Chorzów, Reden i ryba w panierce

Chorzowski minibrowar Reden to miejsce, jakiego na Śląsku ponoć nie trzeba specjalnie przedstawiać. Większość piwoszy słyszała o tym przybytku, wie że warzy się tam piwo i że kiedyś butelki z tym logo widziane były na sklepowych półkach. No właśnie – tak mniej więcej wygląda obraz tegoż przybytku wśród gawiedzi, a nie jest on zgodny ze status quo. Uporządkujmy zatem fakty:

Fakt numer jeden: minibrowar Reden był starszym, aczkolwiek mniejszym bratem przyrodnim „dużego” browaru Reden, mieszczącego się w Świętochłowicach i bardziej rozpoznawalnego na arenie polskiego kraftu.

Fakt numer dwa: oba browary nie były w żaden sposób powiązane podmiotowo i w zasadzie powinno się traktować je osobno.

Fakt numer trzy: od pewnego czasu „większy” z braci zmienił nazwę na ReCraft, tym samym całkowicie odcinając się od swojego chorzowskiego protoplasty.

Fakt numer cztery: chorzowski Reden nadal funkcjonuje jako minibrowar, warzy swoje piwa, oparte o receptury młodego, ale już mocno doświadczonego piwowara Pawła Fityki oraz dodatkowo serwuje ponoć całkiem przyzwoite jadło.

Mając ten ostatni fakt z tyłu głowy postanowiłem w końcu sprawdzić formę redenowskiej kuchni, bo akurat o piwach Pawła mam całkiem przyzwoite zdanie.

Sam minibrowar mieści się w centrum Chorzowa przy ulicy Sobieskiego 17, w piwnicach jednej z tamtejszych kamienic. OK, może okolica nie robi wrażenia powalającego nas na kolana, ale już wnętrza tego miejsca to co innego. Wchodząc do środka naszym oczom od razu rzucają się w oczy dwie kadzie warzelne, zajmujące dość sporo miejsca. Wszechobecna czerwona cegła, fajnie ułożone stoliki, nienaganna czystość i delikatny mrok, rozświetlany punktowymi reflektorami nadają temu miejscu niebywałego uroku. Tutaj po prostu chce się siedzieć.

Mieszczące się nad barem dyplomy oraz medale, jakie Paweł Fityka zdobył na minionych dwóch edycjach Konkursu Piw Rzemieślniczych zdają się potwierdzać wysoką formę piwowara i obecnych na kranach piw. Niestety tego dnia asortyment w tym temacie nie powalał – do wyboru miałem Sosnowies, czyli Piny Hoppy Oatmeal Ale; Pilsa 12° oraz Miodowe. To ostatnie odrzuciłem w przedbiegach, skupiając swoją uwagę na dwóch pozostałych.

Nim jednak o piwach, skieruję Waszą uwagę na jedzenie. Reden obecnie zmienił kucharza, co ponoć u niektórych stałych bywalców wywołało delikatny niepokój. Sam minibrowar dodatkowo jest w trakcie zmiany karty, niemniej jednak obecne tego dnia dania w zupełności wyczerpywały żywieniowe potrzeby Pani Kapitan i mojej skromnej osoby. Na mój talerz powędrowała ryba w panierce, ziemniaki z wody i surówka, a Pani Kapitan postawiła na żeberka z kapustą. Co prawda żaden ze mnie „Miszel Morą”, ale chyba potrafię ocenić, czy danie mi smakuje. I zaprawdę powiadam Wam – ryba była trafiona w punkt, a żeberka rozpływały się w ustach. OK, może te ostatnie były nieco przeciągnięte, ale ich smak wynagradzał subtelny brak soczystości. No i jeszcze sposób serwowania – te dania najzwyczajniej w świecie po prostu dobrze prezentowały się na talerzach.

Pod obiad wybrałem znany mi już wcześniej Sosnowies. To już druga warka tego piwa, uwarzona tym razem nieco w stylu New England. I o ile pierwsza warka była ciut bardziej charakterna, z mocniej zaznaczonym aromatem sosny i z odrobinę wyższą soczystością, tak jej następca nadal wypada nad wyraz smakowicie. Do tego świetnie komponował się z wybranym przeze mnie daniem, więc czego chcieć więcej?

Na deser postawiłem na klasykę, czyli Pilsa 12° – tutaj nie ma się do czego przyczepić. Czysty profil, fajnie zaznaczona słodowość i goryczka oraz przyjemna chmielowość. Musze przyznać, iż to jeden z tych Pilsów, jakich mógłbym kosztować częściej.

Obiad zmietliśmy z talerzy do ostatniego okruszka, piwa znikły ze szkła w oka mgnieniu, więc podsumowując wszystko wyszło śpiewająco. Nie czepiam się nawet mikrego wyboru na kranach i braku butelek, bo zazwyczaj jest tego tutaj o wiele więcej. OK, być może pod kątem ilości piw ciężko byłoby Redenowi stawać w szranki z katowickimi multi-tapami, ale już patrząc na klimat, wystrój i jakość, ten chorzowski minibrowar nie ma się czego wstydzić. Ja osobiście postanowiłem wracać tutaj częściej, bo daleko nie ma, a i ceny są całkiem przystępne. W końcu fajnie jest napić się piwa i dobrze zjeść w towarzystwie kadzi warzelnych i szeroko uśmiechniętej ekipy. Polecam!

Reklamy

Browar Golem – Dybuk Bourbon Barrel Aged (Rye Porter)

Dybuk (hebr., jid. דיבוק, dibuk – „przylgnięcie”) – w mistycyzmie i folklorze żydowskim zjawisko zawładnięcia ciałem żywego człowieka przez ducha zmarłej osoby. Dybukiem nazywa się też samego ducha, duszę zmarłego, która nie może zaznać spoczynku (czy też, wśród zwolenników kabały, reinkarnacji) z powodu popełnionych grzechów, i szuka osoby żyjącej, aby wtargnąć w jej ciało.

Tyle jeśli chodzi o Wikipedię. A co z kolei drzemie w tej niepozornej buteleczce, jaką zaserwował nam Browar Golem? Nie powiem – ekipa odważnie podeszła do tematu, bo nie dość, że do uwarzenia tego porteru użyła sporo słodu żytniego, tak dodatkowo część warki wlała w beczkę po Bourbonie. Ja takie pomysły szanuję, szczególnie iż bazowe piwo wyszło „temu Golemu” całkiem znośnie. A co podziało się po zamieszkaniu Dybka w rzeczonej baryłce?

Niezmiennie tematem przewodnim w tym piwie jest czekolada. Ale nie taka mleczna, słodka, z bakaliami i tonami cukru. Co to, to nie! Tutaj mamy do czynienia z wysokiej klasy gorzką czekoladą, w której ziarna kakaowca odpowiadają za to, co najlepsze. Ponadto subtelna paloność świetnie podkreśla delikatny aromat kawy, jakiego również w Dybuku nie brakuje. To wszystko wraz z dyskretną nutą jałowca i odrobiną dębowych tanin po prostu rozkłada na łopatki. W tym miejscu mogę przyczepić się jedynie do zbyt niskiej intensywności zapachów, jakie powinna oddać beczka – wanilia i akordy bourbonowe chowają się w tym piwie niczym Robert Fripp na scenie, podczas występów live z King Crimson. Mimo to Dybuk aromatem po prostu czaruje.

Tak na marginesie – czy ja Wam już mówiłem, że uwielbiam piwa, oparte w dużej mierze na życie? Bo i tutaj to zboże zrobiło rewelacyjną robotę, nadając temu trunkowi niezwykłą głębię i fakturę. Wychylając kolejne łyki miałem wrażenie jakby rozpuszczającej się w ustach wytrawnej i gorzkiej kostki czekolady. Do tego wszystkiego doszła lekko kwaskowa „mała czarna” i szczypta kakao, obudowana subtelną słodyczą. Umiarkowana, palona gorycz i niewysokie wysycenie postawiły kropkę nad „i”, czyniąc Dybuka jednym z najlepszych piw, wypitych przeze mnie w ostatnim czasie.

Jak widać nie taki Dybuk straszny, jak go Wikipedia maluje. Browar Golem stanął na wysokości zadania i stworzył piwo niezwykle kompleksowe i mnie osobiście mocno zachwycające. Ok, może tej beczki życzyłbym sobie więcej, mocniej i bardziej, ale hej – ten trunek najzwyczajniej w świecie się zgadza i jeśli o mnie chodzi, to może mnie „opętywać” ile fabryka dała. 9/10

Wywody Chmielobrodego – cz. 4

The Blogger 2017, czyli o co całe „halo”?

Dzisiaj będzie krótko. A przynajmniej taki jest zamysł. No bo ileż można napisać o tym, czym jest brokreacyjny „The Blogger 2017”? Chyba niewiele. Tylko czy aby na pewno? Ale od początku, bo przecież nie wszyscy muszą orientować się w temacie, prawda?

W zeszłym roku niejaki Jurek Gibadło aka. Jerry Brewery podczas wychylania kolejnych szklanek na premierze piwa Ale Cocones (kooperacja Alebrowaru i Artezana – przyp. aut.) przekonał piwowara i właściciela browaru Brokreacja – Mateusza Górskiego – do pewnego konceptu. W skrócie: uwarzmy odjechane piwerko wraz z innymi blogerami, nazwijmy je The Blogger i machnijmy premierę tegoż na Poznańskich Targach Piwnych Anno Domini 2016. Jak pomyśleli, tak zrobili (a relację z samego warzenia znajdziecie tutaj -> KLIK!). Oczywiście styl, w jakim uwarzono zeszłorocznego „blogera” musiał być odjechany, co też zostało potwierdzone w nazwie: Cherry Smoked Pepper Rye Wood Aged Strong Ale. Samo piwo okazało się dość ciekawe, ale jednak całe środowisko jak jeden mąż krzyknęło „tutaj powinno dziać się o wiele więcej!”. Jerry z Mateo sporządzili notatki i obiecali wrócić do tematu w roku 2017.

I tak w zeszłym miesiącu główny autor zamieszania na niezwykle tajnej grupie na fejsie zamieścił post, informujący o starcie projektu The Blogger 2017. W ubiegłym roku głosowanie na styl odbywało się poprzez wybieranie poszczególnych składników piwa przez blogerów i ich czytelników. Skoro jednak całość miała pójść o krok naprzód, tak też trzeba było tę formułę nieco zmienić. W sukurs przyszedł Łukasz Matusik z blogu piwolucja.pl, a konkretnie jego generator stylów piwnych w wersji hardcore (http://piwolucja.pl/generator). I nie żeby autor tego narzędzia sam siebie zaproponował. Ot jeden z blogerów (Mateusz Wata) dla zgrywy rzucił ideą, aby styl wylosować właśnie z pomocą piwolucyjnego generatora. Jerry załapał temat i dzień później zaproponował go reszcie. Większość była za, a więc poszło. Szybkie losowanie „on-line” 12 stylów oraz sprawdzenie możliwości ich uwarzenia przez Mateo i tak oto stanęliśmy przed następującym wyborem:

1) ULTRA SENCHA & HAZELNUT AMERICAN DUNKELWEIZEN
2) ULTRA LAVENDER & ESPRESSO NEW ZEALAND RED ALE
3) ULTRA BOURBON BARREL AGED WILD MOLASSES & CHOCOLATE EAST COAST RED ALE
4) QUAD BAY LEAF & WALNUT POLISH BLACK WEIZEN
5) TRIPLE TABASCO BARREL AGED SWEET WURST RYE POLISH DUNKELWEIZEN
6) DOUBLE ORANGE PEEL & HAZELNUT TURBO WEST COAST RED MARZEN
7) QUAD SORREL & COFFEE WEST COAST DARK OLD ALE
8) TRIPLE SWEET CRANBERRY & WALNUT AUSTRALIAN DARK BERLINER WEISSE
9) ULTRA ISLAY WHISKY BARREL AGED SALTY KIWI & COCOA WEST COAST WHITE BITTER
10) DOUBLE BARREL AGED SORREL RYE AUSTRALIAN RED MILK STOUT

Trochę odjechaliśmy, prawda? No i w tym miejscu zaczęły się schody. Najpierw pojawiło się jęczenie części towarzystwa, że oni swojego głosu nie oddadzą, dopóki każdy z podanych stylów nie zostanie dokładnie opisany. „Przecież ja muszę wiedzieć, czego się po piwie spodziewać, jak je oceniać i czy aby na pewno mi smakuje!”. W tym miejscu rozumiem, że bez arkusza BJCP naprawdę ciężko stwierdzić, czy piwo jest dobre czy nie jest, tak? Pomijam fakt, iż grono tych marud przy wyborze pomysłu na losowanie stylu nawet słowa sprzeciwu nie wypowiedziała, o zaproponowaniu innego rozwiązania nie wspominając. Cóż – najlepiej zagrać typowego Janusza, ręką nie ruszyć, ale nawrzucać innym, bo ja się przecież znam, mam certyfikaty, kursy i ja Wam jeszcze pokażę.

Kiedy już wybór padł na uwarzenie ULTRA ISLAY WHISKY BARREL AGED SALTY KIWI & COCOA WEST COAST WHITE BITTERA pojawiły się głosy innych, twierdzących że „jak to może być, że to już jest nienormalne, dokąd to ten kraft zmierza i zara bedo robić takie pijwa, co to ich normalny człowiek nie tknie”. W tym miejscu chciałbym i jednym, i drugim odpowiedzieć:

Po pierwsze – robimy takie, a nie inne piwo i mamy na to taki, a nie inny pomysł… bo możemy! W końcu o to chodzi w krafcie, aby się nie ograniczać. Proces tworzenia piwa, jak sama nazwa na to wskazuje, powinien być twórczy i nie odrzucający tych nawet najbardziej szalonych pomysłów.

Po drugie – „why so serious”? Przecież nikt tym piwem nie otwiera oczu niedowiarkom. Nie mówimy: „patrzcie, to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo! I nikt nie ma prawa się przyczepić.” Chociaż w zasadzie właśnie dokładnie to mówimy, ale robimy to z przymrużeniem oka i w formie dobrej zabawy. Chcesz się przyczepić – spoko, nie ma problemu, ale niech Twoje argumenty nie będą inwalidą. Pogadajmy rzeczowo, a nie róbmy z tego hurr, durr wielkiego problemu.

I w końcu po trzecie – nikt, nikogo do niczego nie zmusza. Nie chcesz, to nie bierz udziału w tym zamieszaniu. Nie masz ochoty, to nie planuj zakupu The Bloggera 2017. Nie przyjeżdżaj na Beer Blog Day 2017, ale nie psuj tej zabawy innym. Proste? No proste jak droga na Ostrołękę.

Natomiast nie ma też co popadać w skrajności. The Blogger 2017 nie będzie piwem, wytyczającym nowe trendy. Nie będzie to produkt rewolucyjny, przewracający polski kraft do góry nogami. To ma być piwo pokazujące otwarty umysł na nowe, nawet te najbardziej odjechane pomysły, przy których chcemy się dobrze bawić i chcemy pokazać, że się da. No bo jak nie my, to kto? Na zdrowie, peace, chill & love, everybody! Złocisty trunek ma łączyć, a nie dzielić i ma być przyczynkiem do dobrej zabawy. Tego mam zamiar się trzymać i tego życzę wszystkim, z malkontentami na czele 😉

Łańcuckie kranoprzejęcia

Browar Łańcut to jeden z tych nielicznych browarów, z jakiego nie miałem okazji pić słabego piwa. OK, być może nie piłem ich wielu, ale jednak wrażenie zawsze pozostawiały po sobie bardzo dobre. Dlatego też z nieskrywaną radością wybrałem się w miniony weekend do Białej Małpy, gdzie na większości z kranów pojawiły się piwa tej podkarpackiej załogi. Pikanterii całemu przedsięwzięciu dodawał fakt obecności na miejscu ekipy Łańcuta, wraz z ich leżakowanym w beczce po Jacku Daniel’sie RISem. No zwyczajnie nie trzeba było mnie długo namawiać.

W tym miejscu pozwolę sobie na odrobinę dygresji. Z dwa lata temu na wizytę w Białej Małpie nie namówiłby mnie nawet otwarty bar z samymi Imperianymi Stoutami na kranach. Przypominała ona wówczas raczej klub nałogowego palacza, a wszechobecny dym wyciskał łzy z oczu lepiej, niż niejeden melodramat. Na szczęście w odpowiednim momencie Biała Małpa trafiła w odpowiednie ręce. Palarnia zniknęła, pojawił się ogródek, działający nawet zimą, a krany i lodówki nie jeden raz gościły sztosy, często niedostępne w innych miejscach. Wizyta Browaru Łańcut to również nie pierwszy i zapewne nie ostatni tego typu event, organizowany w tym multitapie.

„Czternastka”

Na miejscu przywitałem się z ekipą browaru, a następnie swoje kroki skierowałem w stronę baru. Szybki rzut oka na tablicę i już po chwili w szkle pojawiła się „Czternastka”. Ten lager to przede wszystkim nieco inne podejście do stylu. Owszem, sam profil tego piwa jest dość czysty, z fajnie zaznaczoną goryczką, ale użyty do produkcji chmiel Simcoe nadał całości delikatnie kwiatowej i cytrusowej aury. I takie podejście do tego stylu strasznie mi się podoba. Spodziewałem się solidnego przeciętniaka, a dostałem świetnie wyważony i niezwykle smaczny lager. Brawo i 8.5/10.

XIII Stoleti

Okazało się, że nie tylko piwa browarowi rewelacyjnie wychodzą. Cała ekipa to naprawdę świetni ludzie, bardzo otwarci i niezwykle pozytywni. Nie było problemu, aby dosiąść się do stolika, porozmawiać i spędzić czas w rewelacyjnej atmosferze. Krótka wymiana zdań z Jackiem Michną (główny piwowar Browaru Łańcut) i już zostałem namówiony na Desitkę… chociaż nie miałem jej w planach. I nie żałuję. A jakie było pierwsze skojarzenie, kiedy podsunąłem szklankę pod nos? No od razu czuć, że to typowy „Czech”. Wyraźny aromat czeskich chmieli i słodu pilzeńskiego świetnie korespondował z delikatnie zaznaczoną, acz wyraźną goryczką i sesyjnym charakterem piwa. Co prawda szału tutaj nie było, ale i tak XIII Stoleti okazał się bardzo pijalnym i przyjemnym lagerem. 7/10

Kurna Chata

Desitka chyba również przypadła do gustu prezesowi śląskiego oddziału PSPD, Jankowi Krysiakowi, który także pojawił sie na miejscu. W międzyczasie rozmowa zeszła na tematy około torfowe. Powodem tego „zamieszania” była obecna na kranie Kurna Chata. Ten Żytni Wędzony Stout, mimo swojej lekkości (12,2° BLG, 4,6% alk) wyszedł ekipie z Łańcuta całkiem wybornie. Doskonały aromat podkładów kolejowych świetnie korespondował z czekoladowymi akordami i subtelną kwasowością piwa, a wytrawność i wyraźna gorycz dopełniły przyjemny smak tego piwa. OK, mogłoby mieć ono nieco więcej ciała, ale i tak wyszło pysznie. 7/10.

Żytomierz

Na szczęście brak pełni nadrobił Żytomierz. No bo czego innego można było się spodziewać po Żytnim Foreign Extra Stoucie? Dodatkowo ta gładkość, jaka jest typowa dla piw z żytem w zasypie! Pojawiające się w smaku i zapachu nuty czekolady i subtelnie kwaskowej kawy zrobiły tutaj taką robotę, jakiej nie powstydziłby się tabun robotników fabryki Mercedesa. 8/10.

Swoją drogą wiecie, że na Ukrainie jest takie miasto – Żytomierz? Ekipa Łańcuta dobitnie przekonała się o tym na Warszawskim Festiwalu Piwa, kiedy to do ich stoiska podbił koleś i z wyraźnie wschodnim akcentem zaczął dopytywać, czy to piwo nie zostało nazwane właśnie na cześć wcześniej wspomnianego miasta. Gość wracał po piwo kilka razy, aby z nieskrywaną radością wychylać kolejne szklanki. Przy końcu ponoć miłość do swojego rodzinnego miasta mocno go wymęczyła. If you know what I mean 😉

Zawisza Czarny

Finał wieczoru należał oczywiście do RISa, leżakowanego w beczce po Jacku Daniels’ie. Zawisza Czarny, bo tak właśnie ten specjał się nazywa, to bardzo kompleksowy Imperialny Stout, w którym beczka gra pierwsze skrzypce. Wyraźne czerwone owoce, wanilia, czekolada, subtelna paloność, niezwykła głębia i gładkość. To wszystko w tym piwie jest. Jedynie nieco zbyt wyraźny alkohol zdradzał, iż piwo powinno jeszcze trochę w beczce poleżeć. Mimo to, jeśli tylko będzie okazja, to z pewnością ponownie po to piwo sięgnę, bo takich RISów jest u nas jak na lekarstwo. 8,5/10

Przy takich trunkach i w takim towarzystwie czas pędził z prędkością zajmowania co raz to nowych stanowisk przez Pana Misiewicza. Tym samym Browar Łańcut potwierdził to, o czym pisałem we wstępie – obok Browaru Zakładowego jest to w dalszym ciągu jeden z nielicznych przybytków, jaki w mojej ocenie nie ma na swoim koncie słabego piwa. A co do samego eventu – mimo iż ja jestem z niego całkowicie kontent, tak ciągle brakuje mi większego zaangażowania wszystkich obecnych gości. Skoro mamy na miejscu ekipę browaru, to niech się coś zadzieje; niech Ci, którzy pojawiają się w klubie też wezmą czynny udział w tym zamieszaniu. Trzymam kciuku, aby kolejne kranoprzejęcia, połączone z wizytą browarów w końcu poderwały wszystkich zgromadzonych. Tymczasem powoli będziemy razem z Panią Kapitan szykować się do skorzystania z zaproszenia do Browaru Łańcut i trzymamy za słowo w sprawie przewodnika 😉