Chmielobrody kontra… Człowiek Google

Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, kim jest człowiek, który codziennie przemawia do Was z nawigacji Google, to dzisiaj możecie się tego dowiedzieć. Panie i Panowie, przed Wami Jarosław Juszkiewicz:

P. S.
Odcinek obfituje również we wtopy prowadzącego 😀 Tak, można mi wbijać 😉

Reklamy

Chmielobrody kontra… (ex)Acid Drinker

Jak zwykł mawiać klasyk: „Nikt nie spodziewał się Hiszpańskiej Inkwizycji!”. Czy tak jest również z odpalanym właśnie dzisiaj video-blogiem Chmielobrodego? Tego nie wiem, ale wiem jedno – ta forma na stałe zagości w tym miejscu, będąc jednocześnie uzupełnieniem pozostałych treści, dostępnych pod adresem www.chmielobrodyblog.pl.

Czego możecie się spodziewać? O tym dowiecie się już na wstępie. A kto będzie moim gościem? Kiedy dwa tygodnie temu spotkałem się z Robertem „Bobbiem” Zembrzyckim nie miałem bladego pojęcia, że rozmawiam w zasadzie z ex-gitarzystą Acid Drinkers, o czym zespół poinformował wczoraj. Jednakowoż sama rozmowa jest jak najbardziej aktualna (Robert odpala właśnie zespół Vane, o czym także we vlogu), stąd też zdecydowałem się nią z Wami podzielić.

Moi Drodzy – zapraszam na pierwszy odcinek z cyklu „Chmielobrody kontra…”:

Brewdog – Tactical Nuclear Penguin (Ice RIS)

Już niejeden raz piwowarzy-rzemieślnicy pokazali, że wyznaczanie granic kraftu, to w ich przypadku po prostu kolejne wyzwanie i cel, który trzeba zdobyć. Wiecie, na zasadzie „Co, ja nie zrobię? To potrzymaj mi piwo i patrz!”. Dzięki temu mieliśmy już piwo ze śledziami, z boczkiem, ze szczątkami statku, piwo zakwaszane bakteriami, pobranymi z… kobiecych płynów ustrojowych czy uwarzone przez generator stylów „typa z Piwolucji” (all hail The Blogger 2017!). No po prostu się da. Stąd też pomysł z przygotowaniem RIS’a, zbliżonego mocą do destylatu, z jakim z pewnością kojarzy się Taktyczny Nuklearny Pingwin, może już aż tak bardzo nie zaskakuje. Ja mimo wszystko postanowiłem sprawdzić, jak ma się ten eksperyment i czy jest to zwykła ciekawostka czy pełnoprawne piwo, jakiego każdy beer geek powinien przynajmniej raz w życiu spróbować.

Na wstępie kilka słów wyjaśnienia. Brewdogowy Tactical Nuclear Penguin być może nie jest najmocniejszym piwem świata, ale z pewnością jest w czołówce. 32% alkoholu w trunku tego typu to już nie przelewki. Jak jeszcze dołożymy do tego fakt leżakowania Pingwina w dwóch beczkach po 8 miesięcy w każdej oraz wymrażanie piwa z 10% alkoholu do uzyskania finalnego efektu na poziomie 32%, to już może nam się w głowie zakręcić. Do tego wszystkiego cena. W przeliczeniu – wartość Nuklearnego Pingwina oscyluje w okolicach 400 zł za pół litra. Na szczęście Brewdog leje obecnie to piwo w szkło o pojemności 100 ml, co i tak daje nam zawrotną kwotę około 80 zł za  buteleczkę. Za taką kasę można mieć wiele rarytasów i to nie po sztuce. W związku z tym pada po raz kolejny pytanie – czy warto? Sprawdźmy.

Po przelaniu Pingwina do szkła zupełnie nie dziwi mnie zerowe wysycenie piwa i ekspresowo znikająca z kieliszka piana. Zaskakuje natomiast barwa. Russian Imperial Stouty kojarzą mi się raczej z nieprzejrzystymi trunkami, a tutaj otrzymujemy ciemnorubinową, klarowną miksturę, pięknie zdobiącą szkło alkoholowymi łzami. I już w tym miejscu czuć woltaż. Nie inaczej jest w aromacie. Na szczęście alkohol ten nie odrzuca, a przywodzi na myśl skojarzenia z dobrej klasy destylatem. Całość obudowana jest przyjemnymi nutami wiśni i śliwek w likierze. Ta owocowość mocno dominuje w zapachu Pingwina, ale to nie jedyne akordy, jakie tutaj wyczujemy. Po chwili do naszego nosa dochodzi kokos, delikatnie palona kawa i subtelne toffi. Nie powiem, ale jest bardzo przyjemnie. Sytuacja trochę się zmienia po pierwszych kilku łykach. Z pewnością rzeczą mocno przykuwającą uwagę jest faktura tej pozycji Brewdoga – gęsty, gładki i mega pełny likier bardzo przyjemnie łechta nasze podniebienie. Niestety trwa to jedynie ułamek sekundy, bo potem pojawia się dość wyraźnie gryzący w przełyk alkohol. Nie powinno to dziwić przy takim woltażu, niemniej jednak aż się prosi, aby obecne tutaj nuty beczki, czerwonych owoców i kawy były tymi dominującymi. Na plus mogę wpisać mocno kawowy after taste, ale chyba tego nie zrobię, bo w opozycji do tych doznań staje wysoka, zalegająca i średnio przyjemna gorycz, pochodząca głównie od alkoholu. Mimo tak niewielkiej pojemności degustacja Pingwina zajęła mi dobrą godzinę, z na przemian pojawiającym się uczuciem zachwytu i subtelnego zawodu.

Werdykt? Tactical Nuclear Penguin to piwna ciekawostka, w które dzieje się dużo, ale niekoniecznie dobrze w każdym aspekcie. Ustawiając na szali argumenty za i przeciw, przechyla się ona na pozytywną stronę i finalnie piwo jest niezłe. No właśnie. Czy płacąc 80 zł za 100 ml oczekujemy, iż otrzymamy piwo niezłe? Niekoniecznie. Ja osobiście oczekiwałem nieco więcej i trochę się zawiodłem. Fajnie, że mogę wpisać sobie do kajecika, że obróciłem jedno z najmocniejszych piw świata, ale osobiście to osiągnięcie nie jest dla mnie zbyt wiele warte. Nie patrząc już na sferę ekonomiczną, a na samą jakość trunku wystawiam mu notę 6.5/10. Taktycznie rzecz ujmując nie był to najlepszy zakup w moim życiu (wink, wink 😉 )

Browar Spółdzielczy – Gerda (Ice RIS)

Całkiem nie tak dawno temu, w krainie mlekiem i piwem płynącej, gdzie orzeł bielik dumnie zasiadał w herbie, żyło wielu zacnych i zdolnych piwowarów. Lud zamieszkujący owe tereny coraz częściej sięgał po trunki, przygotowane przez tych drobniejszych rzemieślników, którzy kunsztem przewyższali niejednego, królewskiego piwowara. Wielu znawców piwnych chwaliło te zmiany, będąc jednocześnie drogowskazem dla tych, dopiero co sięgających po rzemieślnicze piwa. Najznamienitszym ze znawców, cieszącym się największym posłuchem był Tomasz z rodu Kopyrów. Doświadczony był to mędrzec, znający od podszewki sztukę piwowarską i dzielnie krzewiący ducha kraftu na terenach tej krainy. Zwykł on także mawiać, iż „sztosy muszą być drogie”, co często było przyczynkiem do żywych dyskusji i sporów wśród pospólstwa i reszty piwowarskich znawców.

