Szybki strzał – odc. 2

szybki strzał.jpg

Przyszła pora na kolejny odcinek Szybkiego Strzału, w którym na tapecie mamy aż dwa piwa kooperacyjne, jedną sztukę z browaru Raduga i jedną (chociaż w zasadzie drugą) od Baby Jagi. A więc bez zbędnego przeciągania jedziem:

  1. Kraftwerk (PL) + Humalove (FI) – Canis Lupus (Coffee Rye Brown Porter)

Canis Lupus  (w tłum. wilk szary) faktycznie w smaku jest… szary. Co prawda w aromacie mamy ogromne ilości kawy, lecz niestety tej słabszego sortu, kojarzącej się z tanimi ekspresami przelewowymi. Temat nieco ratuje delikatna i przyjemna paloność. W smaku kwaskowe, ze zbyt małą ilością ciała, z nutami kawowymi w tle. Całość psuje długo utrzymujący się finisz małej czarnej z kiepskiego, przydrożnego baru. Da się wypić bez zbytniego skupiania się na zawartości szkła. 5/10

  1. Raduga – Dementia (Imperial American Wheat)

Mam słabość do Radugi, bo jeszcze nigdy mnie nie zawiedli. I po raz kolejny wyszło im całkiem zgrabnie. Zapach tego trunku przywołuje na myśl skojarzenia z egzotycznymi owocami, słodami, nutami chmielowymi oraz lekkim i przyjemnym karmelem. Takie aromatyczne nawiązania do Imperial IPA to ja propsuję! Po wychyleniu szkła też jest całkiem, całkiem – piwo jest pełne w smaku, owocowe z wysoką i lekko ściągającą goryczką. Niewysokie wysycenie sprzyja pijalności. Niestety nie jest tak całkowicie różowo, bo całość jest jednak odrobinę za słodka. Dlatego daję „jedynie” 6.5/10

  1. Baba Jaga – Elixir (RIS)

Z kolei z tym browarem mam problem, bo jakoś żadne z ich piw do tej pory nie trafiło w mój gust. A jak jest z tym RISem? Piękny, hebanowy kolor, ciemnobeżowa, drobnopęcherzykowa piana dodają mu niewątpliwego uroku. Aromat też trzyma poziom – nuty czekoladowe mieszają się z kawą, orzechami i delikatną wiśnią; alkohol został perfekcyjnie ukryty; pojawia się fajna paloność. W smaku znajdziemy orzechy, kawę i gorzką czekoladę, a także nuty torfowe oraz lekką kwasowość. Całkiem nieźlem, pomyślicie? No właśnie – tylko nieźle, bo Elixirowi brakuje trochę ciała, jak na ten styl. Podsumowując – niezłe piwo, zasługujące na 6.5/10

  1. Dukla + Baba Jaga – Wiedźmy (English IPA)

Od kooperacji oczekuję wiele. No bo skoro spotyka się dwóch różnych piwowarów, to łącząc swoje doświadczenia powinni uwarzyć całkiem niezły trunek. Właśnie – od powinni do uwarzyli jest daleka droga, w trakcie której coś może pójść nie tak. I tak chyba było w tym wypadku. Niby czuć nosem trochę moreli, trochę cytrusów, ale czuć też diacetyl i to wcale nie tak słabo. IBU niby „tylko” na poziomie 50, a jednak gorycz tego piwa tłumi wszystkie inne smaki. Wysycenie też mogłoby być wyższe, ale powiedzmy że tutaj to już się czepiam. Pijąc Wiedźmy miałem skojarzenia English Bitterami, ale np. do takiego Goldi Basset sporo brakuje. 5/10, szału ni ma.

Reklamy

WRCLW – Rye RIS (Browar Stu Mostów)

Sa

wrclw

Na browar Stu Mostów trafiłem już jakiś czas temu w zaprzyjaźnionej knajpie w Katowicach. Niestety ich AIPA z logiem Salamandry nie wywarła na mnie pozytywnego wrażenia – w pamięci pozostało tylko jedno słowo: nuda. Niemniej jednak nigdy nie stawiam krzyżyka po pierwszej przygodzie z daną marką. Tak też było i tym razem, więc kiedy próbowałem ich Hoppy Violet Potato Lagera (tak, ponoć faktycznie dodali do tego piwa fioletowych ziemniaków!) liczyłem na nieco lepszy wynik. Niestety ponownie wyszło bardzo przeciętnie, żeby nie powiedzieć… dziwnie. Została więc ostatnia deska ratunku, bo w końcu mawia się, iż do trzech razy sztuka. Walka w trzeciej rundzie przypadła ich RIS’owi, a dokładniej rzecz ujmując – WRCLW Rye RIS.

Od tego gatunku wymagam wiele, a i piwowar który zabiera się za warzenie tego stylu musi mieć sporą wiedzę i kunszt. Czytaj – bardzo łatwo to piwo spartaczyć! I co też kryje się w tej niewielkiej buteleczce z Wrocławia? Niestety niewiele dobrego. Na początku zaatakował mnie wyraźny zapach alkoholu, za którym po chwili można było wyczuć aromat pralin i czekolady. Zabrakło mi tutaj nut kawowych, chociaż nie powiem – praliny wyszły im wybornie. Po pierwszych łykach na pierwszym planie dominują czerwone owoce i gorzka czekolada. Goryczka jest mocno wyczuwalna i bardzo przyjemna. W tym miejscu powinien też pojawić się konkretny, kawowy cios. No właśnie… powinien. Zamiast tego dostajemy jedynie subtelne, ledwo wyczuwalne muśnięcie „małej czarnej”.

Szkoda, bo liczyłem na wiele więcej od ekipy, która bierze się za warzenie tego stylu. Konkluzja? Zamiast dostać konkretny strzał w pysk otrzymujemy bardzo przeciętne piwo, któremu brakuje charakteru, złożoności i intensywności. Niestety, trzecią rundę browar Stu Mostów również położył, otrzymując notę 5/10.

Fortuna – Komes Poczwórny 2014 vs. 2015

komes

Każdy ma chyba taki czas w swoim życiu, kiedy z niecierpliwości szybko przebiera nóżkami i zaciera rączki. Może to być np. oczekiwanie na Boże Narodzenie, na kuriera z nową gitarą czy pierwsza wypłata pięciu stówek na drugie dziecko. Dzieci nie mam, nowa gitara przyjechała do mnie jakiś czas temu (więc pewnie przez dłuższy czas nic się tutaj, chlip, nie zmieni), a za Bożym Narodzeniem nie przepadam. Na szczęście lubię piwo! A jeżeli dołożyć do tego fakt, że na otwarcie Komesa Potrójnego i Poczwórnego czekałem półtora roku, to już robi się całkiem miło. Pierwsze starcie (Komes Potrójny, przyp. aut.) powaliło mnie na łopatki z szerokim uśmiechem na twarzy. A więc tym bardziej ochoczo przystąpiłem do degustacji drugiego z rodzeństwa Komesów – Komesa Poczwórnego.

Na pierwszy ogień do szkła trafiło piwo „świeże”, datowane na 2015 rok, o ciemno-bursztynowej, delikatnie nieprzejrzystej barwie. Zaraz po przelaniu moją uwagę przykuła obfita, średnio-pęcherzykowa piana, która rewelacyjnie koronkowała w pokalu. Aromat wyszedł równie przyjemnie – delikatna paloność i żywiczność mieszała się z estrami i dyskretnym zapachem goździków. I na tym plusy tej „próbki” się kończą. Biorąc pierwszy łyk od razu można było wyczuć żelazo. Jakby mi ktoś garść monet w pysk wsadził. Owszem, po chwili przyzwyczajenia dało się wyczuć przyjemną owocowość i rześkość… zgwałconą od razu przez posmak pięciozłotówek. Zmęczyłem z 1/3 butelki – reszta poszła w kanał.

Na szczęście leżakowany Komes Poczwórny, datowany na początek 2014 roku obronił się z nawiązką. Co prawda wizualnie aż tak wielkiej różnicy, jak w Komesie Potrójnym nie zauważyłem – piwo zrobiło się klarowne, zachowując swój ciemno-bursztynowy kolor, a piana zmieniła się w o wiele drobniejszą i z o wiele słabszym lacingiem. Natomiast cała reszta wypadła znakomicie! Paloność, żywica i owocowość mieszała się doskonale z aromatami winnymi (owoce leśne, jagody). Alkohol był już lekko wyczuwalny, ale na szczęście nie przeszkadzał. W smaku Komes stał się pełny (żeby nie powiedzieć dojrzały), owocowy i bardzo bogaty w nuty znane z dobrych, czerwonych i wytrawnych win. Żelaza, dzięki Bogu, absolutny brak.

Leżakując to piwo nie spodziewałem się takiego obrotu spraw. Owszem, wiedziałem że coś się zmieni, ale efekt finalny przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Co prawda Komes Potrójny wypadł lepiej, niż Poczwórny, niemniej jednak temu drugiemu należy się mocne 7/10. A piwowarzy z browaru Fortuna powinni chyba zrobić przegląd swoich instalacji, bo ani to pić, ani leżakować, jeno płakać i wylewać do ścieku.

Trzech Kumpli – Goedemorgen (Belgian IPA)

gd

Jednym z moich faworytów na piwnej mapie Polski jest browar Trzech Kumpli. Nie piłem ani jednego, słabego piwa spod tego szyldu. Baaaa, nie piłem nawet ich przeciętnego piwa. Takie ciosy, jak Califia, Blackcyl czy American Beauty to absolutne strzały w dziesiątkę. Ten browar po prostu wie, co robi, czego dowodem będzie nierozmienianie się na drobne. Nie tworzą setki piw w różnych stylach, tylko stawiają na kilka wybranych. Dlatego też z ogromną ochotą sięgnąłem po ich belgijską „ipę” Goedemorgen. No bo skoro lubię piwa belgijskie i te w stylu IPA, a do tego macza w tym palce Trzech Kumpli, to chyba nie mogę się zawieść, prawda? Oj tak – szczera prawda! Okej, może poszli nieco za mocno w stronę Belgii i brakuje odrobinę chmielowości, ale poza tym wszystko się tutaj zgadza. To piwo jest po prostu niezwykle smaczne i łączy to, co najlepsze z każdego z tych dwóch stylów. Do tego ta przyjemna gorycz amerykańskich chmieli… poezja i mocne 8/10

Kraftwerk + Piwoteka – Double Trouble (Imperial Milk Stout)

dt.jpg

Kooperacje piwowarskie to moda zataczająca co raz szersze kręgi w polskim piwowarstwie (i nie tylko). I chwała za to, bo z takich romansów często wychodzą świetnie dobroci. Na arenie międzynarodowej za przykład niech posłuży Mills And Hills od Fyne Ales i De Molena, a na rodzimym podwórku This Is Kraft, Bitch! od ekipy Kraftwerka i Wąsosza. Dlatego też z nieskrywaną radością sięgnąłem po Double Trouble, czyli Imperialny Milk Stout od Kraftwerka i Piwoteki.

BLG na poziomie 25 stopni oraz 10% alkoholu od razu mówi nam, że nie będzie to spacerek po leśnej polance. Tak przynajmniej mi się wydawało. Eeeee błąd! Nie tylko książek nie powinniśmy oceniać po okładce – piwo jak widać też zalicza się do tej kategorii. Ale od początku. Degustacja wystartowała ze zbyt niską temperaturą, w której aromaty dopiero po chwili wyszły na jaw. Dlatego też w pierwszej kolejności zaatakowała mnie mega intensywna słodycz, aby po przełknięciu zamienić się w przyjemną goryczkę. W końcu zaczęły pojawiać się i aromaty – słodkie praliny, mleczna czekolada, a na finiszu delikatny alkohol. Z tym alkoholem to niby wada, ale jakoś mi pod te praliny pasował idealnie. Kolejne wychylenia szklanki pozwoliły wyłapać w smaku lekką nutę orzechów włoskich, fajnie podkreślających słodycz tego piwa. Double Trouble nie można też odebrać pijalności; jak już wcześniej napisałem – niby parametry wskazują na cios, a jednak jest bardzo przyjemnie. Niemniej jednak piwo nadal jest pełne w smaku, kremowe i zalepiające. Męczyć może pojemność butelki, czyli 0,5 l. W mojej ocenie 0,33 l byłaby idealna. Większa ilość jest już zbyt słodka i zbyt intensywna. Może leżakowanie rozwiązałoby ten temat? Chyba skuszę się na taki zabieg! A cóż można rzec o barwie, jaka w piwach typu Stout mocno przykuwa moją uwagę? Jest dobrze – trunek jest hebanowy, z twardą, drobno-pęcherzykową, jasno-brązową pianą, świetnie pokrywającą szklankę (tzw. lacing). Zazwyczaj nie przywiązuję dużej wagi do tego elementu, ale tutaj po prostu fajnie się to prezentuje.

Double Trouble to nie jest piwo dla każdego. Może przeszkadzać zbyt wysoka słodycz, może drażnić duża zawartość alkoholu, ale z drugiej strony ktoś może to odebrać jako zaletę. Mnie osobiście to piwo bardzo smakuje i z czystym sumieniem wystawiam mu notę 8/10.

Fortuna – Komes Potrójny 2013 vs. 2015

potrójny.jpg

Jeżeli ktoś z Was miał kiedykolwiek do czynienia z butelką piwa marki Komes zapewne zauważył na kontretykiecie informację, jakoby piwo to wraz z upływem miesięcy miałoby zmieniać swoje właściwości. Półtora roku temu postanowiłem sprawdzić prawdziwość tych deklaracji, zakupując jednocześnie dwie butelki rzeczonego specyfiku – Komesa Potrójnego oraz Komes Poczwórnego. W miniony weekend nadszedł czas rozwiązania połowy z tej zagadki i na tapetę wskoczył pierwszy „delikwent”.

Rozpocząłem od testu próbki „świeżego” piwa, rozlanego w butelki w roku 2015. W tym miejscu niczym mnie to piwo nie zaskoczyło – w smaku mocno estrowe, owocowe i rześkie, co podkreślał również aromat. Niestety pomimo dużego stopnia BLG brakowało mu nieco ciała. Dużym plusem z kolei będzie brak wyczuwalnego alkoholu (co na poziomie 10% nie jest tak całkowicie oczywiste). W połowie pojemności przyszedł czas na otwarcie butelki, datowaną na rok 2013. Już po przelaniu do szkła można było zauważyć pierwszą różnicę. O ile piwo z 2015 roku charakteryzowało się bursztynową i mętną barwą, tak trunek leżakowany był absolutnie klarowny i jasny. Dalej działo się już tylko więcej i lepiej! Zapach Komesa Potrójnego z 2013 roku powalał nutami owoców leśnych, kojarzonych bardziej z aromatami winnymi, niż z piwem (i w dalszym ciągu brak wyczuwalnego alkoholu!). Dla mnie to zdecydowanie ogromny pozytyw. Nokaut przy pierwszym powonieniu! W smaku również wszystko się zmieniło. Z prostego, lekko słodkawego i rześkiego piwa powstał trunek bardzo złożony i wytrawny. Cały czas na pierwszy plan wychodziły czerwone owoce, jeżyny i borówki. No po prostu niebo w gębie.

Niby te same piwa, te same etykiety, ale w porównaniu wyszło, jakoby były to zupełnie dwa różne produkty. O ile „świeży” Komes Potrójny jest pijalny i można by mu wystawić notę 6/10, tak ten sam produkt, leżakowany blisko dwa lata zasługuje już w pełni na ocenę bliską ideału – 9/10.

Doctor Brew – Barley Wine Bourbon Barrel Aged

BW BBA.jpg

Polacy nie gęsi i swoje drogie piwa mają! Tak, tak, powoli wchodzimy w erę, gdzie nie tylko zagraniczne browary raczą nas swoimi trunkami w cenach wyższych, niż 15 PLN! Jakiś czas temu trafiłem na absolutnie fenomenalne Imperium Prunum z Kormorana, za które musiałem dać, bagatela 23 PLN (a za kolejne dwie butelki, cudem trafione, po 30 PLN/szt), a ostatnio natomiast w moje łapy wpadły cztery małe buteleczki od Doctor Brew, każda w cenie ok. 19 PLN. Dzisiaj pora na pierwszą z nich, czyli Barley Wine, leżakowane w beczce po Bourbonie. Czy warto było wydać taki hajs na to piwo, o zawrotnej pojemności 0.33 ml?

Po przelaniu piwa do kieliszka od razu rzucają się w oczy trzy rzeczy – fenomenalna, bursztynowa barwa, wysoka klarowność i bardzo delikatna, nietrwała piana. Chłopaki ponoć refermentowali tego Barleya w butelce, ale cukru użyli niewiele, co przełożyło się właśnie na klarowność i niskie wysycenie. Jak dla mnie strzał w dziesiątkę, bo trunek cieszy oko, a mała zawartość CO2 sprzyja wysokiej pijalności. Po ochach i achach nad stroną wizualną do pracy został zaprzęgnięty mój nos. I tutaj ogromne brawa dla piwowarów, bo seria doznań, jakie otrzymały moje nozdrza powala. I tak mamy tutaj nuty winne, czerwone owoce, karmel mieszający się z toffi, a nawet suszoną śliwkę. Mało? No to polecam wziąć parę łyków, bo tutaj zaczyna się już jazda bez trzymanki. Lubicie piwa słodkawe z fajną goryczą w kontrze? Proszę bardzo! Doceniacie, kiedy można w smaku wyczuć delikatną paloność? Nie ma sprawy! Wanilia w piwie? Też się znajdzie. Do tego ten wytrawny finisz, połączony z przyjemnymi akordami bourbonu. No brawa dla Panów Doktorów! Należałoby w tym miejscu kilka słów napisać o alkoholu, bo w tym trunku go nie brakuje – 10,5% podaje etykieta, ale pewnie wyszło trochę więcej po refermentacji. Na szczęście zarówno w aromacie, jaki w smaku jest go w sam raz – nie przeszkadza i delikatnie rozgrzewa w przełyk. Jedynie wartość IBU na etykiecie nie do końca zgadza się z tym, co można wyczuć. Gorycz jest, ale delikatna i nieściągająca, więc 80 jednostek IBU to jednak zbyt wiele, jak na powyższe odczucia.

Z tym piwem jest trochę jak z jazdą na rollercoasterze – mnogość doznań, złożoność trasy i frajda jest tak wielka, że aż zapiera dech w piersiach. Niestety przejazd dość szybko się kończy… lecz kiedy już wysiądziesz z wagonika, to od razu masz ochotę do niego wrócić i przejechać się jeszcze raz. 9/10 i wielkie brawa!

PS
W tym miejscu pojadę nieco prywatą – po przeczytaniu tego tekstu, a szczególnie podsumowania do głowy wpadł mi od razu ten kawałek:

Szybki strzał – odc. 1

kwartet

Nie samym pisaniem o piwie człowiek żyje i w swoim życiu musi znaleźć czas również na inne obowiązki. A zaległości niestety się zbierają i same się nie opiszą. Dlatego też zdecydowałem się na szersze wpisy o piwach wybitnych oraz tragicznych, tym samym tworząc nową przestrzeń dla tzw. „szybkich strzałów”. Ale o co w tym chodzi? Ano o krótkie, zwięzłe informacje o kilku piwach w jednym wpisie bez zbędnego zaangażowania literackiego. No to jedziemy!

1. Red Roeselare Ale – Browar Zamkowy
Piwo nietypowe, kwaśne, wpisujące się w styl tzw. flandersów. Aromat wiśniowo-porzeczkowy z dębowymi taninami w tle. W smaku rześkie, lekko cierpkie i wytrawne, przyjemnie kwaskowe; fajnie wyczuwalne czerwone owoce. 6.5/10, bo to nie do końca mój styl (much to learn I still have)

2. Ale Cocones – Artezan + Alebrowar
Bardzo smaczne Double IPA z dodatkiem płatków kokosowych. Pomysł fajny, ale nie do końca udany. Jako DIPA wyszło rewelacyjnie – zapach tropikalnych owoców (mango, ananas) świetnie dogaduje się z intensywną goryczką tego piwa. Tylko gdzie ten kokos, ja się pytam?! Ni ma, po prostu ni ma. Niemniej 7/10, bo jest ono po prostu smakooowe.

3. Smoked Baltic Porter Bourbon Barrel Aged – Browar Widawa
W odróżnieniu do Miss Evy, gdzie trafiłem na zakwaszony „model”, tutaj wszystko się zgadza. Piwowarzy świetnie schowali alkohol w delikatnym aromacie dymu, połączonym z nutami bourbona, dębiny, żurawiny i suszonej śliwki. Szczególnie ten bourbon mi tutaj pasuje. W ustach też jest na bogato – kawa i czekolada doskonale dogadują się z suszoną śliwką. Wszystko jest podane w wytrawnej, wyraźnie goryczkowej formie. 7/10

4. Koniec Świata – Pinta
Sahti to jeden z tych stylów, które się kocha lub nienawidzi. Ja należę do tych pierwszych, więc jak mam możliwość, to sięgam po tę butelkę. Ale o co tutaj chodzi? O proces „tworzenia” tego piwa (bo nie do końca można go nazwać warzeniem)! Po pierwsze zamiast drożdży piwowarskich używa się drożdży piekarskich. Po drugie brzeczka nie jest gotowana, a jedynie podgrzewana. Po trzecie filtrowane jest ono przez gałązki jałowca. And how cool is that? Poza tym mamy tutaj wysoki zasyp, mocną słodowość piwa i IBU bliskie zeru. Nagazowania brak! Czy taki trunek może być dobry? Ależ oczywiście, tylko próbujecie na własną odpowiedzialność. Koniec Świata to Sahti dość przystępne. Jeśli Wam zasmakuje, to sięgnijcie po Jelonki z Bazyliszka – tam już jest ostra jazda bez trzymanki. A ten egzemplarz oceniam na mocne 8/10.

Wąsosz – Steve (American Lager)

Steve

Amerykańskie lagery są doskonałe! Dlaczego? Odpowiedź jest bardzo prosta. Nie dość, że do ich produkcji używa się amerykańskich chmieli, nadających całości nut cytrusowych czy egzotycznych, to na dodatek piwa te są zazwyczaj bardzo lekkie, mocno pijalne i doskonałe w odbiorze. Można tutaj wspomnieć chociażby świetną Pianę Szamana z Redena, ale także pewien wąsaty browar, jaki przez przypadek trafił w moje ręce jakiś czas temu. A mowa tutaj o Stevie z Browaru Wąsosz.

Do chmielenia użyto tutaj jednego rodzaju chmielu, pochodzącego zza oceanu – Simcoe. I jakież było moje zaskoczenie, gdy okazało się to wystarczające! Zapach tego piwa jest w mojej ocenie genialny – nuty egzotyczne rewelacyjnie współgrają z aromatami żywicznymi i słodowymi. W połączeniu ze smakiem otrzymujemy lekką i przyjemną symfonię doznań. Tutaj wszystko ze sobą gra tak, jak doskonały big band jazzowy. Skojarzenia muzyczne są tutaj zamieszczone nie bez kozery – to piwo pije się tak dobrze, jak doskonale słucha się utworu Caravan (o chociażby takiej wersji – KLIK!). I tutaj pojawia się kolejne zaskoczenie, bo parametry nie wskazują na to, jak „pełny” jest to trunek (4,2 % alk., 11°BLG). Chapeau bas!

Steve nie jest piwem degustacyjnym i bardzo dobrze! Czasami trzeba się wyluzować i posiedzieć przy prostym, niewymagającym lagerze. A jak na „cassual’owe” piwo przystało ta „wąsata” butelka robi robotę! 8/10 w tej kategorii.

PS
Wąs nie jest wąsem anonimowym – na tej butelce widnieje nie kto inny, jak Steve Buscemi 😉

Raduga – Lift To The Scaffold (Session IPA)

Lift

Dzisiaj na tapecie po raz kolejny temat od ekipy z Radugi. Nie będę się powtarzał, że to jeden z moich ulubionych browarów, i że ich grafiki są wow i w ogóle, i że praktycznie wszystkie mi się podobają. Zwrócę uwagę natomiast na fakt, jaki totalnie przeoczyłem (i zupełnie nie mam pojęcia, dlaczego) – wszystkie nazwy ich piw są tożsame z nazwami starych, klasycznych hitów filmowych. No i faktycznie mamy przecież Nosferatu, Key Largo czy moją ukochaną Double IPA Forbiden Planet. Z kolei dzisiaj na tapecie pojawia się nowość w stylu Session IPA: Lift To The Scaffold.

Na wstępie kilka słów na temat przymiotnika „Session”, który można spotkać nie tylko tutaj. Sam jakiś czas temu zastanawiałem się, o co chodzi z tymi piwami sesyjnymi. Ba, niektórzy nawet mylą je ze stylem Saison. Oczywiście są to dwie różne rzeczy. O Saisonie będzie niebawem, więc nie będę się dublował, natomiast o co chodzi z tymi piwami sesyjnymi? Są to piwa o zdecydowanie mniejszej intensywności. Kropka. Więcej w zasadzie pisać nie trzeba. Ot skoro mamy IPA, który nie każdemu podchodzi, bo gorycz za wysoka, bo może alkoholu za dużo, tak w wersji sesyjnej te parametry są zdecydowanie obniżone.

No to jedziemy z degustacją. Tradycyjnie, na początek aromat – w nozdrza od razu uderza przyjemny zapach chmielu, mieszający się z owocami cytrusowymi. W tle można wyczuć lekką słodowość i żywiczność. Jak na razie wszystko się zgadza. Drugi etap – smak. Jest bardzo rześko i orzeźwiająco, z delikatnymi owocami w tle. Goryczka fajne rozchodzi się w ustach, ale nie ściąga i nie utrzymuje się zbyt długo. Jak na ten styl przystało piwo jest bardzo pijalne i niezwykle przyjemne. Nie należy ono do nurtu piw degustacyjnych, więc moim zdaniem idealnie będzie nadawało się na nieco cieplejsze dni. Kolejny plus dla Windy Na Szafot!

Raduga po raz kolejny pokazuje, że u nich nie ma przypadków, a piwowarzy doskonale znają się na swojej robocie. Chcieli zrobić piwo bardziej przystępne i wyszło im jak zwykle, czyli wzorowo. Ode mnie mocne 7/10, wystawione z nadzieją, że latem tego piwa nie zabraknie na sklepowych półkach i w knajpach.

PS
No ale sami przyznacie, że te grafiki robią robotę, co? 🙂