Chmielobrody kontra… (ex)Acid Drinker

Jak zwykł mawiać klasyk: „Nikt nie spodziewał się Hiszpańskiej Inkwizycji!”. Czy tak jest również z odpalanym właśnie dzisiaj video-blogiem Chmielobrodego? Tego nie wiem, ale wiem jedno – ta forma na stałe zagości w tym miejscu, będąc jednocześnie uzupełnieniem pozostałych treści, dostępnych pod adresem www.chmielobrodyblog.pl.

Czego możecie się spodziewać? O tym dowiecie się już na wstępie. A kto będzie moim gościem? Kiedy dwa tygodnie temu spotkałem się z Robertem „Bobbiem” Zembrzyckim nie miałem bladego pojęcia, że rozmawiam w zasadzie z ex-gitarzystą Acid Drinkers, o czym zespół poinformował wczoraj. Jednakowoż sama rozmowa jest jak najbardziej aktualna (Robert odpala właśnie zespół Vane, o czym także we vlogu), stąd też zdecydowałem się nią z Wami podzielić.

Moi Drodzy – zapraszam na pierwszy odcinek z cyklu „Chmielobrody kontra…”:

Reklamy

Wywody Chmielobrodego – cz. 6

Perfect Lager Gate – A Red Smoke Festival Beer Story

Nie należę do ludzi, którzy na siłę doszukują się dziur w całym, wypatrują samych wad w piwie czy przyczepiają się o byle pierdołę. Ale po prostu czasami się nie da. No zwyczajnie jest taki punkt mojej wytrzymałości, po przekroczeniu którego ciężko mi siedzieć spokojnie na czterech literach. I taki punkt został przekroczony w miniony weekend. Zacznijmy jednak od początku.

Jest taki festiwal na muzycznej mapie Polski, ściągający doborowe towarzystwo z klimatów stonerowych, doomowych, sludge’owych i okolic. Nie jest to duża impreza, ale klimat jaki tam panuje jest zwyczajnie nie do opisania. Miałem okazję grać na trzeciej odsłonie tego wydarzenia, więc złapałem bakcyla, dzięki czemu w tym roku, w kompanii mojego perkusisty ruszyliśmy na piątą edycję Red Smoke Festival, organizowanego w malowniczym Pleszewie. Dodatkowo organizatorzy ogłosili, iż na terenie festiwalu rozstawi się Doctor Brew i będzie polewał krafty. OK, być może browar ten nie należy do moich ulubionych, ale mieli kilka fajnych wypustów, jak np. Vic Secret czy Ella IPA. Zresztą zawsze to lepsze, niż picie pospolitych koncernów. To dodatkowo poprawiło mi nastrój przed wyruszeniem w drogę, a całości dodało tego malutkiego smaczku, jakiego zwykle brakuje mi na takich imprezach. Wszystko jak krew w piach.

Panowie Doctorzy okazali się monopolistą, jeśli chodzi o polewanie piwa na Red Smoke’u. Nie było opcji alternatywnej w postaci zimnego Leszka czy piwa, od którego chce się… no wiecie sami co 😉 I to chyba przesłoniło rozsądek tej dolnośląskiej ekipie. I nie mam tutaj pretensji do tego, że z większości kranów lał się Perfect Lager (do którego zaraz wrócimy). Spoko, w końcu to nie festiwal piwa; tutaj gawiedź raczej w większości będzie chciała po prostu napić się zimnego browarka, bez dodatkowych udziwnień. Tutaj chodzi o to, co w ogóle ze sobą przywiózł Doctor Brew.

Zacznijmy od tego co, było niezłe, czyli od Pszenicznego. Ok, być może było nieco zbyt kwaskowe, ale jednak banany i goździki dało się wyczuć, piwo orzeźwiało i smakowało całkiem przyzwoicie, jak na te okoliczności przyrody. I w tym miejscu plusy się kończą. Na kolejnym kranie odnalazłem Cascade IPA i od początku coś z tym piwem było nie tędy. Kilka niuchów i dzień dobry – mamy kwas masłowy. Mocno w tle, ale jednak frajdy z picia tego trunku nie miałem. Drugą pozycją do odstrzału był Perfect Lager z trawą cytrynową. Po kilku łykach gdzieś w tle zaczął mi się kołatać znajomy posmak, znany pewnie każdemu, kto się kiedyś ugryzł w policzek. Ale jak to żelazo? Test na skórze wstępnie to potwierdził, ale że już byłem w mocno imprezowym nastroju, tak postanowiłem wrócić do tematu dzień później. Moje obawy niestety okazały się słuszne, bo i drugiego dnia, całkiem na trzeźwo, test na skórze uwydatnił taki poziom żelaza, jakbym wsadził nos do portmonetki pełnej monet. I na sam koniec wisienka na torcie. Wszechobecny, lejący się bodaj z czterech kranów Perfect Lager, który wyglądał jak… New England Lager. I shit you not, sami zerknijcie:

Samo piwo smakowało jak lekko osłodzona woda gazowana, z goryczką na poziomie bliskim zeru. Być może nie jestem jakimś super znawcą, ale CO TO MIAŁO BYĆ?!? Bo z pewnością nie był to Perfect Lager, jaki znany mi jest z wersji butelkowej. A kiedy zapytałem „co ten lager taki mętny” Pani z uśmiechem odpowiedziała: „bo jest niefiltrowany”. Z boku wszystkiego słuchał jeden z Doctorów i tylko w stronę barmanki rzucił „Ty mu powiedziałaś, że to piwo jest niefiltrowane?!”, bez jakiegokolwiek wyjaśnienia w moją stronę. Na szczęście udało się w Pleszewie dorwać wariant w szkle, który w niczym nie przypominał tego z powyższego zdjęcia. Różnił się totalnie wszystkim – smakiem, aromatem, kolorem i klarownością. Rzecz oczywiście celowo udokumentowałem:

I teraz przechodzimy do sedna moich wywodów. Powiem szczerze – czuję się totalnie oszukany przez ekipę Doctor Brew. Czuje się oszukany w imieniu wszystkich tam obecnych, a przede wszystkim w imieniu organizatorów, których znam osobiście i wiem, że chcieli dobrze. Nie o takie krafty walczyłem. Nie o takie krafty walczy rzesza piwowarów, browarników, blogerów i konsumentów. To, co pokazał Doctor Brew, to w mojej opinii jest kpina na miarę Browaru EDI. Albo jeszcze gorzej. No bo jak do jasnej cholery taki Kowalski, pijący na co dzień Tyskie, a który zjawia się na Red Smoke Festival ma przekonać się do picia lepszego piwa? Za 10 zł dostaje coś, co było gorsze od Lecha Pils, przemycanego na potęgę na teren amfiteatru. I wierzcie mi – nie ja jeden marudziłem, bo zewsząd dochodziły mnie rozmowy „Co to ma być? Takie piwo za 10 zł? Chodźcie lepiej do spożywczaka po Tyskie”. Część gawiedzi oczywiście zasilała kasę Doctorów grubym hajsem, a ja sam zostawiłem tam niemałą część swojej gotówki, no bo jakoś tak głupio mi było przed organizatorami, żeby wnieść browarek z zewnątrz. W ostatni dzień skapitulowałem i sam sączyłem Pils z Poznania, bo już na to, co odjaniepawla Doctor Brew nie mogłem patrzeć.

I teraz na koniec zostawiam Was z pytaniem, na jakie sami musicie sobie odpowiedzieć. Czy to była celowa zagrywka i skok na kasę? Czy Doctor Brew specjalnie zabrał ze sobą spartaczone piwa, bo przecież lud na festiwalu wszystko kupi i wypije. Ja już swoją teorię na ten temat mam i powiem jedno – na szacunek trzeba długo pracować, ale o jego utratę jest bardzo łatwo.

PS

A że na festiwalach muzycznych da się w piwa kraftowe pokazał Browar Profesja, na odbywającym się równolegle Castle Party. Da się? No kurwa da się!

Doctor Brew – Barley Wine Brandy Barrel Aged

barley

Nie lubię brandy. No po prostu nie umiem się przekonać do trunków, które kojarzą mi się ze zbyt słodkimi perfumami mojej ukochanej mamy. Może to jeszcze nie mój czas; może nikt mi nie pokazał, na co zwracać uwagę w tym trunku;  może to po prostu taka karma. Status quo jest taki, że nie pijam brandy i raczej nie zamierza się z tego powodu umartwiać. Na szczęście lubię piwo (tak, wiem – też mi nowość), więc czy połączenie tych dwóch światów może być udane? Piwowarzy z browaru Doctor Brew podjęli rękawicę i uwarzyli Barley Wine, a następnie przelali go właśnie w beczki po brandy. Podobny zabieg zrobili z beczkami po bourbonie, o czym możecie poczytać TUTAJ. A jak wyszło w tym wypadku?

