One More Beer… Hipsterval???

Przyznam szczerze, że pisanie relacji z tegorocznej, dla mnie pierwszej edycji One More Beer Festivalu to jedna z najtrudniejszych rzeczy, o jakich przyszło mi pisać w tym miejscu. Myślałem że wszystko sobie w głowie jakoś poukładam, ułożę i przemyślę, a słowa same przyjdą. Niestety – not gonna happend. Zamiast tego postanowiłem po prostu usiąść do klawiatury i uwolnić tzw. strumień świadomości, więc jeśli odnajdziecie w tych kilkudziesięciu zdaniach chaos, to wybaczcie – taki mamy klimat.

No właśnie, zacznijmy może od wybaczania i przeprosin, bo ten temat chciałbym mieć jak najszybciej z głowy. Na OMBFie dość mocno dostało się Pracowni Piwa i Spółdzielczemu. Tak po prostu, za piwa, które przywieźli. I o ile rozumiem konstruktywną krytykę w stronę piw nieudanych, tak po ludzku gardzę hejtem, jaki poleciał głównie stronę Pracowni. Rozumiem także, iż płacąc 249 zł za sesję oczekujemy piw wybitnych i pijalnych. Nie rozumiem z kolei braku kultury, którego byłem świadkiem zarówno patrząc na untapptdowe oceny, jaki na komentarze na Jepiwce. I tutaj pojawiły się zarzuty w stronę uczestników OMBFa, że chamstwo, hipsterstwo i nosy zawieszone na kwintę pośród dźwięków cmokających buraków. Czy w związku z tym mieliśmy do czynienia z festiwalem hipsterskich absurdów? Bitch please! OK, pojawiło się kilku klientów, którzy kulturę wypowiedzi zostawili przed wejściem do Forum Wydarzeń, ale ogólnie nie zgodzę się, aby pryzmat tychże tekstów wpłynął na całą „społeczność” OMBFową. Bo ta była po prostu spoko. OK, ludzie wbijający na One More Beera to na pewno grupa wyraźnie określona, być może czasem zbytnio skupiona na swojej komórce i na wbijaniu ocen do Untapptda, ale hej – niecodziennie masz okazję spróbować kilku(nastu) piw, gdzie normalnie musiałbyś wyłożyć kilka stówek za butelkę. Ja co prawda osobiście wolałem fokusować się na ludziach i piwie, zamiast na surfowaniu po androidowej appce do oceniania piwa, ale rozumiem każdego, kto przez chwilę dłuższą lub krótszą siedział z nosem wlepionym w kilkucalowy ekran. A co do Pracowni i Spółdzielczego – przeprosili, uderzyli się w pierś i na tym sprawę zakończmy.

W tym miejscu warto poruszyć temat formuły samego festiwalu, która w mojej ocenie jest niezwykle trafiona. Płacisz raz, pijesz ile chcesz. Na wejściu otrzymujesz kieliszek z cechą na 50 ml i takie też porcje polewane są przez zgromadzonych wolontariuszy i przedstawicieli browarów. 4,5 godziny na sesję to także dobry czas, aby spróbować wszystkiego, niemniej ja miałem z tym mały problem. Tak to jest, kiedy dodatkowo chcesz bawić się w fotografa. W każdym razie to tylko mój problem, jaki mam zamiar zniwelować w przyszłym roku. Tak, na przyszłą edycję również chcę się wybrać, bo w tym roku znalazłem czas tylko na jedną, piątkową sesję, więc i obraz całości, jaki tutaj opisuję, być może nie jest do końca pełny. Natomiast w 2020 zostawiam aparat w domu, aby całkiem oddać się temu klimatowi oraz aby upolować piwa, których przez moje zaangażowanie w blogowanie nie zdążyłem spróbować (chociażby Nilerzzzza 2018 ;__; ).

Czy w związku z tym One More Beer Festival to najlepsza impreza piwna w Polsce? I z odpowiedzią na to pytanie miałem chyba największy problem. Jakie są fakty? Z pewnością patrząc na poziom piw komercyjnych jest to najwyżej zawieszona poprzeczka w naszym kraju. No nie ma lepiej, chociaż idealnie też nie jest, bo kilka słabszych piw trafiłem. W każdym razie pod tym kątem OMBF ora trochę konkurencję w postaci wrocławskiego Beer Geek Madness. Ale co z Festiwalem Piwowarów Domowych? W mojej ocenie poziom piw na tegorocznym FPD był wyższy od tego na I sesji OMBF. I można mi w tym miejscu zarzucić ignorancję oraz bezsensowność porównywania możliwości, jakie mają komercyjne browary, a jakimi dysponują piwowarzy domowi. Zresztą ekipa Golemów już mi to zarzuciła na piątkowym afterparty 😉 Niemniej co to obchodzi zwykłego Kowalskiego? Przecież rzeczony Kowalski może mieć koło nosa powyższy fakt i „co nam Pan zrobisz”? Do tego dochodzi kreatywność stoisk na FPD, przez co całościowo ten event oceniam lepiej. Czy to oznacza, że One More Beer Festival nie jest wart uwagi. Absolutnie jest i każdy, szanujący się beer geek czy hop head przynajmniej raz w życiu powinien w nim wziąć udział. Jednakowoż nie gwarantuję, iż po jednorazowym udziale nie będziecie mieli smaków na więcej. Ja mam i to zdecydowanie.

Na koniec kilka słów o miejscu, w jakim tegoroczny OMBF się odbywał. Z jednej strony mieliśmy PRLowską „boazerię” na ścianach, liche światło i wykładzinę rodem z targów początku lat 90, a z drugiej piękny widok na Wisłę, bulwary oraz Wawel. Powiem szczerze, że jako esteta byłem nieco rozdarty i liczę na to, iż w kolejnych latach obraz ten będzie już bardziej spójny i korzystny, chociaż uczestnicy zeszłorocznych edycji o wiele lepiej oceniają Forum Wydarzeń, niż miejsce sprzed roku czy dwóch. Mając to na uwadze widać progres, czyli nadzieja na jeszcze lepsze miejsce w 2020 roku jest. Za to będę trzymał kciuki.

