Wywody Chmielobrodego – cz. 2 – No to co w końcu z tym piwnym brzuchem?

O tym, czy piwo tuczy czy też nie tuczy, pisano już setki tysięcy razy. Diabeł tkwi jednak w szczegółach – część artykułów udowadnia, iż ten szlachetny trunek nie ma wpływu na powstawanie piwnego brzucha, z kolei druga strona stoi w opozycji do tego twierdzenia. Więc gdzie leży prawda? Kto ma rację, a kto nas ewidentnie ściemnia? Otóż być może będzie to dla Was zaskoczeniem, ale… obie strony mają rację. Postanowiłem bliżej przyjrzeć się tej sprawie, gdyż na własnym przykładzie przekonałem się, jak sytuacja naprawdę wygląda.

Skupmy się na faktach. W pierwszej kolejności trzeba zadać sobie pytanie – co bezpośrednio wpływa na przyrost masy? Odpowiedź można uprościć i zawrzeć w trzech, głównych (ale nie jedynych) składowych, a więc poprzez białko, tłuszcze i węglowodany. Każdy z tych składników ma przypisaną konkretną wartość energetyczną, czyli kilokalorię (w skrócie – kcal). To pojęcie zna każdy, kto chociaż raz stanął twarzą w twarz z odchudzaniem, dietą albo obejrzał reklamę Tic-Taców. Wiadomym jest także, iż nadmierną podaż kalorii należy spalać. Bo kiedy jest tychże kalorii za dużo i nasz organizm poprzez ruch i pozostałe czynności życiowe ich nie spali, to nasze sprytne ciało zacznie je magazynować. Long story short – im więcej zbędnych kalorii dostarczymy do naszego organizmu, tym nasza masa będzie wyższa. Proste? Proste. Po prostu bilans energetyczny musi się zgadzać. A gdzie w tym całym zamieszaniu należy umiejscowić piwo? Wartość energetyczna, jaka jest nam dostarczana przez 1 kufel tego trunku prezentuje się mniej więcej tak:

No i masz babo placek – jedno wyjście na piwo z kumplami, 3 wypite kufle i już w naszym brzuchu ląduję ponad 1500 kcal. Biorąc pod uwagę fakt, że przeciętny, dwudaniowy obiad z deserem zawiera w sobie około 1100 kcal, to już temat robi się jasny, prawda? Ano nie prawda. W tym miejscu chciałbym odnieść się do aparycji przeciętnego kolunia spod sklepu, walącego od rana alkohol pod różną postacią. Zauważyliście, że Ci goście są zazwyczaj przeraźliwie wychudzeni? OK, pewnie nie wszyscy z nich „rzępią” piwka; część skupia się na nalewkach, a część na mocniejszym alkoholu. I właśnie ten ostatni przykład jest w tym miejscu najciekawszy. Zastanawialiście się kiedyś, ile kilokalorii ma kieliszek 50 ml wódki? Już spieszę z odpowiedzią:

Tylko skąd te kalorie, skoro w wódce nie ma ani grama białka, węglowodanów czy tłuszczu. Otóż nie tylko te trzy składniki dostarczają nam energii – faktem jest, iż alkohol sam w sobie jest niezwykle kaloryczny, co pokazuje powyższy przykład. No więc czemu Janusz spod spożywczaka, waląc dzień w dzień wódę nie tyje? Ponieważ do spalenia spożytego alkoholu wykorzystuje więcej energii, czyli kilokalorii, niż ta wódka mu ich dostarcza. Oczywiście z piwem już nie jest tak łatwo, gdyż pomimo potrzebnej energii do spalenia pół litra tego trunku, ciągle część kalorii zostaje do zagospodarowania. Jest ich jednak na tyle mało, że trzeba by faktycznie wypić sporo, aby wyraźnie przytyć. Problem tkwi w wysokim indeksie glikemicznym tego napoju. O co tutaj chodzi? „Rzępnięcie” browarka podnosi gwałtownie poziom cukru we krwi, co z kolei stymuluje naszą trzustkę do wydzielania insuliny, która gwałtownie ten poziom obniża. W konsekwencji chce nam się najzwyczajniej w świecie żreć. Nie „jeść”, a ŻREĆ! I piszę to z pełną premedytacją, bo sam po sobie wiem, jak szaleńczo mój apetyt wzrasta już po jednym, dwóch piwach. Nie ważne kalorie, nie ważne wartości odżywcze – problemem jest nasz organizm i jego naturalne reakcje. Można temu ulec i wyglądać np. jak ja parę lat temu:

kwiecień 2012 rok – ok. 100 kg

Można także zrezygnować ze spożycia napojów alkoholowych, co z pewnością wyjdzie nam na zdrowie nie tylko pod kątem wagi. Jednakowoż mnie osobiście szkoda by było odbierać sobie tę drobną przyjemność, jaką jest wypicie smacznego piwa. Co więc zrobić, jeśli chcemy zrzucić zbędne kilogramy, jednocześnie nie rezygnując z możliwości okazjonalnej degustacji naszych ulubionych kraftów?

Po pierwsze – umiar. Umówmy się, waląc po 2-4 browary dziennie, codziennie wcześniej czy później wpadniemy w tęgi alkoholizm, a do tego stracimy zapał i energię do zrobienia z sobą czegokolwiek pozytywnego. Taki scenariusz to równia pochyła po nieheblowanej desce do wanny pełnej jodyny. Do not try this at home. Or anywhere else!

Po drugie – dieta. Tutaj nie ma zmiłuj. Chcesz, aby Twoja waga mieściła się w granicach sensownego BMI (Body Mass Index – przyp. aut.) – żryj mniej! I nie mam tutaj na myśli diety, na której przez miesiąc zrzucisz 35 kilogramów, a potem wszystko wróci do normy. Dieta musi być stała, permanentna i dostosowana do aktualnej sytuacji. Masz problem z samodzielnym jej zbudowaniem? Udaj się do dietetyka, to żaden wstyd, a przynajmniej efekt osiągniesz lepszy, stabilniejszy i o wiele sprawniejszy. Dieta ułożona z głową to podstawa.

Po trzecie – ruch. Być może nie jest to warunek konieczny, ale po prostu przyspiesza on uzyskanie oczekiwanych efektów. I nie ważne, czy będzie to basen, siłownia, rower czy nordic walking – liczy się ruch, powodujący przyspieszenie metabolizmu. Kropka.

Ja osobiście wprowadziłem wszystkie trzy warunki i stosuję je nieprzerwanie od dwóch lat, dzięki czemu nie tylko jestem zdrowszy, ale i po prostu szczuplejszy.

sierpień 2016 rok – 84 kg

Na koniec czas powrócić do postawionego na wstępie pytania – czy piwo tuczy? W mojej opinii bezpośrednio nie ma ono wpływu na przyrost masy ciała; jednakowoż pośrednio, poprzez swoje właściwości i podwyższony indeks glikemiczny zdecydowanie sprzyja ono powstawaniu tzw. piwnego brzucha. Z tym że brzuch ten to nie od piwa, a od chipsów, frytek, kebabów, burgerów i wszystkich innych przekąsek, po jakie sięgamy w wyniku spożycia. Pamiętajcie: wszystko w Waszych rękach!

Reklamy

Brokreacja – Wine Cake (Barrel Aged Wheat Wine)

W zasadzie to niezbyt przepadam za wszelkiej maści piwami świątecznymi. Ok, są wyjątki od tej reguły, jak np. Too Young To Be Herod z browaru Artezan (2016), niemniej jednak jakoś nieszczególnie przekonują mnie te wszystkie piernikowo-goździkowo-pomarańczowo-mandarynkowe fantazje. No ale są Święta, klimat sprzyja, więc i ja postanowiłem specjalnie dla Was wziąć na tapetę jakieś „kristmesowe” piwo. Niestety zamiary jedno, życie drugie. Otóż okazało się, iż ludzie na te świąteczne tematy rzucili się, jak baba z Radomia na 3 Cytryny. I kiedy już miałem wybierać coś do degustacji… piw takowych zwyczajnie na sklepie zabrakło. Nie żebym się jakoś specjalnie z tego powodu smucił. Wręcz przeciwnie – dzięki temu bohaterem dzisiejszego wpisu jest piwo, na jakie zacierałem swoje rączki od dłuższego czasu. Panie i Panowie, przed Państwem Wine Cake autorstwa browaru Brokreacja.

Bazą tego leżakowanego w beczkach po winie ze szczepu Tempranillo piwa jest „standardowy” Wheat Wine, jakiego miałem okazję już próbować (limited edition, niedostępny w regularnej sprzedaży). Baza co prawda przyzwoita, ale nie rozkładająca na łopatki. Starzenie w beczkach na szczęście nie jeden raz pokazało, że ze zwykłego, niczym niezaskakującego trunku może zrobić całkiem sztosowy temat. Jak wyszło tutaj? Zacznijmy od początku.

Wine Cake w trakcie przelewania do szkła od razu ukazuje praktycznie zerowe wysycenie oraz znikomy, minimalny krążek białej piany. W przypadku tego stylu rzecz zupełnie normalna, a wręcz wskazana, choć wizualnie niezbyt atrakcyjna. Sam trunek jest dość gęsty, bursztynowy i bardzo ładnie prezentuje się w kielichu. Aromat to już przebogata kawalkada najróżniejszych zapachów. Na pierwszym planie wyraźnie swoją obecność zaznaczają estry, z przepiękną wiśnią na czele. Alkohol w nosie pojawia się pod postacią szlachetnego likieru owocowego, co mi osobiście bardzo pasuje. Po ogrzaniu pojawiają się także akordy winogronowe, zapewne pochodzące z wcześniej wspomnianej beczki po winie. Bukiet Wine Cake’a to niezwykle złożona i bogata kompozycja, jaka mi osobiście kojarzy się z owocowym ciastkiem z kremem. W smaku jest równie dobrze. Niezwykle pełne, gęste i słodkie piwo świetnie kontruje nieprzesadzona gorycz, której mogłoby być ciut więcej, ale umówmy się – to już będzie zwykłe czepialstwo z mojej strony. Całość jest niezwykle smaczna, deserowa i przywołująca skojarzenia z tortem owocowym. Kilka chwil, parę ruchów ręką i piwo znikło ze szkła, zostawiając bardzo szeroki uśmiech na mojej twarzy.

Mateusz Górski, piwowar Brokreacji, po raz kolejny pokazał, że stawia na receptury i pomysły bezkompromisowe. Wine Cake udowadnia wysoką formę browaru i w mojej opinii stawia Brokreację na zdecydowanym topie wśród polskich, piwnych rzemieślników. Samo piwo mnie osobiście sprawiło wiele radości i nie powiem – idealnie wpasowało się w świąteczny klimat, jaki towarzyszy Bożemu Narodzeniu. Więc jeśli jeszcze tego piwa nie piliście, to koniecznie nie przegapcie okazji. 9/10

Szybki Strzał – Odc. 7 – „Rusted into Stereotrip”

Granie tras koncertowych ma to do siebie, że nie zawsze trafiasz w miejsce z odpowiednim wyborem stosownych trunków. Zazwyczaj w klubach koncertowych szefostwo zawiera pakt z jednym z czołowych przedstawicieli branży piwowarskiej, co wiąże się z totalnym brakiem wyrobów z poza oferty wyżej wspomnianych „najjaśniejszych”. Oczywiście są wyjątki od tej reguły, jak np. klub Alternativa w Poznaniu, który uraczył mnie na scenie chociażby radugowym Metropolisem (i nie tylko), niemniej jednak zazwyczaj człowiek jest skazany na żłopanie przysłowiowego „Tajskiego”. Dlatego też zwykle zabieram ze sobą kilka ciekawszych tematów dla spokoju ducha i moich kubków smakowych. Tym sposobem udało mi się ogarnąć krótką, piwną relację z minionych, koncertowych wojaży po Polsce. Panie i Panowie – zapraszam na kolejny odcinek Szybkich Strzałów, sponsorowany przez trasę „Rusted into Stereotrip”.

  1. Kraftwerk – Rage Machine (Chocolate Chilli Milk Stout)

Nigdy nie pij mocarzy na trasie; a przynajmniej nie przed koncertem! W ten scenariusz doskonale wpisuje się Rage Machine z Browaru Kraftwerk. Ten lekki, czekoladowo-mleczny stout z chili mimo niewielkiej zawartości alkoholu (4,2% wag.) bardzo fajnie i przyjemnie rozgrzewa. Jest to oczywiście zasługa dodanych papryczek, które w towarzystwie akcentów mlecznej czekolady i subtelnej paloności fajnie komponują się ze stosunkowo pełnym ciałem tego piwa. I to jest duży plus Rage Machine – pomimo 14° BLG nie jest on wodnisty i sprawia wrażenie dość krągłego trunku. Jak do tego dołożymy bardzo przyjemny aromat z wiodącymi nutami mleka i kakao, tak otrzymamy solidną dawkę piwnych wrażeń. Osobiście za lekkimi stoutami nie przepadam, ale tego kupuję w całości. 7/10

  1. Beer Bros. – Hopsztos (Imperial IPA)

Czasami zasady są po to, aby je łamać. Tak było w przypadku tego Imperianego IPA, gdyż postanowiłem je przyjąć przed koncertem. Na szczęście Hopsztos pod kątem zawartości alkoholu mieści się w dolnej granicy tego stylu, więc czuję się chociaż trochę usprawiedliwiony. A jak wrażenia? Aromat to przede wszystkim chmiel. Trawiasty chmiel, jaki uwielbiam, dodatkowo otulony owocami egzotycznymi z ananasem i mango na czele. Całość muśnięto subtelnym karmelem, co w finale daje nam bardzo przyjemny i kompletny bukiet. Poza tym Hopsztos po kilku łykach pokazuje lekkiego pazura pod postacią średniej goryczki. W stosunku do dość znacznej słodyczy tego piwa jest ona w moim odczuciu jednak zbyt niska. Beer Bros. zaserwował nam trunek, jaki dość przyjemnie się pije, chociaż całość mogłaby być „bardziej”. 6.5/10

  1. Trzech Kumpli – Califia (West Coast IPA)

Poza kilkoma nowalijkami staram się w trasy zabierać przede wszystkim sprawdzone tematy – dzięki temu ryzyko trafienia na słabe piwo spada niemal do zera. Umówmy się; nic tak nie psuje humoru przed gigiem, jak fatalny „browar”. Stąd w tym zestawieniu pojawia się Califia. Ta West Coast IPA przeplata w sobie cytrusy z egzotycznym zapachem mango i fantastyczną ziołowością chmielu. W smaku też jest bardzo dobrze i przyjemnie gorzko. W skrócie – wszystko się tutaj zgadza, a wśród polskich przedstawicieli tego stylu dla mnie jest to absolutny numer jeden. 9/10

  1. Deer Bear – Let’s Cook (Gose z morelą i limonką)

Po udanym koncercie trzeba uzupełnić płyny i elektrolity, więc cóż lepszego można było wybrać? Szczerze – chyba nic. Let’s Cook to piwo idealnie gaszące pragnienie po intensywnym wysiłku na scenie. Jest niesamowicie rześkie, odpowiednio kwaśne, z lekko podbitą słodyczą, płynącą z moreli. Limonka czai się gdzieś w tle, ale niech Was to tło nie zmyli, bo limonka jest tutaj całkiem wyraźna. Delikatna, niemal znikoma gorycz i subtelne odczucie słoności świetnie dopełniają całość. I do tego ten aromat! Morela gra tutaj pierwsze skrzypce, z wtórującą jej ponownie limonką. Znowu jest rześko, lekko i po prostu pięknie. Let’s Cook to idealna odskocznia od intensywnie chmielonych tematów, a po gigu to po prostu poezja. 8/10

PS

Na koniec rzućcie okiem na ładne tańce z Rybnika z w/w trasy – klub co prawda niewielki, ale za to zabawa była przednia:

Fabrica Rara – Fruity (Fruit Weizen z dodatkiem malin i arbuza)

Należę do gatunku ludzi lubiących zimą, przy trzaskającym mrozie powspominać klimat wakacji, gorących i piaszczystych plaż oraz wyjątkowo ciepłych wieczorów. W ten obraz doskonale wpisuje się kilka drobnych szczegółów. Jednym z nich jest Weizen. Do dzisiaj pamiętam jeden z festiwali, na jakim miałem okazję grać, a na którym kisiliśmy się z zespołem w strasznym ukropie od samego rana (próba dźwięku o 7:30, start koncertu 19:00, 35 stopni w cieniu – no po prostu dosko pomysł!) – nic tak dobrze nie gasiło pragnienia, jak właśnie piwo pszeniczne. Drugim elementem, przywołującym w pamięci wakacje jest arbuz. Ten słodki i niezwykle soczysty owoc to must have w lodówce latem. W związku z tym kiedy całkiem niedawno w moje łapy wpadł Fruity z Fabrici Rary od razu wiedziałem, iż to piwo długo zamknięte nie pozostanie.

Powszechnie wiadomym jest, że wyżej wspomniany browar znany jest z wrzucania do swoich produktów wszelkiej maści dodatków. Ekipa z Cieszyna postawiła w tym miejscu na arbuz oraz maliny. W mojej opinii połączenie pszeniczniaka z tymi owocami to pomysł bardzo udany, aczkolwiek mam świadomość, iż nie trafi on w gusta każdego beer geeka. Ja w każdym razie takie podejście szanuję. A jak te dodatki wpłynęły na Fruitiego? Zapach to przede wszystkim wyraźne nuty goździków, z delikatnym, bananowym podbiciem. Jest fenolowo, słodko, a dzięki niezwykle mocnym akordom arbuzowym jest także bardzo rześko. Niestety zabrakło mi tutaj wspomnianych wcześniej malin, niemniej jednak bukiet tego piwa faktycznie przeniósł moje wspomnienia w sierpniowy, upalny wieczór, więc przymknę na to oko. W skrócie – jest dobrze. Smak to także wyraźny, weizenowy charakter, o gładkiej fakturze, z solidnym arbuzem w tle. Maliny chyba też gdzieś tutaj są, bo coś tam w ten deseń majaczyło, aczkolwiek nie wiem, czy nie było to na zasadzie autosugestii. W każdym razie mimo niedostatku tego dodatku Fruity i na tym polu się broni. Jak do tego dołożymy nienaganną prezencję, czyli ładne i równomierne zmętnienie, drobną i dobrze koronknującą  pianę, tak dostaniemy piwo solidne i niezwykle pijalne.

Fabrica Rara stanęła na wysokości postawionego im zadania, tworząc piwo jednoznacznie kojarzące się mojej skromnej osobie z wakacjami. Owszem – zdecydowanie lepiej piłoby się je latem, ale czasem i w chłodny, zimowy wieczór warto odpocząć od wszelkiej maści RISów czy Barley Wine’ów. Dla mnie podróż w ciepłe kraje z Fruitim była niezwykle udana i polecam ją każdemu, kto będzie miał ochotę na tego typu wojaże. 7.5/10

Browar Kingpin – Headbanger (Imperial IPA)

Bardzo szanuję ludzi, którzy potrafią przyznać się do błędu. Szacunek ten wynika z faktu, iż przez naszą zwykłą, ludzką zatwardziałość cecha ta jest niezwykle rzadka i niezbyt często spotykana. Podobne zachowania można zaobserwować wśród niektórych browarów kontraktowych i rzemieślniczych. Na szczęście nie zdarza się to często, ale jednak się zdarza. I tak jakiś czas temu można było trafić na Stout z frapującą doklejką „sour edition” na butelce czy sprzedaż skwaśniałego IPA na jednym z festiwali. Wpadkę zaliczył również Browar Kingpin z pierwszą warką Headbangera, o czym szerzej miałem okazję już pisać (KLIK!). Od tego czasu sporo wody w Wiśle upłynęło, a ekipa Kingpina uderzyła się w pierś i wypuściła kolejne warki tej Imperialnej „IPY”. Ponoć wady zostały wyeliminowane, a samą recepturę poprawiono. Cóż – sprawdźmy zatem, czy faktycznie Headbanger nie ma się czego wstydzić.

Przelanie piwa do szklanki ukazuje nam piękny, bursztynowy i lekko zmętniony trunek, z solidną czapą białej, drobnopęcherzykowej piany. Taki wygląd mocno szanuję, bo kusi on i zaprasza do bliższych kontaktów, niczym Sharon Stone w Nagim Instynkcie. Skojarzenia z tym filmem nie są w tym miejscu przypadkowe, gdyż pierwsza warka Headbangera również kusiła aparycją, finalnie okazując się niezwykle… „morderczą”. Na szczęście tutaj wszystko się zgadza. Aromat to rewelacyjne połączenie nut owoców egzotycznych, z mango i jego jałowcowym charakterem na czele wraz z akordami żywicy i karmelu. To piwo po prostu pięknie pachnie i zachęca do wzięcia kolejnych łyków. W ustach na pierwszy plan wychodzi przyjemna i wysoka gorycz, która w połączeniu z dość wyraźną słodyczą tworzy idealny balans tych dwóch cech. Ekipa Kingpina postawiła tutaj na stosunkowo głębokie odfermentowanie, dzięki czemu piwo jest niezwykle pijalne oraz nieulepkowate. Przy tak wysokim ekstrakcie (19,1 °BLG) nie jest to rzecz oczywista. Sznytu całości dodaje użycie słodu żytniego, nadającego piwu dość gładkiej faktury. W trakcie degustacji cały czas fajnie w smaku grały nuty owoców egzotycznych, wprowadzając niezwykłą radość i szeroki uśmiech na twarzy.

Po mojej pierwszej, nieudanej „randce” z Headbangerem całkowicie przeszła mi ochota na sięganie po to piwo. Na szczęście kilka życzliwych dusz szepnęło dobre słowo o kolejnych jego warkach, dzięki czemu mogę teraz z czystym sumieniem polecić je innym. I wielki szacun dla Kingpinów za niezamiatanie problemu pod dywan i za wyprowadzenie „Głowo-łomota” na prostą. Ja z pewnością nie jeden raz będę trzepał dynią w rytm smaku tej Imperialnej „IPY”. 7.5/10

Browar Pustynny – Srebrne Miasto (Hefeweizen) + Klucze do Pustyni (AIPA)

Browar Pustynny nigdy na dłużej nie zdołał przykuć mojej uwagi. Raz spróbowałem jakiegoś ich piwa i nawet nie pamiętam, jakie ono na mnie wywarło wrażenie. Ba, ja nawet nie pamiętam, co to było za piwo. Do tego te smętne etykiety. Bichromatyczna grafika na butelkach tej załogi bardziej przypomina dzieła gimnazjalisty w Paint’cie, niż dobry, zapadający w pamięć obrazek. I nie mówię, że użycie tej formy wyrazu jest złe. Bichromia jest spoko, tylko trzeba mieć na nią pomysł, którego tutaj zabrakło. Jak do tego dodamy fakt, iż w Polsce mamy około 200 browarów, z czego spora liczba opanowała marketing na dość wysokim poziomie, tak może okazać się, że Browar Pustynny szybko zniknie z piwnej mapy naszej ojczyzny. Ekipa jednak walczy dzielnie i nie odkłada piwowarskiego fartucha na kołek. Ostatnio podrzucili mi dwie swoje propozycje – Klucze do Pustyni oraz Srebrne Miasto. Skoro tak, to sprawdźmy co takiego drzemie w tych dwóch butelkach i czy tym razem coś zostanie w mojej pamięci.

Srebrne Miasto – Hefeweizen

Pszenica to niezbyt odkrywczy styl, ale lubię czasem po niego sięgać. Srebrne Miasto po przelaniu do szklanki wręcz krzyczy do nas „ej, zobacz, wyglądam jak świetna pszenica; mam solidną, drobną pianę i musisz wypić mnie teraz, już, natychmiast!”. Niestety, po kilku łykach okazuje się, że spodziewaliśmy się wypasionego steka, a dostaliśmy schabowego. Żeby nie było – schabowy nie jest zły, ale oczekiwałem po tym piwie większej głębi i pełniejszego ciała. Na szczęście reszta się zgadza. I tak w aromacie dostajemy przyjemną nutę bananów i goździków, a w trunku wysoką pijalność i delikatną gładkość. To piwo nadawałoby się idealnie na letnie upały, co jednakowoż nie usprawiedliwia jego zbyt niskiego ciała. Pomysł dobry, ale receptura do drobnej korekty. 6.5/10

Klucze do Pustyni – American IPA

Co jak co, ale dodanie do składu skórki pomarańczy przy tym stylu i nie pochwalenie się tym na froncie etykiety to trochę pójście na łatwiznę. OK, Omnipollo dodaje aromaty, więc mimo wszystko nie jest najgorzej. W każdym razie aromat tego piwa jest obłędny. Wyraźna pomarańcza przepięknie miesza się z akordami delikatnego karmelu i lekką ziołowością chmielu. I w nosie mam, czy ta pomarańcza to z tej skórki, z chmieli czy z jednego i drugiego. Zapach się zgadza i to zdecydowany plus Kluczy do Pustyni. A co się kryje dalej? Zbyt głębokie odfermentowanie (12 BLG, 6% alk.). Ot po prostu dostajemy mocno wytrawne piwo, jakie w mojej opinii powinno mieć zdecydowanie więcej ciała. Jeśli do tego dołożymy dość wysoką i stosunkowo długo utrzymującą się gorycz, to okaże się, iż płytsze odfermentowanie i wyższa słodyczy byłby tutaj wskazane. Mam nadzieję, że przy kolejnej warce ten temat będzie poprawiony. Ja w każdym razie będę na tę drugą warkę polował. A tymczasem – 6.5/10

Browar Pustynny w moich oczach stopniowo poprawia swoje noty, czego dowodem są te dwa piwa. Być może nie wypadają one rewelacyjnie i nie urywają dupy, a już z pewnością można je bardziej dopracować, ale na pewno tak łatwo o nich nie zapomnę. Bo to niezłe piwa są, a do wysoko zawieszonej poprzeczki polskiego kraftu brakuje już naprawdę niewiele. Ja w każdym razie mocno trzymam kciuki i kibicuję!

PS
I naprawdę liczę na lepsze etykiety 😉

EDIT:

Właśnie dowiedziałem się, że na etykietę wkradł się błąd i piwo ma 16 BLG, 5,9% alk. obj. – tym bardziej dziwi mnie tak mocna wytrawność… 😉

Argus – Porter (Porter Bałtycki)

Sebix od życia nigdy wiele nie wymagał. Byleby robota była na zakładzie, wypłata w terminie, a od czasu do czasu jakiś grill z kumplami albo dancing na mieście. No i piwo. Wieczorem do meczu, do wiadomości, do serialu, do filmu, do teleturnieju, do Kuchennych Rewolucji czy innego Big Bradera. Bo na grillu to wiadomo, że wódka, a na dancingu lepiej Walkiera z colką machnąć, bo dupeczki z większym szacunkiem na Ciebie patrzą. A piwo to mocne; żeby bańka była i humor trochę lepszy. I nie za drogie, bo na zakładzie ostatnio mniej roboty i wypłaty już nie takie dobre. A jak niedrogie, to z dyskonta najlepiej, i to tego niemieckiego. Niemiec przecież to jakość i solidność, jak w BMW, jak w Mercedesie – nie ma sobie równych. Ostatnio nawet promocję zrobili na to drogie piwo, co to Sebix na nie czasem zerkał. 2.99 zł za puszkę żal było wydać, bo jeszcze kilka groszy i zamiast jednego będą dwa, a dwa to lepiej niż jedno, wiadomo. 2.19 zł brzmi lepiej, a przy tym 8 woltów mocy i niby jakiś porter, co to nazwę taką widział raz w knajpie na wakacjach w Juracie. Argusa też pija regularnie, więc co tam – kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana… czy tam portera.

Sebix na kwadrat dotarł dość późno, a że meczyk już się zaczął, to i na chłodzenie piwerka nie było czasu. Szybkie „tssssst” i już Argusik leje się do szkła, co to mu je kumpel przywiózł z jakichś targów. Tylko co tu się wyprawia w tym kolorze? Jakieś takie ciemno-brązowe, z pianą jasno-beżową. Zupełnie nie jak piwo normalnie, więc może popsute? Piana w sumie szybko znika, ale browarek koloru zmienić chyba nie zamierza. Powąchać trzeba przed wypiciem, bo jeszcze się zatruje, a na L4 wypłata słabsza. Pachnie też nie jak piwo, ale chyba ładnie. Trochę jakby popcorn maślany, ale za chwilę niby wiśnie w likierze. Normalnie czekoladki Mon-cheri gdzieś, ktoś tutaj utopił. Masełko, jak masełko, na bułce z dżemem dobre, to i może pod te wiśnie ktoś to wymyślił? W każdym razie pić można, bo nie śmierdzi. Kilka głębokich łyków i znowu te wiśnie tu są, a do tego szczypta czekolady się pojawia. I jakieś takie pełniejsze, niż tradycyjne jasne pełne. OK, może nalewka od babci to to nie jest, ale czuć że piwerko mocarne i słodkie. To już na pewno nie może być popsute, bo takie rzeczy ponoć tylko w tych dobrych piwach mają. Tak słyszał kiedyś w markecie, jak dwóch krawaciarzy o tym przy kasie gadało. A jaki posmak czekolady zostaje w ustach; normlanie takiej gorzkiej, jaką ostatnio w paczce na święta z zakładu dostał. Droga pewnie nie była, ale że takie cuda w piwie?! Tylko chyba to masło nie do końca tutaj pasuje, ale nie przeszkadza aż tak bardzo. Puszka zeszła przed pierwszym kwadransem meczu, humor wyraźnie się poprawił, a w drodze do lodówki już w nogach czuć wirowanie. Cuda jakieś Panie i to po 2.19 za sztukę!

Sebix już zaplanował, że szybko musi zapasy na Święta tego piwa uzupełnić, zanim promocja się skończy. Przecież takie cymesy nie mogą się zmarnować! Nawet by i trójkę peelenów dał za ten Porter od czasu do czasu, bo przecież i jemu odrobina luksusu się należy. Rozmarzył się Sebix i nawet przez chwilę pomyślał, że mógłby stać się zwykłym Sebastianem, ale gol w meczyku szybko przywołał go do porządku. Te Portery to on jutro kupi, ale teraz pora na najlepsze jasne pełne, 1.89 zł za puszkę i niech w końcu te patałachy wezmą się za granie, a nie takie badziewie na boisku wyprawiają! 4/10 w skali FHP