Tymczasem na północy owego państwa pewien browar, który nie oglądał się na innych, postanowił uwarzyć piwa najwyższej klasy i jakości, gdzie na słowo „kompromis” miejsca nie było. Jak postanowili, tak uczynili i wkrótce po krainie rozeszły się głosy, że oto nadchodzą trunki godne samego króla, nie szarpiące jednakowoż pospólstwa po sakiewce. Każda butla, zdobiona niezwykłej urody, haftowaną srebrną nicią etykietą wypełniona była wymrażanymi cymesami niemal pod sam kapsel. I kiedy już na półkach kantyn i w skarbcach książąt zabrakło trzech wcześniej uwarzonych specjałów, oto nagle pojawił się czwarty, nazwany imieniem Gerda.

Owym piwem okazał się być wymrażany Russian Imperial Stout, leżakowany z najprawdziwszą wanilią, sprowadzoną z dzikiej wyspy Madagaskar, leżącej u wybrzeży Afryki. Dzięki tak skrzętnie przeprowadzonym zabiegom Gerda raczy nas przepięknym aromatem tej storczykowatej rośliny, a towarzysząca temu intensywnie palona kawa oraz czekolada doskonale dopełnia bogatą feerię zapachów tegoż trunku. W tle, niczym cykający na polnej łące świerszcz, przygrywa nam subtelny, likierowy alkohol. W smaku również odnajdziemy niezwykłe bogactwo wanilii, połączonej z kawą i czekoladą, a lekka kwaskowość i szczypta czerwonych owoców świetnie uzupełnia całość. Gorycz rewelacyjnie kontruje wysoką słodycz, jaka zupełnie w tego typu trunkach nie dziwi. I jedynie odrobinę szczypiący w usta alkohol zdradza, iż Gerda mogłaby jeszcze chwilę odczekać w piwnicy, aż czas ogładzi ją i wyniesie na piedestał.

Tym oto sposobem lud krainy z orłem bielikiem w herbie poznał, iż sztosy mogą, ale nie muszą być drogie. Sama zaś Gerda, choć jeszcze nieco czasu do nabrania pełni sił potrzebuje, tak już staje nieomal na równi ze swoimi trzema poprzednikami – Królową Lodu, Lodołamaczem i Lodziarzem. I oby więcej takich inicjatyw i godnych królów trunków w granicach tegoż państwa objawiało swe oblicze przed szerszej maści gawiedzią. 8/10

Łańcuckie kranoprzejęcia

Browar Łańcut to jeden z tych nielicznych browarów, z jakiego nie miałem okazji pić słabego piwa. OK, być może nie piłem ich wielu, ale jednak wrażenie zawsze pozostawiały po sobie bardzo dobre. Dlatego też z nieskrywaną radością wybrałem się w miniony weekend do Białej Małpy, gdzie na większości z kranów pojawiły się piwa tej podkarpackiej załogi. Pikanterii całemu przedsięwzięciu dodawał fakt obecności na miejscu ekipy Łańcuta, wraz z ich leżakowanym w beczce po Jacku Daniel’sie RISem. No zwyczajnie nie trzeba było mnie długo namawiać.

W tym miejscu pozwolę sobie na odrobinę dygresji. Z dwa lata temu na wizytę w Białej Małpie nie namówiłby mnie nawet otwarty bar z samymi Imperianymi Stoutami na kranach. Przypominała ona wówczas raczej klub nałogowego palacza, a wszechobecny dym wyciskał łzy z oczu lepiej, niż niejeden melodramat. Na szczęście w odpowiednim momencie Biała Małpa trafiła w odpowiednie ręce. Palarnia zniknęła, pojawił się ogródek, działający nawet zimą, a krany i lodówki nie jeden raz gościły sztosy, często niedostępne w innych miejscach. Wizyta Browaru Łańcut to również nie pierwszy i zapewne nie ostatni tego typu event, organizowany w tym multitapie.

„Czternastka”

Na miejscu przywitałem się z ekipą browaru, a następnie swoje kroki skierowałem w stronę baru. Szybki rzut oka na tablicę i już po chwili w szkle pojawiła się „Czternastka”. Ten lager to przede wszystkim nieco inne podejście do stylu. Owszem, sam profil tego piwa jest dość czysty, z fajnie zaznaczoną goryczką, ale użyty do produkcji chmiel Simcoe nadał całości delikatnie kwiatowej i cytrusowej aury. I takie podejście do tego stylu strasznie mi się podoba. Spodziewałem się solidnego przeciętniaka, a dostałem świetnie wyważony i niezwykle smaczny lager. Brawo i 8.5/10.

XIII Stoleti

Okazało się, że nie tylko piwa browarowi rewelacyjnie wychodzą. Cała ekipa to naprawdę świetni ludzie, bardzo otwarci i niezwykle pozytywni. Nie było problemu, aby dosiąść się do stolika, porozmawiać i spędzić czas w rewelacyjnej atmosferze. Krótka wymiana zdań z Jackiem Michną (główny piwowar Browaru Łańcut) i już zostałem namówiony na Desitkę… chociaż nie miałem jej w planach. I nie żałuję. A jakie było pierwsze skojarzenie, kiedy podsunąłem szklankę pod nos? No od razu czuć, że to typowy „Czech”. Wyraźny aromat czeskich chmieli i słodu pilzeńskiego świetnie korespondował z delikatnie zaznaczoną, acz wyraźną goryczką i sesyjnym charakterem piwa. Co prawda szału tutaj nie było, ale i tak XIII Stoleti okazał się bardzo pijalnym i przyjemnym lagerem. 7/10

Kurna Chata

Desitka chyba również przypadła do gustu prezesowi śląskiego oddziału PSPD, Jankowi Krysiakowi, który także pojawił sie na miejscu. W międzyczasie rozmowa zeszła na tematy około torfowe. Powodem tego „zamieszania” była obecna na kranie Kurna Chata. Ten Żytni Wędzony Stout, mimo swojej lekkości (12,2° BLG, 4,6% alk) wyszedł ekipie z Łańcuta całkiem wybornie. Doskonały aromat podkładów kolejowych świetnie korespondował z czekoladowymi akordami i subtelną kwasowością piwa, a wytrawność i wyraźna gorycz dopełniły przyjemny smak tego piwa. OK, mogłoby mieć ono nieco więcej ciała, ale i tak wyszło pysznie. 7/10.