Po zakręceniu kieliszkiem i wykonaniu kilku wdechów nosem zaczyna się konkretna jazda. Na pierwszym zakręcie zahaczamy o doskonałe owoce z brzoskwiniami na pierwszym planie. Następnie wychodzimy na słodową prostą z fajną, ciasteczkową podbudową. Po chwili tych szaleństw i po ogrzaniu się trasy pojawiaja się fajny, karmelowy finisz. Cała trasa jest lekko alkoholowa, ale nie przeszkadza to, a wręcz podkręca tempo. I tyle? No pewnie, że nie – teraz czas na drugie okrążenie, czyli parę solidnych łyków. W odróżnieniu od wersji bourbonowej ten Barley Wine jest trochę słodszy, z większą ilością nut winnych. Piwo jest pełne w smaku, a aromaty ciasteczkowe znajdują również odzwierciedlenie w ustach. Dodatkowo to przyjemne rozgrzewanie w przełyku. Dzieje się tutaj tak wiele, że przy każdym uniesieniu kieliszka radocha nabiera bardzo wysokich obrotów. Podobnie, jak u swojego brata poziom IBU z etykiety jest lekko przesadzony, acz gorycz w finiszu jest nieco wyższa, niż w wariancie leżakowanym po bourbonie. Ot mało szczegół, nie mający żadnego wpływu na wrażenia i radość z picia.

Doctorzy ponownie stanęli na wysokości zadania – stworzyli rewelacyjny trunek i pozwolili mi zapomnieć o tym, że za brandy to ja w zasadzie nie przepadam. Ponownie chapeau bas i ukłony do samej ziemi oraz zasłużone 8.5/10 (punkcik mniej, od wariantu po bourbonie, który smakował mi odrobinę bardziej).

Doctor Brew – Barley Wine Bourbon Barrel Aged

BW BBA.jpg

Polacy nie gęsi i swoje drogie piwa mają! Tak, tak, powoli wchodzimy w erę, gdzie nie tylko zagraniczne browary raczą nas swoimi trunkami w cenach wyższych, niż 15 PLN! Jakiś czas temu trafiłem na absolutnie fenomenalne Imperium Prunum z Kormorana, za które musiałem dać, bagatela 23 PLN (a za kolejne dwie butelki, cudem trafione, po 30 PLN/szt), a ostatnio natomiast w moje łapy wpadły cztery małe buteleczki od Doctor Brew, każda w cenie ok. 19 PLN. Dzisiaj pora na pierwszą z nich, czyli Barley Wine, leżakowane w beczce po Bourbonie. Czy warto było wydać taki hajs na to piwo, o zawrotnej pojemności 0.33 ml?

Po przelaniu piwa do kieliszka od razu rzucają się w oczy trzy rzeczy – fenomenalna, bursztynowa barwa, wysoka klarowność i bardzo delikatna, nietrwała piana. Chłopaki ponoć refermentowali tego Barleya w butelce, ale cukru użyli niewiele, co przełożyło się właśnie na klarowność i niskie wysycenie. Jak dla mnie strzał w dziesiątkę, bo trunek cieszy oko, a mała zawartość CO2 sprzyja wysokiej pijalności. Po ochach i achach nad stroną wizualną do pracy został zaprzęgnięty mój nos. I tutaj ogromne brawa dla piwowarów, bo seria doznań, jakie otrzymały moje nozdrza powala. I tak mamy tutaj nuty winne, czerwone owoce, karmel mieszający się z toffi, a nawet suszoną śliwkę. Mało? No to polecam wziąć parę łyków, bo tutaj zaczyna się już jazda bez trzymanki. Lubicie piwa słodkawe z fajną goryczą w kontrze? Proszę bardzo! Doceniacie, kiedy można w smaku wyczuć delikatną paloność? Nie ma sprawy! Wanilia w piwie? Też się znajdzie. Do tego ten wytrawny finisz, połączony z przyjemnymi akordami bourbonu. No brawa dla Panów Doktorów! Należałoby w tym miejscu kilka słów napisać o alkoholu, bo w tym trunku go nie brakuje – 10,5% podaje etykieta, ale pewnie wyszło trochę więcej po refermentacji. Na szczęście zarówno w aromacie, jaki w smaku jest go w sam raz – nie przeszkadza i delikatnie rozgrzewa w przełyk. Jedynie wartość IBU na etykiecie nie do końca zgadza się z tym, co można wyczuć. Gorycz jest, ale delikatna i nieściągająca, więc 80 jednostek IBU to jednak zbyt wiele, jak na powyższe odczucia.

Z tym piwem jest trochę jak z jazdą na rollercoasterze – mnogość doznań, złożoność trasy i frajda jest tak wielka, że aż zapiera dech w piersiach. Niestety przejazd dość szybko się kończy… lecz kiedy już wysiądziesz z wagonika, to od razu masz ochotę do niego wrócić i przejechać się jeszcze raz. 9/10 i wielkie brawa!

PS
W tym miejscu pojadę nieco prywatą – po przeczytaniu tego tekstu, a szczególnie podsumowania do głowy wpadł mi od razu ten kawałek: