa na zdobycie sztosa rośnie. I dokładnie tak jest w przypadku Browaru Domowego Garaż, za którym stoi niejaki Janusz Švach. Mnóstwo pucharów, wygranych w konkursach i opinia jednego z najlepszych piwowarów domowych w Polsce spowodowały, iż otrzymując pakiet kilku „bałtyków” autorstwa samego Janusza wypieki pojawiły się na mojej twarzy. Czy słusznie? Sprawdźmy!

 

Porter Bałtycki – Śliwka Wędzona 22°

Tutaj od razu było wiadome, iż wędzona śliwka zagra pierwsze skrzypce. I faktycznie tak jest. Piwo pachnie prześlicznie! Na szczęście w dominujących akordach tego czerwonego owocu swobodnie odnajdziemy przyjemną czekoladowość. Wędzonka nadaje piwu fajnego charakteru i, co ciekawe, przypomina ona aromat znany mi z piw, leżakowanych z płatkami dębu. Sam trunek jest niezwykle pełny, intensywny, czekoladowo-śliwkowy, z lekko kwaskowymi nutami. Duży plus za ledwo wyczuwalny alkohol. Jest dobrze. A nawet bardzo dobrze!

 

Smoked Baltic Porter 22°

Kolejna pozycja i kolejna wędzonka. Tym razem jednak ma ona charakter stricte dymny, a całość uzupełniają aromaty czekolady, śliwki oraz nuty cherry. W zapachu alkoholu nie uświadczymy. Smak to z kolei przyjemne tematy kakaowo-wiśniowe, kojarzące się wyraźnie z pralinami, wypełnionymi subtelnym likierem. Dym jest wyczuwalny, nadając piwu przyjemnego sznytu. Jeśli miałbym sklasyfikować ten trunek, to z pewnością trafił by on na półkę piw deserowych. Świadczy o tym zarówno smak, zapach, jak i genialna, gładka faktura tegoż porteru. Brawo!

 

Porter Bałtycki 22°

Przyszła pora na klasykę gatunku, czyli po prostu „najzwyklejszy” porter bałtycki 22 plato. Pikanterii dodał przy nim fakt, iż piwo było rozlewane w 2016 roku. Co przez ten czas się w nim wydarzyło? Zapach to sporo orzechowej czekolady, muśniętej odrobiną śliwek i jeżyn w towarzystwie kilku kropel sosu sojowego. Nie powiem, jest przyjemnie, szczególnie iż czekolada i owoce pojawiają się również w smaku. Całości jednak brakuje nieco ciała i słodyczy. Osobiście wole nieco mniej wytrawne bałtyki. Ogólnie z pewnością jest to bardzo stylowy i smaczny porter, ale przy pozostałych „kolegach” wypada dość przeciętnie.

 

Imperial Baltic Porter Porto Oak Aged 28.5°

Tym razem to już nie przelewki, o czym świadczy konkretny balling, wykręcony na poziomie 28,5°. Dodatkowo piwo leżało sobie z płatkami dębowymi, macerowanymi w porto. Brzmi dobrze? I to jeszcze jak! Aromat raczy nas prawdziwym koncertem czerwonych owoców. Są tutaj wiśnie, jeżyny oraz szczypta śliwek. Całości rewelacyjnie przygrywają taniny dębowe, oplecione nutami porto oraz czekoladowymi pralinami.  Alkohol? No niby jest, ale pojawia się on tutaj pod tak przyjemną postacią, że grzechem byłby jego brak. W smaku piwo jest równie złożone, co w aromacie. Pojawiają się w tym miejscu czerwone owoce oraz czekolada, co w całość przywodzi skojarzenia z czekoladkami Mon-Cheri. Faktura trunku to czysta, pełna i gładka poezja. Na podsumowanie nie można przy tym piwie użyć innego słowa, jak sztos!

Reklamy

Chmielobrody On Tour – BroPub by Brokreacja

Będąc aktywnym muzykiem koncertowym (a w moim wypadku raczej muzykantem) trzeba często liczyć się z pewnymi drobnymi niedogodnościami. Oczywiście temat ten nie dotyczy tych u szczytu świecznika, ale mała kapela, pokroju np. J. D. Overdrive, w której autor niniejszego tekstu się udziela, często mierzy się z różnorakimi trudnościami. Jedną z nich są wczesne próby dźwięku. Wiecie, trzeba pojawić się rano na scenie, zagrać próbę, a potem kisić się w klubie lub okolicy do wieczora. Najbogatsi mogą wrócić sobie do hotelu, pójść na masaż albo do sauny. Maluczcy niestety ten czas muszą zagospodarować w inny sposób. I tak też było w miniony weekend, kiedy to soundcheck skończyliśmy przed drugą po południu, a na scenie mieliśmy pojawić się ponownie w okolicach 21:00. I co tu robić na krakowskim Kazimierzu przez tyle godzin? Na pewno trzeba coś zjeść! A skoro mieliśmy rzut beretem do Bropubu, czyli autorskiej knajpy browaru Brokreacja, tak też postanowiliśmy połączyć przyjemne z przyjemniejszym, a więc szamanko z kraftowym piwem.

Sam pub znajduje się w bramie jednej z krakowskich kamienic, ale na szczęście nie sposób tutaj nie trafić. Przy głównej ulicy wisi baner, a na chodniku stoi potykacz. Sama knajpa co prawda nie należy do największych, lecz nie sposób odmówić jej uroku. Świetnym pomysłem jest wypuszczone na wewnętrzny dziedziniec kamienicy patio, które działa również zimą. Ktoś mógłby pomyśleć, iż otoczone jedynie przezroczystym i cienkim tworzywem miejsce przy niskich temperaturach nie ma sensu, niemniej zastosowane w tym miejscu patenty grzewcze robią robotę (wiem, bo byłem 😉 ). Dodatkowo przed wejściem znalazło się jeszcze miejsce dla kilku leżaków, firmowego parasola, a w środku można przycupnąć przy kilku stolikach z krzesłami. Ze ścian spoglądają na nas znane z butelek postaci, autorstwa Filipa Kuźniarza, dodając temu miejscu niezbędnego charakteru.