Natomiast kciuków nie muszę trzymać za organizację, bo ta stała na najwyższym poziomie. Począwszy od szybko rozładowywanych kolejek, przez bezproblemowo dostępną wodę do picia (co niestety nie jest regułą na piwnych festiwalach, a głowa na drugi dzień boli….), płukaczki do szkła, foodtrucki, po sklepik z całą masą butelek i puszek. Good job Pan Grzegorz + ekipa OMBF! Aaaaa, no i dziarkę można było sobie strzelić, chociaż pod wpływem nie polecam takich działań 😉

Bardzo długo zastanawiałem się, jak finalnie ocenić One More Beer Festival. W tym miejscu przychodzi mi do głowy moje pierwsze, kwaśne piwo. Był to Kwas Gamma z Pinty. Po pierwszej szklance totalnie nie miałem pojęcia, o co tutaj chodzi. Nastawiałem się całkowicie odwrotnie do tego, co otrzymałem. Natomiast po drugiej szklance wiedziałem, że chcę więcej! I dokładnie tak jest z OMBF! Oczekiwałem imprezy pokroju Festiwalu Piwowarów Domowych, a otrzymałem produkt inny, ale także niezwykle udany, jaki przyniósł mi sporo radości i satysfakcji. Co tu dużo gadać, po prostu widzimy się w przyszłym roku!

 

–> PEŁNA FOTORELACJA <–

Kosmiczny II Festiwal Piwowarów Domowych

Wybierając się na II Festiwal Piwowarów Domowych (FPD) obiecywałem sobie wiele. Zeszłoroczna, wręcz wydawało by się nazbyt pozytywnie rozbuchana opinia o tym evencie zwyczajnie tego ode mnie wymagała. Oczekiwałem organizacji na najwyższym poziomie, piw zwalających z nóg i atmosfery, przez którą nie będzie chciało się wracać do domu. A co finalnie otrzymałem?

Zacznijmy od tego, że jako jeden z prelegentów miałem fory. Nie dość, że plakietka oraz opaska umożliwiła mi wejście na teren festiwalu przed otwarciem bram, tak dodatkowo wspólna podróż na miejsce z Iwoną i Arturem z Hołdy Chmielu pozwoliły na rozejrzenie się po hali Expo w trakcie przygotowywania stoisk. No i tutaj pierwszy szok. To, ile pracy i kreatywności niektórzy wystawcy włożyli w przygotowanie swoich kramów przekroczyło moje najśmielsze oczekiwania. Postapokaliptyczny stragan, wzorowany na grze Fallout? Proszę bardzo! Piwo lane z fortepianu. Ależ czemu nie? Automatyczna piwna fontanna? Jak najbardziej! Piwne akwarium z żywymi rybkami? Nie ma najmniejszego problemu! Do tego cała masa zazwyczaj ręcznie przygotowanych gadżetów, rozdawanych uczestnikom całkowicie za free. No głowa mała! Niech za przykład posłuży mi wspomniana wcześniej ekipa Hołdy Chmielu – u nich można było zgarnąć wypasione otwieracze, drewniane podkładki i zakładki do książek, o kapslach, etykietach, wlepach czy domowych paluszkach z lawendą nie wspominając. Autentycznie zdecydowana większość wystawców włożyła kawał serducha w wizualne przygotowanie się do eventu. Tego na żadnym innym festiwalu piwnym po prostu nie znajdziecie.

Serducha nie zabrakło także w prezentowanych piwach. Poziom serwowanych trunków poszybował tak wysoko, że przebił wszystkie festiwale, na jakich byłem do tej pory (a było tego trochę). Być może One More Beer Festival będzie mógł się równać z FPD, ale to będę w stanie ocenić dopiero we wrześniu. W każdym razie  piwowarzy zwyczajnie w tańcu się nie szczypali i częstowali tym, co mieli najlepsze. Oczywiście nie było mowy o tym, aby spróbować wszystkiego. Blisko 70 piwowarów serwowało ponad 260 piw! Nawet gdybym skosztował po 50 ml każdego, to finalnie w ciągu kilku godzin musiałbym przyjąć ilość równą 26 piwom. Imposibru! I tutaj jedna podpowiedź, bo o ile organizatorzy przygotowali całkiem udaną aplikację webową, gdzie każdy mógł sprawdzić, cóż ciekawego będzie „na kranach”, tak zabrakło opcji umożliwiającej zapisania własnej listy piw, jakich chcemy spróbować. Niby drobiazg, ale jakże ułatwiłby sprawę. Oczywiście sam nie liczyłem ile razy moje skąd inąd udane szkło festiwalowe było uzupełniane, ale w 99% wypadków były to piwa bardzo wysokich lotów.

Moją szczególną uwagę zwrócił Salty Cricket z browaru domowego Halucek, czyli gose z… suszonymi świerszczami. Ba, samych suszonych świerszczy można było spróbować przed degustacją piwa. Co prawda miałem do tej przekąski pewne obawy, jednak finalnie lekko solone „owadzie” chrupki wyszły całkiem smacznie. A piwo? Dla mnie rewelacja – minimalnie słone, rześkie i wpadające nieco w nuty owoców tropikalnych. Dodanych na gotowanie świerszczy nie wyczułem, chociaż pełnia tego piwa swoją fakturę być może zawdzięcza nie tylko dodatkowi soli himalajskiej? Fantastycznie wypadła także Prasłowiańska Grusza od ekipy Elementu Baśniowego. Dodanie do receptury grodzisza gruszek wędzonych drewnem gruszy okazało się pomysłem nad wyraz udanym. Dodatkowo chwilę po 17:00 załoga browaru częstowała uczestników piwnymi goframi z domowym, wędzonym gruszą białym serem, z gruszkowym ratatouille w towarzystwie pędów chmielu wprost z plantacji Polish Hops. Bajka! Równie pyszna okazała się Rey z browaru domowego Alderaan Brewery. Piwo w stylu juicy gose zdobyło nagrodę na najlepsze piwo festiwalu, więc co ja będę więcej pisał. Klasa sama w sobie. Z kolei trzecie miejsce w tej kategorii zdobył Janusz Švach z browaru domowego Garaż za belgian double coffee RIS’a rum & bourbon oak aged. Poziom światowy, kropka. I w ten sposób mógłbym wymieniać jeszcze baaaardzo długo, bo naprawdę większość spróbowanych tego wieczora piw zwyczajnie na to zasłużyło. Niemniej grzechem byłoby nie zwrócić uwagi na tak zacne trunki, jak saison z burakiem od Mody Home Brewery; Krauzę autorstwa Hołdy Chmielu; Sextupla od Kozakovów czy Slight Shock od JZ Browar Domowy. Natomiast dla mnie piwem festiwalu okazało się piwo z browaru La Brasserie En Spirale – Flesh Eating Disco Zombie. Ten mocarny, imperialny milk stout z dodatkiem kokosu zwyczajnie mnie pozamiatał. Kokos został tutaj pięknie wyeksponowany i cudnie zgrywał się z mleczną czekoladą oraz z subtelnymi czerwonymi owocami. Był to jeden z najlepszych RISów, jakich kosztowałem w swoim życiu.

