Jak będzie w Browarze Mariackim?

Od dobrych kilku tygodni chodził za mną tatar wołowy. Rzecz, jakiej jeszcze rok temu patykiem z trzech metrów bym nie dotknął. A teraz? Zwyczajnie co jakiś czas po prostu musze wsunąć porcję drobno siekanej, surowej wołowiny w towarzystwie ogórków, cebuli i żółtka jaja. Tak to jest, kiedy przez 30 lat boisz się spróbować czegoś, co finalnie okazuje się doskonałym przysmakiem. Temat chodził za mną, chodził, aż w końcu zapadła decyzja – idziemy na tatar! Tylko gdzie tu w Katowicach zjeść surową wołowinę, po której nie odwiozą mnie na OIOM? Pani Kapitan zasięgnęła języka i tak dzięki kilku poleceniom trafiliśmy do Browaru Mariackiego. A skoro mowa tutaj o browarze całkiem nowym na mapie Śląska, tak postanowiłem sprawdzić, cóż ciekawego oprócz tatara ten przybytek serwuje.

Powiem szczerze – nie spodziewałem się „efektu wow” po miejscu, które stanęło przy hotelu i na największej ulicy imprezowej Katowic. Dotyczy to oczywiście kwestii piwnych, bo o kuchnię raczej byłem spokojny. Jednakowoż nie tylko te dwa aspekty były istotne przy finalnej ocenie. Dla mnie bardzo ważny jest również wystrój i klimat, jaki w lokalu panuje. A na tym polu Browar Mariacki kasuje wielu. Lekko industrialne wnętrza wypełniają ściany z czerwonej cegły, co w połączeniu z przepięknym oświetleniem, hebanowym umeblowaniem oraz z wielkoformatowymi zdjęciami w klimacie piwowarskim wprowadza doskonały nastrój. Do tego wszystkiego na sali głównej stanęły dwa kotły zacierno-warzelne idealnie dopełniając charakter wystroju.

Obsługa również stoi tutaj na najwyższym poziomie. Wszyscy mili, pomocni i uśmiechnięci. W takich okolicznościach nie pozostało mi nic innego, jak złożyć zamówienie i poczekać na dalszy rozwój sytuacji. Na pierwszy ogień poszła klasyka, czyli Pils 12.5° Plato. Umówmy się – niby do Czech i Niemiec mamy niedaleko, a jednak ten styl nie zawsze wychodzi nam tak, jak powinien. Na szczęście tutaj wszystko się zgodziło. Bardzo czysty, słodowy profil piwa idealnie korespondował z dość wysoką, ziemisto-ziołową goryczką. Akordy słodowe, pojawiające się również w aromacie, pięknie uzupełniały subtelną chmielowość tego trunku. Przyznam szczerze, że jest to jeden z lepszych Pilsów, jakie miałem okazję pić.


Pod takie specjały idealnie pasował tatar wołowy. I o ile jestem zwolennikiem raczej prostego i klasycznego podejścia do tego dania, tak tutaj dodatek marynowanych grzybków shimeji, musztardy dijon i sosu worchester zwyczajnie zrobił robotę. Całkiem podobne wrażenie na Pani Kapitan wywarły krewetki w mango i chilli. Ba, nawet mnie, osobie która raczej jest na bakier z wszelkiej maści owocami morza, to danie smakowało. No i jeszcze sposób podania. Wierzcie mi – to wszystko smakowało dokładnie tak, jak się prezentuje na zdjęciach. A w karcie podobnych specjałów jest o wiele więcej.

Mnie jednak bardziej interesowały kolejne pozycje piwne. I tutaj wskazówka – jeśli pojawicie się na miejscu, to koniecznie poproście o kartę piw, bo oprócz trzech pozycji w menu głównym (Pils, Hefeweizen, AIPA) Browar miał na tapecie tego dnia również Milkstout i Witbiera. I o tego ostatniego poprosiłem. Od razu na mój nos rzuciła się kolendra, dość mocno dominując tę pozycję. Co prawda po chwili do głosu doszła pomarańcza, ale jednak to kolendra wiodła prym, nie odpuszczając sprawy do końca degustacji. W smaku piwo okazało się już bardziej zbalansowane, niezwykle rześkie, z minimalnym poziomem goryczki. Dodatkowo pojawiła się całkiem przyjemna guma balonowa, która mnie akurat bardzo do tego stylu pasuje. Werdykt? Przyjemny, dość stylowy Witbier, z nieco przesadzonym poziomem kolendry.

Na sam koniec piwnych degustacji poprosiłem o Amerykańskie IPA. Co jak co, ale piwowar Browaru Mariackiego zinterpretował ten styl chyba pode mnie. W aromacie bliżej temu piwu do imperialnej wersji, niż do standardowej „ajpy”. Wszystko to przez intensywnie dojrzałe owoce egzotyczne oraz przez ładnie zarysowaną żywicę. Duży plus za minimalny poziom karmelu, który dodawał całemu zapachowi fajnej, subtelnej słodyczy. W smaku wyszło prawie identycznie. Prawie, bo na tym polu karmelu nie wyczułem i za to kolejny plus. Do tego wszystkiego mariackie AIPA ma fajną, krągłą fakturę oraz intensywną, acz krótką goryczkę. I takie Amerykańskie IPA to ja rozumiem.

I o ile tego wieczoru pod kątem piwnym zostałem usatysfakcjonowany w pełni, tak kulinarnie czekała nas jeszcze jedna pozycja. Mowa w tym miejscu o czekoladowym fondancie, podanym z lodami waniliowymi, w towarzystwie sosu Baileys. I to właśnie ta pozycja postawiła przysłowiową kropkę nad „i”, stając się jednocześnie przesmaczną wisienką na tym restauracyjnym torcie.

Browar Mariacki być może nie stanie się żelazną pozycją na mapie śląskich Hop Headów, ale z pewnością każdy to miejsce powinien odwiedzić. I to nie tylko ze względu na piwo, a przede wszystkim ze względu na jedzenie, jakie jest tutaj serwowane. Jak do tego dołożymy fantastyczny klimat, przepiękne wnętrza i doskonałą obsługę, tak otrzymamy idealne miejsce na randki, spotkania ze znajomymi czy meetingi biznesowe. Ja polecam z ręką na sercu i wręcz rekomenduję wizytę w tym miejscu. Jestem przekonany, że nie pożałujecie.





Reklamy

Szybki Strzał – Odc. 10

Oj dawno w tym miejscu nie pojawił się żaden tekst. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, kajam się i biczuję w pokucie. Jednakowoż nie ma tego złego i tak dalej, i tak dalej, więc nie ma co zwlekać. Przed Wam kolejny odcinek „Szybkiego Strzału”:

  1. Browar Kingpin – Amadeo (Raspberry Milkshake IPA)

Chyba już oficjalnie można powiedzieć, że piwne Milkshake’i to nie jednorazowe strzały, a regularna moda. Dla przysłowiowego Kowalskiego połączenie jogurtowych klimatów z piwem może wydać się dość kuriozalne, ale ja ten temat kupuję w całości. Oczywiście poziom jeszcze nie jest najrówniejszy, stale rośnie, więc gańby niy ma. Tendencję tę potwierdza Kingpin ze swoim Amadeo. Ten jegomość urzeka swoją chmielowością, doskonale komponującą się z zapachem jogurtu malinowego. OK, maliny mogłyby być nieco wyraźniejsze, ale i tak jest nieźle. Do tego wszystkiego lekkie muśnięcie naftą z Mosaica i już robi się bardzo miło. Niewątpliwym plusem Amadeo jest jego idealne zbalansowanie – są maliny, czuć laktozę i dobrze ustawioną w kontrze gorycz. I jeszcze ta przyjemna gładkość. Moim zdaniem jest to jeden z najlepszych, polskich Milkshake’ów. Brawo. 8,5/10

  1. Browar Kazimierz – Kazik (Light Australian Ale)

Browar Kazimierz to bardzo młody zawodnik, który pojawił się na scenie dopiero w tym roku. Niby nowicjusz, a już wyrobił sobie renomę, jakiej część starszych „kolegów” może tylko pozazdrościć. Ich najnowsze piwo – Kazik – jest jedynie potwierdzeniem wyżej opisanego stanu rzeczy. OK, trochę trąci myszką to kibicowskie podejście, prezentowane na etykiecie, z hasłem „Duma kibica!” na czele, ale co tu się dzieje w tym piwie, to ja nawet nie! Na pierwszy plan wychodzi genialny aromat chmielu Galaxy (cytrusyyyyyyy), aby za chwilę do głosu dopuścić przyjemne akcenty żywicy oraz użytego żytniego słodu. Zresztą żyto w ogóle robi tutaj niezłą robotę. No bo jak inaczej wytłumaczyć to, że pijąc piwo 8,5° BLG mam wrażenie, jakbym pił „czternastkę”? Dodatkowo w smaku dostajemy przyjemną goryczkę, wyraźne owoce cytrusowe i konkretną, chmielową ziołowość. W moim prywatnym rankingu piw sesyjnych do 4% alkoholu Kazik jest po prostu numerem jeden. 9/10

  1. Browar Solipiwko – Chuck Never Dies (American IPA)

Z kolei Browar Solipiwko to już weterani piwnego kraftu, trzymający żelazną formę od wielu sezonów. I jak w tym wszystkim wypada ich najnowsze American IPA? W zapachu czuć wyraźnie dojrzałe, egzotyczne owoce. Na drugim planie pojawiają się akordy czerwonych pomarańczy. Kurczę, muszę przyznać, że ten aromat strasznie mi w tym piwie pasował i chyba jeszcze nigdzie nie miałem okazji poczuć tej odmiany tegoż owocu cytrusowego. To wszystko zostało ładnie splecione subtelnymi nutami żywicy i ziołowością chmielu. Smak to już zdecydowana cytrusowość, przyzwoita, stosunkowo krótka goryczka i lekka słodycz. Być może to piwo nie rozkłada na łopatki, ale z pewnością jest całkiem fajnym i dość zaskakującym wyborem spośród całej palety „amerykańców”, dostępnych obecnie na rynku. 7,5/10

Brestskoe Pivo (Брестское Пиво) – Porter

Kiedy dwa lata temu razem z J. D. Overdrive graliśmy koncert w białoruskim Brześciu nie obyło się bez wizyty w pobliskich sklepach w poszukiwaniu czegoś dobrego na orzeźwienie. Ja ustrzeliłem wówczas jakiegoś niemiłosiernie słodkiego Schwarzbiera, a koledzy z zespołu inne, dziwne i dość randomowe trunki. Poziom raczej nie powalał, chociaż trafiło się parę klasycznych, fajnych pilsów. Czas minął, my się nieco postarzeliśmy i w zasadzie poza pewną anegdotą z kostką masła w białoruskim Golden Ale’u w tle, temat odszedł w niebyt. Aż tu nagle Jooras wyskoczył z butelką blisko rok przeterminowanego Portertu z Browaru Брестское Пиво (Brestskoe Pivo). Chłopak bał się przetestować tegoż jegomościa, a z kolei ja byłem ciekaw, czy poszedł on w kwas czy może w jakąś inną stronę. W końcu do odważnych świat należy.

Muszę przyznać, że to piwo mnie nieźle zaskoczyło. Po pierwsze barwą. Być może nie do końca jest to widoczne na zdjęciach, ale bliżej temu Porterowi do Koźlaka, niźli do klasyki gatunku. Ciemnorubinowa ciecz, z burgundowymi refleksami nijak nie przypomina standardów, jakie ujrzymy u innych przedstawicieli stylu. Mimo wszystko wraz z piękną czapą piany ten brzeski Porter prezentował się dość atrakcyjnie. Drugie zaskoczenie przyszło wraz z przysunięciem kieliszka w okolice mojego nosa. Oj, jak to piwo ślicznie się zestarzało. Śliwki, wiśnie i cała garść lukrecjowych cukierków wręcz buchała z czaszy, przyjemnie korespondując z solidną bazą słodową tego trunku. I znowu moje skojarzenia poleciały bardziej w stronę Bocka, niźli Porteru. Zresztą w smaku było bardzo podobnie. Ponownie pierwsze skrzypce zagrały czerwone owoce oraz lukrecja, z akompaniującą temu wszystkiemu słodyczą. W sumie nie powinno to dziwić, bo z 17° BLG (o ile dobrze rozszyfrowałem ruskie znaczki na etykiecie) piwo odfermentowało do 6.5% alkoholu. Wielbiciele „team słodyczki” byliby zadowoleni. Na szczęście na finiszu pojawiła się bardzo przyjemna, kawowa goryczka, stawiająca fajny kontrapunkt dla słodkich tematów owocowych. Faktura Porteru co prawda nie była zbyt „cielista”, ale gładkość trunku wynagradzała całość. Jak do tego dołożymy niewysokie wysycenie, tak otrzymamy bardzo przyjemne, niezwykle pijalne i ciekawe piwo.

Jestem przekonany, że gdyby to piwo zostało otwarte przed upływem terminu ważności, to niczym by mnie nie zachwyciło. Stawiam flaszkę, że osiągnęło by poziom co najwyżej świeżego Porteru z Argusa, nic więcej. Na szczęście poleżało w lodówce mojego perkusisty odpowiednią ilość czasu, a jemu zabrakło odwagi do zmierzenia się z tym wyzwaniem. OK, być może trunek ten nie jest klasycznym przedstawicielem gatunku; brakuje mi  tutaj chociażby szczypty akcentów czekoladowych, o barwie nie wspominając, ale hej, skoro jest radość przy degustacji, to czy mam się tym przejmować. No nie sądzę. 7,5/10

Brodą w kraft, czyli Wilson, baty i burger z grilla.

Premiery piwne to już nie te same wydarzenia, co kilka lat temu. Nie budzą już emocji, porównywalnych z premierą najnowszego filmu Benicio del Toro; nie przyciągają do multitapów rzeszy beer geeków, spragnionych nowości, niczym biegacz wody po przebiegniętym maratonie; wreszcie nie stanowią żelaznej pozycji w ofercie każdego, szanującego się pubu z kraftem. Szkoda, ale jak mawiał Roland z Gilead w jednej z powieści Stephena Kinga – Świat poszedł naprzód. I trzeba z tym żyć. Na szczęście są jeszcze ludzie wkręceni w temat, którzy podejmują się organizacji takich eventów i ja to podejście strasznie mocno szanuję. W Katowicach takim punktem na mapie jest zdecydowanie Biała Małpa, która niedawno miała okazję gościć ekipę Brodacza wraz z Wilsonem, czyli ich najnowszym piwem w stylu New England IPA. Nie mogłem nie skorzystać z tej okazji, bo dodatkowo na miejscu swoją obecność zapowiedziała załoga browaru.

Poza wyżej wymienionymi atrakcjami miał również odbyć się turniej siatkówki plażowej z udziałem Wilsona w roli głównej. Nie, nie chodzi mi o butelkę czy keg z piwem, a o prawdziwą piłkę, z podobizną tego „bohatera”, jaką możecie kojarzyć z filmu Cast Away – Poza Światem. Niestety pogoda pokrzyżowała te plany, dzięki czemu Wilson zajął honorowe miejsce przy barze

Wilson i Wilson

Po zameldowaniu się na miejscu od razu poprosiłem o najmłodsze „dziecko” Brodaczy, przywitałem się z ekipą browaru i spędziłem z nią dobrych kilkadziesiąt minut na całkiem owocnej rozmowie. Ale po kolei. Skoro głównym bohaterem był Wilson, to na wstępnie może kilka słów o nim. Pierwsze, co przyciąga uwagę, to bardzo przyjemny, chmielowy aromat piwa. Wilson jest mocno cytrusowy, a wyraźne nuty nafty od razu zdradzają, że piwowar nie szczędził Mosaica przy chmieleniu na aromat. Ktoś powie, że w New Englandach to już trochę nuda z tym chmielem, ale jako jego ogromny fan będę bronił Mosaica, niczym sienkiewiczowski Skrzetuski Zbaraża. W smaku też jest przyzwoicie. Wysoka gładkość piwa świetnie podbija owocowe i chmielowe akcenty, a dość wysoka wytrawność świetnie komponuje się z niemałą goryczką tego trunku. Jednym zdaniem, bardzo porządne New England IPA, które co prawda papy z dachu nie zerwie, ale chyba nie taki jego cel. 7,5/10

W międzyczasie przybiłem piątkę z Tomkiem Brzostowskim (właściciel Brodacza) i Karolem Kołodziejskim (główny piwowar), dzięki czemu można było na spokojnie zamienić kilka słów o tym co jest, o tym co było i o tym co będzie. Osobiście zastanawiałem się, skąd pomysł, aby to Biała Małpa została lokalem premierowym dla Wilsona. Okazało się, że dla chłopaków wybór był naturalny. Warząc swoje piwa w świętochłowickim ReCrafcie często gościli w Małpie ze względu na klimat, ludzi i jeden z najgenialniejszych ogródków, jakie widzieli. Ogromny mural, zdobiący jedną ze ścian, okalających to miejsce postawił kropkę nad „i”. I fajnie, że Panowie zjawili się w Katowicach akurat  z tym piwem, chociaż z drugiej strony wysyp „niju inglandów” mnie osobiście trochę już przytłacza. A można była uwarzyć coś klasycznego, bo przecież moda na klasykę wraca. Zdaniem Karola to nie jest jednak takie proste: „Chętnie uwarzyłbym np. bittera, ale na takie piwa obecnie w Polsce nie ma rynku zbytu. Jako kontrakt jesteśmy ograniczeni i nie możemy warzyć tego, na co mielibyśmy ochotę, a wierz mi, że na nasze pomysły nie starczyłoby tanków w ReCrafcie. Natomiast New England to piwo, jakie trafi i do beer geeków, i do noramalsów i właśnie to w nim jest fajne”. W sumie nie sposób się z chłopakiem nie zgodzić – prowadzenie biznesu to nie tylko realizacja wszystkich pomysłów, ale i kalkulacja, arkusze Excela i wykresy kołowe, słupkowe i łączone, dzięki którym browar może się rozwijać. Tylko czy faktycznie Brodacz jest w 100% z Wilsona zadowolony? Ponoć jest nieźle, ale Karol chętnie popracowałby nad ciałem Wilsona, jakie jego zdaniem powinno być nieco pełniejsze. Czy tak faktycznie jest i Wilson powinien być „tęższy”? Zobaczymy przy kolejnej warce.

W tym miejscu od razu pomyślałem o tym, jak marketingowo Brodacz ogarnął to piwo. Nie ma tutaj nazwy w stylu „Dla Paskudnych Pijaków” czy tła a’la Wiesiek Wszywka, będącego twarzą „Dużego Volta”. Umówmy się – browar w środowisku kraftowym zebrał trochę batów za podejście, jakie zaprezentował we wspomnianych przed chwilą dwóch trunkach. Kiedy rzuciłem pytanie o tę kwestię Tomasz od razu wtrącił jedno zdanie: „Nasz dotychczasowy marketing…”. I tutaj temat popłynął. Nie ukrywam, że dość mocno chłopaków przemaglowałem o to, czy będą chcieli wrócić na scenę kraftową i jak zamierzają teraz promować swoją markę… long story short, bo musiałbym rozpisać się na kilka stron: ekipa nigdy nie miała wrażenia, że wypadła ze sceny, ale faktycznie baty na sobie odczuła. Przy takiej skali chłopaki liczyli się z pewnego rodzaju ryzykiem, ale zdecydowali się na jego podjęcie, co przy takich zasięgach pozwoliło na większe spopularyzowanie marki kosztem w/w batów. Obecnie z Dużego Volta zrezygnowali, krytykę przyjęli na klatę i dlatego zamierzają nieco inaczej promować swoje nowe pomysły.

A jakie to pomysły siedzą w głowach Brodaczy? W najbliższych planach załoga ma stworzenie podwójnej wersji New England IPA oraz Milkshake’a. Chcieliby zrobić także wysokoekstraktowe, ciemne piwo. Ba, nawet już byli umówieni na jego warzenie, ale finalnie coś nie zagrało. „Nie chcemy wypuszczać piw niedoleżakowanych, a co za tym idzie takich, z których nie będziemy zadowoleni”, mówi Karol, „a właśnie do tego by doszło, gdybyśmy zgodzili się na warunki browaru. Kiedyś takie piwo powstanie, ale odbędzie się to na naszych warunkach i zgodnie z naszym pomysłem”. Tomek co prawda nieśmiale przebąkiwał coś o przyszłym roku, ale finalnie obietnicy nie dał. Nam nie pozostaje nic innego, jak trzymać kciuki.

Dalsza rozmowa zeszła już na tematy, o których nie ma się co rozpisywać. Co prawda było coś o odchodach Koali i butach Adidasa w piwie, ale kto by tam się rozdrabniał i pochylał nad takimi kwestiami, prawda? Szczególnie że o wiele ciekawszy temat można było przydybać na zewnątrz. Z racji wstępnie planowanej imprezy ogródkowo-plażowej pojawił się grill, z którego można było wsunąć genialnego burgera czy szaszłyk. No tyle wygrać.

Po raz kolejny Biała Małpa pokazała, że da się zrobić imprezę premierową piwa, na której będzie się działo nieco więcej, niż w standardowy, piątkowy wieczór. Co prawda szkoda, że turniej siatkówki nie wypalił, bo to z pewnością dodało był całości kolorów, ale i tak ja osobiście bardzo chętnie wracam do tego wieczoru. Z takimi ludźmi, przy takich trunkach i z takim jedzeniem czas mknie z prędkością światła. Dzięki wszystkim, którzy byli, a Was zachęcam do tego, żeby podczas takich eventów śmiało wbijać na pogawędki z załogami browarów, bo można się nieźle pośmiać i wielu rzeczy dowiedzieć. To mówiłem ja, Chmielobrody 😉





Co drzemie w Piekarni Piwa

Leszek Jasiński – piwowar Piekarni Piwa

Gdybym miesiąc temu przejeżdżał przez Niezdarę, to nigdy w życiu nie powiedziałbym, że to właśnie tutaj ma swoją siedzibę jeden z ciekawszych browarów na mapie Śląska. Mowa oczywiście o Piekarni Piwa. Nazwa zresztą wybrana nieprzypadkowo, gdyż browar mieści się w budynku starej piekarni. Przypadek? Niekoniecznie. W końcu zarówno jedna, jak i druga branża mają ze sobą wiele wspólnego, a duża przestrzeń wnętrz dodatkowo sprzyja możliwościom instalacji niemałych rozmiarów sprzętu warzelniczego. Dlatego też kiedy Jacek Janota, właściciel tego przybytku, zaprosił mnie do siebie, nie mogłem z tej propozycji nie skorzystać.

Faktycznie przejeżdżając przez okolicę łatwo przeoczyć dojazd do browaru – na szczęście okazałem się jednym z nielicznych, którzy nie potrzebowali dodatkowej asysty. Przynajmniej tak twierdzi Jacek, który był dość mocno zaskoczony moim pojawieniem się w „Piekarni” bez wcześniejszego telefonu z pytaniem „ale gdzie Wy się dokładnie mieścicie?”. Tyle wygrać, a nawet jeszcze więcej, bo udało mi się trafić akurat na warzenie nowej warki Mocnej Góry. Zapach gotującej się brzeczki idealnie dopełniał klimat, a obecność Leszka Jasińskiego, piwowara Piekarni Piwa umożliwiła mi podpytanie o kilka tematów. Nim jednak o tym – warto zaznaczyć, że Leszek to piwowar pierwszej klasy. Swoje doświadczenie wielokrotnie potwierdzał zdobywając nagrody i wysokie miejsca w czasie konkursów piw domowych. Mowa tutaj m. in. o 3 miejscu w kategorii American Barleywine na Jurajskim KPD, 1 miejscu w kategorii Brett APA na Warszawskim KPD czy 1 miejscu w kategorii Coffee APA na Warszawskim KPD. Zresztą także na arenie „dużych browarów” Leszek ma się czym chwalić. Mam tutaj na myśli najlepszą premierę tegorocznego Silesia Beer Festu, czyli Coffee Twista oraz chyba najważniejsze odznaczenia, czyli złoto na zeszłorocznym Konkursie Piw Rzemieślniczych w kategorii American IPA oraz brąz za Witbier. Korzystając więc z okazji podpytałem Leszka o kilka spraw, związanych z browarem.

Warzelnia Piekarni Piwa to standardowa „dwudziestka”, na której jednakowoż jednorazowo można wybić dwadzieścia pięć hektolitrów piwa, które następnie jest przepompowywane do tanków: „mamy na stanie cztery czterdziestki. Są to typowe tanki leżakowe, z płaskim dnem i bez zaworu, więc nie jesteśmy w stanie wykonać w nich wszystkich naszych piw. Co prawda robiliśmy w nim nasze American IPA, ale ja osobiście nie byłem do końca zadowolony z efektów”. Leszek dodaje, że na szczęście zakupili również jeden tank stożkowy o pojemności dwudziestu hekto: „tutaj mam możliwość realizacji moich bardziej odjechanych pomysłów czy piw mocniej chmielonych. Niestety browar to także biznes, więc patrząc na to z tej perspektywy na tym etapie jestem nieco ograniczony”. Na szczęście ekipa Piekarni ma w planach zakup kolejnych tanków o tej pojemności, niemniej jednak ciężko określić, kiedy to nastąpi. Ja osobiście od razu pomyślałem, że skoro nie można tego ogarnąć u siebie, to może warto pomyśleć nad uwarzeniem jakiegoś „wysokoekstraktowca” w innym browarze? „Staram się podchodzić do tego tematu na chłodno, więc kiedy przyjdzie odpowiedni czas, to na pewno mocne piwo z logiem Piekarni Piwa ujrzy światło dzienne. Tymczasem skupiamy się nad naszą stałą ofertą i nad pomysłami mniejszego kalibru, które ciągle mogą być bardzo ciekawe”.

Tanki leżakowe – 40 hl

Zastanawiałem się także, czy załoga myślała o przyjęciu w swoje progi kontraktowców. W końcu warząc piwo mniej więcej raz w tygodniu w mojej ocenie jest jeszcze miejsce na dwie załogi, co z pewnością pozytywnie wpłynęłoby na jeszcze lepszą kondycję finansową Piekarni Piwa: „jeżeli uda się zakupić więcej tanków, wówczas być może otworzymy się na kontrakty, ale na ten moment nie widzimy takiej możliwości”.

W końcu przyszła pora, aby sprawdzić, co też ciekawego obecnie dojrzewa na leżakowni. Na pierwszy ogień poszło Ale Proste, czyli premierowe piwo Piekarni: „chcieliśmy zrobić prostego, nieskomplikowanego ale’a, który cenowo będzie bardziej atrakcyjny dla osób przyzwyczajonych do poziomu cen koncernowych”, mówi Leszek. „Mamy nadzieję, że to zachęci te osoby do sięgnięcia po ciekawsze pozycje i pokaże, że piwo nie musi być nudne”. I faktycznie – Ale Proste to niezłożone piwo, dobrze nachmielone i mocno pijalne. Nie znajdziecie tutaj owocowej bomby w aromacie czy goryczki „jak w Sharku”. Niemniej nie o to w tym piwie chodzi, a ja osobiście znam parę osób, wśród których zrobi ono niezłą furorę.

Ale Proste

Kolejnej propozycji Leszka byłem o wiele bardziej ciekaw. Mam na myśli Pilsa, do którego użyto w sporej części słodu wędzonego bukiem. No i tutaj mojego geekowskie podniebienie zostało zaspokojone w 100%. Mimo iż piwo jeszcze chwilę w tanku poleży, tak już na ten moment nasz nos łechce intensywny aromat klasycznej wędzonki, który w połączeniu z czystym charakterem Pilsa tworzy propozycję niezwykle ciekawą i niesamowicie pijalną. A że na naszej scenie takich wariacji tegoż stylu jest niewiele, tak ja już osobiście wróżę w tym miejscu sukces, laury i zadowolenie całej masy beer geeków.

Wędzony Pils prosto z tanka

Ranga Piekarni Piwa z miesiąca na miesiąc rośnie. Dowodem na to są co raz większe zamówienia i co raz szersza skala, na jaką warzy ten śląski browar. I to bardzo cieszy, bo ja osobiście mocno cenię sobie piwa tej załogi. Mam też nadzieję, że inwestycja w kolejne tanki i rozwój browaru nastąpi szybciej, niż sam Leszek i Jacek tego się spodziewają. Plany chłopaki mają wyborne, a o pomysły na kolejne, szczególnie te mocniejsze piwa jestem spokojny. Trzymam za to kciuki i tego życzę, bo najzwyczajniej w świecie to się Piekarni należy!


Jacek Janota – właściciel Piekarni Piwa



Brewdog – Tactical Nuclear Penguin (Ice RIS)

Już niejeden raz piwowarzy-rzemieślnicy pokazali, że wyznaczanie granic kraftu, to w ich przypadku po prostu kolejne wyzwanie i cel, który trzeba zdobyć. Wiecie, na zasadzie „Co, ja nie zrobię? To potrzymaj mi piwo i patrz!”. Dzięki temu mieliśmy już piwo ze śledziami, z boczkiem, ze szczątkami statku, piwo zakwaszane bakteriami, pobranymi z… kobiecych płynów ustrojowych czy uwarzone przez generator stylów „typa z Piwolucji” (all hail The Blogger 2017!). No po prostu się da. Stąd też pomysł z przygotowaniem RIS’a, zbliżonego mocą do destylatu, z jakim z pewnością kojarzy się Taktyczny Nuklearny Pingwin, może już aż tak bardzo nie zaskakuje. Ja mimo wszystko postanowiłem sprawdzić, jak ma się ten eksperyment i czy jest to zwykła ciekawostka czy pełnoprawne piwo, jakiego każdy beer geek powinien przynajmniej raz w życiu spróbować.

Na wstępie kilka słów wyjaśnienia. Brewdogowy Tactical Nuclear Penguin być może nie jest najmocniejszym piwem świata, ale z pewnością jest w czołówce. 32% alkoholu w trunku tego typu to już nie przelewki. Jak jeszcze dołożymy do tego fakt leżakowania Pingwina w dwóch beczkach po 8 miesięcy w każdej oraz wymrażanie piwa z 10% alkoholu do uzyskania finalnego efektu na poziomie 32%, to już może nam się w głowie zakręcić. Do tego wszystkiego cena. W przeliczeniu – wartość Nuklearnego Pingwina oscyluje w okolicach 400 zł za pół litra. Na szczęście Brewdog leje obecnie to piwo w szkło o pojemności 100 ml, co i tak daje nam zawrotną kwotę około 80 zł za  buteleczkę. Za taką kasę można mieć wiele rarytasów i to nie po sztuce. W związku z tym pada po raz kolejny pytanie – czy warto? Sprawdźmy.

Po przelaniu Pingwina do szkła zupełnie nie dziwi mnie zerowe wysycenie piwa i ekspresowo znikająca z kieliszka piana. Zaskakuje natomiast barwa. Russian Imperial Stouty kojarzą mi się raczej z nieprzejrzystymi trunkami, a tutaj otrzymujemy ciemnorubinową, klarowną miksturę, pięknie zdobiącą szkło alkoholowymi łzami. I już w tym miejscu czuć woltaż. Nie inaczej jest w aromacie. Na szczęście alkohol ten nie odrzuca, a przywodzi na myśl skojarzenia z dobrej klasy destylatem. Całość obudowana jest przyjemnymi nutami wiśni i śliwek w likierze. Ta owocowość mocno dominuje w zapachu Pingwina, ale to nie jedyne akordy, jakie tutaj wyczujemy. Po chwili do naszego nosa dochodzi kokos, delikatnie palona kawa i subtelne toffi. Nie powiem, ale jest bardzo przyjemnie. Sytuacja trochę się zmienia po pierwszych kilku łykach. Z pewnością rzeczą mocno przykuwającą uwagę jest faktura tej pozycji Brewdoga – gęsty, gładki i mega pełny likier bardzo przyjemnie łechta nasze podniebienie. Niestety trwa to jedynie ułamek sekundy, bo potem pojawia się dość wyraźnie gryzący w przełyk alkohol. Nie powinno to dziwić przy takim woltażu, niemniej jednak aż się prosi, aby obecne tutaj nuty beczki, czerwonych owoców i kawy były tymi dominującymi. Na plus mogę wpisać mocno kawowy after taste, ale chyba tego nie zrobię, bo w opozycji do tych doznań staje wysoka, zalegająca i średnio przyjemna gorycz, pochodząca głównie od alkoholu. Mimo tak niewielkiej pojemności degustacja Pingwina zajęła mi dobrą godzinę, z na przemian pojawiającym się uczuciem zachwytu i subtelnego zawodu.

Werdykt? Tactical Nuclear Penguin to piwna ciekawostka, w które dzieje się dużo, ale niekoniecznie dobrze w każdym aspekcie. Ustawiając na szali argumenty za i przeciw, przechyla się ona na pozytywną stronę i finalnie piwo jest niezłe. No właśnie. Czy płacąc 80 zł za 100 ml oczekujemy, iż otrzymamy piwo niezłe? Niekoniecznie. Ja osobiście oczekiwałem nieco więcej i trochę się zawiodłem. Fajnie, że mogę wpisać sobie do kajecika, że obróciłem jedno z najmocniejszych piw świata, ale osobiście to osiągnięcie nie jest dla mnie zbyt wiele warte. Nie patrząc już na sferę ekonomiczną, a na samą jakość trunku wystawiam mu notę 6.5/10. Taktycznie rzecz ujmując nie był to najlepszy zakup w moim życiu (wink, wink 😉 )

Wywody Chmielobrodego – cz. 7

Ojciec, lać? Lać! A najlepiej w puszki!

Tak, w końcu mamy to! Jest pierwszy browar rzemieślniczy, który sięgnął po puszki. Mowa tutaj o Browarze Jana z Zawiercia, który swoje West Coast IPA – Vato Loco – wrzucił w to najgodniejsze dla piwa opakowanie. OK, być może nie jest to jakiś ogromny krok milowy, bo wcześniej w puszki swoje trunki wlewał m. in. Browar Zamkowy Cieszyn czy Lwówek, ale umówmy się – nie ma co porównywać produkcji w browarze regionalnym do tego o zdecydowanie mniejszej mocy przerobowej, o browarach koncernowych nie wspominając. Chodzi jednak o samą ideę. Zacznijmy od początku.

zdjęcie dzięki uprzejmości Browaru Jana

Puszka w polskiej kulturze z pewnością nie przywodzi na myśl konotacji z wybitnymi piwami najwyższych lotów. A przynajmniej nie u większości. Po pierwsze kojarzą się one z koncerniakami, grillem i imprezami, gdzie trzeba szybko wlać w siebie kilka browarków dla poprawienia klimatu. Po drugie – czy ktoś z Was kojarzy, aby najtańsze piwa typu Kuflowe Mocne albo Romper wlewano w butelki? No właśnie chyba nie bardzo. Do tego krążący wszem i wobec mit o negatywny wpływie puszki na smak piwa. To wszystko powoduje prostą konkluzję u przeciętnego, polskiego konsumenta, że piwo z puszki jest zwyczajnie gorsze od tego, nalanego w szklaną butelkę. Jesteśmy pod tym względem bardzo konserwatywni. Ba, Kowalski gardzi nawet butelką o pojemności 0,33 cl, no bo jak to piwerko ma mieć mniej niż pół litra?!? Nie może być, toż to hańba i obraza mojej osoby! Sam o tym przekonałem się wielokrotnie, goszcząc na półkach mojego sklepu piwa z podkrakowskiej Pracowni Piwa. Mimo iż poziom, reprezentowany przez trunki warzone przez ekipę Tomka Rogaczewskiego jest wysoki, to jakoś tak klienci mniej ochoczo sięgają po produkty, zamknięte w szkło z sygnaturą „0,33 cl”. A tu nagle Browar Jana wyskakuje z puszkami, i to na dodatek o pojemności 0,33 cl! Decyzja odważna, ale przyznam szczerze, iż czekałem na nią od dawna.

zdjęcie dzięki uprzejmości Browaru Jana

Dlaczego, zapytacie? A nawet jeśli nie zapytacie, to i tak Wam odpowiem (wink, wink 😉 ). Przede wszystkim puszka zapewnia 100% ochronę przed światłem. W przypadku piwa jest to kwestia dość istotna, ponieważ światło doprowadza do rozpadu zizomeryzowanych alfakwasów na m. in izopentylomerkaptan, co jest ewidentną wadą. Ufff, to się pomądrzyłem, a teraz do sedna i po ludzku – w piwie z puszki nigdy nie uświadczycie tzw. aromatu skunksa/marihuany/lateksu, znanego najbardziej z tych trunków, jakie trafiają w zielone butelki. Kolejną kwestią jest sposób zamykania butelek. Kapsel rzadko kiedy zapewni nam 100% szczelności; istnieje wysokie ryzyko pojawienia się mikro-rozszczelnień, jakie z pewnością przyspieszą proces utleniania, co nie zawsze ma pozytywny wpływ na odbiór piwa. W puszcze to ryzyko nie występuje. Jeśli chodzi o ekologię, to tutaj co prawda wygrywa butelka z racji łatwiejszego jej recyclingu oraz mniejszego zużycia energii i niższej emisji zanieczyszczeń przy jej produkcji, jednakowoż niezaprzeczalną przewagą puszki będzie jej rozmiar i waga. Zdecydowanie łatwiej zapakować i unieść 5 puszek, niż 5 butelek, a do tego puszka nie stłucze się, kiedy niechcący wypadnie nam z rąk na twardy grunt. Mógłbym też tutaj dysputować o wyższości pojemności 0,33 cl nad 0,50 cl, ale to temat na inną okazję.

W mojej opinii puszka to najlepsze opakowanie dla piwa, mające szereg zalet oraz ogromną przewagę nad pojemnikami szklanymi. To tylko w naszych głowach siedzą jakieś zatwardziałe przekonania, jakoby puszka była gorszą, mniej dostojną i niegodną naszych podniebień formą. Liczę na to, że więcej rzemieślników pójdzie drogą Browaru Jana i zacznie sprzedawać swoje produkty również w puszkach, bo to z pewnością pozytywnie wpłynie na odbiór finalnego produktu, wypuszczanego spod rąk piwowarów. Tymczasem chylę czoła za odwagę i biję brawo za przetarcie tego dość niełatwego szlaku.

Browar Camelon – Ultramaryna (New Wave Pils)

Co raz częściej w polskim krafcie można zaobserwować tendencje do sięgania po style klasyczne. I ja się w sumie tym tendencjom nie dziwię. W końcu ileż można wypuszczać różnorakich rodzajów amerykańskich IPA, leżakowanych w beczkach po winie, wydobytych z głebin Oceanu Indyjskiego, z wraku szesnastowiecznego galeonu. No dobra, można tego wypuszczać w opór, ale to nie oznacza, iż klasyka ma odejść do lamusa. Co to, to nie. I w sumie ciekawym pomysłem wydaje się być próba połączenia tych dwóch światów. Takie zadanie postawił przed sobą całkiem niedawno Browar Cameleon warząc Ultramarynę, czyli nowofalowego Pilsa. Czy wyszli z tej próby z tarczą?

Jak zwykle na początku muszę chłopaków pochwalić za etykietę. Niby znowu ta sama gadzina, niby nic nie zaskakuje, a jedna jakoś tak łatwo całość wpada w oko i przykuwa uwagę na półce sklepowej. Zresztą samo piwo również prezentuje się nienagannie. A co w nim dokładnie drzemie? W aromacie bardzo łatwo można uchwycić zapach agrestu i ziołowść chmielu. Wszystko pięknie mogłoby tutaj wspłgrać, gdyby nie odrobina nut, przywołujących skojarzenia z cebulą. Wiecie, to tak trochę jak podczas koncertu rockowego nagle jednemu z gitarzystów delikatnie rozstroi się gitara – niby wszystko dalej gra, jest moc na scenie, wokalista trzyma rezon, ale jednak coś nas subtelnie kłuje w uszko. Na szczęście reszta zespołu dwoi się i troi, dzięki czemu finalnie nie jest najgorzej. A tą resztą ekipy w tym przypadku są akordy słodowe, kwiatowe i jakby subtelna jogurtowość, która całkiem fajnie tutaj działa. Smak to już konkretna rześkość, solidnie zaznaczony charakter słodu i wyraźne muśnięcie chmielem w podniebienie. Goryczka co prawda daje nieco popalić dość długim zaleganiem w gardle, ale jej poziom nie jest aż tak wysoki, żeby mogło nas to bardzo zmęczyć. Dwuacetylu nie zaobserwowałem.

Piwa dolnej fermentacji, choć mniej złożone, są w produkcji nieco bardziej wymagające od solidniej wyeksponowanych w piwowarstwie rzemieślniczym Ale’i. Dlatego cieszy mnie to, że za takie style biorą się kolejne browary. Co prawda Cameleon ze swoją Ultramaryną być może świata nie zwojuje, bo trochę przeszkadza cebulka w aromacie i nieco zbyt długo zalega gorycz, ale w mojej ocenie jest całkiem nieźle, a samo piwo jest dość smaczne i oryginalne. 6.5/10

Chmielobrody On Tour – rejs po Małopolsce

Część 3 – Pinta Party 2017

Życie nie zawsze bywa łatwe, proste i przyjemne. Czasami trzeba wzlecieć na wyżyny swojej wytrzymałości, hartu ducha i silnej woli, aby móc zrobić więcej. Po prostu. No bo jak to najpierw urodziny Tap House’a (KLIK!), potem warzenie od nieludzkich godzin porannych The Bloggera 2017 (KLIK!), a na koniec jeszcze najbardziej epicka impreza, jaką oglądały moje oczy w krakowskim Weźże Krafta?!? Tak, właśnie tak i nie inaczej. Wszystko jedno po drugim, drugie przed trzecim i tak aż do wyczerpania akumulatorów. Nie mogło jednak być odwrotnie. Zwyczajnie nie mogło zabraknąć mnie na szóstych urodzinach ojców polskiego kraftu, dzięki którym jesteśmy tu, gdzie jesteśmy, a nic już nie jest takie, jakie było przedtem. I Pinta Party 2017 jest tego zdecydowanym potwierdzeniem.

Na miejscu pojawiliśmy się zwartą ekipą blogerską w okolicach godziny 18:00… albo 19:00, czy jakoś. Z 47 kranów praktycznie non stop polewało się piwo, co patrząc na zebrane tłumy zupełnie nie dziwiło. Oczywiście nie tylko samo Weźże było w całe to zamieszanie wplątane. Zaraz obok umiejscowiło się znane z festiwali stoisko Pinty, a resztę obsady można było spotkać w Hali Głównej na Dolnych Młynów. I czegóż to tego wieczoru nie uświadczyliśmy?! Był leżakowany w beczce Kwas Epsilon (który niestety skończył się przed naszym przyjazdem), było premierowe piwo z cyklu Hop Tour – South Africa, były sztosy z zagranicy, niepasteryzowany i niefiltrowany Atak Chmielu, gościnne występy Pracowni Piwa i innych przyjaciół browaru Pinta. No po prostu zawrót głowy na najwyższych obrotach. Do tego premiera filmu z wizyty w RPA, masa dobrego żarcia (jedliście kiedyś krokodyla?) i atmosfera najwyższych lotów.

Pikanterii całemu wydarzeniu dodawali obecni na urodzinach goście. Na pierwszym miejscu należy wymienić oczywiście Ziemka Fałata i Grzesia Zwierzynę wraz z ekipą browaru Pinta, którym jeszcze raz składam najserdeczniejsze życzenia. Nie dziwił również fakt śmigających tu i ówdzie piwowarów, z najbardziej zauważalnym Wojtkiem Solipiwko czy wciąganym co rusz w rozmowy Wojtkiem Frączykiem z Widawy na czele. Przemierzając włości na Dolnych Młynów przybiłem piątkę z Grzesiem Chorosteckim z grupy FLOV, pogawędziłem chwilę na „lajwie” z Tomkiem Kopyrą i oczywiście miałem okazję spróbować kilku wybornych trunków.

Do piw, które najbardziej zapadły w mojej pamięci z pewnością należy premierowy Pale Ale – Hop Tour South Africa. Nachmielony do granic możliwości (a może nie?), niezwykle rześki i zdradliwie pijalny. Tak w skrócie można opisać nowe dziecko załogi Browaru Pinta. To, co wygrywa w tym miejscu, to jeden z najgenialniejszych aromatów chmielu, jakie miałem okazję czuć w piwie. Jeżeli kiedykolwiek wąchaliście granulat chmielowy, to będziecie wiedzieli, o czym mówię. Jeśli nie, to wystarczy, że kupicie buteleczkę tego specyfiku (wink, wink 😉 ). Do tego wyraźna owocowość, przyjemna goryczka i niezwykła soczystość. Widać, iż w odróżnieniu od chmieli argentyńskich, te z RPA miały o wiele więcej do zaoferowania.

Czas w takim towarzystwie i w takiej atmosferze mknął z prędkością przelotową F-16. I nawet gigantyczne kolejki, w których po piwo stało się nawet i 15 minut jakoś nie psuły zgromadzonym humoru. Wszyscy stali (i siedzieli) uśmiechnięci, zadowoleni i radośni. I właśnie o to w tym całym zamieszaniu chodzi. O radość, brak spiny i spędzanie czasu z innymi w takim właśnie klimacie. Droga Pinto – gratuluję jednej z najpiękniejszych imprez, na jakich miałem okazję być. A Wam wszystkim, którzy to czytacie życzę, aby tak właśnie wyglądało Wasze życie: radośnie i z szerokim uśmiechem na ustach. Wasze zdrowie!

PS

I jeśli myślicie, że taki wieczór to tylko pijaństwo i nic więcej, to pomyślcie dwa razy – ja wstałem rano bez najmniejszych objawów dnia poprzedniego, a po testach alkomatem z czystym sercem przed południem wsiadłem w samochód 😉








Chmielobrody On Tour – rejs po Małopolsce

Część 2 – The Blogger

Już niebawem, w listopadzie, podczas Poznańskich Targów Piwnych 2017 światło dzienne ujrzy uwarzone wspólnie przez krakowską Brokreację oraz brać blogerską piwo w stylu Ultra Islay Whisky Barrel Aged Salty Kiwi & Cocoa West Coast White Bitter. I wiecie, co robi to piwo? Ono odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa! To jest piwo na skalę naszych możliwości. I wiecie, co my robimy tym piwem? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie – mówimy – to nasze, przez nas uwarzone i to nie jest nasze ostatnie słowo!

Tak w skrócie przedstawia się tegoroczna idea akcji The Blogger. I w ślad za zeszłoroczną praktyką również i tego roku wybraliśmy się całą ekipą do szczyrzyckiego browaru Gryf, aby, powiedzmy sobie szczerze, trochę poimprezować i trochę popracować. Z tą pracą nie żartuję, bo w końcu całe zamieszanie zaczęliśmy od przerzucania zawartości worków ze słodem do śrutownika. I nie tylko Panowie garnęli się żwawo do śrutowania – Panie równie chętnie próbowały swoich sił przy dźwiganiu 25 kilogramowych ciężarów.

Po tej porannej siłowni przyszła pora na śniadanie. Warto tutaj zaznaczyć, iż warzenie piwa to nie rurki z kremem. Wyjazd do browaru zaordynowano na 7:30, aby punktualnie o 9:00 rozpocząć zabawę. W związku z tym śniadanie ekipie jak najbardziej się należało. W tym miejscu z pomocą przyszła ekipa Brokreacji, rozstawiając swój uroczy rollbar z podpiętymi doń dwiema pozycjami – The Nurse (Hefeweizen) oraz The Cop (American Pils). Osobiście lepszego poranka nie mogłem sobie wyobrazić. Pełne słońce, przyjemny cień, leżaczki i kieliszek wypełniony przepyszną, brokreacyjną pszenicą na przemian z ultra rześkim The Copem. W takich okolicznościach równie doskonale się rozmawiało.

Po tych krótkich przyjemnościach przyszła pora na wycieczkę po browarze. Co prawda już w zeszłym roku miałem okazję zwiedzić zakamarki Gryfa, ale było tak przednio, że powtórka z rozrywki malowała szeroki uśmiech na mojej twarzy. Mateusz Górski (właściciel i piwowar Brokreacji) ponownie wcielił się w rolę przewodnika, opowiadając m. in. o procesie warzenia, idei posiadania jednego z nowocześniejszych laboratoriów w polskich browarach oraz o tym, cóż ciekawego leżakuje w tankach, czekając na swoją kolej. I to właśnie leżakownia zrobiła na mnie największe wrażenie. Rozmieszczenie tak ogromnej liczby tanków na tak niewielkiej przestrzeni zwyczajnie przyprawiało o zawrót głowy. No i możliwość spróbowania piwa prosto z tanku też ponownie okazało się nie lada gratką. Największą impresję na mnie wywarł ledwo kilku miesięczny Porter Bałtycki Deep Dark Sea (kolejna, świeża warka). Już w tej formie prezentował doskonałą czekoladowość i subtelną nutę pralin. O alkoholu nie wspominam, bo jest go na tym etapie niewiele, więc czas spokojnie pokona tego jegomościa z palcem… we wskazówkach? W każdym razie ja już teraz czekam z wypiekami na twarzy na premierę tego cuda.

Po tych rewelacjach przyszła pora na spacerek do położonego kilkadziesiąt metrów dalej browaru restauracyjnego Marysia, gdzie czekał na nas pożywny obiad oraz druga część wycieczki. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że Marysia w stosunku do zeszłego roku zwiększyła wybicie na warzelni oraz swoje możliwości leżakowe. Oglądając zawieszki na tankach w tym miejscu i mając w pamięci te z większego browaru od razu można pomyśleć „o Panie, to kto tutaj jeszcze nie warzy”? Serio, ilość kontraktów, obsługiwanych przez te dwa browary robi wrażenie.

Można by pomyśleć, że tych atrakcji to aż nadto, ale nie na tym etapie. Ekipa Brokreacji zaprosiła na miejsce zaprzyjaźnionych cydrowników ze Smykana. Dzięki temu mieliśmy okazję skosztować rewelacyjnych cydrów, przewyższających totalnie swoją jakością i smakiem jabłkowe popłuczyny, oferowane przez te firmy, jakie są szerzej znane w świadomości przysłowiowego Kowalskiego. I tak do kieliszków wjechała m. in. Grochówka z dwóch roczników (2015 i 2016), Stary Sad czy też mój absolutny faworyt, czyli Cuvee Garage. Na cydrach być może się nie znam, ale mogę powiedzieć, że zwyczajnie zerwało mi papę z dachu i z pewnością nie raz sięgnę po produkty tej załogi.

Po cydrowych rewelacjach czekała nas z kolei degustacja brokreacyjnych sztosów . Wystartowaliśmy od Nafciarza Dukielskiego z drugiej warki, aby swobodnie przejść do wersji imperialnej tegoż Pana oraz do wersji imperialnej, leżakowanej w beczce po Laphroaig. Co prawda miałem już okazję prowadzić panel porównawczy tych piw (KLIK!!), ale powiem ponownie – JA PIER… NICZĘ. Testowane następnie dwa dymione RISy – Certain Death i Buried Alive – były przysłowiową wisienką na torcie. Ludzie, jak traficie na te piwa, to się nie zastanawiajcie, tylko kupujcie na potęgę, pijcie i cieszcie się życiem.

Swoją drogą chłopaki temat dobrze przemyśleli, pojąc nas takimi cymesami, bo „najlepszą” atrakcję zostawili na koniec. Mam tu na myśli 215 kilogramową beczkę, wypełnioną pulpą z kiwi, jaką mieliśmy dodać na whirlpool. W międzyczasie szybkie chmielenie i już mogliśmy wnosić wiadra, wypełnione owocowymi specjałami na pięterko. A sprawa nie była prosta, bo przelać te 215 kilogramów niewielką chochelką zajęło trochę czasu. Nie ma jednak tego złego, bo obsługa w/w chochli okazała się doskonałym ćwiczeniem na barki. Do dzisiaj mam zakwasy.

Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i tak niemal cały dzień zleciał jak z bicza strzelił. Szybkie pakowanie rollbaru, turlanie Jerrego w beczce po kiwi (sam się prosił), osuszanie resztek z kieliszków i już mogliśmy się pakować do busa, który miał odwieźć nas do Krakowa na Pinta Party 2017. A co tam się wydarzyło, to już jest temat na kolejną historię.

CDN…

ZOBACZ PEŁNĄ FOTORELACJĘ!