Nudy nie ma również na kranach, których jest aż szesnaście. Jak na patronacką knajpę przystało większość pozycji to piwa z katalogu Brokreacji, ale oczywiście zdarzają się wyjątki na specjalne okazje. Tym razem jednak cała paleta piw należała do lokalsów. No chyba że ktoś miałby ochotę na coś mocniejszego, to wtedy proszę bardzo – wybór w tym zakresie był w mojej ocenie wystarczający. Nim okiełznałem szamę postanowiłem uzupełnić elektrolity dużą szklanką przygotowanego na katowicki Tattoo Konwent Devil Inka. Piwo okazało się nad wyraz przyjemną Session Red IPĄ, z odpowiednim charakterem, goryczką i cytrusami w aromacie. Karmel nie dominował, co wpisuję na zdecydowany plus. Ot przyjemne piwo do sączenia w gronie znajomych bez zobowiązań.

Devil Ink

Piwo piwem, ale przyszliśmy przecież coś zjeść. Wybór paszy być może nie położył nas na kolana, ale dla tego typu przybytków jest on wystarczający. W karcie znajdują się cztery burgery, trzy quesadille, zapiekane ziemniaczki, krążki cebulowe, frytki z batatów oraz krewetki tygrysie. Tyle i aż tyle. Chwila zastanowienia i za chwilę na stole przede mną pojawił się The Miner Burger, czyli 150 gram soczyście wysmażonej wołowiny, zamkniętej w czarnej bule z dodatkami, wśród których peklowany burak i czerwona cebulka zrobiły mi dzień. OK, co prawda bułka była nieco zbyt przesuszona, ale wspomniane wcześniej buraki i cebulka w towarzystwie sosu abado pozwoliły przymknąć oko na ten drobiazg. Burger został podany z dwoma pysznymi sosami oraz z ziemniaczkami, opiekanymi w papryce. I to wszystko za jedyne 25 zł.  Szkoda jedynie, że obsługa nie pyta o stopień wysmażenia mięsa, bo jednak fajnie jest mieć wybór. No i nie każdy lubi wołowinę wysmażoną w stopniu medium. Całościowo jest jednak dobrze z plusem i zapewne ponownie sięgnąłbym po tego samego burgera gdyby nie fakt, iż Bropub planuje go wycofać. Szkoda, ale ponoć czarna buła w Krakowie nie jest chodliwym tematem. Aczkolwiek ekipa siedząca obok nas zamówiła kilka sztuk tego cuda, więc może załoga zmieni decyzję? Zobaczymy.

I w zasadzie w tym miejscu mógłbym przejść do podsumowania, ale do mojego szkła powędrowały jeszcze dwie pozycje z katalogu Brokreacji. Pierwszą z nich był premierowy Polskoe Shampanskoye, czyli Imperial New England Grodziskie, uwarzone w kooperacji z rosyjskim browarem Victory Art Brew. Piwo niezwykle rześkie, przyjemnie owocowe i całkiem fajnie podwędzone. Co prawda wędzonki życzyłbym sobie więcej, ale pełnia tego trunku, jego faktura i smak wynagradzały ten mały ubytek. Butelka ponoć lepsza, co zamierzam oczywiście sprawdzić. Na koniec zmierzyłem się z tegoroczną edycją Battle Mastera – Barley Wine’em, leżakowanym z płatkami dębowymi, macerowanymi w Bourbonie. Piwo wyszło bardzo przyzwoicie, ale będąc pochłoniętym rozmową z „bdb” kolegami z kapeli zwyczajnie za słabo się nad nim skupiłem, aby móc je obiektywnie ocenić. Wiem że z pewnością mi smakowało, a na zbliżającym się WFP uzupełnię wiedzę na jego temat.

Polskoe Shampanskoye

 

Battle Master 2018

Bropub to miejsce idealne na luźne spotkania ze znajomymi przy szklance dobrego piwa. Knajpa ma swój charakter, co w połączeniu z niezłą kuchnią i całkiem atrakcyjną okolicą w postaci krakowskiego Kazimierza czyni ten multitap lokalizacją „must-visit” na mapie małopolskich pubów. I dołóżcie do tego wszystkiego możliwość oglądania na ogromnym ekranie różnorakich zmagań sportowych. Fajnie? No dla mnie nawet bardzo. Polecam tego allegrowicza!



Szybki Strzał – Odc. 15

Patrząc na coroczne statystki, jakie przygotowuje Piwna Zwrotnica, można zauważyć dość naturalne ruchy na scenie browarów rzemieślniczych. Część podmiotów się zamyka, część przekształca, a część otwiera. Ot normalny cykl życia, charakterystyczny dla większości rynków. I o ile o tych zamykających się zazwyczaj mało kto pamięta, tak nowe inicjatywy częściej zwracają na siebie swoją uwagę. Przynajmniej ja tak mam, że chętnie sprawdzam formę nowych browarów na kraftowej mapie Polski. Stąd też dzisiejszy „Szybki strzał” poświęcony jest trzem nowym graczom na rynku – browarom Beer Architect, Mintaka oraz Funky Fluid. Jedziemy!

Beer Architect – New England Myths (NEIPA)

To, co przykuło moją uwagę w tym piwie, to etykieta. Grafika, oparta na iluzji optycznej w mojej ocenie po prostu robi robotę. Niestety nieco inaczej sprawa wygląda z zawartością, która zaatakowała mnie zaraz po otwarciu kapsla. OK, być może nie był to gushing, jaki przyozdobiłby mój sufit, ale jednak nawet po przelaniu części trunku do szkła piana nie przestawała wyciekać z butelki. Szkoda, bo to piwo zdecydowanie dobrze rokowało. Wokół kieliszka unosiły się nuty cytrusów, od razu można było wyczuć lekką słodycz owoców, ale w tle nieśmiale do głosu dochodziły klimaty brettowe. Smak zdawał się potwierdzać moje przypuszczenia, bo lekkie nuty funky towarzyszyły mi do końca degustacji. W sumie wypiłem to piwo do dna i nawet mocne wysycenie jakoś bardzo nie przeszkadzało, ale mimo wszystko kompozycja całości nie do końca wyszła na plus. Szkoda, bo czuć w tym pomyśle spory potencjał. Może następnym razem?

 

Mintaka – Mira Ceti (Blackberry & Currant APA)

Pisanie o piwie nie jest proste. Żeby tekst był w jakikolwiek sposób atrakcyjny trzeba w nim znaleźć jakiś punkt zaczepienia, ciekawą historię, szczegół, detal, cokolwiek, co przykuje uwagę czytelnika do tekstu na dłużej. Bardzo podobnie jest z piwem. To jego smak i aromat pozwala nam cieszyć się zawartością szkła. Niestety z Mirą Ceti jest jak z tym tekstem. Nie znalazłem w tym piwie żadnego punktu zaczepienia. Niby czuć w aromacie porzeczkę, jest szczypta cytrusów i wyraźna baza słodowa, ale całość jest… nijaka i trochę pusta. Odczucia po kilku łykach co prawda odrobinę się poprawiają, bo do całości dochodzi lekka kwaskowość i cierpkość, ale ogólnie nuda Panie, jak w polskim filmie. A można było odważniej, można było intensywniej, można było mocniej. Osobiście czekam na poprawiony wariant tego piwa, bo jeśli będzie on podkręcony, to ja to kupuję. A póki co – meh.