W tym miejscu warto kilka słów poświęcić na organizację FPD. Hala Expo XXI w mojej ocenie spełniła wymagania i po zeszłorocznych upałach, panujących na sali pozostało jedynie niemiłe wspomnienie. Klimatyzacja wyrabiała, miejsca było sporo, a i dostępne dla wszystkich płukaczki ogarnęły kwestie czystości szkła jak należy. Ogromny plus leci za wystawione dystrybutory z wodą. Co prawda ich nieco futurystyczny wygląd niektórych przerósł, doprowadzając do mylenia pojęcia „wodopój” z „płukaczką do szkła”, ale cóż – taki mamy klimat. Na miejscu postawiono także sporych rozmiarów scenę, będącą areną wręczania nagród i części prelekcji. Części, bo Ci z nas, którzy swoje prelekcje mieli zaplanowane przed 15:00 (w tym i moja skromna osoba 😉 ), zostali oddelegowani do narożnej części hali. Wszystko przez otwarcie strefy festiwalowej kilka godzin po zaplanowanym na południe otwarciu bram. OK, rozumiem że część dla firm pewnie cieszyłaby się mniejszym zainteresowaniem, gdyby uczestników od razu wpuścić na stoiska piwowarów, ale jestem przekonany, że można to w przyszłości zaplanować nieco lepiej. I w zasadzie to jedyny element „in minus”, do jakiego mogę się przyczepić, bo nawet strefa food trucków, chociaż niezbyt rozbudowana, tak na pewno była różnorodna i co najważniejsze – smaczna.

II Festiwal Piwowarów Domowych przeszedł do historii, ale ja już nie mogę doczekać się jego trzeciej odsłony. Wierzcie mi – wszystkie hurra optymistyczne komentarze na jego temat nie są przesadzone, bo tak oto mamy chyba najlepszy piwny festiwal w tym kraju. Po raz kolejny sprawdziła się formuła płacisz raz, pijesz ile chcesz. Po raz kolejny PSPD zorganizowało event najwyższych lotów. Po raz kolejny piwowarzy domowi pokazali, że są solą kraftu, a swoimi piwami często ten komercyjny kraft przewyższają. Chylę się w pas i do zobaczenia za rok!

PS
Pełna fotorelacja pojawi się jutro na fanpage’u facebookowym.

10. Warszawski Festiwal Piwa – video relacja z gościnnym udziałem Johnatha Neame’a (część 1/2)

Kiedy przed minionym Warszawskim Festiwalem Piwa odezwała się do mnie ekipa John King Polska z propozycją ogarnięcia materiału z udziałem dyrektora generalnego najstarszego browaru w Wielkiej Brytanii, to trochę zwątpiłem. Nie ze względu na jakieś kompleksy czy coś, ale jak to u mnie ostatnio standardowo bywa – ze względu na brak czasu. Trochę jednak pokombinowałem i wymyśliłem patent, gdzie nie będę musiał poświęcać godzin na reaserch, a dzięki czemu zrobię szybki i zgrabny materiał. Ojjjjj jakże się pomyliłem. OK, film wyszedł całkiem nieźle (chociaż nie mnie oceniać), bo o ile samo nagranie poszło jak z płatka i świetnie się podczas niego bawiłem, tak finalny montaż, a konkretnie tłumaczenie i nagranie lektora pochłonęło dobrych kilka godzin (jak nie kilkanaście). Stąd też oddaję w Wasze ręce materiał, w którym pierwszy raz w życiu wcieliłem się w rolę w/w lektora (także wybaczcie niedociągnięcia 😉 ). Jak wyszło? Sami sprawdźcie i koniecznie dajcie znać 😉

PS
Johnathan Neame z browaru Shepheard Neame to klawy gość – naprawdę bawiłem się z nim świetnie 😀

WOŚP, Kontynuacja i śląski kraft

W sumie to zastanawiałem się, czy pisanie krótkiej relacji z jednego z WOŚP-owych eventów będzie w świetle ostatnich wydarzeń na miejscu. I wiecie co? Będzie cholernie na miejscu! Po prostu nie ma mojej zgody na to, aby tak fantastyczna i genialna impreza, jaką jest Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, została zaszczuta i przekreślona przez jej przeciwników. A więc na pohybel tym, którzy z potokiem śliny na pyskach starają się, aby ten najpiękniejszy dzień w roku odszedł w niepamięć! Jedziemy!

WOŚP znany jest z organizowania tryliarda najróżniejszych i zazwyczaj całkiem pomysłowych akcji w myśl zbierania hajsu na szczyny cel. Koncerty plenerowe, pokazy antyterrorystów, strażaków, baletnic czy akrobatów, aukcje i licytacje oraz wiele, wiele innych. I świat kraftu też swoją cegiełkę do tego „interesu” dokłada. Bo jak inaczej nazwać moment, w którym zarówno browary, jak i knajpa zrzekają się przychodów ze sprzedaży piwa na rzecz Orkiestry? Dokładnie tak zadziałało to w minioną niedzielę w katowickiej Kontynuacji.

W akcji wzięło udział 11 śląskich browarów rzemieślniczych, a konkretnie: Alternatywa, Brewera, Hopick, Jana, Jastrzębie, Piekarnia Piwa, ReCraft, Reden, Sir Beer, Hajer i Welders. Każdy z nich przekazał beczkę swojego piwa, zrzekając się całkowicie zapłaty. Fajnie? No pewnie, że fajnie, bo każdy, kto tego dnia pojawił się w Kontynuacji i sięgnął po piwo od tejże śląskiej załogi po prostu pomagał Orkiestrze.

Na miejscu razem z Panią Kapitan pojawiliśmy się w okolicach 19:30 i jakże miło nam było, że ledwo znaleźliśmy miejsce do siedzenia. Serio, to jeden z tych niewielu momentów, kiedy ryjek cieszył mi się z takiego faktu. Na szczęście ktoś wychodził, spełniając swój „WOŚP-owy” obowiązek, więc razem z rzeszą znajomych mogliśmy zająć jeden ze stolików.

Drugim mega pozytywnym akcentem był… stosunkowo mały wybór. I to nie dlatego, że coś się powtarzało. Po prostu już o tej godzinie spora liczba kranów została osuszona, a Kontynuacja postanowiła nie podpinać czegoś, co mogłoby odwrócić uwagę od pozycji, przeznaczonych na Orkiestrę. I ja takie podejście mega szanuje. Na szczęście znalazłem coś dla siebie i z ciekawszych tematów muszę zwrócić uwagę na świetne, klasyczne i dobrze nachmielone na goryczkę IPA z Browaru Welders oraz na bardzo przyjemne Black IPA z bytomskiego Sir Beera. Chylę czoła!