Żytomierz

Na szczęście brak pełni nadrobił Żytomierz. No bo czego innego można było się spodziewać po Żytnim Foreign Extra Stoucie? Dodatkowo ta gładkość, jaka jest typowa dla piw z żytem w zasypie! Pojawiające się w smaku i zapachu nuty czekolady i subtelnie kwaskowej kawy zrobiły tutaj taką robotę, jakiej nie powstydziłby się tabun robotników fabryki Mercedesa. 8/10.

Swoją drogą wiecie, że na Ukrainie jest takie miasto – Żytomierz? Ekipa Łańcuta dobitnie przekonała się o tym na Warszawskim Festiwalu Piwa, kiedy to do ich stoiska podbił koleś i z wyraźnie wschodnim akcentem zaczął dopytywać, czy to piwo nie zostało nazwane właśnie na cześć wcześniej wspomnianego miasta. Gość wracał po piwo kilka razy, aby z nieskrywaną radością wychylać kolejne szklanki. Przy końcu ponoć miłość do swojego rodzinnego miasta mocno go wymęczyła. If you know what I mean 😉

Zawisza Czarny

Finał wieczoru należał oczywiście do RISa, leżakowanego w beczce po Jacku Daniels’ie. Zawisza Czarny, bo tak właśnie ten specjał się nazywa, to bardzo kompleksowy Imperialny Stout, w którym beczka gra pierwsze skrzypce. Wyraźne czerwone owoce, wanilia, czekolada, subtelna paloność, niezwykła głębia i gładkość. To wszystko w tym piwie jest. Jedynie nieco zbyt wyraźny alkohol zdradzał, iż piwo powinno jeszcze trochę w beczce poleżeć. Mimo to, jeśli tylko będzie okazja, to z pewnością ponownie po to piwo sięgnę, bo takich RISów jest u nas jak na lekarstwo. 8,5/10

Przy takich trunkach i w takim towarzystwie czas pędził z prędkością zajmowania co raz to nowych stanowisk przez Pana Misiewicza. Tym samym Browar Łańcut potwierdził to, o czym pisałem we wstępie – obok Browaru Zakładowego jest to w dalszym ciągu jeden z nielicznych przybytków, jaki w mojej ocenie nie ma na swoim koncie słabego piwa. A co do samego eventu – mimo iż ja jestem z niego całkowicie kontent, tak ciągle brakuje mi większego zaangażowania wszystkich obecnych gości. Skoro mamy na miejscu ekipę browaru, to niech się coś zadzieje; niech Ci, którzy pojawiają się w klubie też wezmą czynny udział w tym zamieszaniu. Trzymam kciuku, aby kolejne kranoprzejęcia, połączone z wizytą browarów w końcu poderwały wszystkich zgromadzonych. Tymczasem powoli będziemy razem z Panią Kapitan szykować się do skorzystania z zaproszenia do Browaru Łańcut i trzymamy za słowo w sprawie przewodnika 😉

Katowicki Komitet Zakładowy, czyli o dwóch pieczeniach na jednym ogniu słów kilka.

Dobrze mieć w swoim miejscu zamieszkania kilka multitapów, rozlokowanych parę minut spacerem od siebie. Dzięki temu w sytuacji, kiedy są zorganizowane w tym samym czasie różne eventy można wziąć we wszystkich udział. Tak też było w miniony weekend – w Kontynuacji wszystkie krany przejął Browar Zakładowy, a w Białej Małpie pojawiła się ekipa Browaru Komitet ze swoim premierowym RISem „Mroczne Widmo”.

Pani Kapitan zdecydowała, iż na pierwszy ogień pójdą propozycje piwowarów z Poniatowej, w związku z czym chwilę po 20:00 zameldowaliśmy się w Kontynuacji. W oczekiwaniu na pełne kranoprzejęcie oraz na dalsze wydarzenia postanowiliśmy przetestować Tropikalne Ryżowe IPA, czyli „Wniosek Urlopowy”.

Browar Zakładowy – Wniosek Urlopowy (Tropical Rice IPA)

Po recenzji Tropicala z Browaru Wrężel, jaką „popełnił” Tomasz Kopyra, można zaobserwować dość spory hype na ten styl (no może niekoniecznie z ryżem w tle.) I ja się w sumie nie dziwię, bo faktycznie stopień „soczystej owocowości” w tych piwach może zachwycić. I tak też było w przypadku Wniosku Urlopowego, którego aromat tropikalnych owoców, w połączeniu z wyraźnymi akordami chmielu po prostu rozkładał na łopatki. Smak to już doskonałe połączenie mocnej i przyjemnej goryczy ze słodyczą i tropikalną soczystością ananasa i mango. Dodanie płatków ryżowych spowodowało dodanie rewelacyjnej gładkości fakturze piwa, dzięki czemu całość okazała się niezwykle pijalnym i bardzo smacznym trunkiem. Panie i Panowie, takie Wnioski Urlopowe to ja mógłbym wypisywać codziennie! 8.5/10

W między czasie „kontynuacyjna” ekipa uwijała się ze zmianami na tablicy, czego efektem była całkowita dominacja Zakładowego w knajpie. I tutaj chylę czoła przed ekipą tego browaru – biorąc pod uwagę ich staż i obecność na rynku można im pozazdrościć liczby wypuszczonych piw. A umówmy się; szesnaście proponowanych tego wieczoru trunków to nie wszystko! Robi wrażenie, co? Dodatkowo ja osobiście nigdy nie piłem słabego piwa od tej załogi, więc ochoczo przystąpiłem do dalszej weryfikacji tego stwierdzenia, co zaowocowało pojawieniem się przede mną Kolektywu.

Browar Zakładowy – Kolektyw (Imperial Smoked Robust Porter)

Nie wiem, co takiego mają w sobie ciemne piwa, że mocno przykuwają moją uwagę swoją aparycją, ale tak już mam. I nie inaczej było w tym wypadku – ciemnobrązowy, nieomal czarny trunek ozdobiła piękna, drobna korona ciemnobeżowej piany. No palce lizać! Samo piwo już na starcie przywołało u mnie skojarzenia z dobrym espresso. Czy to przez przewijające się tematy gorzkiej czekolady, delikatnych nut opiekanych, lekkiej kwasowości czy szczyptę akordów palonych… w każdym razie wyszło smacznie. Jak do tego dołożymy pojawiający się aromat czerwonych owoców i subtelną karmelowość, tak otrzymamy niezwykle przyjemne piwo. Co prawda mogłoby być nieco pełniejsze i płyciej odfermentowane, ale nie marudzę, bo Kolektyw zniknął ze szkła w mgnieniu oka. 8/10

Siedząc przy barze zastanawialiśmy się, kiedy i czy w ogóle ekipa browaru zawita w knajpie. W tym miejscu przywołam wspomnienia z trzecich urodzin Browaru Birbant, na jakich gościliśmy w tym samym miejscu tydzień wcześniej. Załoga Birbantów od początku była w klubie, mocno angażując się w całe „zamieszanie”, co zdecydowanie poprawiało humory i nastrój zgromadzonych. Tymczasem oczekując na dalsze wydarzenia postanowiłem przetestować Bumelanta.