 

Funky Fluid – Gonna Be Late (West Coast IPA)

Lubicie Funk? Ja bardzo! No ok, może nie jestem jakimś ultrasem, ale zwyczajnie lubię pobujać się czasem do Jamiroquaia czy innego Jamesa Browna. Lubię też West Coasty. I to bardzo! Dlatego też nie mogłem sobie odmówić wypicia „Gonna Be Late”. Szczególnie iż dobrych West Coastów to u nas jak na lekarstwo. Owszem, obawy były, bo jak pokazuje przykład dwóch piw opisanych wyżej, nie każdy świeżak, do których zalicza się browar Funky Fluid, odnotowuje udany start. No ale to, co się tutaj odjaniepawliło, to ja, Proszę Państwa, nawet nie! Jakże to piwo pachnie! Ono wręcz bucha wuchtami chmielu, wrzuconymi przez piwowara do kotła podczas warzenia. Mamy grejpfruty, są pomarańcze, jest żywica i turbo chmielowość. Jeśli mieliście kiedyś okazję powąchać granulat chmielowy, to będziecie wiedzieli, o czym mówię. Gonna Be Late jest oczywiście wytrawny, jak na rasowego West Coasta przystało! Do tego mamy tutaj wyraźną owocowość, wysoką goryczkę i całkiem przyjemne ciało, jak na ten styl. Tutaj wszystko gra tak, jak u wspomnianego wcześniej Jamesa Browna! I jedyne czego mi brakuje, to Mosaic. Oj jakże byłoby to piwo idealne, gdyby opleść je subtelną mgiełką nafty. Ach rozmarzyłem się. Funky Fluid – dobra robota, bo będę do tego piwa z pewnością wracał.

Szybki Strzał – Odc. 14

Lubię dostawać dary losu od browarów, których nie miałem okazji testować. Dla mnie to zawsze nowe doświadczenie, a dla browaru możliwość zasięgnięcia opinii. Oczywiście inna kwestią jest to, czy browar z tą opinią będzie się liczył, ale to już inna para kaloszy (chociaż w serduszku liczę, iż ktoś tam ceni sobie moje zdanie 😉 ). Stąd też dzisiaj na tapet lecą po dwie pozycje z katalogów browarów Jastrzębie i Incognito. Jedziemy!

Browar Jastrzębie – Jastrzębska Pszenica (Sorachi Ace Single Hop Weizen)

Lubię Sorachi Ace. Jeśli zbiory są trafione, a chmiel nie pójdzie w stronę koperku, to doda on do piwa sporo aromatów kokosowych. I jak tak sobie pomyślałem, że kokos połączy się z typowymi zapachami, jakimi dla pszenicy są goździki i banany, tak w mojej głowie pojawił się całkiem przyjemny obraz. Niestety, mimo iż wspomniane wyżej goździki i banany wyczujemy w tym piwie, tak Sorachi Ace tutaj po prostu nie istnieje. W smaku też nic, co mogłoby kojarzyć się z tym daleko wschodnim chmielem nie odnotowałem. Samo piwo jest co prawda całkiem przyzwoitą pszenicą, z fajnie jak na ten styl zarysowaną goryczką, ale liczyłem na więcej. No i do tego te białkowe farfocle. A fe! Mogło być lepiej.

 

Browar Jastrzębie – Jastrzębska Mozaika (American India Pale Ale)

Z kolei Mosaic to chyba mój ulubiony chmiel. Nie dość, że wykręca w piwie sporo cytrusów, to jeszcze do tego ten aromat nafty. No miód na moje nozdrza. I o ile nut pomarańczy w zapachu Jastrzębskiej Mozaiki są całe wiadra, tak nafty mi jednak trochę zabrakło. Niemniej całość ładnie komponuje się z delikatną słodowością, więc finalnie aromat zapisuję na plus. A jak wypadają doznania organoleptyczne? Piwo jest umiarkowanie wytrawne i umiarkowanie goryczkowe, z fajną owocowością, podbijającą wrażenie sporej rześkości trunku. Niestety pojawia się też alkohol, który dość nieprzyjemnie podbija goryczkę. Jastrzębska Mozaika ma ogromny potencjał, ale w mojej ocenie trzeba popracować nad kilkoma detalami – mniej alko, wincy nafty!

 

Browar Incognito – American Wheat

Oesu jak ja się nudzę przy American Wheatach. To jeden z tych stylów, po które nie sięgam, jeśli nie jestem do tego zmuszony (wink, wink 😉 ). Niemniej jeśli już w paczce przychodzi butelka z tymże specyfikiem, tak otwieram z nadzieją. Nadzieją, iż ktoś może w końcu kupi mnie American Wheatem. Niestety nie w tym wypadku. Tylko nie zrozumcie mnie źle, bo zgodnie z wytycznymi BJCP samo piwo mieści się w ramach i jest stylowe. W zapachu mamy trochę ciasteczek, lekką zbożowość i minimalną ilość cytrusów, które w smaku już jawią się nieco wyraźniej. Całość jest płaska, z lekko łodygową goryczką i szczyptą nut zbożowych. No nuda Panie, nuda jak w polskim filmie (niemniej ciągle stylowym).