Tego dnia klimat w Kontynuacji był nie do przebicia. Wszyscy życzliwi, uśmiechnięci i zadowoleni. Nawet mocno zmęczona ekipa barmańska, ciutkę zaniedbująca klientelę, nie sprawiła że komukolwiek zszedł uśmiech z twarzy. I co prawda nie wiem, czy udało się osuszyć wszystkie beczki, ale mam nadzieję, iż tak właśnie się stało. Ku chwale Orkiestry! I niech WOŚP gra do końca świata i jeden dzień dłużej!

Grodziskie w natarciu, czyli finał Viking Malt Brewmaster Challange 2018

Viking Malt Brewmaster Challange 2018 przeszedł do historii. Konkurs, który rozpoczął się w zasadzie kilka miesięcy temu w końcu znalazł swoje rozstrzygnięcie, kiedy to kapituła oraz zebrana publiczność oceniła cztery uwarzone we wrześniu piwa przez załogi, składające się z piwowarów zawodowych, domowych i blogerów. O tym, jak wyglądało samo warzenie mogliście poczytać TUTAJ, niemniej gwoli formalności warto przypomnieć sobie składy oraz poznać zwycięzców. Drużyny prezentowały się następująco:

CZERWONI:
Darek Piecuch
Mateusz Waszczuk
Michał Janiak
Dominik Połeć

BIALI:
Krzysztof Juszczak
Małgorzata Węgierska
Przemek Iwanek
Marcin Lichtarski

SZARZY:
Jakub Piesio
Magda Bergmann
Hubert Krech
Piotr Pszczółkowski

CZARNI:
Tomasz Michalski
Łukasz Szynkiewicz
Artur Kaleta
Moja skromna osoba

I teraz będzie bez ceregieli. Zacznę może od piwa, jakie wyszło spod rąk mojej drużyny, a wyszło fatalnie. Serio, nie ma się co szczypać, bo kto pił, ten wie. Nie dość, że wdało nam się zakażenie brettami, to jeszcze w piwie ściągająca i łodygowa gorycz przekraczała granice zdrowego rozsądku. A w trunku, które miało być wariacją na temat grodzisza takie rzeczy dziać się nie powinny. OK, gdybyśmy celowali w tę dzikość, to jeszcze można byłoby dyskutować, ale rzecz była niezamierzona. Planowaliśmy po prostu wędzone, kwaśne grodziskie z akcentami jaśminu i malin. Trudno, nie wyszło. Mimo wszystko z godnością i z uśmiechem na ustach zajęliśmy czwarte miejsce.

Drużyna czarnych

„Brązowy medal” wpadł w łapy drużyny szarych. W ich wypadku drożdże nie dały sobie rady z potężnym jak na ten styl ekstraktem, wynoszącym 24° BLG. Co prawda wędzonka była nieźle wyczuwalna, ale całość wyszła za słodka i nieco mdła. Mimo wszystko ekipa pod wodzą Jakuba Piesia i tak wypadła o wiele lepiej, niż moja załoga. Chylę czoła!

Drugie miejsce zajęli czerwoni ze swoim „klitoriańskim grodziskim”. Nie ma co gadać – barwa w tym piwie wyszła arcy-ciekawa – no bo serio, piliście kiedyś ciemnoniebieskiego grodzisza? Jedynie wędzonka została zdominowana przez dodatek klitorii ternateńskiej, odpowiedzialnej właśnie za kolor piwa. Najważniejsze, iż było ono całkiem przyjemne i niezwykle pijalne.

Złoto i główna nagroda przypadła drużynie, dowodzonej przez Krzysztofa Juszczaka. I tutaj bez włażenia w cztery litery i z ręką na sercu muszę przyznać, iż piwo białych było po prostu idealne (sam na nie głosowałem 😉 ). Lekkie, zwiewne, przyjemnie wędzone i lekko owocowe, co zawdzięcza dodatkowi… bodaj soku jabłkowego. Pierwsze miejsce zdecydowanie zasłużone, bo swoim piwem biali przebili pozostałych i to z niesamowitą przewagą. Chapeau bas i ukłony do samej ziemi.

Zwycięzcy Viking Malt Brewmaster Challange 2018

Tak głosowała kapituła konkursu, a głosowanie publiczności zdało się potwierdzać ten stan rzeczy. I teraz rzecz najważniejsza. Zwycięskie piwo zostanie uwarzone w Browarze Jan Olbracht i trafi na rynek. Cały dochód ze sprzedaży tegoż trunku zostanie przeznaczony na pomoc i rehabilitację jednego z członków załogi Olbrachta, który niedawno uległ wypadkowi drogowemu. Szacunek, proszę Państwa, za takie podejście do tematu!

Kilka słów należy się także samej imprezie finałowej, zorganizowanej w warszawskim The Taps. Klub, chociaż z zewnątrz niby niezbyt pokaźny okazał się idealnym miejscem na tego typu event. Duża sala główna, możliwość wyświetlenia filmu, podsumowującego warzenie i wreszcie świetny „VIP Room”, w którym Jarecki częstował gości swoimi smakołykami (czekoladowy pudding z Creazy Mike’iem palce lizać!), a co jakiś czas na stołach pojawiała się wyśmienita pizza, przygotowywana przez ekipę The Taps. Na szesnastu kranach wybór był dość ciekawy. Tego wieczoru w moją pamięć zapadła Bobrokracja z Rzeki Piwa (i w kooperacji z Chmielokracją), świetny porter angielski z Browaru Wbrew, Manolo z Dwóch Braci czy Barlow Sorbus z Kormorana (ta jarzębina robi tutaj robotę jak ta lala). Gwoździem do trum… znaczy się wisienką na torcie został zdecydowanie i bezapelacyjnie Kord leżakowany w beczce po rumie. Pamiętajcie – pół litra tego trunku, spożywane z masywnego shakera to zawsze pomysł godny i mądry! Szczególnie kiedy jest to ostatnia beczka tak szlachetnego trunku w kraju.

od lewej: Przemysław Czarnik, Ziemowit Fałat, dr Andrzej Sadownik

Najważniejsi jak zwykle okazali się ludzie. Naprawdę jest mi niezwykle miło, że mogłem brać udział w takim wydarzeniu. Atmosfera to był jakiś kosmos. Wszyscy uśmiechnięci, życzliwi i z odpowiednim nastawieniem. Nie było żadnej spiny, szyderczych komentarzy czy walki na pięści. To pokazuje, iż piwowarstwo w każdym jego aspekcie – czy zawodowym, czy domowym – to po prostu rzecz godna. Szczerze – to właśnie Viking Malt Brewmaster Challange postawił kropkę nad „i” w kwestii mojego osobistego piwowarzenia. I chociaż nie jest to jeszcze warzenie na skalę, o której marzę, tak dajcie mi tylko skończyć remont i przeprowadzkę, a ja Wam wszystkim jeszcze pokażę (wink, wink 😉 )! Dzięki Viking Malt! Dzięki PSPD! Dzięki Browamator i Fermentum Mobile! Dzięki Polish Hops! I w końcu dzięki wszystkim uczestnikom – to było jedno z najlepszych przeżyć i doświadczeń w moim życiu. Wasze zdrowie!