Browar Zakładowy – Bumelant (Dark Polish Ale)

Po dwóch mocniejszych tematach zdecydowałem się nieco wyluzować, serwując sobie lekkie, ciemne Ale, którego naczelny temat stanowiły w całości polskie chmiele, z cascadem wyhodowanym w naszych granicach na czele. Zapach Bumelanta to przede wszystkim czerwone owoce, kojarzące mi się z fajną, kwaśną, czerwoną porzeczką. To wszystko świetnie miksuje się z nutami czekolady oraz wyraźnej, palonej kawy. Jak dla mnie – fajnie! W odbiorze ten Ale jest zdecydowanie lekki, ze sporą, acz nieprzesadzoną goryczką i ponownie pojawiającymi się czerwonymi owocami i kawą. Co prawda fanem tego typu piw nie jestem i wolę zdecydowanie mocniejsze klimaty, ale Bumelant wypadł nad wyraz udanie i niezwykle smacznie. 7/10

W międzyczasie okazało się, iż ekipa z Poniatowej już dawno w knajpie siedzi, zajmując jeden ze stolików i niezbyt wyróżniając się na tle pozostałych gości. Niby po półtorej godziny od startu imprezy załoga Kontynuacji krótko zaanonsowała wydarzenie i wspomniała o możliwości pogawędzenia z piwowarami, ale mimo wszystko zabrakło mi większego zaangażowania załogi Zakładowego. Trochę szkoda, bo patrząc na inne tego typu imprezy miałem wrażenie, jakbym po prostu wpadł do multitapu na piwo bez większej okazji.

Czas powoli zaczął nas gonić, bo w planach mieliśmy przecież jeszcze wizytę w Białej Małpie, więc przyszła pora na ostatnie piwo tego wieczoru w miejscówce na Staromiejskiej. Co prawda wybrałem temat, jaki już był mi znany z wersji butelkowanej, ale po prostu nie mogłem go sobie odmówić.

Browar Zakładowy – Pan Kierownik (Russian Imperial Stout)

Biorąc pod uwagę krótki staż rynkowy Browaru Zakładowego można było spodziewać się po nich co najwyżej poprawnego RISa. Oj, jakże takie podejście może być złudne. Bo Pan Kierownik to konkretny gość, który w tańcu się na cacka, tylko od razu wskakuje na najwyższe obroty. I tak w aromacie daje nam popis pod postacią fantastycznego, gniecionego i słodkiego ciasta drożdżowego, cudownych pralin i czerwonych owoców. W tym miejscu miałem bardzo mocne skojarzenia z kooperacyjnym piwem DeMolena i Piwoteki, jednak pozbawionego na szczęście wyraźnego alkoholu. Po tym świetnym wstępie Pan Kierownik raczy nas smakiem gorzkiej, wiśniowej czekolady, w której słodycz pięknie gra z akordami palonymi. Całość jest pełna, gładka i po prostu przepyszna. A jak to piwo poleży, to już w ogóle pewnie zerwie papę z dachu. Dla mnie jeden z mocniejszych RISów na polskim rynku. 9/10

Kilka minut później znaleźliśmy się już w Białej Małpie, gdzie przy barze przywitała nas zgrana ekipa Browaru Komitet. Zamieniliśmy kilka zdań, po czym Gosia z Marcinem (czyli Komitet właśnie) szybko udali się na piętro, aby przeprowadzić nie pierwszy tego dnia konkurs, w którym do wygrania były koszulki z logo browaru. Chwilę później pojawili się na dole z podobnym zamiarem, dzięki czemu stałem się szczęśliwym posiadaczem wyżej wymienionego fantu.

Gosię i Marcina mieliśmy okazję poznać podczas Poznańskich Targów Piwnych, więc wiemy, iż ta ekipa to doskonali kompanie do rozmów. Dowodem tego była konieczność zamówienia przeze mnie drugiej kolejki Mrocznego Widma, bo tak nas  pochłonęły rozmowy, że nie zdążyłem nic sobie zanotować na temat tego premierowego RISa. Na szczęście z drugim pokalem tego błędu nie popełniłem.

Browar Komitet – Mroczne Widmo (Russian Imperial Stout)

Ten pierwszy mocarz autorstwa Komitetu, to 24° BLG i 10,5% alkoholu. Parametry się zgadzają, więc czy reszta dotrzyma im kroku? Duży plus za brak alkoholu w aromacie, bo to nie zawsze bywa oczywiste. Dzięki temu zapach słodkich, czerwonych owoców oraz delikatnej czekolady fajnie nęci nasz nos i zostawia miejsce na szczyptę paloności. Faktura Mrocznego Widma co prawda mogłaby być nieco pełniejsza i bardziej gładka, ale „gańby niy ma”. Moją uwagę przykuła bardzo wysoka gorycz, która przy dość umiarkowanej słodyczy może niektórym przeszkadzać, ale ja takie tematy szanuję. W smaku ponownie pojawiają się czerwone owoce, czekolada, delikatna paloność i kawowa, subtelna kwasowość. I wielka szkoda, że to piwo trafiło jedynie w beczki, bo czuć tutaj ogromny potencjał  na leżakowanie. Więc jeśli traficie na tego RISa, to koniecznie go spróbujcie, bo zwyczajnie warto. 7/10

W międzyczasie dołączyła do nas Ania (szefowa Białej Małpy), racząc Panią Kapitan rewelacyjnym kwasem z Mikkekllera – Spontanorange. Reszta wieczoru upłynęła nam w nad wyraz rewelacyjnej atmosferze – no bo umówmy się; jak ekipa jest fajna, to i czas upływa niepostrzeżenie. Oby więcej takich okazji i takich eventów.

Olimp + Szpunt vs. Biała Małpa i blogerzy

Coraz większa liczba premier piwnych na polskiej scenie kraftowej nie ułatwia browarom promowania swoich produktów. Czasy, kiedy wystarczyło zrobić wydarzenie na Fejsie minęły już bezpowrotnie, czego dowodem są co raz to nowe pomysły na reklamę i marketing. Jednym z nich są zamiejscowe wizyty piwowarów wraz ze swoimi nowalijkami w różnych multitapach na terenie kraju. Idea zacna, bo przy okazji degustacji zawsze można zamienić słówko z autorami tegoż dzieła, przybić piątek i pogratulować (albo zrugać, jeśli piwo niedobre). Kiedy okazało się, iż w Katowicach zamelduje się załoga dwóch browarów – Szpunta i Olimpu – ze swoim świeżutkim, kooperacyjnym Imperial IPA, tak też postanowiłem sprawdzić, jak takie spotkania wyglądają w rzeczywistości.

Premiera miała miejsce w katowickiej Białej Małpie, a fakt przejęcia większości kranów przez piwa obu ekip dodawał temu wydarzeniu pikantności. Zapowiedziano takie perełki, jak Hades leżakowany w beczce po rumie czy Night Wolf Extreme Peated, w którym przy warzeniu użyto ponad 80% słodów wędzonych torfem. Nie powiem, ale na samą myśl o tych cudach na miej twarzy pojawiał się szeroki uśmiech.

Punktualnie o 20:00 pojawiłem się razem z Panią Kapitan na miejscu, przywitałem się z towarzystwem piwowarów, blogerów, załogą knajpy i ochoczo przystąpiłem do degustacji.

