WOŚP, Kontynuacja i śląski kraft

W sumie to zastanawiałem się, czy pisanie krótkiej relacji z jednego z WOŚP-owych eventów będzie w świetle ostatnich wydarzeń na miejscu. I wiecie co? Będzie cholernie na miejscu! Po prostu nie ma mojej zgody na to, aby tak fantastyczna i genialna impreza, jaką jest Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, została zaszczuta i przekreślona przez jej przeciwników. A więc na pohybel tym, którzy z potokiem śliny na pyskach starają się, aby ten najpiękniejszy dzień w roku odszedł w niepamięć! Jedziemy!

WOŚP znany jest z organizowania tryliarda najróżniejszych i zazwyczaj całkiem pomysłowych akcji w myśl zbierania hajsu na szczyny cel. Koncerty plenerowe, pokazy antyterrorystów, strażaków, baletnic czy akrobatów, aukcje i licytacje oraz wiele, wiele innych. I świat kraftu też swoją cegiełkę do tego „interesu” dokłada. Bo jak inaczej nazwać moment, w którym zarówno browary, jak i knajpa zrzekają się przychodów ze sprzedaży piwa na rzecz Orkiestry? Dokładnie tak zadziałało to w minioną niedzielę w katowickiej Kontynuacji.

W akcji wzięło udział 11 śląskich browarów rzemieślniczych, a konkretnie: Alternatywa, Brewera, Hopick, Jana, Jastrzębie, Piekarnia Piwa, ReCraft, Reden, Sir Beer, Hajer i Welders. Każdy z nich przekazał beczkę swojego piwa, zrzekając się całkowicie zapłaty. Fajnie? No pewnie, że fajnie, bo każdy, kto tego dnia pojawił się w Kontynuacji i sięgnął po piwo od tejże śląskiej załogi po prostu pomagał Orkiestrze.

Na miejscu razem z Panią Kapitan pojawiliśmy się w okolicach 19:30 i jakże miło nam było, że ledwo znaleźliśmy miejsce do siedzenia. Serio, to jeden z tych niewielu momentów, kiedy ryjek cieszył mi się z takiego faktu. Na szczęście ktoś wychodził, spełniając swój „WOŚP-owy” obowiązek, więc razem z rzeszą znajomych mogliśmy zająć jeden ze stolików.

Drugim mega pozytywnym akcentem był… stosunkowo mały wybór. I to nie dlatego, że coś się powtarzało. Po prostu już o tej godzinie spora liczba kranów została osuszona, a Kontynuacja postanowiła nie podpinać czegoś, co mogłoby odwrócić uwagę od pozycji, przeznaczonych na Orkiestrę. I ja takie podejście mega szanuje. Na szczęście znalazłem coś dla siebie i z ciekawszych tematów muszę zwrócić uwagę na świetne, klasyczne i dobrze nachmielone na goryczkę IPA z Browaru Welders oraz na bardzo przyjemne Black IPA z bytomskiego Sir Beera. Chylę czoła!

Tego dnia klimat w Kontynuacji był nie do przebicia. Wszyscy życzliwi, uśmiechnięci i zadowoleni. Nawet mocno zmęczona ekipa barmańska, ciutkę zaniedbująca klientelę, nie sprawiła że komukolwiek zszedł uśmiech z twarzy. I co prawda nie wiem, czy udało się osuszyć wszystkie beczki, ale mam nadzieję, iż tak właśnie się stało. Ku chwale Orkiestry! I niech WOŚP gra do końca świata i jeden dzień dłużej!

Reklamy

Szybki Strzał – Odc. 19

Jakiś czas temu otrzymaliśmy razem z Panią Kapitan paczkę z rąk własnych ekipy Browaru Gzub. I fajnie, bo jakoś nie miałem okazji bliżej przyjrzeć się ich pomysłom. A jak pomyślę, że to właśnie Gzub odpowiada za najbardziej wychillowany festiwali kraftowy w Polsce, to jakoś tak głupio nie wiedzieć, co w ich butlach piszczy.

Tym samym zapraszam na ostatni odcinek „Szybkiego strzału” – coś się kończy, coś się zaczyna, więc jeśli nadal chcecie poczytać o tym, co myślę o piwach, to zapraszam na fanpage Facebookowy albo na konto na Instagramie. Natomiast nie bójcie nic o samego bloga – nie zamierzam rzucać pisania, ale wolę ten czas poświęcić na tematy w mojej ocenie istotniejsze 🙂

Relaks (Stout Czekoladowy z borówką amerykańską)

Jak tak sobie wyobrażę połączenie czekolady, borówki amerykańskiej i stoutu, to wszystko w tym wyobrażeniu mi się zgadza. Pewnie dokładnie tak samo pomyślała ekipa Gzuba i uwarzyła Relaks. Piwo w swoim pomyśle trafione, tylko czy tak łatwe do wykonania? Chyba nie do końca. Borówka amerykańska, mimo iż pyszna, to jednak niezbyt wdzięczna w formie dodatku do piwa. W aromacie totalnie się straciła, a w smaku zagrała siedemnaste skrzypce. To chociaż może czekolada sprawę uratuje? Też nie do końca, bo zostaje przykryta przez smak i aromat taniej kawy. A to wszystko w towarzystwie popiołowej, nieco męczącej goryczy. Dało się wypić, bo delikatna kwaskowość nieco całość odświeżyła, ale ogólnie… no szału nie było.

 

Billy (Weizenbock)

Lubię pszeniczne koźlaki. Szczególnie że tych jak na lekarstwo w polskim krafcie, więc jak tylko coś mi się rzuci w oczy, to chętnie doń sięgam. I wtedy wchodzi Billy, cały na biał… a nie, czekaj! Dlaczego piany mamy w nim jak na lekarstwo? I coś mi tutaj niezbyt ładnie pachnie! OK, są goździki, melanoidyny i wyraźna słodowość, więc pachnie jak Koźlak! Tylko o co chodzi z tym czającym się w tle aromatem kiszonej kapusty? W smaku na szczęście oznak zakażenia nie wyczułem, ale też nie jest tak, jakbym tego oczekiwał. Nieco wątłe ciało Billy’ego potęguje zerowe nagazowanie, więc nawet te biszkopty i trochę tostów sprawy nie ratują. Czyżby butelka gdzieś po drodze się rozszczelniła? No bo nie wierzę, że browar wypuścił na rynek piwo w takim stanie. Gzuby, powiedzcie że mam rację!

 

Galo (Owsiane West Coast IPA)

Ci z Was, którzy czytają mnie regularnie wiedzą, że uwielbiam West Coasty. To kolejny styl, jakiego jestem fanem, a którego zwyczajnie brakuje na sklepowych półkach. I tutaj znowu były nadzieje na pozycję, wzbogacającą portfel tegoż „gatunku” w całym wolumenie sprzedaży. I ok, o ile Galo faktycznie jest piwem wyraźnie wytrawnym na finiszu, tak całościowo kojarzy mi się z owocowymi Brut IP-ami, gdzie potężne chmielenie na aromat daje wyraźnie słodkawe wrażenie w odbiorze. Plus dla Galo leci za konkretną goryczkę, ale mogłaby być ona nieco mniej łodygowa. Niestety zapach wypada już ciut słabiej – jest fajna cytrusowość, ale pojawia się też wyraźne utlenienie o charakterze mokrego kartonu. Nie o takie West Coast IPA walczyłem!

 

Time Goes By (Rabarbar Gose)

Jaka pogoda za oknem jest, każdy widzi. I taka oto pogoda raczej nie zachęca do sięgania po piwa kwaśne, lekkie i rześkie. Lepiej wziąć coś, co nas solidnie ogrzeje, prawda? By-zy-dura! Przecież kraft łamie schematy, więc czemuż nie uraczyć się w piękny, zimowy wieczór kwaśnym, rabarbarowym gose? Zwłaszcza iż Time Goes By naprawdę daje radę! Mocno owocowy aromat, w którym pierwsze skrzypce gra rabarbar fajnie współgra z subtelną słodowością trunku. Jest kwaśno, jest ciut słonawo i jest rześko. Owoce dają radę, sól delikatnie podbija ciało, czyniąc całość bardzo pijalną i malującą szeroki uśmiech na twarzy. I takie gose to ja rozumiem!