 

Browar Incognito – Blakc IPA

Wiecie, jaki jest podstawowy problem z Black IPAmi? Otóż bardzo często powinny być określane na butelce mianem American Stoutów, niźli Cascadian Dark Ale’ami (Cascadian Dark Ale – pierwotna nazwa stylu – przyp. aut.). I tak też jest w przypadku tej propozycji browaru Incognito. Przynajmniej jeśli chodzi o zapach piwa. Czy to źle? Dla mnie absolutnie nie, bo lubię oba style; ot przytyk formalny. Wróćmy jednak do naszego bohatera, raczącego nasze nozdrza wyraźną palonością i prażonym słonecznikiem. Na szczęście cytrusy też tutaj są, a w tle dodatkowo subtelnie przygrywają orzechy włoskie. No jest fajnie. Smak z kolei przechyla się już mocniej w stronę napisu na butelce. Jest o wiele więcej owoców cytrusowych, niż nut palonych, a umiarkowanie pełne ciało fajnie koresponduje z wytrawnością piwa. Jest smacznie, jest fajnie, jest przyjemnie, więc pewnie z chęcią sięgnę po tę Black IPĘ ponownie. Czy raczej winienem napisać ” ten American Stout”? A zresztą – kogo to obchodzi? 😉

Szybki Strzał – Odc. 14 – Corfu Beer

Grecja znana jest m. in. z dobrej oliwy, wielu atrakcji turystycznych, kryzysu gospodarczego i wina. A co z piwem? No tutaj szału nie ma. Oczywiście Ci, którzy mieli okazję odwiedzić ten helleński kraj zapewne skojarzą nazwę Mythos czy Alfa, ale pewnie ciężko będzie im wymienić jakieś kraftowe, greckie pozycje. Wybierając się w tym roku na urlop również nic mi do głowy nie przychodziło, a więc szybko rzuciłem się w ramiona wujka Google, aby sprawdzić, co ciekawego Hellada ma do zaoferowania beer geekom. Jak się finalnie okazało, na Korfu, gdzie miałem spędzić trochę czasu, ma swą siedzibę browar Corfu Beer. Mówią o sobie „mikrobrowar”, mają w ofercie IP-ę czy Barley Wine’a, więc nie mogłem sobie odmówić skosztowania wyrobów tegoż przybytku. Baaaa, udało mi się nawet odwiedzić browar i przygotować krótką relację z tegoż wydarzenia, którą znajdziecie klikając TUTAJ, ale co z samymi piwami? Przyjrzyjmy się wybranym pozycjom!

Ionian Gold (Lager)

Chciałoby się zacząć z przytupem i napisać, że w końcu oto Grecy mają lager, z jakiego mogą być dumni. Lager, który przyćmi koncernowe wynalazki w stylu Mythosa i Alfy! Lager na miarę ich możliwości! Niestety. O ile mocno schłodzony wchodzi jak woda, o tyle po ogrzaniu wchodzi jak woda z masłem. I to nie łyżeczką tegoż, a całą, 200-gramową kostką. OK, niby gdzieś tam w tle przebija się lekka słodowość, ale to w żaden sposób nie wpływa na poprawę jakości trunku. Jest słabo, podle i nędznie. Szkoda szczępić… klawiaturę.

 

 

Royal Ionian (Pilsner)

Na szczęście im dalej w las, tym lepiej. Chociaż mając na uwadze to, że pilsy mają zazwyczaj więcej diacetylu niż lager, tak można byłoby mieć lekkie obawy. Na szczęście niepotrzebnie. Owszem, Royal Ionian jest lekko maślany, ale typowo na modłę czeską, więc wszystko się tutaj zgadza. Czuć chmiel, jest konkretna słodowość, a do tego przyjemna rześkość i odpowiednio zarysowana goryczka. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie DMS. Gotowane warzywa nieco dyskredytują to piwo, ale lepiej sięgnąć po tę pozycję, niż po maślanego Golda.

 

Bitter Dark (Dark Bitter Ale)

Tutaj bez dwóch zdań mamy do czynienia z najlepszym piwem browaru. Przede wszystkim od razu czuć, że ta pozycja jest faktycznie wytrawna, a do tego o dość przyjemnej fakturze. Słodowość gra w tym miejscu pierwsze skrzypce, racząc nas ciasteczkami z karmelem. Do tego trochę kawy i szczypta czekolady. Piwo nie jest wyraźnie goryczkowe, ale ten element również został zaznaczony. Oczywiście piwo nie zwala z nóg, ale jest poprawne i po prostu przyjemnie się je pije.

 

Special Red (Red Ale)

Nieźle wypada również Special Red. Oczywiście nie jest to styl, po którym moglibyśmy spodziewać się Bóg wie jakich doznań sensorycznych, więc nie tego od Special Reda oczekiwałem, ale jednak wymagania były. Piwo raczy nas aromatem pieczonego chleba i biszkoptów. Nie jest na szczęście przesadnie karmelowe, czego nie można już powiedzieć o słodyczy. Tutaj życzyłbym sobie nieco większego odfermentowania albo wyższej goryczki, ale hej – nie można mieć wszystkiego. Całościowo jest ok, ale bez szaleństw.

 

Contessa I. P. A. (India Pale Ale)

Pora na pierwszą pozycję, w której browar wkracza w mocniejsze chmielenie. W tym miejscu otrzymujemy IP-ę na modłę brytyjską. Nasz nos z pewnością dostrzeże tutaj sporo nut kwiatowych, lekko ziołowych, z nutką tytoniową. Z kolei podniebienie odczuje nieco za wysoką kwaskowość, oplecioną akordami ziemistymi. A co z goryczą? Jest umiarkowana i nieźle zaznaczona, ale czuć iż piwowar podszedł do tego tematu ze sporą dozą ostrożności. Tak to już jest, kiedy rynek piwa kraftowego w danym kraju dopiero się rozwija. Contessa jest piwem przyjemnym, przyzwoitym i zapewne mieszkając na co dzień w Grecji chętnie bym po nie sięgał, ale przenosząc je na nasz rodzimy grunt… no raczej nie bardzo 😉

 

Ionian Epos (English Barley Wine)

Bardzo podobny poziom do Contessy prezentuje Joński Epos, czyli english barley wine. W sumie to byłem dość mocno zaskoczony znalezieniem tego stylu w ofercie korfijskiego browaru, więc koniecznie chciałem tego piwa spróbować. Sam trunek jest zdecydowanie melanoidynowy, z akcentem rodzynek, estrów oraz miodu, którego dodano na fermentację (chyba że Pan, oprowadzający nas po browarze źle nas poinformował 😉 ). A co ze smakiem? Jest nieco chlebowo, z ponownym akordem rodzynkowym i wyraźną słodyczą, którą jednak fajnie kontruje goryczka. A jednak da się sypnąć w Grecji więcej chmielu! Fajnie. A byłoby lepiej, gdyby nie nieco zbyt wysoka alkoholowość Ionian Eposa.

 

Jak sami widzicie grecki browar Corfu Beer nie powala na łopatki. Produkują piwa co najwyżej przeciętne, ale zdarzają się im też wpadki, jak wspomniany wyżej diacetyl w lagerze czy DMS w pilsie. Na szczęście sami przyznali podczas wycieczki, iż Grecy o winie wiedzą wszystko, a o piwie nic. Co nie zmienia faktu, że chcą się szkolić i poszerzać horyzonty, a ostatnio zaplanowali nawet większe chmielenie na goryczkę w swojej Contessie. Brawo!

Warto w tym miejscu zaznaczyć jeden drobiazg – browar co roku, we wrześniu organizuje festiwal piwa na swoim terenie (a konkretnie na placu przed swoją siedzibą). I nie zamykają się jedynie na lokalne piwa. W zeszłych latach gośćmi na tej fieście byli Włosi oraz Czesi, a w tym roku będą nimi browary angielskie. Największym marzeniem ekipy jest ściągnąć Belgów, więc plany mają ambitne. I tylko szkoda, że na moje pytanie o to, kiedy zrobią festiwali z polskimi browarami, udzielono mi dość wymijającej odpowiedzi.

Finalnie, mimo takiej, a nie innej oceny, fajnie że będąc na wywczasie można sięgnąć po coś innego, niż koncernowy Mythos. Być może nie polecę w tym miejscu dolniaków, ale w górnej fermentacji browar Corfu Beer radzi sobie co raz lepiej. Jak do tego dołożymy fakt obecności piw „korfijskich lokalsów” w niemal każdej tawernie, tak robi się po prostu miło, a my kupując piwa wprost z wyspy Korfu wspieramy lokalny przemysł. Tyle wygrać!

Szybki Strzał – Odc. 13

Jest lato. A skoro mamy lato, to musi być ciepło. I jest ciepło. Tzn. w momencie, w którym piszę te słowa, bo jak Wy je będziecie czytać, to może nie być ciepło. Chociaż chyba będzie, ale pewności nie mam. W każdym razie skoro jest ciepło, to zapewne częściej sięgacie po piwa jasne, niż ciemne. A może nie? Nieważne. Ja tak robię, dlatego też przed Wami kolejna odsłona cyklu, w którym dzielę się z Wami krótkimi recenzjami ostatnio spróbowanych piw.

Hopito – Custom IPA ( DDH Session IPA)

Co się stanie, kiedy młodziutki browar zabierze się za warzenie piwa z dopiskiem, wywołującym gęsią skórkę u hopheadów? Bo właśnie tak się dzieje, kiedy na butelce, przy opisie stylu pojawią się słowa Double Dry Hopped. W tym wypadku – niestety niewiele. W zapachu dostajemy przede wszystkim sporo biszkoptów ze słodów Pale Ale, a poza tym trochę owoców tropikalnych i cytrusów oraz nieco ziołowości chmielu. Miało wyjść szałowo, a wyszło bardzo przeciętnie. Zresztą smak tego piwa potwierdza to, co dzieje się w aromacie. Całość jest odrobinę za słodka, a przy tym dość wodnista i bez charakteru. Ja wiem, że to „tylko” session IPA, ale mimo braku wad spodziewałem się więcej.

Pivovsky – Twinster (DDH New England IPA)

Kolejny młodziutki browar, kolejne piwo z dopiskiem DDH i kolejne przeciętne wykonanie. Ja nie wiem, o co chodzi, ale w tego typu piwach biszkoptowość naprawdę powinna schodzić na drugi albo nawet na trzeci plan, a ponownie biszkopty grają tutaj pierwsze skrzypce. Niby pojawiają się i owoce egzotyczne, ale raczej w przejrzałej i mdłej formie. Dość słabo, jak na ten styl. W smaku na szczęście jest nieco lepiej, bo faktura i gładkość trunku już dość blisko ocierają się o Vermont, ale po chwili znowu pojawiają się przejrzałe owoce i biszkopty. Umiarkowana gorycz trochę ratuję temat, ale finalnie ni to DDH, ni to New England.

Pivovsky – Fragola (Strawberry Milkshake IPA)

Zupełnie inaczej sytuacja prezentuje się w przypadku tego piwa. W końcu czuć chmiel w jego ziołowej postaci, są przyjemne truskawki i delikatna jogurtowość. I taki aromat milkshake’a to ja szanuję! Biorąc kolejne łyki robi się tylko ciekawiej. Owoce prezentują się w tym miejscu jak należy, laktoza wprowadza przyjemną i delikatną mleczność, a wszystko jest pięknie kontrowane fajną i konkretną goryczką. W końcu piwo z charakterem w tym zestawieniu. I nie można było tak od początku Panie Pivovsky (wink, wink 😉 )?

Brodacz – James (Falconers Hazy IPA)

Czasem jest tak, że nie wszystko wyjdzie zgodnie z planem. I James jest tego dowodem. Jest tylko jedno „ale”. To, co nie było zaplanowane wzniosło to piwo na wyżyny. Oczywiście bez tego jednego, nieplanowanego czynnika czuć, iż piwo samo w sobie mogłoby być świetne. Są cytrusy, czuć grejpfruty; no chmiel zrobił tutaj robotę. W smaku James jest cytrusowy, rześki i przyjemnie goryczkowy. Do tego fajna pełnia i gładkość. Czujecie to, prawda? Czujecie, jak mogłoby smakować to piwo, gdyby nie „czynnik X”? Jestem pewien, że byłoby smacznie, ale „X” zrobił tutaj rzeczy piękne. Całe piwo oplótł nutami funky. Tak się dzieje, jak trunek „zakazi” się nieco brettami. OK, być może jest ciutkę przegazowane, ale wierzcie mi – to piwo jest ciosem! Jeśli okaże się, że cała partia tak wyszła, to zapewne Brodacze wycofają piwo z rynku (i tak też się stało, o czym nie wiedziałem pisząc powyższe słowa), więc jak tylko możecie i gdzieś je znajdziecie, to łapcie jak najszybciej i pijcie jak najszybciej. Warto. Oj bardzo warto!

Bobry, małpy i kista chmielu

Pomimo tego, iż kranoprzejęcia czy premiery nowych piw kraftowych, prowadzone w multitapach wraz z obecnymi na miejscu załogami browarów, straciły nieco na swoim impakcie, tak ja osobiście bardzo cieszę się, że „tradycja” ta nie umarła. Dowodem tego była sobotnia premiera dwóch nowych piw z browaru kontraktowego Hoppy Beaver – Some Like It Hoppy, czyli Belgian IPA oraz Blondyna Wieczorową Porą, uwarzonego w stylu Polish Blonde Ale. W Białej Małpie, gdzie premiera miała miejsce, zjawili się oczywiście przedstawiciele browaru oraz Tomek z Piwnych Podróży (w towarzystwie Gosi), przedstawiciele Katowickiego Projektu Piwnego z Prezesem na czele (Ave Projekt!), Ania – właścicielka Małpy – i moja skromna osoba (bez Pani Kapitan, która postanowiła tegoż weekendu uczynić mnie słomianym wdowcem). W takim towarzystwie wieczór zapowiadał się przednio.

Załoga browaru Hoppy Beaver

Nim jednak o samej imprezie warto kilka słów rzec o samych „chmielowych bobrach”. Browar ten powstał pod koniec 2017 roku, ale na rynku ich pierwsze piwa pojawiły się w okolicach lutego b. r. I od razu były one dość sporym zaskoczeniem, bo mało kto decyduje się na uwarzenie swoich pierwszych piw w stylach Belgian Tripel i Scottich Ale. Czy to źle? Absolutnie nie! Szczególnie iż piwa wypadły bardzo dobrze i dawały dobre widoki na przyszłość. Co zresztą potwierdziły kolejne pomysły, jakie browar uwarzył w żyrardowskim Beer Brosie. Na ten moment Hoppy Beaver może pochwalić się ośmioma piwami w swoim portfolio, co jak na pół roku bytności rynkowej robi dość duże wrażenie.

Ja wieczór zacząłem od Some Like It Hoppy. Co prawda już wcześniej miałem okazję próbować tego piwa w wariancie butelkowym, ale wówczas nie zrobiło ono na mnie zbyt pozytywnego wrażenia. Potężna ilość estrów, idących mocno w stronę czerwonego jabłka zaburzała mi kompozycję aromatu, jaką powinna dostarczać Belgian IPA. Na szczęście wariant lany ustąpił pola fenolom i przyjemnej chmielowości. Estry zeszły na drugi plan, dzięki czemu piwo wypadło całkiem przyzwoicie.

A skoro piwo przyzwoite, to i humor od razu zrobił się lepszy, dzięki czemu mogliśmy w fantastycznym towarzystwie oddać się rozmowom. I może w tym miejscu nie będę przywoływał, jaki temat trafił na tapet; dość rzec że było trochę śmiechu, trochę żalu i opadające ręce. W między czasie ekipa Małpy poczęstowała nas fantastycznym, meksykańskim żarciem. Wszystko z okazji planowanego na czwartek, 26 lipca b. r., otwarcia Białej Małpy Mexico. Tak, tak – knajpa z dobrą paszą i piwem kraftowym. Tyle wygrać.

Następnie do mojego szkła trafił Blondyn Wieczorową Porą. Podobnie, jak w przypadku Some Like It Hoppy, i tutaj miałem okazję kosztować piwa z butelki. O tym, jak wypadło możecie dowiedzieć się tutaj: KLIK! Natomiast wariant lany wypadł o jakieś 25% lepiej, dorzucając do całości wyraźnie ziołowych akcentów chmielowych, co dodatkowo uatrakcyjniło ten na pozór nudny styl. I niech za potwierdzenie tegoż stanu rzeczy służy fakt, iż zazwyczaj tego samego wieczoru nie powtarzam tych samych pozycji. W tym wypadku musiałem zrobić wyjątek, bo Blondyn Wieczorową Porą wypadł po prostu rewelacyjnie. Stawiam w tym miejscu na sporą zasługę użytego chmielu Iunga, ale pewnie i Oktawia wniosła do piwa sporo dobrego. W każdym razie ja w tym pięknym aromacie białych owoców, oplecionych nutą cytrusów i akcentami chmielowymi zwyczajnie się zakochałem.

Przy tak udanych piwach oraz przy dobrym jedzeniu i w tak doborowym towarzystwie czas szybko zleciał i trzeba było zawijać się do domu. Wszystko wypadło jak należy, niemniej ja ciągle będę powtarzał, że brakuje mi czegoś ekstra przy okazji tego typu imprez. Niby mamy na miejscu ekipę browaru, można podejść, pogadać, ale raczej nikt poza ludźmi ze „środowiska” tego nie robi. A szkoda, bo zawsze czegoś ciekawego można się dowiedzieć. Jak na przykład tego, co ciekawego czeka w tankach na rozlew. Ale o tym cicho sza! Mnie wystarczy fakt natchnienia przez moją skromną osobę piwowara Hoppy Beaverów do uwarzenia… całkiem przyjemnego piwa w dość mało popularnym u nas stylu. Oby na samym natchnieniu się nie skończyło, czego sobie i Wam życzę. A ekipie browaru i wszystkim obecnym na miejscu składam wielkie dzięki, bo zaiste był to udany czas!




Szewc w dziurawych butach chodzi, a fotograf… w nieostrych zdjęciach 😉

Wiosenny Przegląd Śląskich Browarów Rzemieślniczych, czyli szybki przegląd formy kraftowego Śląska.

Kiedy minionej jesieni katowicka Kontynuacja zorganizowała Jesienny Przegląd Śląskich Browarów Rzemieślniczych okazało się, iż ta impreza to strzał w dziesiątkę (sami sprawdźcie relację: KLIK!!!). Tłumy ludzi, kilkanaście osób, reprezentujących śląskie browary i roześmiani barmani wprowadzili taką atmosferę, jakiej nie powstydziłby się niejeden festiwal piwny. Dlatego też kiedy ogłoszono tegoroczną, wiosenną edycję Przeglądu postanowiłem ponownie zameldować się na ul. Staromiejskiej w sobotę, kiedy to przypadał kulminacyjny moment imprezy, aby znowu poczuć ten klimat. Dodatkowo pikanterii dokładało debiutujące, pierwsze piwo od beniaminka śląskiego kraftu – browaru Hopick.


Niestety atmosfera eventu gdzieś uleciała. Beer geeków przyszło niewielu, przedstawicieli browarów można było policzyć na palcach jednej ręki, z czego części całkowicie zabrakło, Hopick zdecydował się wycofać piwo z kranu ze względu na jego niezadawalającą kondycję (co szanuję w opór), a na kranach próżno było szukać perełek, przygotowanych specjalnie na to wydarzenie. Jedynie uśmiechnięta ekipa Kontynuacji starała się nadrabiać jak tylko mogła. Kto tutaj zawinił? Czynników, mających wpływ na tę sytuację było wiele, a ich idealnie „sprzężenie się” w czasie doprowadziło do tego, że o tej edycji Przeglądu wszyscy raczej szybko zapomną. Dlatego tym razem skupię się jedynie na tym, co było na kranach i czego udało mi się skosztować.

 

Sir Beer – Aborygen (Australian IPA)

Sir Beer to browar warzący w starej Piwnicy Gawronów. Fajnie, bo udało się uratować gary przed zapomnieniem, a i sam piwowar postarał się, aby piwo wyszło co najmniej przyzwoicie. Bo tak oto Aborygen raczy nasz nos nutami cytrusów, ze słodkimi pomarańczami na czele. Wszystko oplata szczypta żywicy, biszkoptów oraz subtelna słodowość. Po chwili w aromacie pojawiają się również winogrona. Jest przyjemnie. Smak piwa wtóruje jego zapachowi – jest owocowo, z wysoką i przyjemną goryczą. Całość jest niezwykle przyjemna, rewelacyjnie wyważona i solidnie nachmielona. Oby Sir Beer podążał tą ścieżką, bo to doskonały kierunek.

 

Browar Jana – Gruby Joe (American Stout)

Po zmianie piwowara w Browarze Jana temat mocno posunął się do przodu. In plus, oczywiście. Szczerze przyznam – nie pamiętam, kiedy piłem chociażby przeciętne piwo z tegoż przybytku. Sytuacji nie zmienił Gruby Joe, czyli American Stout tej zawierciańskiej załogi. Piwo jest bardzo dobre. Zapach prażonego słonecznika świetnie komponuje się z odrobiną czekolady i cytrusów, a przyjemna paloność ładnie podkreśla umiarkowaną goryczkę, wraz z akcentami typowymi dla Stoutów. Co prawda osobiście życzyłbym sobie nieco więcej ciała, ale to akurat moje prywatne widzimisię, bo sam trunek jest niezwykle stylowy.

 

Wąsosz – NE IPA Avenue

W sumie to nie wiem, co mnie podkusiło, aby sięgnąć po piwo z browaru Wąsosz. Jakoś nigdy nie wywarli na mnie pozytywnego wrażenia, a ich piwa kojarzę raczej z mocną przeciętnością. Tych notowań nie poprawiła NE IPA Avenue. Lichy aromat, w którym można było co prawda doszukać się szczypty cytrusów, przywoływał skojarzenia raczej z American Lagerem, niż z solidnie nachmielonym Vermontem. Smak był idealnym przełożeniem tego, czego doszukałem się w zapachu, czyli nuda Panie; nuda jak w polskim filmie. Jedynie mocno opalizujący wygląd trunku zdradzał jakiekolwiek podobieństwo do New England IPA. Powiem krótko – nie o takie „NEIPY” walczyłem.

 

Browar Na Jurze – La Bella Sicilia (Blood Orange IPA)

To piwo wywołało w sumie najbardziej skrajne opinie wśród zgromadzonych. Jedni mówili że rewelacyjny soczek, drudzy że za słodkie, więc sam postanowiłem się przekonać, cóż takiego drzemie w „Pięknej Sycylii”. Z pewnością opis stylu, jako „Bloody Orange IPA” jest trafiony w dziesiątkę, gdyż zapach i smak czerwonych pomarańczy jest tutaj wszechobecny. Dodatkowo w aromacie pojawia się odrobina grejpfrutów. Jak na swój woltaż (8% alk. obj.) muszę przyznać, iż alkohol został w tym piwie doskonale ukryty. Sam trunek faktycznie nie grzeszy dobrym balansem – ciut za wysoka słodycz mocno dominuje i nawet granulatowa, lekko szczypiąca w język goryczka nie jest w stanie się jej przeciwstawić. Niemniej jednak mnie to piwo smakowało, ale rozumiem iż może ono wzbudzać skrajne opinie.

 

ReCraft – Banany na rauszu (Rauchweizen)

Na koniec szybka weryfikacja klasyka z Browaru ReCraft – ich Banany na Rauszu to piwo, które pokochałem miłością dozgonną, więc miałem nadzieję, iż obecna warka trzyma nadal poziom. Na szczęście po raz kolejny się nie zawiodłem. Są banany, są goździki, jest wędzonka, jest dym, świetna pełnia i rewelacyjna pijalność. W mojej ocenie ta interpretacja stylu jest jedną z najlepszych (o ile nie najlepszą) w tym kraju. Nie mam uwag, można pić bez obawień i w dużych ilościach.

 

Szybki Strzał – Odc. 12

Ręka do góry, jeśli ktoś pamięta, kiedy na bogu pojawił się ostatni odcinek „Szybkiego Strzału”? Tak myślałem, że nie będzie takiej osoby, bo nawet ja nie pamiętam, kiedy to było. Ale czy to ważne? Absolutnie nie, bo tak oto już teraz pora na dwunasty odcinek cyklu, w którym jedno piwo zmiotło mnie totalnie. Ale po kolei.

Harpagan – Mizianie Mamuta (AIPA)

Mimo iż Harpagan to młody browar, tak ja oczekuję od nich zawsze piw najwyższych lotów. W końcu za garami stoi tutaj m.in. Krzysztof „Josefik” Juszczak, znany z „piwowarzenia” w Janie Olbrachcie. Klątwa Mastalerza czy Mroczny Organista to już dla mnie klasyki, więc jak będzie tym razem? Zapach „Mamuta” to przede wszystkim białe owoce, połączone z akordami grejpfruta i akcentami trawiastymi. Jest słodko, przyjemnie z odrobiną subtelnych biszkoptów. Owocowość gra również pierwsze skrzypce w smaku, w czym pomaga delikatnie zaznaczona słodycz. Piwo jest pełne, idealnie wysycone, aczkolwiek mogłoby być ciut bardziej goryczkowe. Mizianie Mamuta to z pewnością stylowe i smaczne American IPA, aczkolwiek nie do końca trafiające w mój osobisty gust. Jednakowoż z pewnością znajdzie swoich fanów.

Browar Jana – Pan Grodzin (Grodziskie)

Nie macie pojęcia, jak ja strasznie cieszę się z tego, że styl grodziski nie został całkowicie pogrzebany. Po prostu lubię tę lekkość, połączoną z nutami wędzonymi oraz z wysokim wysyceniem. I Pan Grodzin spełnia te wszystkie wymagania. Szynkowość aromatu jest tutaj trafiona w punkt, a jej połączenie z fajną słodowością i zbożowością maluje szeroki uśmiech na mojej twarzy. Piwo jest lekkie, rześkie, mocno nagazowane, z wyczuwalnymi nutami pszenicznymi. Nie zapomniano też o goryczce, która co prawda nie zadowoli wysokich wymagań hop headów, ale dla mnie jest wręcz perfekcyjnie dopasowana do stylu. Więcej takich grodziszy, proszę Państwa, więcej!

Hoppy Beaver – Don’t Stop Me (Freedom IPA)

Nie bardzo wiedziałem, czego się spodziewać po tym piwie. No bo co to za styl Freedom IPA? I jeszcze jakieś francuskie chmiele? Dodatkowo kolor trunku, wpadający w ciemny bursztyn wzbudzał moje „karmelowe” zaniepokojenie. Natomiast to, co się wydarzyło później, to, proszę ja Was, jakiś kosmos. Ze szkła buchają subtelne nuty malin i truskawek, oplecione delikatną słodowością. Karmelu nie stwierdzono. W smaku Don’t Stop Me jest wytrawne, z solidną goryczką i przyjemnymi akordami czerwonych owoców. I być może to piwo nie jest jakieś turbo-złożone, ale w kategorii „pijalne i aromatyczne IPA” zwyczajnie mam nowego faworyta. To zdecydowanie najlepsze piwo browaru Hoppy Beaver i jeśli ekipa utrzyma tę tendencję, to będziemy mieli kolejnego twardego zawodnika na polskiej scenie kraftowej.

Waszczukowe na swoim, czyli krótki przegląd formy browaru.

Kiedy kontraktowiec otwiera swój browar, to wiedz, że coś się dzieje. W końcu sam zostaje on sobie panem i sługą, sam odpowiada za sprzęt, wpadki i błędy wszelakie. Brzmi strasznie, co? No nie do końca. W mojej ocenie warzenie na własnych „dużych garach” to zdecydowanie więcej plusów, niż minusów. Przede wszystkim piwowar ma w końcu 100% kontroli nad wszystkimi etapami produkcji. Do tego dochodzi sporo niuansów i detali, ale to nie czas, ani miejsce na tego typu analizy. Ważne, że do tego „ekskluzywnego” grona dołączają kolejni kontraktowcy. Jednym z tych odważnych został niedawno Browar Waszczukowe, od którego przechwyciłem paczkę kilku piw. Część z nich wziąłem na baczniejszy warsztat. Sprawdźmy, czy własna piaskownica, wiaderko i grabki i tym razem okażą się krokiem na przód czy wręcz przeciwnie.

Postrach Szoszonów – American India Pale Ale

Przyznam szczerze, iż tej pozycji ciekaw byłem najbardziej. Dlaczego? Otóż kiedy blisko dwa miesiące temu miałem okazję próbować tego piwa, uwarzonego jeszcze w Olbrachcie, zostałem „uraczony” dość konkretną dawką DMS’u. Naprawdę, nie jest fajnie, kiedy Twoje zmysły atakuje potężna dawka gotowanych warzyw z kalafiorem na czele. Na szczęście Postrach Szoszonów z autorskiego browaru nie przejawiał tej cechy. Ba, tutaj w ogóle nie można się niczego przyczepić. Zapach to feeria cytrusów, delikatnej biszkoptowości, subtelnych nut kwiatowych i nieśmiałych akordów winogronowych. W smaku dostajemy idealnie wysycony trunek, z intensywną, acz krótką goryczką oraz przyjemną owocowością, połączoną z muśnięciem biszkopta. I takie American India Pale Ale to ja rozumiem. Świetnie zbalansowane, pozbawione karmelu, z konkretną porcją chmielu. Co prawda aromat mógłby być ciut intensywniejszy, ale to już naprawdę jest z mojej strony czepialstwo. 8/10

Yggdrasil – Malt Øl

To piwo traktuję jako totalną ciekawostkę. No bo w zasadzie nie znalazłem konkretnej definicji tego stylu, a i o konkurencję do porównania ciężko. Jednakowoż pozostałem otwarty na doświadczenia i po raz kolejny sięgnąłem po nieznane. Po Yggdrasilu spodziewałem się konkretnej słodowości i dokładnie to dostałem. Dodatkowo Kveiki (specjalny szczep drożdży – przyp. aut.) wniosły tutaj delikatny aromat brzoskwiń, a całość gdzieś tam w tle okraszono… zanikającymi nutami ogórków kiszonych. I tutaj nie wiem, czy to nie był jednak DMS, czy to po prostu specyfika tego piwa, ale powiedzmy że wyszło… interesująco. Yggdrasil z pewnością został pozbawiony niemal całkowicie goryczki, a prym wiodą w nim tematy słodowe. Jałowiec, przez który piwo filtrowano, można wyczuć zarówno w smaku, jak i w aromacie. Całość mocno kojarzy mi się z Sahti, finalnie skłaniając się jednak w stronę tegoż klasycznego, fińskiego piwa. Ostatecznej noty nie wystawiam, bo serio nie wiem, do czego mógłbym się odnieść. Na pewno jest ciekawie i jeśli lubicie odkrywać nowe, to chyba warto (wink, wink 😉 ).

Imperialna Ruda Maruda – Imperial Red Ale

„Red Ejle” to straszna nuda. Przynajmniej dla mnie. Zazwyczaj pierwsze skrzypce gra w nich toffi czy inny karmel, co nie do końca zbiega się z moim gustem. Inaczej było w Imperialnej Rudej Marudzie. No dobra, przydomek „Imperialna” już w moich oczach nieco podnosi notowania tegoż trunku na starcie, ale wielokrotnie przekonałem się, że imperialny nie zawsze znaczy lepszy. Na szczęście nie w tym miejscu. Ale od początku. Aromat to przede wszystkim konkretna dawka chmielu, z wyraźnymi akcentami trawiastymi, co po prostu uwielbiam. Pojawia się pomarańcza i delikatny ananas, co przyjemnie stoi w opozycji do obecnego w tym miejscu zapachu toffi. Smak to już wyraźna, grejpfrutowa goryczka, subtelny karmelek i wyraźna, słodowa pełnia i gładkość. Ponownie balans odegrał w tym miejscu kluczową rolę. Piwo nie jest przegięte w stronę cechującą piwa o przydomku „red”, dzięki czemu chmiel odegrał w Imperialnej Rudej Marudzie równorzędną rolę do przyjemnej bazy słodowej. 7/10

Browar Waszczukowe to kolejny przykład na to, iż co własny browar, to własny browar. I nie tylko te trzy piwa o tym świadczą, bo wystarczy że przywołam w swojej pamięci Grażynę Sprężynę, testowaną dwa tygodnie temu, Janusza Moczywąsa czy genialną Łychę Zbycha. Szanowni Państwo – jak tylko na swojej drodze spotkacie piwa uwarzone w Browarze Waszczukowe, to kupujcie je bez obawień!

PS
Ale szkło to mogliby Panowie nieco inaczej wykoncypować. Sensorycznie nadaje się to to co najwyżej do lagerów czy innych pilsów. No bida Panie, bida 😛