Olimp + Szpunt – Wormhole (Imperial IPA)

Tutaj nie było co owijać w bawełnę – skoro premiera, to od niej właśnie wystartowałem. Patrząc na zawartość szkła od razu naszły mnie skojarzenia z modą na prezentację piwa w stylu New  England IPA (ponoć nie było to do końca zamierzone, ale kto by się tym przejmował). Pomarańczowy, intensywnie zmętniony trunek okalała niewysoka, średniopęcherzykowa piana. Aczkolwiek mam wrażenie, iż jej brak to raczej kwestia niezbyt umiejętnego nalania. Mimo wszystko całość wyglądała dość apetycznie, a jak się finalnie okazało było to dopiero preludium do dalszych wydarzeń. W aromacie królowały fantastyczne cytrusy, z genialną pomarańczą na czele, otuloną delikatnymi akcentami mango. Po prostu czuć, że to piwo zostało rewelacyjnie nachmielone na aromat, a obie ekipy nie szczędziły tej przyprawy w trakcie warzenia. Smak to już kawalkada ekscytujących doznań. Wormhole raczy nas kapitalną, owocową słodyczą i odpowiednio wysokim poziomem goryczy. Fajnie, że ekipa zdecydowała się na stosunkowo płytkie odfermentowanie tego piwa, bo dzięki temu jest ono niezwykle pełne i gładkie. Pijąc je miałem wrażenie, jakbym wgryzał się w kosz soczystych owoców. Pisząc te słowa ciągle mam wrażenia z degustacji tego piwa z tyłu głowy i wierzcie mi – moje ślinianki zdecydowanie zwiększyły swoje obroty. W mojej opinii jest to jedna najlepszych, Imperialnych IPA w polskim krafcie. Pijcie je bez obawień! 9/10

 Szpunt – Night Wolf Extreme Peated (Whisky Stout)

Po bardzo udanym starcie przyszła pora na rzecz, jaka miała nie zostawiać jeńców. Jako wielki fan whisky z wyspy Islay ochoczo zamówiłem tego „wilka”, w którym użyto aż 83% słodu wędzonego torfem. Co prawda przy tym zasypie spodziewałem się większego uderzenia tej skały osadowej w aromacie, jednakowoż jej połączenie z nutami czekolady absolutnie te oczekiwania stłumiły. Oczywiście jeśli nie przepadasz za zapachem spalonych kabli czy podkładów kolejowych, to zdecydowanie nie sięgaj po to piwo, bo takich nut jest tu aż nadto. Mnie zapach Night Wolfa Extreme zdecydowanie przypadł do gustu. Smak to już poemat, składający się z wersów przepełnionych torfową goryczą, gorzką czekoladą, kawą i szczyptą czerwonych owoców. Idealnie pełne ciało trunku na koniec całkowicie rozłożyło mnie na łopatki, stawiając tę wersję szpuntowego Whisky Stoutu odrobinę wyżej od mojego ukochanego Nafciarza Dukielskiego. 8.5/10 

Olimp – Hydra (Blackthorn Sour Brett Ale)

Po tęgim laniu przyszła pora na złagodzenie klimatu, czego rezultatem okazał się kwaśny Ale z dodatkiem tarniny. Piwo ponownie nalano bez piany, co przy trzecim tego typu wydarzeniu pod rząd pozwala mi sądzić, iż nowy narybek Białej Małpy musi chyba popracować nad techniką nalewania… albo po prostu miałem pecha. Nie czepiajmy się jednak szczegółów, bo nie to przecież jest tutaj najistotniejsze. Jako fan Brettów zawsze liczę na solidny ich cios w nos. Hydra niestety sprzedała  mi tylko delikatnego pstryczka, ale całkiem przyjemnego. Poza tym zapach uraczył mnie nutami białych, kwaśnych owoców, przywołujących skojarzenia z agrestem. Chociaż może to była tarnina? Ciężko mi oceniać, bo nigdy z tarniną się nie spotkałem face to face. W każdym razie wyszło miło. Wracając do brettów, dobrze że pojawiają się w smaku, fajnie komponując się z owocową kwasowością Hydry. Całość jest niezwykle pijalna, rześka i powodująca automatyczną chęć brania łyka za łykiem. 8/10

 Olimp – Hades (RIS Rum Barrel Aged)

Zawsze chętnie sprawdzam też wszelkiego rodzaju eksperymenty z leżakowaniem piw w beczkach po różnorakich trunkach. Stąd szybkie uzupełnienie szkła o Hadesa, leżakowanego w beczce po rumie dziwić nikogo nie powinno. Rok czasu, bo tyle właśnie trzymano to piwo w drewnie, zrobił swoje. Fantastyczny zapach wanilii, rodzynek i akcentów beczkowych owinął sobie mnie wokół palca, niczym Vesper Lynd Bonda w Casino Royale. Hades nie stracił też nic ze swojej pełni, nabierając w smaku delikatnych, kwaskowych akcentów beczki. Całość uzupełniają akordy gorzkiej czekolady, nut palonych i wyraźnych, czerwonych owoców, z porzeczką na czele. Gorycz fajnie spina całość i stawia tego RIS bardzo wysoko w moich osobistych notowaniach. Więc jeśli tylko traficie na Hadesa w tej wersji, to śmiało – nie zawiedziecie się. 8.5/10

 Olimp – Kentauros (Double Weizenbock Rum Barrel Aged)

A co powiecie na podwójnego koźlaka, leżakowanego w beczce po rumie? Mnie temat zaciekawił, więc postanowiłem go przetestować. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to barwa, kojarząca się bardziej ze stoutem, niż z Double Weizenbockiem – ciemno brązowa, niemal czarna, czego zasługą zapewne była wcześniej wspomniana  beczka. W aromacie ponownie pierwsze skrzypce należą właśnie do akcentów rumowej baryłki i pojawiają się pod postacią wanilii oraz rodzynek. Takie tematy, jak melanoidyny czy paloność zostały mocno przez beczkę przykryte. W smaku Kentauros jest stosunkowo pełny i słodki, z subtelnymi akcentami kwasowości. Pijąc to piwo miałem skojarzenie, jakbym kosztował wcześniejszego, aczkolwiek dość odchudzonego Hadesa. Charakter podwójnego koźlaka został zdominowany leżakowaniem i chyba nigdy nie zgadłbym, jaki był styl bazowy tego trunku, gdybym nie doczytał tego na tablicy. Oczywiście to piwo nadal nie jest złe, pije się je całkiem przyjemnie, ale w odróżnieniu do wcześniejszych konkurentów wypada ono dość przeciętnie. 6.5/10

 Oczywiście na tym nie skończyliśmy spotkania, gdyż ekipa mocno się rozgadała, a humory z minuty na minutę nabierały różowych kolorów. Finalnie postanowiliśmy w towarzystwie ekipy Piwnej Zwrotnicy (pozdr. Karolina i Kacper) oraz Łukasza Szynkiewicza udać się do Browariatu, gdzie w absolutnie przemiłej atmosferze dokończyliśmy spotkanie i wróciliśmy do domu.

Na koniec zadałem sobie pytanie, czy tego typu akcje sprawdzają się i pomagają browarom w promowaniu swoich piwnych nowości? Z pewnością tak, acz realnie skala tej promocji nie będzie bardzo szeroka. Ja w każdym razie jestem kontent i w tym miejscu dziękuję całej ekipie Szpunta, Olimpu oraz załodze Białej Małpy, bo wyszło śpiewająco.

„Show me your horns”, czyli Tomek Gebel z Piwnych Podróży
Jak zwykle czarująca Pani Kapitan
Tomek i Gosia – Piwne Podróże
Ekipa Olimpu i Browaru Szpunt (na zdjęciu zabrakło obecnego Łukasza Szynkiewicza)

Krakowski Bottle Sharing, czyli jak połączyć przyjemne z przyjemniejszym. Cz. 1

Nigdy wcześniej nie miałem okazji brać udziału w tak zwanym bottle sharingu. Dla niewtajemniczonych – zbiera się grupa osób w umówionym miejscu i czasie na wspólne dzielenie się i degustację swoich piwnych dóbr. Idea bardzo prosta, mądra i umożliwiająca test wielu piw, jednego dnia, bez konieczności osiągania stanu upojenia alkoholowego. Do tego dochodzi możliwość wymiany doświadczeń i wrażeń, co w przypadku mniej doświadczonych sensorycznie piwoszy jest w mojej ocenie nad wyraz pożądane.

Okazja do nadrobienia tej zaległości pojawiła się w miniony weekend. Razem z Panią Kapitan wybraliśmy się do naszego dobrego kumpla Miłosza, gdzie w towarzystwie gospodarza, jego dziewczyny oraz pewnego znanego, małopolskiego blogera, o ksywie Jerry, mogliśmy oddać się przyjemności smakowania łącznie siedemnastu różnych piw. Ja na tę sposobność wybrałem cztery butelki wraz z niespodzianką. Konkretnie postawiłem na:

  • Imperial Wild Black Kiss R z Browaru Widawa
  • The Gravedigger z Brokreacji (bodaj pierwsza, albo druga warka; w każdym razie mocno po terminie ważności)
  • Pożegnanie Korporacji z Piwowarowni (pierwsza warka; również po terminie)
  • Imperium Prunum z Browaru Kormoran („leżakowa” perełka; oczywiście z  pierwszej warki)

Moją niespodzianką dla pozostałych okazało się Grillowe Mocne z Browaru Głubczyce, a więc niezwykły okrutnik spod szyldu FHP, jaki na moment miał nas sprowadzić na ziemie, gdybyśmy za bardzo odlecieli. Będzie on oczywiście bohaterem oddzielnego wpisu, gdyż jego „walory” z pewnością nie dadzą rady zawrzeć się w krótkiej multirecenzji.

Po przyjeździe i szybkim ogarnięciu się przystąpiliśmy do „pracy”. W tym miejscu warto nadmienić, iż Miłosz wraz ze swoją Martą okazali się gospodarzami w pełnym tego słowa znaczeniu – poza swoją „paczką” piw przygotowali przekąski, które przez cały wieczór umilały nam spotkanie i nie pozwoliły nawet na chwilę zgłodnieć. Szanowni – chylę czoła i jeszcze raz bardzo dziękuję. Przed otwarciem pierwszej butelki ustaliliśmy kolejność degustacji, zgodną z kluczem od najlżejszych do najcięższych, po czym wystartowaliśmy z imprezą.

Tym samym oddaję w Wasze ręce pierwszą część moich wrażeń z tego sobotniego spotkania. Kolejność nie jest przypadkowa, gdyż rozpoczynamy od najniżej ocenionego tego wieczoru piwa.

Miejsce 16

Berliner Kindl Schultheiss Brauerei – Berliner Kindl Weisse (Berliner Weisse)

Na pierwszy strzał poszedł dość znany kwas z browaru Berliner Kindl Schultheiss Brauerei. Ważna informacja – nie była to świeża warka, a piwo leżakowane rok w piwnicy. Ten styl jednak chyba do tych celów się nie nadaje, czego wyrazem było dość wyraźne utlenienie pod postacią mokrego kartonu w aromacie. Poza tym w zapachu można było uchwycić dość wyraźną kwasowość, połączoną z subtelnymi akcentami… apteki. Smak to już spodziewany kwas, połączony z witaminą C. Szału nie było, ale nie powiem żeby było źle. 5.5/10

Miejsce 15

Tempest Brewing Co. – Unforgiven Red Rye (Smokey Red)

To piwo ma dość ciekawą historię. Otóż Pani Kapitan nabyła je na podstawie opisanego stylu przez portal Ratebeer, klasyfikującego Unforgiven Red Rye jako… sahti. No cóż, koło sahti to nawet nie stało, ale co tam ja się znam. Skupmy się jednak na konkretach. Wiodącym zapachem w tym piwie była wyraźna, bukowa wędzonka, z delikatnymi melanoidynami (przypieczona skórka od chleba) i czerwonymi owocami w tle. Z kolei po kilku łykach miałem wrażenie, jakbym pił chrupki Peppies Bekon w płynie. I nie było to wcale takie złe. Całości smaku dopełniły subtelne akcenty drewniane. I tylko tego żyta szkoda, bo poza lekką wytrawnością w aromacie nie nadało ono piwu spodziewanej, gładkiej faktury. 6/10

Miejsce 14

De Struise Brouwers – Tsjeeses Reserva PBA (Belgian X-mas Ale Port Barrel Aged) (2013)

Człowiek to ma szczęście, że od czasu do czasu może trafić na rzeczy już raczej niedostępne. Bo właśnie do tej kategorii należy Tsjeeses Reserva PBA z rocznika 2013. To zdecydowanie likierowe i niezwykle pełne piwo oprócz wyraźnej słodyczy raczyło nas solidną, owocową podbudową, w której czerwone porzeczki wiodły prym. Nie wiem czy to zasługa porto czy pozostałych składników, niemniej zrobiło się wyraźnie deserowo. Aromat niestety okazał się trochę słabszy od smaku, gdyż na najwyższym stopniu pudła uplasowało się miodowe utlenienie, jakie nie do końca fajnie grało z akordami borówek i jagód. Na szczęście pojawiła się tutaj charakterystyczna „ciasteczkowość”, jaką bardzo szanuję. Tsjeeses Reserva PBA to z pewnością piwo smaczne, ale w tym przypadku nieco zbyt utlenione w stronę miodu. 6.5/10

Miejsce 13

Browar Widawa – Imperial Wild Black Kiss R (Imperial Stout Rum BA)

Widawa ma to do siebie, że lubi zaskakiwać nas kiszonką w swoich leżakowanych w beczkach piwach. Nie jest to rzecz do końca pożądana. W każdym razie kiedy kilka dni wcześniej testowałem wersję bourbonową na szczęście nic się w niej nie zakaziło. W związku z tym wziąłem to za dobry omen i na bottle sharing zabrałem wersję z beczki po rumie. I o ile na pierwszym planie w zapachu pojawiły się nuty brettowe, tak zaraz za nimi wyszła średnio przyjemna, kiszona kapusta. Pod spodem można było wyczuć fajną paloność i gorzką czekoladę. Smak okazał się o wiele lepszy, niż aromat. Czekolada fajnie współgrała z lekko kwaśnymi, czerwonymi porzeczkami i umiarkowaną goryczą. Ciało tego RISa być może nie powalało pełnią, ale było zdecydowanie bardziej krągłe, niż w wersji po Bourbonie. Byłoby bardzo dobrze, gdyby nie ta kapucha. 6.5/10

Miejsce 12

Brokreacja – The Gravedigger (Russian Imperial Stout – warka do 30.06.2016 r.)