Chmielobrody subiektywnie o 2018-tym

2018 za nami! I jak to zwykle bywa nadszedł czas podsumowań. Te stricte dotyczące sceny kraftowej „popełniłem” w ramach „Blogerskiego Podsumowania Kraftu”, przygotowanego przez Jerrego Brewerego („nazwiska” w języku polskim zawsze odmieniamy – przyp. aut.) – i w tym miejscu odsyłam Was do rzeczonego tekstu: !!!KLIK!!! 

Natomiast dzisiaj przyszła pora na 10 najważniejszych dla mnie spraw, poruszonych w zeszłym roku. Zestawienie totalnie subiektywne, prywatne i osobiste, które pewnie nikogo nie zainteresuje 😉

Szybki Strzał – Odc. 18

Spieszcie się kochać „Szybkie Strzały”, bo tak szybko odchodzą. Tak, to jeden z ostatnich, a konkretnie przedostatni odcinek tej serii. Oczywiście nadal będę pisał o piwie, ale będzie się to odbywało w nieco innej formie, o czym będziecie mogli dowiedzieć się już z najbliższego vloga.

Tymczasem rzućmy okiem na kilka wybranych pozycji od zeszłorocznych debiutantów. Mowa w tym miejscu o Green Head Brewery, który to browar wyrósł na zgliszczach browaru Kadyk. Jedziemy!

Green Shot (Tropical Frutit Ale)

Po tym piwie nie spodziewałem się wiele. Ot lekki ale z dodatkami, więc cóż tu mnie może zaskoczyć? I faktycznie nie jest to trunek, jaki powali nas na kolana. Aromat mango i żywicy fajnie współgra z wyraźną bazą słodową, a lekko kwaskowa marakuja mocno podbija rześkość w Green Shot’cie. Piwo jest bardzo pijalne, z lekko zaznaczoną goryczką oraz z zaskakująco pełnym ciałem jak na 11,5° BLG. Ot przyjemna rzecz, bez cmokania, ale i bez wad. Pod meczyk idealne.

 

Green Part (Hazy APA)

Ooooo Panie, ależ to piwo pachnie! Niby „zwykłe” APA, ale co to się tutaj wyprawia, to ja nawet nie. Typowo chmielowy aromat granulatu, który uwielbiam, pięknie komponuje się z konkretną owocowością pomarańczy i grejpfrutów. Aromat jest tak „soczysty”, że ślinianki od strzału podwajają obroty. Cytrusy mamy też w smaku, co z lekką żywicznością i ziołowością chmielu daje rewelacyjny efekt. Umiarkowana goryczka, lecąca w stronę wysokiej i ten chmielowy przepych zwyczajnie mnie rozbroiły. A skoro tutaj tyle się dzieje, to co będzie w IPA?

 

Green Experiment (Hazy IPA)

No więc jak to z tym India Pale Ale od Green Headów będzie, skoro APA tak chmielem rozdała? Aromat jest ok. Cytryna, grejpfrut, trochę żywicy, ale jednak jest mniej intensywnie, iż w Green Party. Przyjemnie, miło, fajnie, ale poczułem się tak, jakby mi ktoś etykiety podmienił. W końcu to IPA powinna być bardziej chmielowa, prawda? W smaku Green Experminet daje radę. Mimo sporej wytrawności ciała jest dość sporo i za to duży plus. Są cytrusy, jest niezła goryczka i ogólnie mamy tutaj kawał porządnego piwa, jednakowoż degustowane zaraz po AP-ie wypada nieco słabiej.

 

Green Invasion (American IPA)

I w końcu „last, but not least” – American IPA! Tylko czy aby na pewno „not least”? OK, jak na amerykańca przystało mamy tutaj w zapachu trochę owoców egzotycznych, fajną biszkoptowość i szczyptę cytrusów. Faktura Invasiona jest całkiem gładka, w smaku owocowość jest odpowiednio zaznaczona, goryczki odmówić mu nie można, ale… No właśnie jest jedno, konkretne „ale”. Utlenienie. W aromacie czuć wyraźnie lekko słodkie i mdłe akordy, które także można wyczuć po kilku łykach. Green Invasion to najsłabsze piwo z całej czwórki, gdzie charakter chmielu zatracił się gdzieś w zbytnim utlenieniu się piwa. Szkoda, bo potencjał jest.

Szybki Strzał – Odc. 17

Dwanaście miesięcy minęło jak z bicza strzelił. I tak oto znowu szykujemy się do świętowania nadejścia Nowego Roku; jedni robią postanowienia noworoczne, inni podsumowują te ostatnie 365 dni, a ja stwierdziłem że 2018-ty zakończę szybką recenzją trzech piw, jakie całkiem niedawno wpadły w moje ręce. Na prywatną i osobistą rewizję minionego roku jeszcze przyjdzie czas, bo teraz, proszę Państwa, pora szykować się na bal! A na balu może wychylicie toast jednym z poniżej opisanych piw?

Nook – Tea Time (Earl Grey IPA)

Browar Nook to świeżynka na polskiej scenie piwnego kraftu. Ci kontraktowcy, o ile mój reaserch nie kłamie, mają na swoim koncie 5 różnych piw, co w mojej ocenie jest wynikiem całkiem dobrym, jak na początkujący team. Pod swoją lupę postanowiłem wziąć ich interpretację IPA z herbatą Earl Grey. Jako fan Panakei po prostu lubię połączenie aromatu bergamotki z solidną goryczką i cytrusami. Zapach Tea Time’a od razu odsłania karty i bez najmniejszych wątpliwości możemy wyczuć w nim rzeczone tematy herbaciane. Do tego szczypta pomarańczy, lekka żywiczność oraz landrynkowa słodycz. Kompozycja aromatyczna jest tutaj całkiem zgrabna, ale zdradza to, czego ja staram się jednak w tego typu piwach unikać. Słodycz, bo o niej mowa, o ile pojawia się w „ajpiejach” powinna być skontrowana solidną goryczką. I właśnie tejże goryczki w tym trunku mi brakuje. OK, wrażenie konsumpcji lekko osłodzonego, mocnego Earl Grey’a z dodatkiem pomarańczy jest w porządku i pewnie znajdzie się wielu, którym takie podejście zasmakuje, jednakowoż ja do tej grupy się nie zaliczam. Zabrakło mi w Tea Time’ie balansu, bo ogólnie jest to piwo całkiem przyjemne, pozbawione ewidentnych wad, ale wypłukane również z odpowiednio dobranej goryczy. No cóż, może w kolejnej warce?

PS
Minus za brak informacji na kontr-etykiecie o miejscu warzenia 😉

 

Mikkeller – Hazeside IPA (DDH IPA)

Browaru Mikkeller większości beer geeków przedstawiać raczej nie trzeba, więc w tym przypadku skupmy się stricte na zawartości butelki. A jest nią świeżutkie DDH IPA Hazeside. Przyznam szczerze – do skrótu DDH mam lekko ambiwalentny stosunek. Z jednej strony mam świadomość, iż podwójne chmielenie na zimno „robi robotę”; z drugiej zaś wiem, że piwowarzy stosowali tę metodę już wcześniej, bez zbędnego epatowania tymże w nazwach i na etykietach. Marketing odstawmy jednak na bok i zerknijmy, czym nasz nos raczony jest przez opisywaną tutaj pozycję Duńczyków. Na pewno nie można odmówić jej soczystości, podbijanej cytrynowo-pomarańczowymi akordami. Jednakowoż całość nie jest aż tak intensywna, jakbym się mógł tego spodziewać. W smaku Hazeside dość wyraźnie odwzorowuje swój aromat, oplatając go dodatkowo umiarkowaną, niezbyt nachalną goryczką. Duży plus za przyjemnie pełne i gładkie ciało, co zdecydowanie podwyższa przyjemność degustacji. Tylko czy w dobie skomasowanego ataku „de-de-haczy” Mikkeller czymś się wyróżnia? Otóż nie, a dodatkowo na polskim rynku z palcem w nosie znajdę kilka pozycji co najmniej tak dobrych, jak opisywany trunek. Jest smacznie, solidnie i przyjemnie. Tylko tyle i aż tyle.

 

Hopick – Vankka (New England SH IPA)

Na koniec kolejny beniaminek w tym zestawieniu, czyli Browar Hopick. Muszę przyznać, iż ta śląska załoga nie miała szczęścia przy starcie. Pierwsze ich piwo poszło w kanał, nie spełniając wymagań piwowara. Kolejne, na jakie trafiłem okazało się zakażone dzikusami (wariant butelkowy) i uciekało z butelki z prędkością mknącego TGV. A jak wyszło z Vankką? Ten single hop, przygotowany w oparciu o jeszcze mało znany w Polsce chmiel Pekko w mojej ocenie spełnia pokrywane w nim nadzieje. Po pierwsze doskonale pachnie. Mamy tutaj wyraźne nuty mango, ananasa i cytryn, którym przygrywają akordy żywicy i ziołowość chmielu. Oj często wsadzałem swój wścibski nochal w szkło, aby delektować się tym aromatem. Z kolei w smaku prym wiodą tropiki, otulone subtelną goryczą. I byłoby idealnie, gdyby nie lekkie przegazowanie. OK, trochę drapie w przełyk, ale wystarczy kilka razy solidnie zakręcić szkłem, aby poczuć fajną i przyjemnie gładką fakturę trunku. Jak tylko browar dopracuje ten drobiazg, to otrzymamy piwo na światowym poziomie. Niemniej już teraz chylę czoła.

Chmielobrody kontra Frela

Frela to po śląsku dziewczyna. Od pewnego czasu taką nazwę nosi również szkło degustacyjne, zaprojektowane przez Bartka Lenarda i Wojtka Biegusa. W świecie polskich beer geeków znalazło już ono spory poklask, a popyt na te „ślicznotki” zdecydowanie przewyższa podaż. Zatem jakie plany ma ekipa Freli na przyszłość? Dlaczego nie chcą podbić wszechświata swoim pomysłem? I w końcu jakie piwo do degustacji wybiorą chłopaki? O tym wszystkim w dzisiejszym odcinku „Chmielobrodego kontra”.

Grodziskie w natarciu, czyli finał Viking Malt Brewmaster Challange 2018

Viking Malt Brewmaster Challange 2018 przeszedł do historii. Konkurs, który rozpoczął się w zasadzie kilka miesięcy temu w końcu znalazł swoje rozstrzygnięcie, kiedy to kapituła oraz zebrana publiczność oceniła cztery uwarzone we wrześniu piwa przez załogi, składające się z piwowarów zawodowych, domowych i blogerów. O tym, jak wyglądało samo warzenie mogliście poczytać TUTAJ, niemniej gwoli formalności warto przypomnieć sobie składy oraz poznać zwycięzców. Drużyny prezentowały się następująco:

CZERWONI:
Darek Piecuch
Mateusz Waszczuk
Michał Janiak
Dominik Połeć

BIALI:
Krzysztof Juszczak
Małgorzata Węgierska
Przemek Iwanek
Marcin Lichtarski

SZARZY:
Jakub Piesio
Magda Bergmann
Hubert Krech
Piotr Pszczółkowski

CZARNI:
Tomasz Michalski
Łukasz Szynkiewicz
Artur Kaleta
Moja skromna osoba

I teraz będzie bez ceregieli. Zacznę może od piwa, jakie wyszło spod rąk mojej drużyny, a wyszło fatalnie. Serio, nie ma się co szczypać, bo kto pił, ten wie. Nie dość, że wdało nam się zakażenie brettami, to jeszcze w piwie ściągająca i łodygowa gorycz przekraczała granice zdrowego rozsądku. A w trunku, które miało być wariacją na temat grodzisza takie rzeczy dziać się nie powinny. OK, gdybyśmy celowali w tę dzikość, to jeszcze można byłoby dyskutować, ale rzecz była niezamierzona. Planowaliśmy po prostu wędzone, kwaśne grodziskie z akcentami jaśminu i malin. Trudno, nie wyszło. Mimo wszystko z godnością i z uśmiechem na ustach zajęliśmy czwarte miejsce.

Drużyna czarnych

„Brązowy medal” wpadł w łapy drużyny szarych. W ich wypadku drożdże nie dały sobie rady z potężnym jak na ten styl ekstraktem, wynoszącym 24° BLG. Co prawda wędzonka była nieźle wyczuwalna, ale całość wyszła za słodka i nieco mdła. Mimo wszystko ekipa pod wodzą Jakuba Piesia i tak wypadła o wiele lepiej, niż moja załoga. Chylę czoła!

Drugie miejsce zajęli czerwoni ze swoim „klitoriańskim grodziskim”. Nie ma co gadać – barwa w tym piwie wyszła arcy-ciekawa – no bo serio, piliście kiedyś ciemnoniebieskiego grodzisza? Jedynie wędzonka została zdominowana przez dodatek klitorii ternateńskiej, odpowiedzialnej właśnie za kolor piwa. Najważniejsze, iż było ono całkiem przyjemne i niezwykle pijalne.

Złoto i główna nagroda przypadła drużynie, dowodzonej przez Krzysztofa Juszczaka. I tutaj bez włażenia w cztery litery i z ręką na sercu muszę przyznać, iż piwo białych było po prostu idealne (sam na nie głosowałem 😉 ). Lekkie, zwiewne, przyjemnie wędzone i lekko owocowe, co zawdzięcza dodatkowi… bodaj soku jabłkowego. Pierwsze miejsce zdecydowanie zasłużone, bo swoim piwem biali przebili pozostałych i to z niesamowitą przewagą. Chapeau bas i ukłony do samej ziemi.

Zwycięzcy Viking Malt Brewmaster Challange 2018

Tak głosowała kapituła konkursu, a głosowanie publiczności zdało się potwierdzać ten stan rzeczy. I teraz rzecz najważniejsza. Zwycięskie piwo zostanie uwarzone w Browarze Jan Olbracht i trafi na rynek. Cały dochód ze sprzedaży tegoż trunku zostanie przeznaczony na pomoc i rehabilitację jednego z członków załogi Olbrachta, który niedawno uległ wypadkowi drogowemu. Szacunek, proszę Państwa, za takie podejście do tematu!

Kilka słów należy się także samej imprezie finałowej, zorganizowanej w warszawskim The Taps. Klub, chociaż z zewnątrz niby niezbyt pokaźny okazał się idealnym miejscem na tego typu event. Duża sala główna, możliwość wyświetlenia filmu, podsumowującego warzenie i wreszcie świetny „VIP Room”, w którym Jarecki częstował gości swoimi smakołykami (czekoladowy pudding z Creazy Mike’iem palce lizać!), a co jakiś czas na stołach pojawiała się wyśmienita pizza, przygotowywana przez ekipę The Taps. Na szesnastu kranach wybór był dość ciekawy. Tego wieczoru w moją pamięć zapadła Bobrokracja z Rzeki Piwa (i w kooperacji z Chmielokracją), świetny porter angielski z Browaru Wbrew, Manolo z Dwóch Braci czy Barlow Sorbus z Kormorana (ta jarzębina robi tutaj robotę jak ta lala). Gwoździem do trum… znaczy się wisienką na torcie został zdecydowanie i bezapelacyjnie Kord leżakowany w beczce po rumie. Pamiętajcie – pół litra tego trunku, spożywane z masywnego shakera to zawsze pomysł godny i mądry! Szczególnie kiedy jest to ostatnia beczka tak szlachetnego trunku w kraju.

od lewej: Przemysław Czarnik, Ziemowit Fałat, dr Andrzej Sadownik

Najważniejsi jak zwykle okazali się ludzie. Naprawdę jest mi niezwykle miło, że mogłem brać udział w takim wydarzeniu. Atmosfera to był jakiś kosmos. Wszyscy uśmiechnięci, życzliwi i z odpowiednim nastawieniem. Nie było żadnej spiny, szyderczych komentarzy czy walki na pięści. To pokazuje, iż piwowarstwo w każdym jego aspekcie – czy zawodowym, czy domowym – to po prostu rzecz godna. Szczerze – to właśnie Viking Malt Brewmaster Challange postawił kropkę nad „i” w kwestii mojego osobistego piwowarzenia. I chociaż nie jest to jeszcze warzenie na skalę, o której marzę, tak dajcie mi tylko skończyć remont i przeprowadzkę, a ja Wam wszystkim jeszcze pokażę (wink, wink 😉 )! Dzięki Viking Malt! Dzięki PSPD! Dzięki Browamator i Fermentum Mobile! Dzięki Polish Hops! I w końcu dzięki wszystkim uczestnikom – to było jedno z najlepszych przeżyć i doświadczeń w moim życiu. Wasze zdrowie!

—> PEŁNA FOTORELACJA – KLIKNIJ TUTAJ!!! <—

Chmielobrody kontra Browar Brodacz

Browar Brodacz to marka mocno rozpoznawalna na rynku piw kraftowych. Jego założyciel – Tomasz Brzostowski – od początku istnienia Brodacza działał wszelkimi sposobami, aby ta nazwa zapadła w pamięć. I chociaż nie zawsze wychodziło to zgodnie z zamierzeniami, tak teraz Brodacz nabrał chyba wiatru w żagle. I właśnie o tych wiatrach, o największej liczbie polskich, piwnych premier w tym roku i o tym, dlaczego Tomek zgolił brodę porozmawiamy w kolejnym odcinku z cyklu „Chmielobrody kontra…”

Szybki Strzał – Odc. 16

Miesiące i tygodnie mijają, a na półkach sklepowych nowych pozycji kraftowych nie brakuje. I chociaż w dzisiejszym zestawieniu pojawią się piwa, okupujące już jakiś czas rynek piw rzemieślniczych, tak jeśli na nie traficie, to można zakupy przemyśleć – głównie z racji stylów, w których ultra świeżość nie jest mocno wymagana. No może poza pilsem, ale to już inna historia. Jadziem!

Szpunt – Supernova (peated pils with smoked plum)

Ci z Was, którzy uważnie śledzą moje poczynania zapewne wiedzą, iż jestem fanem piw wędzonych. Uwielbiam też solidne pilsy, a połączenie obu to już dla mnie ambrozja i miód na serce. Oczywiście o ile ktoś, gdzieś, czegoś po drodze nie spartaczy. Na szczęście w przypadku Browaru Szpunt jestem zazwyczaj spokojny o formę ich piw. Nie inaczej jest w przypadku Supernovej. Ten doskonały pils od razu atakuje nasz nos przyjemną, ogniskową wędzonką, co w połączeniu z aromatem śliwek daje naprawdę przyjemny efekt. Profil słodowy nie ucieka w krzaki, tylko dumnie stoi wespół z torfowo-owocową zgrają. Całość jest bardzo rześka, niezwykle pijalna i przyjemnie goryczkowa. W mojej ocenie to najlepszy, torfowy pils, jakiego miałem okazję pić. A umówmy się – konkurencję ma srogą 😉

 

Stu Mostów – Imperial Stout Nitro

Swego czasu Browaru Stu Mostów miał u mnie dość niskie notowania. Wypuszczali przeciętne piwa, a i mocniejsze wpadki się zdarzały. Na szczęście tę historię chyba możemy powoli włożyć między bajki, czego potwierdzeniem będzie Imperial Stout Nitro. Po pierwsze piwo po prostu doskonale pachnie – są orzechy, jest czekolada, subtelna nutka wanilii i paloność oraz absolutny brak alkoholu. Smak też trzyma poziom. Mleczno-czekoladowe akordy świetnie współgrają z genialną gładkością i pełnią trunku. Na finiszu pojawia się klasowe espresso, kojarzące się z najlepszymi, włoskimi kawiarniami (w których nigdy nie byłem, ale widziałem na zdjęciach i czytałem w internetach, wink, wink 😉 ). Tylko ten alkohol ciut zbyt mocno gryzł mnie w przełyk, ale kto wie – może się poukłada? W każdym razie piwo to po prostu solidny RIS, w którym azot robi genialną robotę. Zresztą zobaczcie sami:

 

Profesja – Pirat (Baltic Porter Porto Barrel Aged)

Podstawki profesyjnego Pirata miałem okazję kosztować na jednym z katowickich festiwali. Wtedy wypadł całkiem przyzwoicie, więc mocno zaciekawiły mnie warianty BA, których mamy aż trzy. Na pierwszy ogień poleciał trunek, leżakowany w beczce po Porto. Czekolada, kwaskowe nuty winne i czerwone owoce to aromaty całkiem przyjemne, aczkolwiek nie do końca ta kompozycja zapachowa trafiła w mój gust. W skrócie – jest ok, ale bez szału. Czas spędzony w beczce po winiaku dość mocno też piwo uwytrawnił i podniósł jego cierpkość. W połączeniu z czekoladą i orzechami daje to interesujące połączenie, ale chyba spodziewałem się czegoś bardziej tęgiego. Pirat po Porto z pewnością znajdzie swoich wielbicieli, ale ja do tej załogi raczej się nie zaciągnę.