—> PEŁNA FOTORELACJA – KLIKNIJ TUTAJ!!! <—

Krótka rzecz o tym, jak zostałę piwowarę!

O VIKING MALT BREWMASTER CHALLANGE 2018 W SŁOWACH KILKU.

Kiedy kilka miesięcy temu zadzwonił do mnie Paweł Leszczyński, zapraszając moją skromną (a jakże!) osobę na Viking Malt Brewmaster Challange 2018 (w skrócie – VMBC), to trochę kopara mi opadła. Po pierwsze nie jestem piwowarem domowym; nigdy nie uwarzyłem fizycznie żadnej warki, a na swoim koncie mam jedynie dwie koncepcje na piwa mojego zespołu, które opracowali oraz zrealizowali odpowiednio Łukasz Łazinka z ReCraftu i Mateusz Górski z Brokreacji. Po drugie w konkursie tym zarówno w pierwszej, jaki i w tej edycji pojawiła się śmietanka polskiego kraftu i… miałem pojawić się ja. Sami rozumiecie, że mogłem być nieco zaskoczony? Niemniej rękawica została rzucona, a ja nie należę do tych, którzy łatwo się poddają, więc decyzja była prosta – jadę! Zmagania odbywały się w przepięknym pałacu w Piotrawinie podczas Chmielobrania –  imprezy zorganizowanej przez Polish Hops z okazji zbiorów chmielu. I to chmielu nie byle jakiego, bo polskiego, wprowadzonego w końcu na wyżyny (o czym przekonałem się testując trzy domowe piwa, oparte o trzy różne chmiele od Pawła Piłata i ekipy – do poczytania tutaj –>KLIK<–). Po tym konkursie nic już nie miało być takie, jak wcześniej. Ale po kolei.

Na miejscu zameldowałem się w piątkowe popołudnie, aby ledwo zdążyć na autokar, który przewoził uczestników całego zamieszania na przejażdżkę wąskotorówką. Niby nic takiego, ale biorąc pod uwagę towarzystwo i okoliczności, to jednak zapowiadało się ciekawie. Jeszcze dobrze nie ruszyliśmy z miejsca, a już Filip Paprocki z Fermentum Mobile począł przygrywać na gitarze. Cały autokar poleciał ze śpiewem. Do dzisiaj refren z „Przechyły, przechyły” rozbrzmiewa mi w głowie, a gardło nie zdołało dojść do pełnej sprawności. Po wpakowaniu się do kolejki śpiewy nie ustawały. W moje ręce w międzyczasie wpadła rewelacyjna warka Wielkiej Szychy z ReCraftu i zacząłem na spokojnie witać się ze znajomkami. Na tę okoliczność zabrałem z domu dobrze wyleżakowanego Wostoka z chorzowskiego Redenu. Oj jak ładnie się wszystkim oczy zaświeciły, kiedy zacząłem polewać. Niestety piwo nie wytrzymało próby czasu. Okazało się dość przeciętne, z utlenieniem w stronę mało przyjemną oraz z nikłym aromatem beczki. Świeże było o wiele lepsze.

Ale nic to, bo po dojechaniu na miejsce, gdzie zostało odpalone ognisko, a każdy mógł na żywym ogniu upiec sobie kiełbaskę, pojawiło się kilka piw domowych, coś z Alebrowaru, więc ogólnie klimat zaczął się rozpędzać. Przyjemna godzina, spędzona w przyjemnych okolicznościach przyrody i trzeba było wracać. Impreza rozkręcała się z minuty na minutę i nawet nie wiem kiedy znaleźliśmy się w miejscu noclegu. Jako uczestnicy VMBC niestety nocowaliśmy kawałek od Piotrawina, ale czy poszliśmy od razu spać? No nie bardzo. Przemiły Pan z ośrodka na miejscu zorganizował nam kącik do posiadówy i w ten sposób wesoło kończyliśmy dzień.

Pobudka o 7:30, szybkie śniadanie i już przed 9:00 byliśmy na miejscu. Szybki rekonesans, sprawdzenie stanowisk i można było przejść do losowania drużyn. Organizatorzy, czyli ekipa Viking Malt, sprawę całkiem fajnie przemyśleli. Wybrali czwórkę kapitanów startowych, czyli piwowarów z największym stażem, a resztę podzielili na koszyki pod kątem doświadczenia pozostałych uczestników. Swój skład wybierali Krzysztof Juszczak (Harpagan, Jan Olbracht), Jakub Piesio (Maryensztadt), Darek Piecuch (Piwne Podziemie) oraz Tomasz Michalski (Brovca). Ja, wraz z Łukaszem Szynkiewiczem (Absztyfikant) i Arturem Kaletą (piwowar domowy) wpadliśmy do drużyny Tomka, jednocześnie przyodziewając czarne barwy.

Składy naszych rywali prezentowały się z kolei następująco:

CZERWONI:

Darek Piecuch
Mateusz Waszczuk
Michał Janiak
Dominik Połeć

BIALI:

Krzysztof Juszczak
Małgorzata Węgierska
Przemek Iwanek
Marcin Lichtarski

SZARZY:

Jakub Piesio
Magda Bergmann
Hubert Krech
Piotr Pszczółkowski

Nim jednak mogliśmy przystąpić do warzenia musieliśmy zaliczyć piwną maturę. Odpowiedzi na zadane pytania udzielała drużyna, która jako pierwsza zagwizdała w gwizdek. Za każde z przygotowanych 30 pytań można było zdobyć od 1 do 3 punktów. Sprawa była dość istotna, bo przygotowany przez Browamatora sprzęt podstawowy, jaki otrzymała każda z drużyn, nie zawierała chociażby termometru, kosztującego 1 punkt. I teraz wyobraźcie sobie zacieranie bez kontroli temperatury. Zabawne, prawda? Moja ekipa niestety… zajęła zaszczytne, ostatnie miejsce, aaaaaaaaale na szczęście zdobyliśmy 6 punktów, więc nie wyszło najgorzej. Dodatkowo mieliśmy jedną przewagę nad pozostałymi; jako pierwsi dokonywaliśmy zakupu dodatkowego sprzętu. Zapytacie – i co z tego? Otóż wykoncypowaliśmy sobie, że jeśli wykupimy 4 analogowe termometry po 1 punkt każdy, to w sklepiku zostaną jedynie dwa termometry cyfrowe. W konsekwencji jedna z drużyn zostanie bez termometru. CHE CHE CHE CHE. Jak pomyśleli, tak zrobili, zaopatrując się dodatkowo w refraktometr. Nasz niecny plan wydawał się być doskonały, niemniej jednak w ostatecznym rozrachunku każda z ekip była zaopatrzona w narzędzie do pomiaru temperatury. Wszystko przez Białych. Zakupili automatyczny gar warzelny, który miał wbudowany termometr, przez co nasze knowania spaliły na panewce. No trudno, tym razem nie wyszło. Po tych zmaganiach mogliśmy w końcu przystąpić do właściwego warzenia.

