Chmielobrody testuje – Sultana od Dwóch Braci

Nie wszystkie chmiele dostępne na rynku zajmują należne im miejsce. Dlatego też browar Dwóch Braci wraz z ekipą HOPit postanowili sprawdzić, jak wypadną te mniej popularne odmiany. Na pierwszy ogień leci Sultana, czyli pierwsze piwo z cyklu Global Hops:

Chmielobrody testuje – Alternatywne RISy

Międzynarodowy dzień stoutu to idealna okazja, aby sięgnąć po jakiegoś solidnego RISa. Czy w związku z tym dwa pierwsze russian imperial stouty w wariancie podstawowym oraz leżakowanym w beczce po bourbonie z browaru Alternatywa wyczerpią definicję solidności tegoż stylu? Hmmmmmm, sprawdźmy!

Jestem atencyjną kur*ą!

Tak, jestem atencyjną kur*ą! Nie wstydzę się tego, mam tego pełną świadomość i zdaję sobie sprawę z konsekwencji, jakie taka postawa ze sobą niesie. Lubię być w centrum uwagi, doceniam jak ktoś nieznajomy mnie poznaje i chce sobie ze mną zrobić fotę. Czerpię przyjemność z tego, iż jakiś portal/fanpage wrzuci zdjęcie mojego pyska, powoła się na moją opinie czy zacytuje moją wypowiedź, itp., itd. Przy tym nie uważam się za osobnika z krótkim przyrodzeniem. I dosłownie, i w przenośni. Ale czy to oznacza, że na lewo i prawo chwalę się zawartością swoich gaci? No nie koniecznie. Bo tak w zasadzie, to jestem przeciętniakiem i tego również się nie wstydzę. I właściwie po co o tym wszystkim piszę? Otóż kiedy przed kilkoma miesiącami rosyjskie służby (CHE CHE) opanowały komórki poprzez aplikację FaceApp sam z niej skorzystałem i swoje postarzone zdjęcie wrzuciłem na fanpage bloga. Zrobiłem to z kilku mniej lub bardziej istotnych powodów, ale o szczegółach za chwilę.

Na początku warto uświadomić sobie sprawę z tego, że większość osób prowadzących blogi, vlogi czy szafiarskie konta na Instagramie również lubi być w centrum uwagi. Bez tego ciężko wyjść do ludzi; bez firmowania czegoś swoim wizerunkiem bardzo trudno zdobyć szerszą rzeszę odbiorców. A po to m. in. zakładane są tego typu media. Oczywiście motywacja do zostania „szafiarką” może być różna, ale z grubsza chodzi o to, aby albo zaistnieć niczym Kardashianki albo krzewić jakąś myśl, ideę czy koncept. Swoją drogą ktoś mi kiedyś na YouTubie napisał, że dla niego jestem piwną szafiarką bez pasji do tego co robię, stąd nie miejcie mi za złe używania akurat tego szafiarskiego porównania. W każdym razie bez czytających/oglądających wpisy blogerów ich działania nie mają sensu. A nic tak dobrze się nie sprzedaje, jak własny ryj. Wystarczy jak zerknę na swoje posty – zdjęcie z żywą osobą w kadrze zdobywa zazwyczaj o kilkadziesiąt, a czasem nawet i o kilkaset procent większy zasięg od foty samego piwa. Idąc dalej tym tropem można wskazać moje filmy na YouTube. Degustacje klikają się słabo, ale jak już wjedzie wywiad czy wspólna konsumpcja – słupki idą w górę. Tego typu mechanizmów można wymieniać więcej. Dobrze sprzedają się kontrowersyjne tematy (pozdrawiam Order of Yoni), cycki (i znowu macham do tych pozdrowionych sprzed chwili), gry, sprawy śmieszkowe, etc. Bo wiecie, że „merytoryka się nie klika”, prawda? Oczywiście w dużym skrócie, ale ludzi zainteresowanych najnowszym odcinkiem Big Bradera czy poczynaniami bohaterów z „Dlaczego ja?” zawsze będzie więcej od tych, oglądających TVP Kulturę czy Discovery Historię.

I w tym miejscu przechodzimy do meritum i odpowiedzi na zadane na wstępie pytanie – po kiego grzyba wrzuciłem na profil swoją postarzoną facjatę przez FaceAppa? Po pierwsze primo: wiedziałem, że ta fotka „będzie się klikać”. Po drugie primo: wiedziałem, że dzięki temu dotrze do większej liczby osób. Po trzecie primo-ultimo: istnieje duża szansa, że trafi ona do kogoś, kogo trzymane na zdjęciu piwo i tekst zainteresują, i albo zainteresuje się kraftem samym w sobie albo, jeśli się tym kraftem już interesuje, to dołączy do odbiorców moich treści. Być może część z Was pomyśli, że to niemożliwe, tylko jak to jest faktycznie? Okazuje się, iż kilkanaście osób, które kliknęły w jakąś reakcję nie miało fanpage’a w swoich polubieniach. O większym zaangażowaniu wcześniejszych „lajkowiczów” nie wspominam, bo to jest chyba logiczne.

Ktoś może zapytać: „ok, ale po co to wszystko”? I w tym miejscu niech każdy z blogująco-szafiarkująco-vlogujących odpowie sobie na to pytanie sam. Wy też zresztą możecie. Odpowiadając sam za siebie mogę rzec, iż robię to dla realizacji misji, jaką postawiłem sam sobie. Co to za misja? Na to pytanie najpewniej odpowie Wam jeden z najbliższych odcinków Alchemii – podcastu o piwie, w którym stanąłem pod gradobiciem pytań Przemka Iwanka. Co zresztą także nie byłoby możliwe, gdybym nie był atencyjną kur*ą… bo właśnie trochę dzięki temu i Ty, drogi czytelniku, dobrnąłeś do tego miejsca. Twoje zdrowie i nie miej za złe, że czasem pojawią się tu treści, jakich być może się nie spodziewasz. Wszystko po to, aby krzewić tę piwną rewolucję, bo jak to mówił M w „Skyfallu” – lots to be done!

Chmielobrody testuje – Funky Fluid’s India Pale Ales Aftermath

Kiedy kilka osób zgłasza Ci, że z ich piwem jest wszystko ok, a to Ty trafiłeś na kiepską partię, to znaczy że temat trzeba zgłębić. A że akurat miałem pod ręką Michała Langiera z browaru Funky Fluid, wraz z całym ich stoiskiem, tak postanowiłem sprawę wyjaśnić u źródła. Panie i Panowie, przed Wami ponownie na tapet wjeżdża American oraz Australian Hazy IPA, okraszone komentarzem „autora”.

Chmielobrody testuje – Seriously Classic AIPA’s

Miał być test West Coastów w wykonaniu naszych rodzimych browarów, który zresztą czeka już nagrany na edycję, ale skoro na półkach sklepowych pojawiły się dwie kooperacyjne nowości z Pinty i Trzech Kumpli, to… zmieniłem zdanie w sprawie kolejności publikacji. A co, wolno mi 😛

Dlatego też przed Wami, idealnie przy piątku, rzut oka, nosa i… kubków smakowych na Silver Starlighta (East Coast IPA) i Coast Starlighta (West Coast IPA), czyli na klasyczne interpretacje stylu American India Pale Ale.

Aaaaa i degustacja wyjątkowo nagrana jest telefonem komórkowym. Czemu, po co i dlaczego – o tym też w filmie 🙂

One More Beer… Hipsterval???

Przyznam szczerze, że pisanie relacji z tegorocznej, dla mnie pierwszej edycji One More Beer Festivalu to jedna z najtrudniejszych rzeczy, o jakich przyszło mi pisać w tym miejscu. Myślałem że wszystko sobie w głowie jakoś poukładam, ułożę i przemyślę, a słowa same przyjdą. Niestety – not gonna happend. Zamiast tego postanowiłem po prostu usiąść do klawiatury i uwolnić tzw. strumień świadomości, więc jeśli odnajdziecie w tych kilkudziesięciu zdaniach chaos, to wybaczcie – taki mamy klimat.

No właśnie, zacznijmy może od wybaczania i przeprosin, bo ten temat chciałbym mieć jak najszybciej z głowy. Na OMBFie dość mocno dostało się Pracowni Piwa i Spółdzielczemu. Tak po prostu, za piwa, które przywieźli. I o ile rozumiem konstruktywną krytykę w stronę piw nieudanych, tak po ludzku gardzę hejtem, jaki poleciał głównie stronę Pracowni. Rozumiem także, iż płacąc 249 zł za sesję oczekujemy piw wybitnych i pijalnych. Nie rozumiem z kolei braku kultury, którego byłem świadkiem zarówno patrząc na untapptdowe oceny, jaki na komentarze na Jepiwce. I tutaj pojawiły się zarzuty w stronę uczestników OMBFa, że chamstwo, hipsterstwo i nosy zawieszone na kwintę pośród dźwięków cmokających buraków. Czy w związku z tym mieliśmy do czynienia z festiwalem hipsterskich absurdów? Bitch please! OK, pojawiło się kilku klientów, którzy kulturę wypowiedzi zostawili przed wejściem do Forum Wydarzeń, ale ogólnie nie zgodzę się, aby pryzmat tychże tekstów wpłynął na całą „społeczność” OMBFową. Bo ta była po prostu spoko. OK, ludzie wbijający na One More Beera to na pewno grupa wyraźnie określona, być może czasem zbytnio skupiona na swojej komórce i na wbijaniu ocen do Untapptda, ale hej – niecodziennie masz okazję spróbować kilku(nastu) piw, gdzie normalnie musiałbyś wyłożyć kilka stówek za butelkę. Ja co prawda osobiście wolałem fokusować się na ludziach i piwie, zamiast na surfowaniu po androidowej appce do oceniania piwa, ale rozumiem każdego, kto przez chwilę dłuższą lub krótszą siedział z nosem wlepionym w kilkucalowy ekran. A co do Pracowni i Spółdzielczego – przeprosili, uderzyli się w pierś i na tym sprawę zakończmy.

W tym miejscu warto poruszyć temat formuły samego festiwalu, która w mojej ocenie jest niezwykle trafiona. Płacisz raz, pijesz ile chcesz. Na wejściu otrzymujesz kieliszek z cechą na 50 ml i takie też porcje polewane są przez zgromadzonych wolontariuszy i przedstawicieli browarów. 4,5 godziny na sesję to także dobry czas, aby spróbować wszystkiego, niemniej ja miałem z tym mały problem. Tak to jest, kiedy dodatkowo chcesz bawić się w fotografa. W każdym razie to tylko mój problem, jaki mam zamiar zniwelować w przyszłym roku. Tak, na przyszłą edycję również chcę się wybrać, bo w tym roku znalazłem czas tylko na jedną, piątkową sesję, więc i obraz całości, jaki tutaj opisuję, być może nie jest do końca pełny. Natomiast w 2020 zostawiam aparat w domu, aby całkiem oddać się temu klimatowi oraz aby upolować piwa, których przez moje zaangażowanie w blogowanie nie zdążyłem spróbować (chociażby Nilerzzzza 2018 ;__; ).

Czy w związku z tym One More Beer Festival to najlepsza impreza piwna w Polsce? I z odpowiedzią na to pytanie miałem chyba największy problem. Jakie są fakty? Z pewnością patrząc na poziom piw komercyjnych jest to najwyżej zawieszona poprzeczka w naszym kraju. No nie ma lepiej, chociaż idealnie też nie jest, bo kilka słabszych piw trafiłem. W każdym razie pod tym kątem OMBF ora trochę konkurencję w postaci wrocławskiego Beer Geek Madness. Ale co z Festiwalem Piwowarów Domowych? W mojej ocenie poziom piw na tegorocznym FPD był wyższy od tego na I sesji OMBF. I można mi w tym miejscu zarzucić ignorancję oraz bezsensowność porównywania możliwości, jakie mają komercyjne browary, a jakimi dysponują piwowarzy domowi. Zresztą ekipa Golemów już mi to zarzuciła na piątkowym afterparty 😉 Niemniej co to obchodzi zwykłego Kowalskiego? Przecież rzeczony Kowalski może mieć koło nosa powyższy fakt i „co nam Pan zrobisz”? Do tego dochodzi kreatywność stoisk na FPD, przez co całościowo ten event oceniam lepiej. Czy to oznacza, że One More Beer Festival nie jest wart uwagi. Absolutnie jest i każdy, szanujący się beer geek czy hop head przynajmniej raz w życiu powinien w nim wziąć udział. Jednakowoż nie gwarantuję, iż po jednorazowym udziale nie będziecie mieli smaków na więcej. Ja mam i to zdecydowanie.

Na koniec kilka słów o miejscu, w jakim tegoroczny OMBF się odbywał. Z jednej strony mieliśmy PRLowską „boazerię” na ścianach, liche światło i wykładzinę rodem z targów początku lat 90, a z drugiej piękny widok na Wisłę, bulwary oraz Wawel. Powiem szczerze, że jako esteta byłem nieco rozdarty i liczę na to, iż w kolejnych latach obraz ten będzie już bardziej spójny i korzystny, chociaż uczestnicy zeszłorocznych edycji o wiele lepiej oceniają Forum Wydarzeń, niż miejsce sprzed roku czy dwóch. Mając to na uwadze widać progres, czyli nadzieja na jeszcze lepsze miejsce w 2020 roku jest. Za to będę trzymał kciuki.

Natomiast kciuków nie muszę trzymać za organizację, bo ta stała na najwyższym poziomie. Począwszy od szybko rozładowywanych kolejek, przez bezproblemowo dostępną wodę do picia (co niestety nie jest regułą na piwnych festiwalach, a głowa na drugi dzień boli….), płukaczki do szkła, foodtrucki, po sklepik z całą masą butelek i puszek. Good job Pan Grzegorz + ekipa OMBF! Aaaaa, no i dziarkę można było sobie strzelić, chociaż pod wpływem nie polecam takich działań 😉

Bardzo długo zastanawiałem się, jak finalnie ocenić One More Beer Festival. W tym miejscu przychodzi mi do głowy moje pierwsze, kwaśne piwo. Był to Kwas Gamma z Pinty. Po pierwszej szklance totalnie nie miałem pojęcia, o co tutaj chodzi. Nastawiałem się całkowicie odwrotnie do tego, co otrzymałem. Natomiast po drugiej szklance wiedziałem, że chcę więcej! I dokładnie tak jest z OMBF! Oczekiwałem imprezy pokroju Festiwalu Piwowarów Domowych, a otrzymałem produkt inny, ale także niezwykle udany, jaki przyniósł mi sporo radości i satysfakcji. Co tu dużo gadać, po prostu widzimy się w przyszłym roku!

 

–> PEŁNA FOTORELACJA <–