Chmielobrody kontra… Browar Komitet

Po bardzo intensywnym weekendzie na Poznańskich Targach Piwnych, z których relacja niebawem, pora na kolejny odcinek „Chmielobrodego kontra…”. Tym razem przechodzimy na kraftową stronę mocy, gdyż moimi gośćmi byli Gosia i Marcin Wireccy z Browaru Komitet. M. in. o tym, czy łatwo prowadzi się browar jako małżeństwo oraz jak zrobić peeleing dłoni z wykorzystaniem cytrusów dowiecie się z filmu poniżej:

Reklamy

Domowe warzenie po Kozacku. Czy raczej po Kozakovsku!

Lubię niespodzianki. A właśnie do tego typu kategorii należało zaproszenie, jakie wpadło na moją skrzynkę fejsbukową od browaru domowego Kozakov Brewery. Krótko – ekipa zorganizowała mały panel degustacyjny swoich piw i chcieli poznać również moje zdanie o ich wyrobach. Zaproszenie przyjąłem w zasadzie bez większego zastanawiania się, gdyż miałem okazję próbować wcześniej ich konceptów, a wspomnienia jakie po sobie zostawiły należą raczej do tych pozytywnych. Całość odbyła się w katowickiej Białej Małpie, za co wielkie ukłony. Ja natomiast musiałem zmierzyć się aż z ośmioma piwami, z czego zdecydowana większość przekraczała magiczną granicę 20° BLG. Na szczęście na placu boju nie stanąłem samotnie, więc o swój stan byłem spokojny. Natomiast plany na „szybkie degu i do domu” musiałem mocno zweryfikować. Czy było warto?

Lime Citra Sour

Wystartowaliśmy od kwaśnego, cytrynowego… radlerka. Bo takie skojarzenia automatycznie pojawiły się po kilku łykach. Oczywiście nie należy tutaj przywoływać konotacji z wielkokoncernowymi popłuczynami. Co to, to nie! OK, być może piwo nie powalało, ale skórka z cytryny zrobiła robotę, przez co była wyczuwalna zarówno w smaku, jak i w aromacie. Odrobinę zbyt wysoki poziom laktozy nieco drażnił nos, ale kwaśność trunku całkiem nieźle to wrażenie kontrowała. W całości zabrakło mi nieco podbudowy słodowej, przez co Lime Citra Sour jawiła się jeszcze smuklejszą, niż była w rzeczywistości. 5.5/10

Chokeberry Berliner Weisse

Wygląd kolejnej pozycji zupełnie nie przypominał piwa. I fajnie, bo lubię tak prezentujące się kwasy. Kolejną ciekawostką były użyte w tym Berlinerze owoce. Mowa tutaj o aronii, której w zasadzie nigdy nie miałem możliwości spróbować „na żywca”. Cóż wniosła ona do piwa? Z pewnością bardzo wyraźną cierpkość. Aż podniebienie ściągało przy kolejnych łykach. Na szczęście to uczucie nie przykryło wyraźnie owocowego charakteru piwa, co w połączeniu z delikatną kwaśnością i doskonałą, gładką fakturą trunku powodowało szybkie opróżnianie szkła. Fajny balans i świetnie wyczuwalna aronia zrobiły robotę w tym Berlinerze. 7/10

Imperial Whisky Brown Porter

Od tego miejsca degustacja nabrała rumieńców. Już od pierwszych pociągnięć nosem nad szkłem z kolejnym piwem można było wyczuć przyjemny charakter płatków dębowych. Do tego subtelna torfowość, czekolada, orzechy i delikatna „mała czarna”. Zapachowo kompozycja całkiem udana. Zresztą w smaku nie było gorzej. Szczególnie iż torfowość zwiększyła obroty, wychodząc na pierwszy plan. Pozostałe akcenty na szczęście nie zostały przez nią zdominowane. Ta propozycja Kozakova mogłaby być co prawda nieco bardziej goryczkowa, co z pewnością lepiej kontrowałoby słodycz piwa, ale to już jest tylko moje czepialstwo. Zwłaszcza że ten drobny fakt szybko odchodzi w niepamięć przy doskonałym, kawowym finiszu. 8/10

Oak Aged Barley Wine

Jeśli miałbym podać kiedykolwiek wzór poprawnego Barley Wine’a, to mógłby nim być właśnie ten, serwowany przez Browar Kozakov. Są figi, są rodzynki, czuć estry, a sam trunek jest wyraźnie słodki, pełny i umiarkowanie goryczkowy. OK, alkohol powinien zostać nieco skrzętniej ukryty, przez co gorycz nabrała nieco szorstkiego charakteru, ale i tak jest bardzo przyzwoicie. 7/10

Smoked Plum Barley Wine

A co się stanie, kiedy do całkiem udanego Barley Wine’a dodamy za dużo suszonych śliwek? Po pierwsze po aromacie nie będziemy spodziewali się tego, co nas czeka dalej. Ot przyjemnie śliwkowe nuty, przypominające mi te z Imperium Prunum, ładnie korespondują z akordami fig i rodzynek. Po drugie w smaku dostaniemy po prostu kompot z suszu, jaki kojarzony jest z wigilijnym stołem, podkręcony nieco alkoholem. Niby smaczne, niby da się wypić, ale w kategorii piwnej temat został nieco położony. 5/10

Russian Imperial Stout

W sporej opozycji do powyższych wrażeń stanął RIS. No bo kiedy w mojej głowie zapach Imperialnego Stoutu przywołuje w pamięci aromat świeżo gniecionego ciasta drożdżowego, to znaczy że jest dobrze (i nie mam tu na myśli zapachu drożdży sensu stricto). To wszystko w towarzystwie kawy, pralin i delikatnego, likierowego alkoholu. Smak też jest niczego sobie. Mamy tutaj do czynienia z czekoladą, orzechami i kawą, co w połączeniu z głębią trunku, jego słodyczą i konkretną oraz wyraźną goryczą dają całkiem przyjemne doznania. Natomiast po raz kolejny alkohol został nieco zbyt słabo ukryty. Mimo to piwo jest warte uwagi.  8/10

Rye RIS

Jako fan żyta od razu wiedziałem, czego się spodziewać i dokładnie to dostałem. Mam tu na myśli niezwykłą gęstość piwa, zbliżoną do oleju silnikowego. Dzięki temu wrażenia smakowe, opisane powyżej jeszcze mocniej się uwypukliły. Niestety aromat w tej propozycji Browaru Kozakov w stosunku do poprzedniej został nieco „uszczuplony”. Reszta po prostu się zgadza. 8/10

Sextupel

Z tym piwem miałem do czynienia wcześniej i wiedziałem, czego powinien się spodziewać. Aromat iście szampański, pięknie łączył się z wyraźnymi fenolami oraz gumą balonową i likierowym alkoholem. Gęste, gładkie i pełne ciało Sextupla uzupełnił smak rodzynek oraz wyraźnie zaznaczonej podbudowy słodowej. Gdyby jeszcze całość była dosłownie odrobinę bardziej nasycona CO2, to mielibyśmy już po prostu sztos. 8/10

Jak widać na powyższych notach forma domowego browaru Kozakov jest całkiem niczego sobie. Dodatkowo duma mnie rozpiera, że ekipa stacjonuje w Katowicach, gdyż to już kolejny, poznany przeze mnie osobiście browar domowy z mego rodzinnego miasta, trzymający tak wysoki poziom (pozdro Hołda Chmielu!). A Wy wypatrujcie Kozakov’ów w nadchodzącej odsłonie Beer Cup Kato – będzie to idealna okazja aby spróbować ich piw, do czego zachęcam, polecam i w ogóle dopinguję.

Wywody Chmielobrodego – cz. 8

Gdzie moje piwo, do czorta!

Nie wiem, jak u Was, ale kiedy ja zacząłem mocniej interesować się tym, skąd w mocno goryczkowym piwie pojawiają się aromaty cytrusowe i jak to jest, że piwo może smakować zupełnie inaczej, niż zwykłe, pospolite jasne pełne, to mały krokami począłem zapoznawać się z materiałami, jakie były wówczas dostępne w necie. Co raz częściej odwiedzałem sklepy z Kraftem, próbowałem większej ilości nowych propozycji rzemieślniczych i wyrabiałem sobie powoli zdanie o poszczególnych browarach i ich produktach. W mojej opinii na tym etapie kończy się zgłębianie tajników tajemnej wiedzy kraftowej u większości z kraftopijców. Ba, jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że część z tej grupy jest niezbyt zainteresowana poznaniem nawet podstawowych szczegółów, dotyczących procesu warzenia piwa. I nie ma w tym absolutnie nic złego. Taki odbiorca, nazwijmy go przysłowiowym Kowalskim, po prostu cieszy się smakiem dobrego piwa, bez zbędnych ochów i achów oraz być może bez zbędnej dla niego wiedzy. Będąc na tym etapie, często wkurzałem się na sklepy czy browary na brak danego piwa na półce. No bo jak to nie ma Bruce’a z Browaru Solipiwko? Jak to nie ma? To co ja teraz mam pić, skoro miałem ochotę na Bruce’a? Tyskie zawsze jest przecież, a tego nie ma? I właśnie w tym miejscu wchodzę ja, cały na biało i postaram się w skrócie wyjaśnić, co jest powodem takiej sytuacji.

 

Po pierwsze – żelazne pozycje

Zdecydowana większość browarów rzemieślniczych ma w swojej ofercie tzw. żelazne pozycje, które wracają regularnie na półki sklepowe i są wizytówką danej ekipy. Przykłady? Proszę bardzo. Pinta i Atak Chmielu czy Modern Drinking; Brokreacja i ich Lumberjack lub The Fighter; Browar Jan Olbracht ze swoją Śmietanką i Piernikowym Fochem; Zakładowy wraz z Bramą Wjazdową oraz Produktem Wzorcowym. Można by tak wymieniać jeszcze długo, ale nie w tym rzecz. Ważne jest to, że tego typu piwa warzone są regularnie i zamysłem browarów jest ich stała obecność w sklepach, pubach i restauracjach. Trzeba jednak pamiętać, iż moce produkcyjne rzemieślników nijak się mają do tych, drzemiących w wielkich fabrykach piwa, należących do Kompanii Piwowarskiej czy Grupy Żywiec. W skrócie – browar kraftowy (czy to kontraktowy czy „fizyczny”) nie jest w stanie uwarzyć tyle piwa, ile produkuje np. browar w Tychach. I mowa tutaj w zasadzie o przepaści. Dodatkowo nie samymi żelaznymi pozycjami żyje browarnik, ale o tym za chwilę. Konkluzja jest prosta: popyt na dany produkt często przewyższa jego podaż, a ograniczone moce produkcyjne nie zawsze są w stanie wyrównać powyższą proporcję. Oczywiście browary nie stoją z rękami założonymi na ramiona, tylko zwiększają swoje możliwości, dzięki czemu łatwiej o stałą obecność żelaznych pozycji na półkach sklepowych. Chociaż i od tej sytuacji mamy wyjątki, o czym za chwilę. Fakt jest jeden – nawet żelazne pozycje potrafią pojawiać się dwa czy trzy razy w roku, co nadal może nie zaspokoić potrzeb naszego Kowalskiego.

Po drugie – piwa specjalne/okazjonalne/jednorazowe/etc.

Jak wiadomo w krafcie ważne jest, aby ciągle coś się działo. Przez to browary, poza swoją żelazną linią piw, wypuszczają wszelkiej maści piwa specjalne, dedykowane konkretnym okolicznościom, w wybranym czasie, miejscu czy w końcu piwa, jakie ujrzą światło dzienne tylko raz. Dlaczego? Bo taki mają pomysł, kaprys, ideę. Powodów może być wiele, a nie o tym jest ten wpis. I tutaj kiedy wspomniany we wstępie Kowalski trafi na piwo, które mu zasmakuje i za pół roku będzie chciał sięgnąć po nie ponownie, to co się wydarzy? Zwyczajnie tego piwa w sklepie może nie znaleźć i Kowalski ze smutkiem zrzuci winę na sklep lub na browar. No chyba że dopyta, a obsługa będzie na tyle ogarnięta, iż omówi z nim powyższy temat. I wierzcie mi – takie sytuacje zdarzają się bardzo często. Ileż razy słyszałem u siebie w sklepie pytania o Imperium Prunum w sierpniu albo o szereg innych pozycji, już dawno nieobecnych na polskim rynku. Wnioski, dotyczące braku piwa z tego kręgu w sklepie nasuwają się same. Nie wspominając o tym, iż część warek lana jest tylko w „beczki”, więc nie wszystko, co w multitapie będzie dostępne w sklepie.

Po trzecie – dystrybucja

Browary nie sprzedają piwa bezpośrednio do sklepu. Wierzcie mi lub nie, ale kiedy planowałem otwarcie sklepu specjalistycznego nie miałem o tym bladego pojęcia, więc pierwsze maile wysyłałem wprost do browaru. A umówmy się – o samym piwie wiedziałem wówczas już całkiem sporo. Dlatego sądzę, iż nasz Kowalski również może tej wiedzy nie posiadać. Jak to działa w praktyce. W skrócie: browar wysyła piwa do hurtowni, a hurtownia przyjmuje zamówienia ze sklepów, multitapów, hoteli i restauracji. W tym miejscu zaczyna się jazda. Niestety hurtownie na swoich magazynach nie zawsze będą miały piwo z browaru X czy Y. Powód? Kiepska sprzedaż wcześniejszego wolumenu, foch na właściciela browaru, pełny magazyn innych piw, mała rozpoznawalność browaru, niewypłacalność hurtowni, słaba forma browaru, krótkie terminy ważności, słaby marketing browaru, itd., itd. Stąd też sytuacja, w jakiej to nie od sklepu zależy czy dane piwo na półce się pojawi czy nie. Proste? No jak droga na Ostrołękę. W takim razie gdzie w tym miejscu pojawia się odpowiedzialność sklepu?

Po czwarte – dostawy i zamówienia

Mogłoby się wydawać, że wobec przedstawionych powyżej faktów od sklepu specjalistycznego/osiedlowego/marketu/etc. zależy już niewiele. Otóż nie tak do końca. Bo to my, właściciele tych przybytków, decydujemy o tym, co finalnie pojawi się na naszych półkach, z wyłączeniem sytuacji opisanych wcześniej. I tak mogę przecież podjąć decyzję, iż browar Z nie ma wjazdu do sklepu, bo jego jakość jest kiepska i nie chcę sprzedawać czegoś, z czego sam będę niezadowolony. W sumie dla mnie to główne kryterium wyboru. Ktoś też może mieć focha na browar i jestem w stanie to zrozumieć. Ja osobiście unikam takich sytuacji, bo jeśli klienci dopytują, to moje wewnętrzne animozje nie mogą mieć wpływu na prowadzenie biznesu. Niemniej jednak o takich sytuacjach słyszałem i jestem w stanie je uszanować. Kolejnym tematem jest termin dostaw. My zazwyczaj nie jeździmy po towar. To hurtownie wysyłają do nas busy z zaopatrzeniem. I o ile każdy dba o regularność, tak czasem komuś może się noga podwinąć. Ale hej – jesteśmy ludźmi i ten się nie myli, co nic nie robi. To niestety czasem prowadzi do sytuacji, w której zwyczajnie na półce może jakiegoś piwa zabraknąć. Pamiętam zresztą jeszcze czasy, kiedy nie miałem własnego sklepu i kilka razy stanąłem przed dość lichym wyborem w sklepie specjalistycznym, bo akurat trafiłem na czas tuż przed dostawą. Miejcie to na uwadze i nie wieszajcie na nas psów, jeśli akurat w jakiś dzień będziemy mieli poniżej 250 rodzajów piwa na sklepie (wink, wink 😉 ).

Po piąte – multitapy

Zupełnie inaczej sytuacja ma się w odniesieniu do multitapów. Pierwszym ich ograniczeniem będzie liczba kranów i możliwość podpięcia konkretnej liczby piw. Drugim będzie pojemność lodówki (o ile takowa w multitapie stoi), jaka nie zwiększy się magicznie, niczym pojemność namiotów w Harrym Potterze. Ktoś powie, iż w tej sytuacji można zwiększyć liczbę kranów, prawda? Ale tutaj stanę okoniem i postukam się w głowę. Dlaczego? Chyba każdy lubi pić świeże i niezepsute piwo. Jeśli do tego dołożymy fakt niepasteryzowania piw lanych, co determinuje ich krótszą trwałość, tak wnioski ponownie nasuną się same. W tym miejscu nie pozdrawiam multitapów z kilkudziesięcioma kranami, bo już nie raz słyszałem historie o kwaśnych piwach, za które obrywało się browarom. O higienie samej instalacji do nalewania nie wspominając.

Po szóste – browary restauracyjne

Zdarzają się też klienci, pytający o dostępność piw z browarów restauracyjnych. Niestety zazwyczaj podaż piwa, warzonego w danym przybytku jest obliczana tak, aby zaspokoić potrzeby klienteli tegoż miejsca. W związku z tym ciężko będzie dostać te piwa w szerszej dystrybucji. Są oczywiście wyjątki od tej reguły, jak np. chorzowski Browar Reden, jednakowoż nie wszystkie ich piwa można odnaleźć w sklepach. A jak można, to w zasadzie tylko w niewielu punktach. Ponownie kłania się tutaj pojęcie podaży.

Mam nadzieję, iż powyższe argumenty trochę rozjaśnią temat tajemniczych braków danego produktu na sklepowych półkach, dzięki czemu jeszcze lepiej zrozumiecie, jak funkcjonuje świat piw rzemieślniczych. Warto też pamiętać o jednym – jeśli akurat nasz ulubiony trunek jest poza zasięgiem, zerknijcie na inne, niepoznane pozycje w tym czy innym stylu. Najcenniejszym doświadczeniem w świecie kraftu jest możliwość poszerzania horyzontów. A wierzcie mi, iż są one baaaardzo rozległe.

 

Fater, kaj my som? Na hołdzie synek, na Hołdzie Chmielu!

Hołda, czyli po polsku hałda – antropogeniczna forma ukształtowania powierzchni ziemi, wysypisko skały płonnej lub stałych odpadów przemysłowych (popiół, żużel) powstających w wyniku eksploatacji kopalin lub przerobu surowców w zakładach przemysłowych wydobycia i przetwórstwa węgla oraz rud metali, a także w zakładach związanych z energetyką.

A czym jest Hołda Chmielu? Pod tą bardzo obrazową nazwą kryje się browar domowy, stworzony przez Artura Lesiaka i Iwonę Gruszkę, mający swoją siedzibę w Katowicach. A jest to, proszę Państwa, browar nie byle jaki! Po pierwsze Artur i Iwona mają na swoim koncie już blisko sto domowych warek. Po drugie właśnie w tym tygodniu uwarzyli swoją drugą warkę na dużym browarze. Pierwszą było wyborne Tornado, powstałe w kooperacji z Cracow Beer Academy i Piwowarownią, a kolejną mogli uwarzyć w Browarze Alternatywa dzięki wygranej w Beer Cup Kato 2017. Po trzecie są laureatami wielu konkursów dla piwowarów domowych, ze zwycięstwem w kategorii Hoppy Sour Ale w tegorocznym Warszawskim Konkursie Piw Domowych na czele. To chyba wystarczy za rekomendację prawda? A jeśli komuś jest mało, to zapraszam na krótki przegląd wybranych piw, autorstwa tej załogi, jakie wpadły w moje ręce (za co bardzo serdecznie razem z Panią Kapitan dziękujemy 🙂 )

Hołda Chmielu – Zmiętolony (Mint Witbier)

Wielkim fanem witbierów nie jestem, a dodatki mięty w piwie często kojarzą mi się z pastą do zębów, więc do tej butelki podchodziłem z dystansem. I bardzo miło się zaskoczyłem, bo Zmiętolony uraczył mnie strasznie przyjemnym zapachem mięty i werbeny. Zaraz obok pojawiły się fajne akordy cytrynowe i szczypta kolendry. Dobrą robotę odwaliły też belgijskie drożdże; wszystko dzięki pojawiającemu się w tle aromatowi brzoskwiń. Z kolei w smaku werbena zamieniła się miejscami z miętą i to ona zagrała tutaj pierwsze skrzypce. Samo piwo ma fajną, subtelnie zaznaczoną słodycz, która nadaje mu przyjemnej pełni. Jest lekko, jest rześko i witbierowo w jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu. 8/10

Hołda Chmielu – Czołg (Hoppy Sour Ale)

Panie i Panowie, co tutaj się dzieję w tym piwie, to ja nawet nie! Serio – na rynku niewiele jest tak aromatycznych piw w tym stylu. Winogrona, biała porzeczka, lekka i zwiewna kwiatowość oraz delikatnie zaznaczona, mosaicowa nafta. To wszystko tutaj jest. Jak dołożymy do tego wszystkiego wyraźną kwaskowość, tak otrzymamy niezwykle złożoną, przyjemną i chmielową bombę zapachową. Białe owoce znajdziemy zresztą zaraz po pierwszym łyku. Kwaśność jest umiarkowana, ale dobrze współgra z charakterem piwa. Krótko – Czołg jest jednym z najlepszych Sourów, jakie piłem. 9/10

Hołda Chmielu – Joker (Quadrupel BA)

Gdy zbierałem z podłogi szczękę po prawym sierpowym, jaki sprzedał mi Czołg, po chwili dostałem repetę, sięgając po Jokera. Ale czemu się tutaj w sumie dziwić, kiedy ze szkła bucha niezwykle przyjemny aromat fig i rodzynek, moczonych w szlachetnym likierze, połączonych z zapachem kokosa? Smak to już czysta poezja, złożona z leśnych owoców i ponownie rodzynek. Całość jest niezwykle pełna, gładka i przyjemnie słodka. Co prawda gorycz w kontrze pochodzi chyba z alkoholu, ale nie jest ona ordynarna i zwyczajnie tutaj pasuje. Ciekawostką jest całkowity brak wysycenia, który totalnie nie przeszkadza. Baaaa, Pani Kapitan nawet tego drobnego faktu nie zauważyła, więc niech to posłuży za wystarczającą rekomendację. Joker jest piwem typowo degustacyjnym, niezwykle złożonym i warto poświęcić mu czas oraz skupienie. Gdyby jeszcze ten alkohol nieco się ukrył, a piwo nabrało ciut wyższego wysycenia, to byłby to trunek idealny. A tak – zasłużone 9/10

Szybki Strzał – Odc. 11

Ostatnio ilość recenzji, jaką chciałbym zamieścić na blogu trochę mnie przerosła. A że wrzucanie tryliarda degustacji na ok 2500 znaków każda co drugi dzień nie jest w mojej opinii dobrym pomysłem, tak też postanowiłem nieco zagęścić kącik „Szybkich Strzałów”. Szczególnie iż jedna z dzisiejszych propozycji faktycznie zasługuje na szybki strzał… w stronę zlewu. No to jedziemy!

Iki beer – Yuzu (Spiced Pale Ale)

Jestem fanem Yuzu w piwie. Kropka. Dlatego też kiedy Pani Kapitan zauważyła to piwo na półce jednego ze sklepów, serwujących spożywkę z każdego zakątku świata, postanowiła sprezentować mi tę skromną buteleczkę. I co też ciekawego kryje w sobie zawartość tegoż flakonika? Przede wszystkim szeroki przekrój przez wady. Po pierwsze – mokry karton. Po drugie – miód. Po trzecie – odrobinę cytrusowości. W smaku nie jest lepiej. W zasadzie to chyba jest gorzej albo przynajmniej tak samo źle. No bo co więcej mogę napisać o cieczy, która w odbiorze przypomina zagotowaną brzeczkę, przepełnioną akcentami mokrego zboża i dosładzaną zwykłym, białym cukrem? Dokładnie tak kojarzy mi się ten specyfik. Do pełni „szczęścia” brakuje jakiegoś kwasu masłowego i merkaptanu, więc w sumie nie jest najgorzej. Jednakowoż nie polecam i odradzam, no chyba że ktoś chce sprawdzić się sensorycznie. Wówczas bardzo proszę. 3/10

 Browar Kuriozum – Sweet Dreams (APA)

Z laktozą w browarnictwie bywa różnie. I o ile pasuje mi ona w piwach ciemnych czy Milkshake’ach, tak nie do końca jestem przekonany do niej w piwach jasnych. A dokładnie taką propozycję serwuje nam Kuriozum w swoich „Słodkich Snach”. I nie wiem, na ile to zasługa laktozy, a na ile innych surowców, ale pierwszy raz spotkałem się z tak wyraźnym aromatem poziomek w American Pale Ale. Do tego subtelna mleczność i delikatna ziołowość. Poziomki pojawiają się również w smaku, a laktoza wyraźnie podbija wrażenie pełni i gładkości. Co prawda po lekkim ogrzaniu pojawia się również niezbyt pasujący tutaj posmak toffi, ale nie przeszkadza on za bardzo. Za to mnie bardzo przeszkadza wysycenie bliskie zeru, dość mocno uszczuplające radość z degustacji. Szkoda, bo byłby punkcik wyżej. 6/10

Browar Golem – Double Dybuk (Imperial Rye Porter)

Podstawowa wersja Dybuka była świetna. A jak wypada jego wersja imperialna? Proszę Państwa, proszę usiąść, bo to piwo zwyczajnie zerwie Wam papę z dachu; pozamiata Wami, niczym Małgorzata Rozenek podłogi na antenie TVNu; rozłoży na łopatki, jak Brewster Gołotę. A konkretnie? Konkretnie to Double Dybuk serwuje nam całe tony rewelacyjnej czekolady, przyjemnych orzechów i kosz, wypełniony czerwonymi owocami. Paloność mamy tutaj ledwie zaznaczoną, czyli jest dla mnie perfekcyjnie w stylu. Do tego niesamowita głębia, gęstość i gładkość, połączona z minimalnym wysyceniem, idealnie dopasowanym do trunku. Daję 9/10 i rezerwuję dychę dla wariantu beczkowego. Bo taki będzie, prawda, prawda, prawdaaaa?

Chmielobrody kontra… (ex)Acid Drinker

Jak zwykł mawiać klasyk: „Nikt nie spodziewał się Hiszpańskiej Inkwizycji!”. Czy tak jest również z odpalanym właśnie dzisiaj video-blogiem Chmielobrodego? Tego nie wiem, ale wiem jedno – ta forma na stałe zagości w tym miejscu, będąc jednocześnie uzupełnieniem pozostałych treści, dostępnych pod adresem www.chmielobrodyblog.pl.

Czego możecie się spodziewać? O tym dowiecie się już na wstępie. A kto będzie moim gościem? Kiedy dwa tygodnie temu spotkałem się z Robertem „Bobbiem” Zembrzyckim nie miałem bladego pojęcia, że rozmawiam w zasadzie z ex-gitarzystą Acid Drinkers, o czym zespół poinformował wczoraj. Jednakowoż sama rozmowa jest jak najbardziej aktualna (Robert odpala właśnie zespół Vane, o czym także we vlogu), stąd też zdecydowałem się nią z Wami podzielić.

Moi Drodzy – zapraszam na pierwszy odcinek z cyklu „Chmielobrody kontra…”:

Dobry Zbeer, Gehenna i randka na hamaku.

Czasami tak bywa, że bardzo chcę wybrać się w jakieś miejsce, które być może nie znajduje się w mojej najbliższej okolicy, ale jednocześnie nie jest tak odległe, żeby nie można było tam dojechać w pół godziny. Niestety bardzo często po drodze pojawiają się jakieś przeszkody. Czasem realne, zazwyczaj wyimaginowane, lecz zawsze skutecznie odkładające wyprawę na odwieczne „następnym razem”. A wiecie, jak to jest z odkładaniem? Rzecz raz odłożona w czasie dalej odkłada się sama. I właśnie tak było z moją wizytą w jednym z najpopularniejszych multi-tapów na Śląsku. „Było”, bo w końcu zebrałem się w sobie i dotarłem do rzeczonego miejsca.

Dobry Zbeer, bo o nim tutaj mowa, mieści się w Gliwicach na ul. Górnych Wałów 30. Bliskość centrum miasta i urokliwego ryneczku jest zdecydowanie mocną stroną tego przybytku. Na szczęście nie jedyną, ale o tym za chwilę. Mnie osobiście zaprawdę dziwi fakt, iż dopiero teraz miałem okazję zobaczyć, co też kryją przepastne piwnice, w jakich mieści się ten multi-tap. Na szczęście w całym przedsięwzięciu pojawiła się załoga Browaru Golem. Chłopaków znam już jakiś czas i zwyczajnie nie mogłem odmówić sobie przybicia piątki i wychylenia kilku szklaneczek piwa w ich towarzystwie. A że akurat w minioną sobotę Golemy przejmowały krany w Dobrym Zbeerze, tak też nareszcie zostałem odpowiednio zdopingowany do ruszenia moich czterech liter z Katowic w stronę zachodzącego słońca.

Z racji tego, że przed wizytą w Gliwicach gościliśmy na premierze piwowarownianego Tornada, na miejsce dotarliśmy przed 22:00 (wliczając w to opóźnienia pociągów – brawo PKP). Z dworca zgarnął nas Kamil Prystapczuk i sprawnie doręczył na miejsce (dzięki Ziom!). Ekipa Golemów już od dłuższego czasu okupowała stołki barowe, więc humory dopisywały dość wyraźnie. Szybkie misiaczki, przybicie piątek i już mogłem zamówić głównego bohatera wieczoru. A przynajmniej dla mnie takowym była Gehenna, leżakowana w beczcie po dziesięcioletnim Laphroaigu. Tak, jestem torf headem, a to piwo zwyczajnie zaspokaja mnie w 100% pod tym kątem. OK, być może nie jest to Imperialny Nafciarz w wersji BA, ale z pewnością Gehenna BA zajmuje drugie miejsce wśród najlepszych piw torfowych, jakie piłem (9/10). Poza tym nie mogłem odmówić sobie po raz kolejny Double Dybuka czy rewelacyjnego Naftali. Co jak co, ale Golemy w piwa potrafią!


Po opróżnieniu szkła przyszła pora na zwiedzanie zakamarków Dobrego Zbeera. Musze przyznać, że pod kątem klimatu jest to jeden z lepszych pubów, w jakich byłem. Surowa cegła na ścianach, delikatnie przyciemnione, ciepłe światło, pięknie wyeksponowana, a jednocześnie dobrze wkomponowana w całość tablica z opisem tego, co aktualnie na kranach oraz jasne drewno. To wszystko naprawdę robi wrażenie. I do tego wszystkiego pokój z hamakami. No kurde, pierwszy raz coś takie zobaczyłem w knajpie i powiem szczerze, że zrobiło to na mnie wrażenie. Wiecie, zabieracie ze sobą swoją drugą połówkę, kupujecie jakiegoś… piwnego cymesa i oddajecie się cudownej degustacji w hamaku. Dla mnie to scenariusz na wymarzoną randkę 😉 A skoro już o cymesach mowa, to tych w Zbeerze nie brakuje. To chyba jedyny multi-tap na Śląsku, w którym znajdziecie tak potężne pociski, że nawet próżno ich szukać w sklepach specjalistycznych. Szocik Barley Wine’a z browaru Samuel Adams? Proszę bardzo. Legendarny Speedway Stout z Alesmith Brewery? Check! Kilka wersji Jesusów z Evil Twin Brewery. Bez problemu. Zaprawdę powiadam Wam – każdy znajdzie w Dobrym Zbeerze coś dla siebie. Nawet Ci najbardziej wybredni hop headzi. Baaa, jeśli lubujecie się w „rudej na myszach”, to także dla Was Zbeer będzie odpowiednim wyborem. Kilkadziesiąt rodzajów whisky ze Szkocji, Irlandii, Japonii, a nawet Indii czeka na Was na miejscu. I czy ja jeszcze musze kogokolwiek przekonywać do tego miejsca? No raczej nie sądzę.

W międzyczasie w moje łapy wjechało Joppejskie w wersji BA, Artur Karpiński (piwowar Browaru Golem – przyp. aut.) poprowadził konkurs z możliwością zgarnięcia pięknego, golemowego szkiełka, a za parę chwil Joppejskie zamieniło się miejscami z genialnym, wiśniowym, domowym kwasem, autorstwa Bartka Dorszewskiego. W skrócie – to był zdecydowanie jeden z najbardziej udanych wieczorów, spędzonych z kraftem w tle, chociaż było o krok od transportowej katastrofy. No bo jak tu wrócić do domu w środku nocy z Dobrego Zbeera? Uberem z Gliwic do Katowic można o tej porze jechać, ale za kwotę całkowicie przekraczającą granicę zdrowego rozsądku. Do tego trzeba mieć fart, żeby ktokolwiek w tej okolicy z Uberowców się zjawił. To może pociąg? Najbliższy śmiga w okolicach 3:00, więc trochę za późno. Albo za wcześnie. Czy jakoś tak. Poza tym każda inna forma komunikacji miejskiej po prostu nie istnieje. Na szczęście na ratunek przybył Dorszu ze swoją żoną Mariolą! Ekipa podrzuciła nas pod same drzwi naszej kamienicy, za co jeszcze raz w tym miejscu bardzo dziękuję.

Dobry Zbeer oraz Browar Golem okazali się wybuchową mieszanką niezwykle pozytywnych doznań. Zarówno klimat knajpy, jak i towarzystwo po prostu zerwało łeb i rozłożyło mnie na łopatki. I nie mam w tym miejscu na myśli kaca, bo rano wstałem w równie dobrym nastroju. A jeśli ktoś z Was jeszcze w tym gliwickim multi-tapie nie był, to pora nadrobić zaległości. Bo tych, którzy gościli na Górnych Wałów 30 przekonywać chyba nie muszę.










Tornado w Absurdalnej

Co raz częstsze inicjatywy, dopuszczające piwowarów domowych ze swoimi pomysłami do warzenia komercyjnego, to moim zdaniem jeden z lepszych pomysłów w polskim krafcie. Po pierwsze co dwóch piwowarów, to nie jeden. Po drugie ten domowy może wnieść pewien powiew świeżości do pomysłów browaru kontraktowego. Po trzecie – taką możliwość zazwyczaj otrzymuje osoba, wyłoniona w drodze wieloetapowych konkursów, więc ze sporą dozą prawdopodobieństwa można rzec, iż jest to persona o wysokich umiejętnościach piwowarskich. I w drodze dokładnie takiego konkursu, jakim jest Cracow Beer Academy jeden z browarów domowych cyklicznie otrzymuje możliwość uwarzenia swej zwycięskiej receptury na zdecydowanie większej warzelni.

I tak mieliśmy już Gąskę Beerbinkę oraz Kawę i Papierosy, z autorską recepturą Tomka Syguły z Browaru Leśniczówka czy Niñę Blancę, uwarzoną w kooperacji z blogiem Dzikie Drożdże. W kolejce na swoją premierę czeka piwo, sygnowane nazwą specjalnej grupy fejsbookowej – Jak Będzie w Piwie?, a obecnie możemy cieszyć się wybornym White IPA, przygotowanym wraz z ekipą Hołdy Chmielu. To ostatnie piwo miało swoją premierę w katowickiej Absurdalnej, gdzie wraz z Panią Kapitan postanowiliśmy się pojawić.

Bardzo cieszy mnie fakt, iż na tej imprezie pojawiło się sporo gości. Domyślam się, że jest to zasługa ściągnięcia fanów nie tylko PiwoWarowni, ale i Hołdy Chmielu, która nota bene pochodzi właśnie z Katowic. Dzięki temu, kiedy na scenie stanęła ekipa obu browarów w towarzystwie Remika (właściciel Absurdalnej – przyp. aut.) oraz współorganizatora konkursu, właścicielu krakowskiego Świata Piwa, można było bez obaw o frekwencję odpalać imprezę.

A jak wypadło samo piwo? Być może wyglądem nie powaliło, ale proszę Państwa, co tutaj się wyprawia w smaku i w aromacie? Na wstępie do wnętrza naszego nosa wpada genialny zapach cytrusów, pięknie korespondujący z kolendrą oraz aromatem… subtelnej pieprzności i brzoskwiń. Widać, że belgijskie drożdże zrobiły w Tornadzie solidną robotę. Z kolei pierwsze, co rzuca się w „oczy” po kilku łykach, to niezwykle gładka faktura trunku. Do tego pomarańcze, guma balonowa i wysoka, przyjemna gorycz. Przyznam szczerze, że fanem wszelkiej maści White/Wit IPA nie jestem, a tutaj zakochałem się od pierwszych łyków. Piwo wyszło fantastycznie pijalne i doskonale aromatycznie. Nota – 8.5/10

W trakcie imprezy bez najmniejszych trudności można było zamienić słowo z każdym z piwowarów, dopytać o recepturę czy skosztować domowego pierwowzoru Tornada. Do tego towarzystwo kilku innych piwowarów domowych doprowadziło do sytuacji, w której w moich rękach co chwile pojawiała się piwna próbka umiejętności tej ekipy. Każde próbowane piwo, z fantastycznym RISem na czele naprawdę trzymało bardzo wysoki poziom, ku uciesze mojej i pozostałych zgromadzonych.

Niestety wszystko co dobre szybko się kończy, więc po niecałych dwóch godzinach musieliśmy ewakuować się na pociąg do Gliwic, gdzie czekała na nas ekipa Dobrego Zbeera oraz Browaru Golem. Ale to już temat na inną historię. Samą zaś imprezę w Absurdalnej zaliczam do niezwykle udanych i cieszę się, że udało nam się wpaść chociaż na tę drobną chwilę. Oby więcej takich eventów!

PS
Małe sprostowanie od ekipy Cracow Beer Academy:

„dotychczas tylko wspomniane piwo grupy facebookowej „Jepiwka” powstaje w wyniku konkursu. Pozostałe piwa to po prostu wyróżniające się domowe warki, każdy piwowar może się do nas zgłosić ze swoimi propozycjami, nie trzeba wygrywać konkursu! 

A myślałem, że zrobiłem solidny reaserch 😉





Browar Cameleon – Srebrny (Citrus Gose)

Kiedy na półce sklepowej moim oczom ukazało się nowe piwo Browaru Cameleon od razu zapragnąłem je posiąść. I to nie ze względu na skąd inąd przyjemny styl, jakim jest Gose, a tylko i wyłącznie ze względu na etykietę. Tak, jestem estetą i kupuję oczami. Nic z tym nie zrobię – po prostu przepiękna grafika, ozdobiona błyszczącą, srebrną czcionką pochłonęła mnie w całości. Tylko czy zawartość butelki zasługuje na tak fantastyczną oprawę? Poprzednie piwa Cameleonów pozwalały sądzić, iż powinno być co najmniej przyzwoicie, więc czy tutaj poziom został utrzymany? Sprawdźmy.

Pierwsze, co automatycznie przykuwa uwagę, to bardzo wyraźny aromat trawy cytrynowej. Nie musiałem w zasadzie zerkać na etykietę i dodatki, aby sprawdzić czy aby mój nos się nie myli. Tego zapachu po prostu nie da się pomylić z niczym innym. Do tego dorzućmy delikatnie kwaskowe akcenty, szczyptę kolendry i tak otrzymamy niezwykle intensywne i przyjemne nuty, pięknie rozpływające się nad szkłem. To idealne preludium od razu zachęciło mnie to wzięcia kilku solidnych łyków, po których przeniosłem się wprost do cytrynowego sadu, skąpanego w rześkiej rosie. Niewysokie wysycenie trunku idealnie dopasowano do stylu, a akordy kwaśne i słone rewelacyjnie dopełniły niezwykle przyjemny smak Srebrnego. I w zasadzie w tym miejscu chciałbym skończyć powyższy opis, lecz niestety pojawia się tutaj łyżka dziegciu. Mam na myśli dość wyraźną, cierpką gorycz, kojarzącą się z albedo cytryny czy innego cytrusa. Z pewnością przeżyliście ten moment, kiedy gorzka skórka owocu muśnie nasze kubki smakowe. Bo dokładnie takie uczucie pojawia się przy kolejnych łykach. Na szczęście jest to drobiazg i nie odbiera on radości z degustacji.

Ekipa Browaru Cameleon posiada już w swoim portfolio niemałą kolekcję piw, z których każde trzyma wyraźnie wysoki poziom. I jak widać pomysłów tej załodze nie brakuje, czego potwierdzeniem jest Srebrny. OK, być może Gose nie jest stylem odkrywczym i przełamującym kolejne bariery piwnego kraftu, ale jest on zdecydowanie miłą odskocznią od całej maści IPA, okupujących sklepowe półki. Ja osobiście do tego piwa zapewne wrócę nie raz, pomimo tej specyficznej goryczki, za którą odejmuję jeden punkt z finalnej noty. 7.5/10

PS

W roli szkła degustacyjnego Sztoser vel. Betoniara – dalej nie rozumiem, dlaczego ten kieliszek tak mi się podoba 😀