Szybko skonfrontowaliśmy nasze pomysły na wariację grodzisza (która była tematem tegorocznego VMBC) i postawiliśmy na klasyczne podejście, z podkręceniem piwa przez maliny, jaśmin oraz zakwaszając brzeczkę bakteriami kwasu mlekowego. Początkowe problemy ze zbyt twardą wodą, pachnącą basenem szybko wyeliminowaliśmy, więc mogliśmy przystąpić do zacierania. Finalnie wyszło nam nieco powyżej założeń stylu, ale nasze 9 BLG to i tak nic w porównaniu do 21 BLG Szarych. Dodanie papryczek w tej sytuacji nie zrobiło już na mnie wrażenia. Oczywiście każda z drużyn miała inny pomysł na swoje piwo, jak chociażby niebieski grodzisz Czerwonych, zabarwiony kwiatem klitorii ternateńskiej. W związku z tym na finalnej degustacji piwa, zaplanowanej 24 listopada w warszawskim The Taps, może być całkiem ciekawie.

Potem było już z górki. Po filtracji przyszło gotowanie, przelanie na burzliwą, dodanie drożdży od Fermentum Mobile oraz bakterii kwasu mlekowego i w ten oto sposób piwo zostało uwarzone. Całość będzie pięknie fermentować u Tomka w Browarze Brovca, więc o warunki jestem spokojny. Zobaczymy też, co wydarzy się po przelaniu na cichą. Może jeszcze dorzucimy jaśminu? Może jakiś przecier z malin? Wszystko przed nami!

I w zasadzie w tym miejscu mógłbym skończyć ten tekst, ale niegodziwe byłoby, gdybym nie wspomniał o jednej, chyba najistotniejszej rzeczy. To ludzie wygrywają na takich eventach. To, jak chcą dzielić się ze sobą doświadczeniem, czasem, a nawet własnym piwem. Warto tutaj rzec, iż sporo uczestników przytachało własne wyroby, do których dostęp miał każdy. I tak skosztowałem jednej z ostatnich beczek Korda, leżakowanego w beczce po rumie (palce lizać, wariant o wiele lepszy od tego po Jacku Daniel’sie), Mysterious IPA z Maryensztadtu (także wyborne), grodzisza z Trzech Kumpli i wielu innych, fajnych piw. Wszystko to w doborowym towarzystwie i w świetnej atmosferze. I jedynie tej sobotniej wycieczki do chmielników Polish Hops żałuję, ale ktoś piwa musiał nawarzyć, aby pod koniec listopada piwo mógł pić ktoś! W tym miejscu lecą ogromne podziękowania dla wszystkich uczestników VBMC i Chmielobrania; dla Viking Malt, Browamatora, Fermentum Mobile i PSPD oraz dla wszystkich, z którymi przybiłem piątkę i zwyczajnie świetnie się bawiłem. Panie i Panowie – to była czysta przyjemność! A jeśli Wy jeszcze na Chmielobraniu nie byliście, to koniecznie musicie tę imprezę zaliczyć.

Bobry, małpy i kista chmielu

Pomimo tego, iż kranoprzejęcia czy premiery nowych piw kraftowych, prowadzone w multitapach wraz z obecnymi na miejscu załogami browarów, straciły nieco na swoim impakcie, tak ja osobiście bardzo cieszę się, że „tradycja” ta nie umarła. Dowodem tego była sobotnia premiera dwóch nowych piw z browaru kontraktowego Hoppy Beaver – Some Like It Hoppy, czyli Belgian IPA oraz Blondyna Wieczorową Porą, uwarzonego w stylu Polish Blonde Ale. W Białej Małpie, gdzie premiera miała miejsce, zjawili się oczywiście przedstawiciele browaru oraz Tomek z Piwnych Podróży (w towarzystwie Gosi), przedstawiciele Katowickiego Projektu Piwnego z Prezesem na czele (Ave Projekt!), Ania – właścicielka Małpy – i moja skromna osoba (bez Pani Kapitan, która postanowiła tegoż weekendu uczynić mnie słomianym wdowcem). W takim towarzystwie wieczór zapowiadał się przednio.

Załoga browaru Hoppy Beaver

Nim jednak o samej imprezie warto kilka słów rzec o samych „chmielowych bobrach”. Browar ten powstał pod koniec 2017 roku, ale na rynku ich pierwsze piwa pojawiły się w okolicach lutego b. r. I od razu były one dość sporym zaskoczeniem, bo mało kto decyduje się na uwarzenie swoich pierwszych piw w stylach Belgian Tripel i Scottich Ale. Czy to źle? Absolutnie nie! Szczególnie iż piwa wypadły bardzo dobrze i dawały dobre widoki na przyszłość. Co zresztą potwierdziły kolejne pomysły, jakie browar uwarzył w żyrardowskim Beer Brosie. Na ten moment Hoppy Beaver może pochwalić się ośmioma piwami w swoim portfolio, co jak na pół roku bytności rynkowej robi dość duże wrażenie.

Ja wieczór zacząłem od Some Like It Hoppy. Co prawda już wcześniej miałem okazję próbować tego piwa w wariancie butelkowym, ale wówczas nie zrobiło ono na mnie zbyt pozytywnego wrażenia. Potężna ilość estrów, idących mocno w stronę czerwonego jabłka zaburzała mi kompozycję aromatu, jaką powinna dostarczać Belgian IPA. Na szczęście wariant lany ustąpił pola fenolom i przyjemnej chmielowości. Estry zeszły na drugi plan, dzięki czemu piwo wypadło całkiem przyzwoicie.

A skoro piwo przyzwoite, to i humor od razu zrobił się lepszy, dzięki czemu mogliśmy w fantastycznym towarzystwie oddać się rozmowom. I może w tym miejscu nie będę przywoływał, jaki temat trafił na tapet; dość rzec że było trochę śmiechu, trochę żalu i opadające ręce. W między czasie ekipa Małpy poczęstowała nas fantastycznym, meksykańskim żarciem. Wszystko z okazji planowanego na czwartek, 26 lipca b. r., otwarcia Białej Małpy Mexico. Tak, tak – knajpa z dobrą paszą i piwem kraftowym. Tyle wygrać.

Następnie do mojego szkła trafił Blondyn Wieczorową Porą. Podobnie, jak w przypadku Some Like It Hoppy, i tutaj miałem okazję kosztować piwa z butelki. O tym, jak wypadło możecie dowiedzieć się tutaj: KLIK! Natomiast wariant lany wypadł o jakieś 25% lepiej, dorzucając do całości wyraźnie ziołowych akcentów chmielowych, co dodatkowo uatrakcyjniło ten na pozór nudny styl. I niech za potwierdzenie tegoż stanu rzeczy służy fakt, iż zazwyczaj tego samego wieczoru nie powtarzam tych samych pozycji. W tym wypadku musiałem zrobić wyjątek, bo Blondyn Wieczorową Porą wypadł po prostu rewelacyjnie. Stawiam w tym miejscu na sporą zasługę użytego chmielu Iunga, ale pewnie i Oktawia wniosła do piwa sporo dobrego. W każdym razie ja w tym pięknym aromacie białych owoców, oplecionych nutą cytrusów i akcentami chmielowymi zwyczajnie się zakochałem.

Przy tak udanych piwach oraz przy dobrym jedzeniu i w tak doborowym towarzystwie czas szybko zleciał i trzeba było zawijać się do domu. Wszystko wypadło jak należy, niemniej ja ciągle będę powtarzał, że brakuje mi czegoś ekstra przy okazji tego typu imprez. Niby mamy na miejscu ekipę browaru, można podejść, pogadać, ale raczej nikt poza ludźmi ze „środowiska” tego nie robi. A szkoda, bo zawsze czegoś ciekawego można się dowiedzieć. Jak na przykład tego, co ciekawego czeka w tankach na rozlew. Ale o tym cicho sza! Mnie wystarczy fakt natchnienia przez moją skromną osobę piwowara Hoppy Beaverów do uwarzenia… całkiem przyjemnego piwa w dość mało popularnym u nas stylu. Oby na samym natchnieniu się nie skończyło, czego sobie i Wam życzę. A ekipie browaru i wszystkim obecnym na miejscu składam wielkie dzięki, bo zaiste był to udany czas!




Szewc w dziurawych butach chodzi, a fotograf… w nieostrych zdjęciach 😉

Śląski Festiwal Piwa 3: miód, dziegieć i morze piwa.

Organizowanie wszelakiej maści imprez na otwartym powietrzu zawsze niesie ze sobą pewne „pogodowe” ryzyko. Pół biedy, kiedy mowa tutaj o koncertach biletowanych z wielkimi gwiazdami w roli headlinerów. Wtedy bilety zazwyczaj zakupione są wcześniej, więc kupujący liczą się z tym, że pogoda może być różna. Nieco inaczej temat wygląda, kiedy event nie jest biletowany. A już całkowicie sytuacja się zmienia, jak głównym motorem napędowym danego wydarzenia jest piwo. No bo jak tu pić piwo, kiedy leje i zimno? Nawet najzatwardzialsi beer geecy w tej sytuacji wybiorą raczej zacisze multitapu, niźli spożycie ulubionego „ajpieja” w strugach deszczu. I dokładnie taki scenariusz malował się na kilka dni przed rozpoczęciem III edycji Śląskiego Festiwalu Piwa. Scenariusz, który na szczęście się nie spełnił. Mimo to ciężko byłoby po wszystkim otworzyć szampana na wiwat, chociaż na pozór wszystko wyglądało bardzo dobrze. Zacznijmy jednak od początku.

Organizatorzy tegorocznej edycji Śląskiego Festiwalu Piwa mieli bardzo szerokie plany na to, co wydarzy się na katowickim rynku na przełomie czerwca i lipca. W kuluarach dowiedziałem się o minimum 30 wystawcach, jacy mieli się pojawić na miejscu. Do tego konkursy i cała masa atrakcji. Niestety im bliżej godziny zero, tym mocniej sytuacja zaczęła się gmatwać. Najpierw jeden ze współorganizatorów wycofał się z tematu, a potem na fanpage’u eventu i wydarzenia, mimo padających pytań o to, czy impreza się w ogóle odbędzie, zapadła cisza. W końcu na tydzień przed planowanym startem pojawiła się informacja, że festiwal jednak się odbędzie (z jednodniowym opóźnieniem), a na rynku pojawi się 17 wystawców oraz kilka food trucków. Co prawda niezbyt przekonuje mnie tłumaczenie, że cała sytuacja była wynikiem postawienia w tym samym miejscu strefy kibica Mistrzostw Świata w piłce nożnej, bo chyba takie rzeczy miasto ustala z wyprzedzeniem, ale niech będzie. Najważniejsze, że można było szykować kieliszki, pokale i szklanki na to, co mieli do zaprezentowania obecni na miejscu eksponenci.

Piątek przywitał wszystkich przyjemnym upałem, idealnym pod takie festiwale. Jednakowoż frekwencja tego dnia nie zachwycała. Niby wszystko się zgadzało; odgrodzony i chroniony teren, pogoda, zimne piwo, koncerty i centrum miasta, sprzyjające ściąganiu ludzie na teren bezpłatnej imprezy. A tychże jakoby mniej, niż w zeszłym roku. Czy to wróży koniec ery piwnych festiwali? Czy kraft w Polsce się kończy? Czy piwna rewolucja zatacza koło i teraz wszyscy wrócą do sączenia zimnego „Tyskacza”? Oczywiście, że nie. Po pierwsze zawiodła reklama. Ja nie widziałem na terenie miasta ani jednego plakatu, o słabej promocji w sieci nie wspominając. Zresztą jak tu plakatować miasto, kiedy o tym, czy w ogóle impreza się odbędzie organizator informuje na tydzień przed jej startem? Słabo. Po drugie – wspomniana wcześniej strefa kibica. Ktoś sobie pomyśli – ale przecież strefa kibica przyciągnie ludzi! A i owszem, ale przyciągnie osoby w większości nie gustujące w krafcie, które mogły w dodatkowo odgrodzonej strefie zakupić tańsze piwo niekraftowe. No i samo umiejscowienie tejże zony automatycznie przekierowywało przechadzających się po centrum ludzi nieco z dala od stoisk piwnych rzemieślników. A plus B równa się C, jak cienka frekwencja. OK, może nie było jakoś fatalnie, ale liczba odwiedzających Śląski Festiwal Piwa w tym roku nie ma startu do tego, co działo się przed rokiem czy dwoma. Przez to część browarów narzekała na kiepskie utargi, a kolejnej łyżki dziegciu do całości dodał fakt, iż organizator z kilku stoisk za możliwość wystawienia się skasował większy hajs, niż z pozostałych. Do tego doszły jakieś totalnie pokrętne tłumaczenia, mające mało wspólnego z traktowaniem fair wszystkich wystawców. Słabo po raz kolejny. I tutaj nasuwa mi się pewna dygresja. Otóż ja nie wiem, czy organizator nie ma świadomości tego, iż cały polski kraft dobrze się zna, a ta informacja rozejdzie się po wszystkich w mgnieniu oka? To z pewnością nie ułatwi zapraszania browarów na kolejne edycje imprezy. Wracając do sedna sprawy i kończąc wylewanie moich żali dodam, że dobrze iż w pobliżu był dostęp do toalety publicznej, bo postawienie kilku Toi Toików mogłoby nie wystarczyć. Zresztą kto by nie chciał skorzystać z publicznego kibla za 2 miliony złotych, c’nie?

Mimo iż organizator w tym roku do końca nie spisał się na medal, tak zupełnie inaczej sprawa wyglądała w przypadku browarów. Wszyscy obecni na miejscu wystawcy witali odwiedzających katowicki rynek z uśmiechem i chętnie opowiadali o tym, co akurat mają na kranach. A to w przypadku festiwalu w tej formule jest niezwykle ważne. Przecież w ten sposób najłatwiej przekonać „niedowiarków” do lepszego piwa. To tutaj przewija się najwięcej osób na co dzień nie pijących kraftów. Dlatego też na kranach gościły głównie piwa ze standardowej oferty danego browaru; pojawiły się pilsy, pszenice, sporo wszelkiej maści odmian india pale ale’i, milkshake’i, stouty czy piwa kwaśne, znajdujące co raz szerszy poklask nawet u „tradycjonalistów”. Beer geecy też nie zostali pominięci, gdyż pojawiły się i piwne premiery, i kilka sztosów. Po prostu każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Ważne, że sobota i niedziela, mimo nieco niższej temperatury, która również miała wpływ na nieco słabszą frekwencję, nie uraczyła gości festiwalu deszczem, a dobrym humorem, jaki płynął ze stoisk.

A cóż dobrego trafiło do mojego szkła? Największe brawa należą się Pawłowi Fityce z Browaru Reden za Podwójne Szombierki. Ten genialny, podwójny stout mógłby trafiać na moje biurko codziennie zamiast małej czarnej. Aromat i smak genialnej kawy, mieszający się z czekoladą i subtelną palonością po prostu zmiótł mnie z ziemi. Brawa należą się również za kwasiora z czarnej porzeczki. Owocowy, kwaśny, rześki i niezwykle pijalny. No ale kto zna Pawła, ten wie że „sałery” to jego specjalność. Zresztą równie wybornie spisał się Szpuntowy Sourness z dodatkiem pigwy. No miód-malina. Czy raczej pigwa. Niemałym zaskoczeniem był dla mnie Kurant z Browaru Dukla. Ten session vermont IPA z dodatkiem soku z czarnej porzeczki zachwycał genialnym aromatem tego owocu oraz chmielu dodanego na zimno. Szklankę Kuranta można by wypić za jednym zamachem. Zresztą podobnie sytuacja wyglądała w przypadku Dębowej Panienki z agrestem. No palce lizać, szczególnie podczas upału. Aga i Janusz z Browaru Spółdzielczego poczęstowali mnie z kolei jedną z najlepszych pszenic, jakie dane było mi pić ever. Refowe, bo o nim mowa, to bananowo-goździkowa bomba z genialną gładkością trunku. Tak dla mnie powinien prezentować się wzorcowy hefeweizen. Dodatkowo dane mi było skosztować po raz kolejny Lódolfa leżakowanego w beczce po winie Rioja, ale z racji posiadanej butelki tegoż sztosu więcej o nim napiszę przy innej okazji. Brawa ode mnie lecą także w stronę Browaru Kazimierz za Aledźwiedzia i Kazimierza. Oba piwa trzymają bardzo wysoki poziom, niczego im nie brakuje i należy je pić bez obawień (wink wink 😉 ). Podczas festiwalu premierę miało nowe piwo z Browaru Profesja. Pogromca Smoków to APA na Ekuanocie z dodatkiem liści kafiru. Oesu ależ to piwo pięknie pachniało cytrusami i kafirem. Świetnie zbalansowane, idealnie pijalne i rześkie. Niby proste, a jednak sporo się w nim działo. Browar ReCraft co prawda żadnej nowości na imprezę nie zabrał, ale sprawdzenie formy Ryemana poszło bardzo sprawnie i smacznie. Podobnie sytuacja wyglądała w przypadku Mocnej Góry z Piekarni Piwa, którą mógłbym pić hektolitrami. Podczas eventu były obecne również dwa katowickie multitapy – Biała Małpa oraz Browariat. Pierwszy z nich uraczył mnie fantastycznym Flandersem z Browaru Łańcut, a drugi genialnie kwaśną i arbuzową „Zieloną Zebrą” oraz rozkładającym na łopatki Dankwoodem. Oba ze stajni Amerykanów z Foundersa. I tylko jakoś piwa z Koreba nie zachwyciły. Pszeniczne Łaskie miało aromat starej ściery, zmieszanej z gotowanym kalafiorem, a Herbowe smakowało jakby zmielić najtańsze pierniki razem z kartonem. Nie polecam tak żyć, a zrobiłem to po to, abyście Wy nie musieli.

Podsumowując – mimo kilku dość solidnych wpadek organizatora samą imprezę oceniam pozytywnie. Wszystko za sprawą obecnych na miejscu wystawców i ludzi. Nie zaobserwowałem snujących się po terenie eventu meneli, pustych flaszek i puszek po tanich piwach z Biedry czy odpływających w alkoholowym amoku Januszy i Sebków (wszystkich prawych Januszy i Sebastianów przepraszam za użycie tegoż imienia, ale co ja biedny mogę, nooo 😉 ). Liczę na to, iż za rok impreza znowu się odbędzie, ale już bez tych niepotrzebnych sytuacji i negatywnych emocji, a pogoda dopisze tak, jak na pierwszej i drugiej edycji. Wszystko ku chwale kraftu!

 

—> ZOBACZ PEŁNĄ GALERIĘ ZDJĘĆ <—