To piwo trochę poleżało u mnie w piwniczce i liczyłem na jego sporą poprawę w stosunku do świeżej warki, którą wspominam jak bardzo nudną i bez szału. Na szczęście Grabarz popracował i poprawił swoje notowania. Oczywiście nie obyło się bez lekkiego utlenienia, objawiającego się poprzez sos sojowy, ale na szczęście po chwili aromat ten ustąpił miejsca czerwonym, leśnym owocom, suszonym śliwkom i czekoladzie. W smaku też się polepszyło, chociaż liczyłem na więcej, szczególnie jeśli chodzi o pełnię tego piwa. Dość wysoka popiołowa gorycz mogłaby być bardziej skontrowana poprzez słodycz, ale nie jest źle. Duży plus ponownie za czerwone owoce i w tym miejscu. Wyszło całkiem smacznie. 6.5/10

Miejsce 11

Piwowarownia – Pożegnanie Korporacji (Russian Imperial Stout – warka do 12.2016 r.)

Tę butelkę otrzymałem bezpośrednio od Łukasza Gustkiewicza (piwowara Piwowarowni – przyp. aut.) podczas drugiej edycji Silesia Beer Festu (dzięki Łukasz!). Jako iż była to pierwsza warka Pożegnania, tak też postanowiłem zachować ją na lepsze czasy. Ten wybór okazał się nad wyraz trafiony, bo tak dzięki temu w nos zebrałem konkretnego liścia z czekolady, śliwki i rewelacyjnych, leśnych owoców, a w gardło przyjemną słodycz, dobrze skontrowaną przez znaczną gorycz tego piwa. Co prawda mogłoby być nieco pełniejsze, ale i tak jest dobrze. Za rekomendację niech posłuży fakt, iż ta wyleżakowana wersja smakowała mi o wiele bardziej, niż świeża, druga warka. 7/10

C. D. -> KLIK!

Szybki Strzał – Śląski Festiwal Piwa 2016 Edition

Po relacji z niezwykle udanego Śląskiego Festiwalu Piwa czas na bliższe przyjrzenie się kilku wybranym piwom, jakich można było spróbować na tej fantastycznej imprezie. A więc bez zbędnych ceregieli przed Wami:

  1. Browar Spółdzielczy – Dwa Półsztyki (Pale Ale)

Na start wybrałem lekkie Pale Ale na polskich i angielskich chmielach. Głównie z powodu braku większego wyboru na stoisku Spółdzielczego – katowicka gawiedź wymiotła całe zapasy całkiem sprawnie. A co nam oferują Dwa Półsztyki? W szkle widać nienaganną prezencję – lekko opalizujący trunek zdobi fajna, drobniutka piana. Aromat nie powala, ale można wyczuć chmiele, lekką chlebowość, nuty ziołowe i delikatne cytrusy. Po kilku łykach miałem skojarzenie bardziej w stronę świetnego Lagera, niż Pale Ale, a to za sprawą dość sporej wytrawności i lekkości piwa. Na szczęście w odwet tym skojarzeniom przyszła stosunkowo wysoka, lekko łodygowa goryczka. I w sumie dałbym 6/10, jako piwo przyjemne, lekkie i bez zbędnych zobowiązań, ale kiedy dostało ono temperatury, to wyszedł majaczący kwas masłowy. Dlatego finalnie 5.5/10 z adnotacją, aby pić schłodzone (wink, wink 😉 )

  1. Raduga – Forbidden Planet (Imperial IPA)

Cytując jednego z byłych premierów pewnego środkowoeuropejskiego kraju – YES, YES, YES! Tak mniej więcej wyglądała moja reakcja, kiedy na kranach Radugi ujrzałem powracającą „Zakazaną Planetę”. To jeden z moich ulubionych imperialnych „ajpiejów” i chyba nic się w tej materii nie zmieni. W aromacie nadal pierwsze skrzypce grają owoce egzotyczne, z mango i ananasem na czele. Wtóruje im genialny, owocowy i słodki smak piwa, idealnie skontrowany bardzo wysoką i intensywną goryczką. W końcu 115 IBU to nie przelewki. Poza tym dostajemy fajne nuty żywiczne i słodowe. Wszystko jest pełne i na sterydach. Ja chyba nie jestem tutaj obiektywny, ale co ja mogę, że mi to piwo tak smakuje? A do tego świetnie wygląda! 8.5/10

  1. Piwoteka – Kapitan Claymore (Strong Scotch Ale)

Miało być piwo z chrzanem, ale się skończyło, więc w zamian wybrałem Kapitana Claymora. I w sumie nie wiem, czy ta zamiana była dobra. Zacznijmy jednak od szczegółów. Bukiet, jaki oferuje nam Claymore, to połączenie nut chlebowych, rodzynek, toffi, karmelu z całym koszem akordów estrowych. Z kolei w smaku to przede wszystkim to samo, obudowane w dość wysoką słodkość i bardzo nikłą goryczkę. Diacetylu tutaj nie uświadczyłem, DMSu brak, aldehydu octowego też ni ma. Tylko że ogólnie i całkowicie subiektywnie to piwo jest… dziwne i nie do końca w moich klimatach. Niby wypiłem całe i bez zmęczenia, no ale jest ale. 5/10

  1. Browar Dukla – Dziki Samotnik (American Amber Ale)

Piwa z Dukli jakoś nigdy nie trafiały w mój gust. Tym niemniej zawsze staram się dawać kolejne szanse przy nowych warkach i pomysłach. Podobnie było z Dzikim Samotnikiem. Podszedłem do niego z odpowiednią rezerwą i czujnością. A co tutaj się dzieje? Jak na Amber Ale przystało piwo jest czerwone, bursztynowe, ze średnią, acz całkiem bogatą pianą. Książki jednakowoż po okładce nie oceniamy, chociaż ta w tym wypadku jest całkiem zgrabna. Po zakręceniu szklanką i pociągnięciu nosem już wiem, że Dukla nie spartoliła sprawy, bo fajnie ukryła karmel za aromatem żywicy, słodów i lekkich nut chmielowych. Ciało Dzikiego Samotnika także jest należyte. Znaczy się pełne i lekko słodowe. Co prawda majaczy gdzieś tam lekka kwasowość, a gorycz mogłaby być wyższa, niemniej jednak degustacja należała zdecydowanie do gatunku tych przyjemniejszych. A jak do tego dołożymy fakt, iż ekipa Dukli to piwo przywiozła na próbę i przed planowanym za dwa tygodnie rozlewem, tak pozostaje mi ufać, iż nabierze ono jeszcze więcej smaku i charakteru. 7/10

  1. Raduga – Potiomkin (Russian Imperial Stout)

Ponoć kto zjada ostatki, ten piękny i gładki. Dlatego też na sam koniec zostawiłem sobie Potiomkina. Radość potęgował fakt, iż była to ostatnia beczka pierwszej warki tegoż RISa. Samą degustację można by porównać do samochodu z silnikiem diesla, czyli zbiera się kiepsko, ale jak już wjedzie na obroty… i tak tutaj najpierw dostałem w nos dość intensywnym aromatem alkoholu, aby po chwili cieszyć się zapachem suszonych śliwek, czekolady i subtelnych estrów, kojarzących mi się z nutami winnymi. W połączeniu z alkoholem czułem się, jakbym wąchał śliwki w likierze. Faktura Potiomkina mogłaby być nieco pełniejsza, ale to już moje marudzenie i na tym  polu mieści się ona w standardach. Piwo jest z pewnością przyjemne, słodkie, z długą i paloną goryczką. Mimo pewnych niedociągnięć piło się je bardzo dobrze i cieszę się, iż mam chyba dwie butelki odłożone w piwnicy. 7/10

Chmielobrody Blog na fejsie! Z tej okazji – Nøgne ø + Mikkeller + Brewdog – Horizon Tokyo Black (Russian Imperial Stout)

Część z Was pewnie już wie, że Chmielobrody Blog jest także na fejsie (bo że sklep tam jest, to wie już każdy :P). Po cóż ten zabieg? No więc są takie chwile w życiu człowieka, które nie wymagają dłuższego wywodu i specjalnych treści, a którymi człowiek chciałby się ze światem podzielić. I właśnie tam te treści będą się pojawiać. Zatem mam nadzieję, że zerkniecie i klikniecie w kciuka z oznaczeniem „lubię to” -> KLIK!

Z okazji tak podniosłej chwili musiałem przygotować coś szczególnego, wyjątkowego i godnego sprzedaży kolejnej cząstki mojej duszy Markowi Zuckerbergowi. Czy butelka piwa, której wartość oscyluje powyżej 70 zł za pół litra będzie nadawała się na tę okazję? A jeśli do tego dołożymy fakt, iż nad recepturą tegoż czuwały trzy browary ze światowej czołówki? I skoro samo piwo zostało uwarzone pod koniec 2012 roku, a więc ma już blisko 4 lata, to czy to nie będzie wystarczająco godne? Cóż, bez przelania zawartości tej małej buteleczki do kieliszka i sprawdzenia, co w niej drzemie nie mogłem tego wiedzieć.

Na wstępie warto jednak chwilę poświęcić na samą ideę, jaka przyświecała przy warzeniu Horizon Tokyo Black (czy też Black Tokyo Horizon). Otóż jak już wcześniej napisałem – skrzyknęli się piwowarzy z trzech browarów: Nøgne ø, Mikkellera oraz Brewdoga i postanowili zrobić sztosowe piwo. A jaki gatunek jest największym sztosem wśród piw? Russian Imperial Stout (arghhhhh!)! Przynajmniej w mojej opinii (wink, wink 😉 ). Czemu tak myślę? Ano nie dość, że surowców trzeba użyć tyle, że przeciętny Kowalski za ich wartość kupi sobie średniej klasy używaną furę (a może i nową?!?), to jeszcze sam trunek musi leżakować odpowiednią ilość czasu, żeby nabrał pełni i sensu (o czym kilka rodzimych browarów chyba zapomniało). Jak postanowili, tak zrobili. I zrobili to aż trzy razy, warząc trzy razy tegoż RISa w każdym z browarów* (*za siedzibę Mikkellera w tym wypadku robił duński browar Lervig Aktiebryggeri). Ja dorwałem tę, jaka została przygotowana w norweskim browarze Nøgne ø. Z kolej sama nazwa wywodzi się z połączenia nazw trzech RISów wyżej wymienionych browarów, czyli Brewdog Tokyo, Mikkeller Black oraz Nøgne ø Dark Horizon. Uffff, to chyba tyle tytułem wstępu, więc czas na to, co tygryski lubią najbardziej.

Horizon Tokyo Black, jak przystało na RISa, jest totalnie nieprzejrzysty i czarny jak heban. Pod światło pojawiają się piękne, bursztynowe refleksy, co świadczy o klarowności piwa. Beżowa, drobnopęcherzykowa piana co prawda dość szybko redukuje się do niewielkiego pierścienia, ale to akurat chyba dość normalne w piwach o takim zasypie. A właśnie – zasyp. To jedna z wielu rzeczy, jakie mogą przykuć uwagę. No bo ile piw na rynku ma 36° plato i 16% alkoholu? Już odpowiadam: niewiele. Co ciekawe, alkohol został w aromacie bardzo dobrze ukryty i jest niemal niewyczuwalny. Chowa się skrzętnie za nutami mlecznej czekolady i suszonych śliwek, które w tym piwie grają pierwsze skrzypce. Oczywiście to nie wszystko, bo Horizon Tokyo Black to trunek niezwykle złożony. I tak po lekkim ogrzaniu pojawia się subtelny sos sojowy oraz nuty winne, typowe dla piw długo leżakowanych. Da się wyczuć także delikatną paloność. Nie powiem – dawno nie piłem tak dobrze ułożonego piwa pod kątem aromatu. Po kilku łykach wiem już także, że mam do czynienia z jednym z najlepszych Russian Imperial Stoutów, jakie było mi dane próbować. Jest on niezwykle pełny, likierowy, ale nie przesłodzony. Owszem, słodycz jest wyraźna, ale nie jest ulepkowata. Jak do tego dołożymy przyjemną i paloną goryczkę na poziomie 100 IBU, tak otrzymamy piwo idealnie wyważone pod tym kątem. Alkohol ponownie został ukryty pod płaszczem wyraźnych smaków suszonej śliwki i czekolady. Jedyny ślad po tych 16% to delikatnie grzanie w przełyk i subtelny szum, jaki pozostaje w głowie po wypiciu tych skromnych 250 ml.

Za każdym razem, kiedy kupuję butelkę piwa powyżej 30 zł zastanawiam się, czy jest sens i czy warto. Horizon Tokyo Black pokazuję, że zdecydowanie warto. Baaaa, każdy powinien od czasu do czasu pozwolić sobie na tę odrobinę luksusu. Ten kooperacyjny RIS jest także dowodem na to, że piwo może być trunkiem niezwykle degustacyjnym, złożonym i bogatszym od niejednego, dobrego wina. Koniec, kropka. Tak rzekłem! A czy spełnił on swoją rolę w dzisiejszym odcinku, stając się godnym i wyjątkowym z okazji premiery niniejszego bloga na Facebooku? Po stokroć tak! I to z nawiązką! 9/10

PS
A jak wypada Black Tokyo* Horizon, uwarzone w Brewdogu? Sprawdźcie recenzję  Tomka Kopyry: