Browar Jana – Porter Bałtycki 22

Kiedy pewnego pracowitego popołudnia do mojego biura dotarła paczka wprost z Browaru Jana od razu wiedziałem, że jedną z butelek zabiorę ze sobą w góry. Wybór padł na Porter Bałtycki 22°, bo jakoś tak idealnie ten styl pasował mi do monumentalnych widoków, jakie serwują nam Tatry. Przed wyruszeniem w drogę do plecaka powędrowało szkło i rzeczona butelka, którą postanowiłem otworzyć na Wielkiej Polanie Małołąckiej. Czy forma piwa sprostała wybornym okolicznościom przyrody? Sprawdźmy.

Na pierwszym planie w zapachu pojawiły się wyraźne nuty śliwek, skąpanych w delikatnym likierze. Do tego po chwili doszła przyjemna czekolada, co w całości przywołało skojarzenia z wybornymi pralinami. I wszystko byłoby idealnie w tym punkcie, gdyby nie jeden drobiazg – po chwili do mojego nosa dotarły subtelne nuty aldehydu octowego. Na szczęście nie były one na tyle intensywne, aby popsuć zabawę z degustacji, ale nie zauważyć się ich niestety nie dało. Po kilku łykach aldehyd odszedł w niepamięć, a ja mogłem cieszyć się wybornym trunkiem, o niesamowicie przyjemnej, gładkiej fakturze. Ponownie na pierwszym planie pojawiły się praliny, którym wtórował smak czerwonych owoców. Delikatny, likierowy alkohol nadał piwu przyjemnego charakteru, absolutnie nie wpływając negatywnie na odbiór całości. Średnio-umiarkowana słodycz szła w parze z umiarkowaną goryczą. I nim się nie spojrzałem, a tu już szkło poczęło świecić pustkami.

Browar Jana ze swoim Porterem Bałtyckim nadal pokazuje, że Polacy potrafią w ten styl. OK, być może do ideału trochę brakuje, ale jeśli damy temu piwu nieco czasu, chowając je do piwniczki, to powinniśmy otrzymać Porter kompletny i genialny. Czy tak będzie? Sprawdzę za rok, może za dwa, bo jedna buteleczka powędruje na leżak. A na ten moment wystawiam Browarowi za to piwo notę 7/10

Wywody Chmielobrodego – cz. 6

Perfect Lager Gate – A Red Smoke Festival Beer Story

Nie należę do ludzi, którzy na siłę doszukują się dziur w całym, wypatrują samych wad w piwie czy przyczepiają się o byle pierdołę. Ale po prostu czasami się nie da. No zwyczajnie jest taki punkt mojej wytrzymałości, po przekroczeniu którego ciężko mi siedzieć spokojnie na czterech literach. I taki punkt został przekroczony w miniony weekend. Zacznijmy jednak od początku.

Jest taki festiwal na muzycznej mapie Polski, ściągający doborowe towarzystwo z klimatów stonerowych, doomowych, sludge’owych i okolic. Nie jest to duża impreza, ale klimat jaki tam panuje jest zwyczajnie nie do opisania. Miałem okazję grać na trzeciej odsłonie tego wydarzenia, więc złapałem bakcyla, dzięki czemu w tym roku, w kompanii mojego perkusisty ruszyliśmy na piątą edycję Red Smoke Festival, organizowanego w malowniczym Pleszewie. Dodatkowo organizatorzy ogłosili, iż na terenie festiwalu rozstawi się Doctor Brew i będzie polewał krafty. OK, być może browar ten nie należy do moich ulubionych, ale mieli kilka fajnych wypustów, jak np. Vic Secret czy Ella IPA. Zresztą zawsze to lepsze, niż picie pospolitych koncernów. To dodatkowo poprawiło mi nastrój przed wyruszeniem w drogę, a całości dodało tego malutkiego smaczku, jakiego zwykle brakuje mi na takich imprezach. Wszystko jak krew w piach.

Panowie Doctorzy okazali się monopolistą, jeśli chodzi o polewanie piwa na Red Smoke’u. Nie było opcji alternatywnej w postaci zimnego Leszka czy piwa, od którego chce się… no wiecie sami co 😉 I to chyba przesłoniło rozsądek tej dolnośląskiej ekipie. I nie mam tutaj pretensji do tego, że z większości kranów lał się Perfect Lager (do którego zaraz wrócimy). Spoko, w końcu to nie festiwal piwa; tutaj gawiedź raczej w większości będzie chciała po prostu napić się zimnego browarka, bez dodatkowych udziwnień. Tutaj chodzi o to, co w ogóle ze sobą przywiózł Doctor Brew.

Zacznijmy od tego co, było niezłe, czyli od Pszenicznego. Ok, być może było nieco zbyt kwaskowe, ale jednak banany i goździki dało się wyczuć, piwo orzeźwiało i smakowało całkiem przyzwoicie, jak na te okoliczności przyrody. I w tym miejscu plusy się kończą. Na kolejnym kranie odnalazłem Cascade IPA i od początku coś z tym piwem było nie tędy. Kilka niuchów i dzień dobry – mamy kwas masłowy. Mocno w tle, ale jednak frajdy z picia tego trunku nie miałem. Drugą pozycją do odstrzału był Perfect Lager z trawą cytrynową. Po kilku łykach gdzieś w tle zaczął mi się kołatać znajomy posmak, znany pewnie każdemu, kto się kiedyś ugryzł w policzek. Ale jak to żelazo? Test na skórze wstępnie to potwierdził, ale że już byłem w mocno imprezowym nastroju, tak postanowiłem wrócić do tematu dzień później. Moje obawy niestety okazały się słuszne, bo i drugiego dnia, całkiem na trzeźwo, test na skórze uwydatnił taki poziom żelaza, jakbym wsadził nos do portmonetki pełnej monet. I na sam koniec wisienka na torcie. Wszechobecny, lejący się bodaj z czterech kranów Perfect Lager, który wyglądał jak… New England Lager. I shit you not, sami zerknijcie:

Samo piwo smakowało jak lekko osłodzona woda gazowana, z goryczką na poziomie bliskim zeru. Być może nie jestem jakimś super znawcą, ale CO TO MIAŁO BYĆ?!? Bo z pewnością nie był to Perfect Lager, jaki znany mi jest z wersji butelkowej. A kiedy zapytałem „co ten lager taki mętny” Pani z uśmiechem odpowiedziała: „bo jest niefiltrowany”. Z boku wszystkiego słuchał jeden z Doctorów i tylko w stronę barmanki rzucił „Ty mu powiedziałaś, że to piwo jest niefiltrowane?!”, bez jakiegokolwiek wyjaśnienia w moją stronę. Na szczęście udało się w Pleszewie dorwać wariant w szkle, który w niczym nie przypominał tego z powyższego zdjęcia. Różnił się totalnie wszystkim – smakiem, aromatem, kolorem i klarownością. Rzecz oczywiście celowo udokumentowałem:

I teraz przechodzimy do sedna moich wywodów. Powiem szczerze – czuję się totalnie oszukany przez ekipę Doctor Brew. Czuje się oszukany w imieniu wszystkich tam obecnych, a przede wszystkim w imieniu organizatorów, których znam osobiście i wiem, że chcieli dobrze. Nie o takie krafty walczyłem. Nie o takie krafty walczy rzesza piwowarów, browarników, blogerów i konsumentów. To, co pokazał Doctor Brew, to w mojej opinii jest kpina na miarę Browaru EDI. Albo jeszcze gorzej. No bo jak do jasnej cholery taki Kowalski, pijący na co dzień Tyskie, a który zjawia się na Red Smoke Festival ma przekonać się do picia lepszego piwa? Za 10 zł dostaje coś, co było gorsze od Lecha Pils, przemycanego na potęgę na teren amfiteatru. I wierzcie mi – nie ja jeden marudziłem, bo zewsząd dochodziły mnie rozmowy „Co to ma być? Takie piwo za 10 zł? Chodźcie lepiej do spożywczaka po Tyskie”. Część gawiedzi oczywiście zasilała kasę Doctorów grubym hajsem, a ja sam zostawiłem tam niemałą część swojej gotówki, no bo jakoś tak głupio mi było przed organizatorami, żeby wnieść browarek z zewnątrz. W ostatni dzień skapitulowałem i sam sączyłem Pils z Poznania, bo już na to, co odjaniepawla Doctor Brew nie mogłem patrzeć.

I teraz na koniec zostawiam Was z pytaniem, na jakie sami musicie sobie odpowiedzieć. Czy to była celowa zagrywka i skok na kasę? Czy Doctor Brew specjalnie zabrał ze sobą spartaczone piwa, bo przecież lud na festiwalu wszystko kupi i wypije. Ja już swoją teorię na ten temat mam i powiem jedno – na szacunek trzeba długo pracować, ale o jego utratę jest bardzo łatwo.

PS

A że na festiwalach muzycznych da się w piwa kraftowe pokazał Browar Profesja, na odbywającym się równolegle Castle Party. Da się? No kurwa da się!

„Szczyt tej góry jest już blisko, a potem z pewnością będzie łatwiej”, czyli o minionym roku w Browarze Łańcut w rozmowie z Jackiem Michną.

Kiedy wybierałem się na pierwsze urodziny Browaru Łańcut nie do końca zdawałem sobie sprawę z tego, że to dopiero ich pierwszy jubileusz. No bo jak to możliwe, że tak młody browar wypuścił tak wiele udanych piw? Ta sztuka udała się niewielu, w tym między innymi Łańcucianom. O tym, jak minął im pierwszy rok i o ich najbliższych planach rozmawiam z głównym piwowarem i współwłaścicielem browaru – Jackiem Michną.

Chmielobody: Jesteśmy dzisiaj w krakowskim multitapie Weźżekrafta, gdzie świętujemy pierwsze urodziny Browaru Łańcut. Jak oceniasz te 365 minionych dni?

Jacek Michna: Nie były one dla nas łatwe. Spodziewaliśmy się większej sprzedaży naszych produktów, a okazało się, że rynek zaczyna się powoli zapełniać, przez co mieliśmy trochę pod górkę. Na szczęście szczyt tej góry jest już bardzo blisko, a potem z pewnością będzie nam łatwiej. Warto zaznaczyć, że problemy pojawiły się w miejscu, w jakim totalnie się ich nie spodziewaliśmy. Mam tutaj na myśli marketing i sprzedaż, bo po stronie produkcji wszystko poszło lepiej, niż zakładaliśmy. Od pierwszych warek jakość piwa była wysoka i trzymała poziom, natomiast wiele osób zwracało nam uwagę, że od strony wizualnej można temat poprawić. I nad tą rozpoznawalnością będziemy pracować. Mamy w planach zmianę nazw naszych produktów i całkowicie nowe etykiety.

CHB: Czyli na półkach już nie spotkamy Kurnej Chaty i Zaciągu Towarzyskiego? Jak to teraz będzie wyglądało?

JM: Zmiany będziemy wprowadzać stopniowo we współpracy z agencją FLOV. My znamy się dobrze na warzeniu piwa, więc chcieliśmy, aby stroną graficzną i nazwami zajęli się profesjonaliści.  Na razie czekamy na finalny projekt wspólnej, rozpoznawalnej tylko dla nas linii etykiet. Kiedy będzie on zatwierdzony, zaczniemy wprowadzać nową szatę graficzną na rynek. Nowe etykiety będą zatem pojawiać się w miarę warzenia i wypuszczania ich kolejnych warek.

CHB: Czy zakładacie jakiś horyzont czasu, kiedy ta zmiana zatoczy pełne koło?

JM: Nie chcemy robić całkowitej rewolucji i nagle zmieniać wygląd tych piw i etykiet, które są rozpoznawalne. Klient mógłby w tej sytuacji stracić orientację. Na pewno najnowsze piwo, jakie pojawi się pod koniec roku będzie miało już zmieniony design. Natomiast o każdych kolejnych zmianach będziemy informowali na naszych stronach internetowych. Cały ten proces powinien zająć nam od pół roku do roku.

CHB: Porozmawialiśmy o okładkach, ale jak wiemy książki należy oceniać jednak po zawartości. I tutaj ja osobiście nie odnajduję żadnego, słabego punktu. Praktycznie od pierwszego piwa trzymacie poziom, o jakim startujący browar niejednokrotnie może pomarzyć.

JM: Faktycznie, Czarna Polewka, nasze pierwsze piwo, było świetne. To była chyba najlepsza Czarna Polewka z wszystkich dotąd uwarzonych. Tutaj zagrało doświadczenie piwowarskie Piotra Wypycha (współwłaściciel browaru – przyp. aut.) i moje oraz całkiem niezły sprzęt. Zresztą kiedy spotkaliśmy się z Piotrem i rozmawialiśmy o otwarciu browaru, to od razu postawiliśmy sobie jedną, podstawową zasadę: jeśli warka nie wyjdzie, to wylewamy ją w kanał. Okej, jedno piwo, które poszło do sprzedaży nam nie wyszło, ale jak dostaliśmy sygnały, że coś jest nie tak, to od razu wycofaliśmy je z rynku. Co ciekawe – zaraz po rozlewie wszystko było w porządku. A wracając do tego, co warzymy. Trzymamy się raczej klasycznych stylów; nie eksperymentowaliśmy do tej pory z jakimiś modnymi i dziwnymi dodatkami, co pewnie też pozwoliło utrzymać dobrą formę naszych produktów.

CHB: Być może nowofalowych dodatków nie używacie, ale za to nie boicie się dymić.

JM: No zdarza się nam czasem podymić, ale też zrobiliśmy totalnie niemodne w polskim krafcie piwo miodowe.

CHB: Znam i muszę przyznać, że jest to jedno z nielicznych piw z dodatkiem tego surowca, które mi faktycznie smakowało. Nie znajdziemy w nim typowej dla miodowych piw, znanych z polskich sklepów słodyczy. Jest bardziej wytrawnie, czuć grykę.

JM: Bo to piwo zostało wyprodukowane tak, jak Pan Bóg przykazał, czyli całe 250 kilogramów miodu gryczanego poszło na fermentację. Dodatkowo był w nim spory zasyp kaszy gryczanej, dzięki czemu ten charakter jest tutaj bardzo wyraźny, na czym zresztą nam zależało. Owszem, słodycz była w nim zaznaczona, ale nie był to ulepek, a skoro premiera była późną jesienią, to wszystko się nam tutaj zgodziło.

CHB: Wspomniałeś też wcześniej, że jedno z piw wycofaliście z rynku. Kto ponosi koszty takiego przedsięwzięcia?

JM: Wszystko spoczęło na naszych barkach, ale takie jest ryzyko. Jeśli nie podjęlibyśmy tego kroku, to oberwalibyśmy PR’owo, a na to nie możemy i nie chcemy sobie pozwolić.

CHB: Jeśli cała odpowiedzialność spoczywa na Was, to czy jednak nie kusiło Was, aby zamiast wydawać okrągły milion na własny browar, skorzystać jednak z możliwości innych i stać się kontraktem?

JM: W ogóle nie braliśmy tego pod uwagę. Kiedy dyskutowaliśmy z Piotrem o możliwości otwarcia własnego biznesu, to w grę wchodził jedynie fizyczny browar.

CHB: Skoro macie własny sprzęt, to może sami chcecie otworzyć się na kontrakty?

JM: Na razie tego nie planujemy. Po pierwsze mamy za mało tanków, a po drugie to jest w mojej opinii trochę strzelanie sobie w stopę, skoro w pełni wykorzystujemy swoje moce produkcyjne.

CHB: A co z modą na piwa leżakowane w beczkach? Doszły mnie słuchy, że i Wy temu trendowi ulegliście.

JM: Zgadza się. Uwarzyliśmy RISa, którego wlaliśmy w beczki po Tennessee Whisky. Pierwsza partia, jaką już częstowaliśmy na festiwalach i kranoprzejęciach, została rozlana do czterech beczek, a kolejna warka powędrowała do dziewięciu. Mowa tutaj o Zawiszy Czarnym. Druga warka jest co prawda nieco mniej słodka, ale tak ładnie odfermentowała, że już po leżakowaniu w tanku alkohol jest w niej praktycznie niewyczuwalny. To w połączeniu z beczką powinno dać rewelacyjny efekt.

CHB: Czy tym razem możemy spodziewać się również butelek?

JM: Tak, będziemy butelkować to piwo. Co istotne – wizerunek naszego Zawiszy został zaprojektowany przez wybitnego, polskiego artystę, Józefa Wilkonia, a sama grafika trafiła na metalowe, tłoczone etykiety. Piwo trafi w wyjątkowe butelki z lakowanym kapslem, a do zestawu dołączymy dedykowany kieliszek. Premierę Zawiszy planujemy na wrzesień.

CHB: Jak dużo tego piwo pojawi się na rynku?

JM: Samych butelek będzie około tysiąc, czyli tak naprawdę niewiele.

CHB: Czy poza Zawiszą Czarnym planujecie w najbliższym czasie jakieś nowości?

JM: Myślimy o Flandersie, a wcześniej wypuścimy nasze Kwaśne Berlińskie w dwóch wersjach – z wiśnią i maliną. Co dalej – czas pokaże.

CHB: Mam nadzieję, że te plany szybko się ziszczą, czego Wam życzę, a dzisiaj dziękuję za rozmowę.

JM: Dzięki.

Browar Spółdzielczy – Gerda (Ice RIS)

Całkiem nie tak dawno temu, w krainie mlekiem i piwem płynącej, gdzie orzeł bielik dumnie zasiadał w herbie, żyło wielu zacnych i zdolnych piwowarów. Lud zamieszkujący owe tereny coraz częściej sięgał po trunki, przygotowane przez tych drobniejszych rzemieślników, którzy kunsztem przewyższali niejednego, królewskiego piwowara. Wielu znawców piwnych chwaliło te zmiany, będąc jednocześnie drogowskazem dla tych, dopiero co sięgających po rzemieślnicze piwa. Najznamienitszym ze znawców, cieszącym się największym posłuchem był Tomasz z rodu Kopyrów. Doświadczony był to mędrzec, znający od podszewki sztukę piwowarską i dzielnie krzewiący ducha kraftu na terenach tej krainy. Zwykł on także mawiać, iż „sztosy muszą być drogie”, co często było przyczynkiem do żywych dyskusji i sporów wśród pospólstwa i reszty piwowarskich znawców.

Tymczasem na północy owego państwa pewien browar, który nie oglądał się na innych, postanowił uwarzyć piwa najwyższej klasy i jakości, gdzie na słowo „kompromis” miejsca nie było. Jak postanowili, tak uczynili i wkrótce po krainie rozeszły się głosy, że oto nadchodzą trunki godne samego króla, nie szarpiące jednakowoż pospólstwa po sakiewce. Każda butla, zdobiona niezwykłej urody, haftowaną srebrną nicią etykietą wypełniona była wymrażanymi cymesami niemal pod sam kapsel. I kiedy już na półkach kantyn i w skarbcach książąt zabrakło trzech wcześniej uwarzonych specjałów, oto nagle pojawił się czwarty, nazwany imieniem Gerda.

Owym piwem okazał się być wymrażany Russian Imperial Stout, leżakowany z najprawdziwszą wanilią, sprowadzoną z dzikiej wyspy Madagaskar, leżącej u wybrzeży Afryki. Dzięki tak skrzętnie przeprowadzonym zabiegom Gerda raczy nas przepięknym aromatem tej storczykowatej rośliny, a towarzysząca temu intensywnie palona kawa oraz czekolada doskonale dopełnia bogatą feerię zapachów tegoż trunku. W tle, niczym cykający na polnej łące świerszcz, przygrywa nam subtelny, likierowy alkohol. W smaku również odnajdziemy niezwykłe bogactwo wanilii, połączonej z kawą i czekoladą, a lekka kwaskowość i szczypta czerwonych owoców świetnie uzupełnia całość. Gorycz rewelacyjnie kontruje wysoką słodycz, jaka zupełnie w tego typu trunkach nie dziwi. I jedynie odrobinę szczypiący w usta alkohol zdradza, iż Gerda mogłaby jeszcze chwilę odczekać w piwnicy, aż czas ogładzi ją i wyniesie na piedestał.

Tym oto sposobem lud krainy z orłem bielikiem w herbie poznał, iż sztosy mogą, ale nie muszą być drogie. Sama zaś Gerda, choć jeszcze nieco czasu do nabrania pełni sił potrzebuje, tak już staje nieomal na równi ze swoimi trzema poprzednikami – Królową Lodu, Lodołamaczem i Lodziarzem. I oby więcej takich inicjatyw i godnych królów trunków w granicach tegoż państwa objawiało swe oblicze przed szerszej maści gawiedzią. 8/10

Rok pod znakiem Łańcuta

Wyborne Kwaśne Berlińskie – świeżynka z Łańcuta

Kiedy Jacek Michna, współwłaściciel i główny piwowar Browaru Łańcut, zapraszał mnie na urodziny tegoż przybytku do krakowskiego Weźże Krafta zastanawiałem się, który to już z rzędu jubileusz? Drugi, trzeci? No bo czwarty to chyba nie. Upewniłem się, sprawdziłem w internetach, co by faux-pas nie było i co? Pierwszy. Rozumiecie to – PIERWSZY?!? Zdziwienie moje co prawda już nieco ostygło, ale początkowo naprawdę doznałem szoku. Miałem wrażenie, że Browar Łańcut na arenie piw kraftowych jest o wiele dłużej. I nie jest to jakieś moje przeoczenie. A przynajmniej nie do końca. Po prostu zazwyczaj potrzeba o wiele dłuższego czasu, aby uwarzyć tak dużo równych i dobrych piw. Z tym większą przyjemnością udałem się wraz z Panią Kapitan do Krakowa, aby wspólnie z załogą Łańcuta poświętować.

W Weżźe zameldowaliśmy się przed wszystkimi, aby na zapleczu ukryć niespodziankę, jaką z okazji urodzin przygotowaliśmy dla Jubilatów. Szybkie ogarnięcie sprawy, odstawienie wozu pod hotel, spacer w stronę Dolnych Młynów i chwilę przed dwudziestą zameldowaliśmy się przy nalewakach. Na miejscu pojwili się także Kuba Niemiec (The Beervault) oraz Jerry Brewery z towarzyszkami, a za chwil kilka miał dołączyć do nas Miłosz (z blogu Miłosz) z Martą – poziom srogości imprezy nabierał rumieńców. W międzyczasie zbiliśmy misiaczka z Mateuszem Górskim (Brokreacja – przyp. aut.), przywitaliśmy się z ekipą Łańcuta i impreza mogła zacząć się na całego. To był idealny moment, aby na stół wjechała przygotowana przez nas niespodzianka – bezowo-śmietankowy tort urodzinowy. W sumie zastanawiałem się, jakiż to prezent można podarować z takiej okazji. Piwo nie należało do najmądrzejszych pomysłów, a brak danych o liczbie osób obecnych też nieco sprawę utrudniał. Jak się finalnie okazało: trafiliśmy w dziesiątkę. Co prawda Łańcucianie mieli w planach urodzinowe ciacho, ale coś nie zagrało, dzięki czemu nasz tort zwyczajnie zrobił dobrą robotę.

Nim jednak odśpiewaliśmy tradycyjne „Sto lat” porwałem Jacka Michnę i Piotra Wypycha na krótką rozmowę. Wypytałem obu Panów o miniony rok, o formę ich piw oraz o nadchodzące plany na najbliższych kilka, kilkanaście miesięcy. Efekt tej pogawędki zobaczycie już w przyszłym tygodniu na blogu, więc wpadajcie tutaj regularnie.

Wieczór tymczasem nabierał rozpędu. A to Miłosz (z blogu Miłosz) poczęstował nas swoim wymrażanym Porterem z Argusa, leżakowanym z cynamonem i wanilią (drugie podejście, ponoć słabsze od pierwszego, ale moim zdaniem całkiem udane), a to do szkła powędrował jeden z najlepszych, polskich, leżakowanych w beczce po Tennesee Whiskey RISów, czyli Zawisza Czarny (autorstwa Jubilatów), a to znowu Mateusz Górski pojawił się na horyzoncie ku uciesze zgromadzonych. Wszystko to pozwoliło zebrać wszystkich gości przy stoliku, aby w końcu móc odpalić urodzinową świeczkę na torcie i zaśpiewać „Sto lat”.


I już myślałem, że nic tego wieczoru mnie nie zaskoczy, kiedy nagle Jacek Michna począł rozdawać gościom po buteleczce wspomnianego wcześniej Zawiszy Czarnego, z przepiękną, stalową etykietą i zalakowanym kapslem. OK, może z tym moim zaskoczeniem to trochę ściema, bo dowiedziałem się tego w trakcie wcześniejszej rozmowy z Jackiem, ale cała reszta nie kryła pozytywnego zdziwienia. I jest to o tyle świetna sprawa, iż na rynek to piwo, w takiej formie trafi dopiero we wrześniu (wraz z dedykowanym szkłem). No tyle wygrać, co nie?

Absolutny top wśród polskich piw leżakowanych w beczkach

Impreza dla nas skończyła się chwilę przed pierwszą w nocy, kiedy to postanowiliśmy opuścić fantastyczną miejscówkę, jaką niewątpliwie jest Weźże Krafta i udać się spacerkiem do hotelu. Czy to był koniec imprezy? Nie dla wszystkich. Otóż Jerry wraz z Kubą postanowili odwiedzić jeszcze Craftownię, co też uczynili. Jak wyszedł im ten wypad – tego dowiecie się z ich relacji, do których linki znajdziecie na samym końcu tego tekstu.

Tymczasem raz jeszcze życzę Browarowi Łańcut wszystkiego, co najlepsze, samych pomyślnych warek i ekspansji godnej tego browaru. A jeśli ktoś z Was jeszcze nie sięgnął po piwa Łańcuta – czas nadrobić zaległości, bo wśród tak młodych ekip (acz z ogromnym doświadczeniem) mało jest takich, jakie prezentują podobny poziom. To mówiłem ja, Chmielobrody, bloger trzeciej klasy.

Relacja Jerry Brewery: http://jerrybrewery.pl/pierwsze-urodziny-browaru-lancut/

Relacja The Beervault: http://thebeervault.blogspot.com/2017/07/jeden-rok-na-x-stoleti-urodziny-ancuta.html


Miszczowie drugiego planu






Kurna Chata okazała się doskonałym wyborem pod słodkości

Śląski Festiwal Piwa po raz drugi!

Kiedy w zeszłym roku podano datę pierwszej edycji katowickiego Śląskiego Festiwalu Piwa długo zastanawiałem się, czy temat wypali. Dlaczego? Otóż szerokość geograficzna, na jakiej znajdują się Katowice sugeruje z dość dużym prawdopodobieństwem możliwość wystąpienia różnej maści kaprysów pogodowych. Zwłaszcza, kiedy termin takiej imprezy przypada na ostatni weekend września. Na szczęście wszystko wypaliło jak należy, pogoda dopisała, a ludzie z uśmiechami na twarzy opuszczali teren katowickiego rynku. To mogło oznaczać tylko jedno – kolejna edycja była jedynie kwestią czasu. I to czasu dość rychłego, gdyż druga odsłona tego eventu odbyła się na przełomie czerwca i lipca.

Do dzisiaj nie potrafię zdecydować, czy takie imprezy powinny odbywać się od czwartku do soboty czy od piątku do niedzieli. Na szczęście nie jestem organizatorem i nie jest to moim zmartwieniem – muszę przyjąć na klatę termin, jaki w tym wypadku przypadł opcji pierwszej. Tradycyjnie na miejscu zameldowałem się już w czwartek, aby zaliczyć szybkie piwko lub dwa i wrócić do domu. Niestety wyszło jak zwykle, ale ja nie o tym.

Tego dnia na katowickim rynku zameldowało się 17 browarów z całej Polski, silna reprezentacja lokalnych multitapów (Kontynuacja, Browariat, Biała Małpa i Absurdalna), cydrownicy ze Smykana oraz kilka busików, serwujących zgromadzonej gawiedzi wszelkiej maści jadło i zakąski. W tym miejscu muszę zwrócić uwagę na to, iż organizatorzy odrobili lekcję z zeszłej edycji. Po pierwsze wystawcy w końcu uzyskali dostęp do morz… wody, a więc każdy, kto przybył na teren Festiwalu z własnym szkłem bez większych problemów mógł owe naczynie przepłukać. Po drugie organizowane koncerty poziomem głośności umożliwiały prowadzenie normalnej rozmowy, a głos i czerstwe żarty prowadzącego odeszły tym razem w zapomnienie. Po trzecie samo ustawienie wystawców na polu jednego prostokąta pozwoliło na rozstawienie większej ilości ławek i stolików. Brawo i ukłony, bo tutaj po prostu wszystko zagrało, jak u Mozarta.

Drugą i chyba najistotniejszą kwestią jest klimat tego festiwalu. To nie jest wydarzenie, w którym premiera goni premierę, kolejki sięgają kilkudziesięciu metrów, a cmokający nad fikuśnym szkłem hop-headzi czają się na każdym kroku i w każdym zaułku. Tu jest po prostu… swojsko i pozytywnie. Owszem, było całkiem smaczne piwo festiwalowe, uwarzone przez Piekarnię Piwa, pojawiło się parę premier, z najbardziej udaną moim zdaniem CieKAWĄ PuKAWKĄ z Browaru Brewera (wysoka gorycz, cytrusy i świetna kawa po prostu zrobiły tutaj robotę – 8/10), ale poza tym nie było w tych dniach żadnej spiny, związanej ze światem piw kraftowych. Dodatkowo samo miejsce już po raz kolejny ściągnęło na rynek całą masę osób na co dzień niezainteresowanych piwami rzemieślniczymi. No bo umówmy się – centrum miasta, bliskość okolicznych pubów i galerii oraz zbieg kilku ciągów komunikacyjnych spokojnie wystarczy, aby przeciętny Kowalski, przechodzący w tych dniach przez rynek, zainteresował się tematem. I po raz kolejny Śląski Festiwal Piwa dołożył swoją cegiełkę do wprowadzania kraftów pod strzechy. I ja to szanuję.

Dużym zainteresowaniem cieszyła się strefa gier, gdzie można było zagrać w szachy, warcaby czy w Jengę. Wszystko w rozmiarach XXL, dzięki czemu nie tylko dzieciaki miały sporo frajdy, ale i dorośli wykorzystali tę okazję, aby porywalizować między sobą.

Głównym bohaterem festiwalu było oczywiście piwo. Mnie udało się spróbować kilku pozycji i w zasadzie większość prezentowała poziom co najmniej przyzwoity. Wiele okazało się przesmacznych, jak chociażby Rzutkowe z Browaru Spółdzielczego. Ten Berliner Weisse z dodatkiem cytryny, limonki i mandarynek idealnie gasił pragnienie, był uroczo kwaskowy i fantastycznie owocowy (8/10). Na stoisku Browariatu można było dorwać dwie nowości z Chorzowskiego Mini-Browaru Reden. Kwaśna Czarna Porzeczka powalała genialną owocowością oraz subtelnie jogurtowymi nutami (8/10), a smoliście czarny Kosmodrom (RIS) raczył nas przyjemną wędzonką i wyraźnymi akcentami słodowymi. Co prawda w mojej opinii mógłby być nieco bardziej odfermentowany, ale wyczuwam w tym jegomościu potężny potencjał na leżak. Mam nadzieję, że Paweł Fityka wypuści trochę butelek, bo sam nabyłbym kilka sztuk (6,5/10). Przyjemnym zaskoczeniem okazał się Ostatni Wianek z Piwowarowni. Niby Rosanke dla pań, a jednak smakował mi zdecydowanie bardziej, niż wariant dla panów. I nawet dość wysoka słodycz fajnie komponowała się z wyraźną ziołowością tego trunku (6.5/10). Ufając rekomendacjom kolegów blogerów postanowiłem sprawdzić także Kartofliska z Browaru Spirifer. Ten American Pale Ale to przede wszystkim bardzo solidna cytrusowość, opleciona wiankiem przyjemnej, dość wyraźnej goryczy. Takie „apy” to ja rozumiem i polecam z czystym sercem (8/10). Bardzo dużym zainteresowaniem stał się Sok z Jednorożca, przygotowany przez Elę Kazimiruk z Browaru Raduga. Co to było, jak smakowało? Nie mogę tego zdradzić – za każdym razem, kiedy to robię gdzieś na świecie umiera mały kotek, więc sami rozumiecie. Polujcie na ekipę Radugi, a może sami przekonacie się, cóż to za specyfik. A jeśli nie Jednorożec, to na pewno warto spróbować świeżej warki Trapeze – jest jeszcze lepsza od poprzedniej, ciut słodsza, acz nadal przyjemnie kwaskowa i zachwycająco owocowa (8,5/10).

Po raz kolejny Katowice pokazały, że mogą mieć dwa piwne festiwale – jeden, przeznaczony typowo dla Beer Geeków (Silesia Beer Fest) i drugi, bardziej wyluzowany, być może nieco skromniejszy, ale mocno uśmiechnięty i swojski. Co prawda trzeciego dnia ponoć aura na Śląskim Festiwalu Piwa była dość kapryśna (w czwartek i piątek obyło się bez rewolucji), co jednakowoż nie odstraszyło amatorów dobrego piwa. Ja mogę powiedzieć tylko jedno: życzę sobie i Wam, aby to wydarzenie na stałe wpisało się w kalendarz śląskich imprez, bo tutaj po prostu chce się być.

PS
AVE PROJEKT!

Wywody Chmielobrodego – cz. 5

Wybierzesz czerwoną czy niebieską pigułkę?

Kiedy w 1999 roku na ekrany kin wchodził Matrix autorstwa braci (a obecnie sióstr, che che) Wachowskich, nikt nie spodziewał się, jak kultowym filmem ten obraz się stanie. Co prawda kolejne odsłony tej sagi niestety nie podtrzymały formy „jedynki” nawet w 30%, ale ja nie o tym. W pierwszej części Matrixa znajdziemy multum kultowych scen, często przekładanych na rzeczywistość. Do moich ulubionych należy ta, kiedy Neo staje przed wyborem – czerwona czy niebieska pigułka. Pamiętacie temat, prawda? Jak koleś weźmie niebieską pigułkę, to obudzi się w łóżku i wszystko będzie po staremu; pobudka o 7:00, nudna praca w korpo i wieczorne oglądanie pornosów. Z kolei wybór czerwonej pigułki spowoduje, że zacznie on ostrą jazdę bez trzymanki, nauczy się latać, unikać kul z broni automatycznej, będzie pilotował helikopter, mimo iż do tej pory takowe oglądał jedynie na ekranie telewizora i w końcu zaliczy tę czarną w fajnych patrzałkach. Fajnie? No niby fajnie, ale każdy wybór niesie ze sobą także pewne negatywne konsekwencje. I po kiego diabła ja w ogóle o tym piszę na blogu, poświęconemu piwom rzemieślniczym?! Otóż powyższą scenę można elegancko przełożyć właśnie na krafty. A konkretnie na to, w jaki sposób sami przekraczamy tę cienką linię między czerwoną a niebieską pigułką.

Dla każdego moment ten będzie zgoła odmienny, dlatego będąc atencyjną ku… osobą skupię się na swoich doświadczeniach. Nim stanąłem przed w/w wyborem moja percepcja piwna wyglądała mniej więcej tak: piwa kraftowe są spoko; lubię Atak Chmielu, bo gorycz, cytrusy i dobrze się pije; nowe piwerka rzemieślnicze chętnie przyjmę, ale w sumie jak mi każą pić Żywca czy inne Tyskie, to dopóki będzie w miarę świeże, to nie będzie przecież jakoś szczególnie źle. Jednakowoż im głębiej w las, tym więcej drzew. Człowiek zaczął się zastanawiać, skąd te różnice między koncerniakiem, a kraftem; o co chodzi z tymi wadami w piwie; i czym w końcu do jasnej cholery jest ten aldehyd octowy?!? Czytałem, analizowałem, szukałem po internetach i dalej brakowało mi tej przysłowiowej kropki nad „i”. W między czasie okazało się, iż w okolicy będzie organizowany przez Śląski Oddział PSPD (Polskiego Stowarzyszenia Piwowarów Domowych – przyp. aut.) profesjonalny kurs sensoryczny. Długo się nie zastanawiałem i już po kilku dniach zapisałem się na rzeczone szkolenie. Spodziewałem się ogólnego wprowadzenia do świata piw kraftowych, omówienia aromatów, jakie dają chmiele, słody, drożdże, itd. Nope, nic z tych rzeczy. No, prawie nic. Kiedy wraz z Panią Kapitan pojawiliśmy się na miejscu stało się oczywistym, iż będziemy uczyć się tego, co może się w piwie zepsuć, spartolić, spartaczyć. Do tego co nieco o estrach, fenolach czy zapachu kocim, niektórym kojarzącym się z czarną porzeczką (chociaż do dzisiaj jest to dla mnie dziwne skojarzenie :P). Szkolenie trwało dwa dni, po kilka godzin dziennie i właśnie ono stało się moją osobistą czerwoną pigułką.

Aldehyd octowy nie krył już przede mną tajemnic. Do tego doszedł DMS, diacetyl, izopentylomerkaptan, aromaty siarki, siana, mokrego kartonu i innych cudów. Tak – od tego momentu picie piwa już nie było tym samym. Tych kilka godzin, spędzonych z nosem w próbkach zapachowych spowodowały, iż moja percepcja wywróciła się do góry nogami, powodując zazwyczaj wykrzywienie pyska w nieprzyjemnym grymasie, kiedy tylko przyjdzie mi pić jakiegoś podłego koncerniaka. Żeby nie było – do dzisiaj zdarza mi się sięgnąć po Perłę czy Leżajsk, ale zazwyczaj robię to z braku wyboru (no nie w każdym klubie, w którym grywam koncerty leją Anagram z kija). Są także wyjątki, potwierdzające regułę, jak np. Lech Pils w puszce, który idealnie pasuje mi pod karczek i kiełbasę z grilla. Niemniej jednak nie ma już absolutnie żadnych szans, żeby cofnąć się do czasu, kiedy Warka Strong wydawała mi się bardzo przyjemnym, lekko słodkim napojem. No po prostu imposibruuuuu.

Niestety czasami zdarza mi się popsuć także kolegom radochę z picia wadliwych piw – jednakowoż robię to tylko na ich wyraźną prośbę. Swego czasu mój perkusista zakupił na Białorusi jakiegoś Golden Ale’a. Zabrał go ze sobą na wyjazd koncertowy, otworzył w busie, wychylił kilka łyków i rzekł: „no, Stempel, to piwo białoruskie całkiem fajne, spróbuj sobie.”. Podał mi butelkę i czekał na werdykt. Zakręciłem szkłem, zarzuciłem nos na szyjkę butli, wziąłem łyk i oddałem koledze, mówiąc: „to teraz zakręć piwem, powąchaj dokładnie i wyobraź sobie roztopione, lekko zjełczałe masło”. Odpowiedział jednym słowem – „ku*wa”.

Czy żałuję wyboru piwnej, czerwonej pigułki? No nie bardzo. OK, być może czerpanie radochy z wychylenia sobie w domowym zaciszu piwka kosztuje mnie nieco więcej w przeliczeniu na złotówki, niż przeciętnego piwopijcę, ale po pierwsze robię to świadomie, po drugie nie po to, aby się upodlić i po trzecie mam z tego o wiele więcej przyjemności. To jest trochę, jak z burgerami. Możesz zadowolić się burgerem, zakupionym w Biedronce, w którego skład wchodzi zmielony pies razem z budą i właścicielem, ale kiedy sięgniesz po 100% wołowiny, smażonej na prawdziwym grillu, to czy pasza z „Biedry” będzie dla Ciebie tym samym? Nie sądzę. Dlatego ze swojej strony zachęcam Was do świadomego doświadczania i poszerzania swoich piwnych horyzontów. Tylko róbcie to w granicach zdrowego rozsądku, bez niepotrzebnego hajpu i rozdmuchania, o jakie czasem posądza się beer geeków. Tu nie chodzi o to, aby zostać piwnym neofitą – tutaj chodzi o radość z życia. Po prostu szkoda czasu na picie słabego piwa, arghhhhhhh!

Piwoteczne Katowice

Katowickie multitapy prześcigają się w organizowaniu co raz to ciekawszych eventów, mających na celu przyciągnąć fanów dobrego piwa do danego przybytku. I ja takie działania szanuję. Co prawda premiera piwna czy wizyta ekipy browaru nie robią już takiego szału, jak miało to miejsce jeszcze dwa lata temu, ale mimo wszystko ja osobiście bardzo cenię sobie możliwość spotkania się z piwowarem czy browarnikiem, wzniesienia wspólnie kilku toastów, a wreszcie porozmawiania o tym, co akurat w danym browarze piszczy. Stąd też z nieskrywaną przyjemnością wyruszyłem do Białej Małpy, aby spotkać się z Markiem Putą – właścicielem łódzkiej Piwoteki – oraz aby spróbować kilku tematów spod szyldu tej załogi. Na marginesie dodam, iż to właśnie Marek na koniec tegorocznego WFDP uraczył mnie Ickiem-Ickiem oraz Bragottem 1423, więc tym bardziej musiałem uścisnąć rękę i podziękować za teleportację z Wrocławia do Katowic 😉

Kiedy dotarliśmy na miejsce okazało się, iż wraz z Markiem na miejscu pojawił się Piotr „Bariel” Tomczyk z łódzkiego zespołu Imperator. Taki skład osobowy był zresztą zrozumiały, ponieważ na jednym z kranów pojawił się Necronomicon, czyli Imperialna IPA, uwarzona we współpracy z tą death metalową hordą. Wspólne tematy około muzyczne pozwoliły na szybkie złapanie kontaktu i… poszło. Miłym zaskoczeniem dla mnie z kolei było to, iż Marek Puta zna mój zespół – J. D. Overdrive. Dla niego zaś zaskoczeniem było to, że jestem liderem i gitarzystą JDO. No bo jak to? Bloger? Muzyk? No pełny serwis, proszę ja Ciebie.

W rozmowach jak zwykle z nieodzowną pomocą przyszła zawartość szkła, które można było uzupełniać aż dziesięcioma piwami tegoż łódzkiego browaru. Na pierwszy ogień poleciało Banshee, czyli Dry Stout z dodatkiem soku z czarnej porzeczki. To połączenie okazało się nad wyraz trafne, racząc mój nos rewelacyjnym aromatem czekolady i czarnej porzeczki, połączonej z delikatną palonością. Mocno wytrawny trunek, łączący w sobie to, co najlepsze w Dry Stoutach z kwaśnym tematem czarnej porzeczki stał się idealnym starterem. 8/10

3:2, czyli Wheat Red Ale poleciało do szkła jako drugie. Hmmmm, no jego barwa raczej nie zachęcała, ale skoro rzekło się „A”, to trzeba powiedzieć „B”. Wyraźnie herbaciano-różane piwo, o delikatnych akcentach kwiatowych okazało się dla mnie nieco za słodkie. Brak goryczy i niskie wysycenie niestety nie pomogło. Oczywiście nie mogę powiedzieć, że jest to złe piwo. Co to, to nie – po prostu nie trafiło do końca w mój gust, mimo iż wypiłem je w całości. Ot można wypić jedno z ciekawości. 5.5/10

Kolejnym, degustowanym tego wieczoru piwem był wspomniany już wcześniej Necronomicon. Ta Imperialna Impa (tak właśnie rzecze etykieta) była dla mnie miłym zaskoczeniem. Skąd takie podejście? Otóż pierwsze piwo, opracowane we współpracy z Imperatorem, czyli Imperialna Black Impa średnio mi podeszła, a tutaj – totalny odwrót. Mega soczyste, bardzo owocowo-egzotyczne, wyraźnie chmielowe, pełne i słodkie, z wyraźną goryczą dla przeciwwagi. Czy można chcieć czegoś więcej? W sumie to w tym wypadku można chcieć odrobinę niższej alkoholowości, ale to jedynie drobny detal, niewiele wpływający na finalną notę. 8/10

Warka Obiecana poleciała do kieliszka jako czwarta. W sumie bardzo byłem ciekaw tego piwa, bo pierwszy raz zetknąłem się ze stylem Buckwheat Wine. Co prawda fanem gryki nie jestem, ale tutaj wyszło całkiem ciekawie. Aromat tej rdestowatej rośliny fajnie dopełnił pozostałe nuty, jakie się tutaj pojawiły, czyli rodzynek, fig, wraz ze zdecydowaną słodowością. Samo piwo okazało się dość pełnym, gładkim, a nuty, występujące w zapachu z łatwością można było odnaleźć po kilku łykach w smaku. I jedynie alkohol lekko drapał w gardło, dorzucająca swoje trzy grosze do wysokiej już goryczy. Jak ktoś ma, to warto jeszcze nieco je poleżakować, bo jest potencjał. 6.5/10

Po tych degustacjach na dobre odstawiłem notatnik, skupiając się już całkowicie na dobrej zabawie i rozmowach z zebranymi. W międzyczasie Piotr rozlosował piwne nagrody wśród zgromadzonych w Białej Małpie, do towarzystwa dołączył Henry Shelonzek z Biowaru i tak z szerokimi uśmiechami na twarzy dotrwaliśmy do końca imprezy. Imprezy zdecydowanie udanej i wartej powtórzenia. Mimo zgubionego po drodze portfela. Oczywiście nie przeze mnie 😉 Oby do następnego!

Baśń o Michale, któremu aż chciało się, tfu, Ż!

[audycja zawiera lokowanie produktu]

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma rzekami i za siedmioma morzami żył sobie pewien poczciwy człowiek, nazwany imieniem Michał. Michał lubił piwo i najchętniej sięgał po te najzimniejsze, warzone przez jeden z największych browarów w królestwie. Przy każdym łyku powtarzał maksymę głównego piwowara i wykrzykiwał „Aż chce się Ż!”. Pewnego dnia dobry znajomy Michała pokazał mu, że jego ulubiony trunek może mieć różne formy i postaci, a smak, znany mu z tego, co pijał do tej pory, może być intensywniejszy, pełniejszy i o wiele przyjemniejszy. Michał podziękował swemu przyjacielowi i od tego czasu żył długo i szczęśliwie. Koniec.

Związek mojego imienia z imieniem bohatera owej baśni jest oczywiście jak najbardziej zamierzony, bo właśnie mniej więcej w ten sposób zacząłem zgłębiać temat piw kraftowych. Gdyby nie wspomniany wyżej kumpel być może do teraz żłopał bym Tajskie czy Żywca. Dlatego też sam staram się krzewić kulturę picia piw kraftowych wśród swoich znajomych i nieznajomych. Jednym z narzędzi temu służących jest oczywiście blog. Umówmy się – liczę na to, iż nie tylko piwne świry wchodzą na tę stronę. Może ktoś z „koncernopijców” z ciekawości tutaj zajrzy i dzięki temu sięgnie po jakiś lepszy trunek? Dodatkowo od pewnego czasu mam okazję działać w tej materii nieco bardziej bezpośrednio.

Otóż jest takie miejsce w Katowicach – Pole Do Popisu – prowadzące wszelkiej maści warsztaty kulinarne. W warsztatach może wziąć udział każdy przysłowiowy Kowalski, ale nie tylko. Często, w formie integracji, z tej opcji korzystają firmy. I tutaj wchodzę ja, cały na biało. Oczywiście z gotowaniem zbyt wiele wspólnego nie mam, ale czy nie fajnie przed gotowaniem zorganizować panel degustacyjny, wprowadzający do świata kraftów, a potem z dobrym piwem w ręku zasiąść za garami? Dla mnie ta opcja prezentuje się nad wyraz kusząco.

Sam panel jest stosunkowo prosty – na wstępie opowiadam o piwie, czyli skąd, po co i dlaczego; następnie wspólnie zastanawiamy się, z czego piwo jest zrobione, aby płynnie przejść do klasyfikacji, podziału stylów i parametrów. Oczywiście omówienie różnic między piwem koncernowym i kraftowym jest także stałym punktem programu. Jeśli czas na to pozwala, to dłuższą chwilę zatrzymuję się przy szkle do piwa, wyjaśniając po co w ogóle piwo warto przelać nawet do najprostszej szklanki. Punktem kulminacyjnym jest oczywiście degustacja wybranych przeze mnie (zazwyczaj) pięciu różnych, kraftowych pozycji. Nie byłbym sobą, gdybym w tym miejscu nie wyciągnął „spod lady” próbki referencyjnej, jaką zazwyczaj jest właśnie pospolity koncerniak. Reakcja zgromadzonych? „Hyhyhyhyhyhyhy”. I to właśnie w tym miejscu zaczyna się największa zabawa. Najpierw lecimy z tyskaczem. Okej, czasem w panelu biorą udział osoby, będące bardziej „into krafty”, ale one akurat wiedzą, czego się spodziewać. Kiedy pozostałych pytam, co czują i jak oceniają piwo, zawsze, jak jeden mąż odpowiadają „no pachnie i smakuje jak piwo”. Następny w kolejce jest zazwyczaj jakiś dobry pils. To czas na pierwsze zdziwienie zebranych. „Keeeeeeee? Gorycz? Większa pełnia? Wyraźniejszy smak?”. A kiedy w szkło wjeżdża dobrze nachmielona IPA, to oczy uczestników wyskakują już z orbity. Na sam koniec zostawiam sobie zazwyczaj jakiegoś tęgiego mocarza pod postacią RISa czy Porteru Bałtyckiego. To stawia przysłowiową kropkę nad i, skutecznie przeciągając zgromadzonych na ciemną stronę mocy. Tzn. na jasną. W sensie tę lepszą. I nawet podrzucane przeze mnie w połowie degustacji ciekawostki pod postacią czy to kwasa, dzikusa czy jakiegoś torfiaka nie zrażają nikogo. Baaaa, kiedyś jedna z Pań stwierdziła, że to właśnie Nightwolf z całej piątki smakował jej najbardziej. Wcześniej tylko Redd’s i Karmi. No tyle wygrać!

Mnie osobiście panele te dają sporo frajdy, bo wiem, że część z tych osób (o ile nie wszystkie) zacznie pić piwo bardziej świadomie i z większą rozwagą. Was też zachęcam do tego, aby pokazywać tę lepszą stronę piwnej mocy, chociażby tylko wśród znajomych. Wierzcie mi, słysząc od zatwardziałego „koncernopijcy” słowa „kiedyś codziennie piłem po dwa tyskacze, a teraz wolę wypić jedno, a dobre, kraftowe”, naprawdę robi się jakoś lepiej na duchu. Tylko w tym miejscu warto pamiętać o jednym – nic na siłę i wszystko z rozwagą. Wsadzając komuś swoje przekonania kijem do gardła osiągniecie odwrotny efekt. A jeśli ktoś, kiedyś będzie miał ochotę na żywo przekonać się, jak robi to Chmielobrody, to dajcie cynk – ogarniemy 😉











Browar ReCraft – New England (Session IPA)

Nie jestem fanem sesyjnych IPA. Po pierwsze wolę piwa o bardziej zdecydowanym charakterze. Po drugie lubię, kiedy w kontrze do wyraźnej goryczy (o ile takowa w Session IPA jest obecna) pojawiają się mocniejsze akcenty słodowe. Po trzecie – kiedy swego czasu sięgnąłem po pewną sesyjną „ipę” celem leczenia „suchot dnia kolejnego”, natknąłem się na taką, której gorycz była na tak wysokim poziomie, po wypiciu jakiej moje lekko wysuszone usta zamieniły się co najmniej w Pustynię Gobi, smaganą rozgrzanym do czerwoności wichrem. Szczególnie to ostatnie zdarzenie spowodowało pojawienie się delikatnej niechęci do tego stylu. Oczywiście są wyjątki potwierdzające regułę, jak na przykład Ace of Equinox z Brewdoga, ale ogólnie mając wybór sięgam raczej po inne tematy. Z drugiej jednak strony jestem fanem piw w stylu Vermont, a że ostatnio Browar ReCraft wypuścił sesyjną „ipę” o nazwie New England, tak też postanowiłem sprawdzić, co wyjdzie z tego, kuriozalnego dla mnie, połączenia.

Być może zacznę od „czterech liter” strony, ale patrząc na ekstrakt na poziomie 11,5% w życiu nie spodziewałbym się tak krągłego w odbiorze piwa. I za to właśnie uwielbiam styl New England IPA – takiej gładkości to i czasem w RISach brak. No ok, piwo ma dość solidną fakturę, ale co dalej? Weźmy na warsztat to, co trafia do naszych nozdrzy. Na pierwszy plan wychodzi grejpfrut i pomarańcza, ładnie opleciona ziołowymi akcentami chmielu. To wszystko daje nam wrażenie niezwykłej rześkości. Można się poczuć niczym na spacerze po pomarańczarni, skąpanej w promieniach letniego, porannego słońca. Słodowość uciekła całkowicie poza horyzont, dzięki czemu recraftowy New England raczy nas niezachwianym aromatem wakacji. Bo tak mi się ten zapach właśnie kojarzy. W smaku jest lekko i soczyście owocowo. Delikatnie zaznaczona goryczka z chmielu przyjemnie kontruje solidne akordy pomarańczowo-grejpfrutowe. OK, tej goryczy mogłoby być ciut więcej, ale zdecydowanie wolę taki poziom, a niżeli ten znany mi np. z alebrowarowego Roo Ride’a. Cytując klasyka – z dwojga złego lepiej w tę stronę.

Browarowi ReCraft udało się stworzyć piwo, jakie jest w stanie przełamać mój wewnętrzny stereotyp sesyjnej „ipy” – lekkiej, gorzkiej i bez wyrazu. Oczywiście lekkości New England nie brakuje, ale cała reszta jest już zaprzeczeniem tego, z czym Session IPA mi osobiście się kojarzy. Ze swojej strony jednakowoż dołożył bym do opisu stylu jeden wyraz: Vermont. Wtedy mój wewnętrzny duch pedantyzmu byłby zaspokojony. Niemniej jednak taka pierdoła absolutnie nie ma znaczenia i nie wpływa na finalną ocenę tego, co drzemie w tej niepozornej butelce. A drzemie tutaj całkiem sporo dobroci. 8,5/10