Piotrek z Bagien – Funky Wild Fruit Agrest (Sour/Wild Ale)

piotrek.jpeg

Ponoć człowiek uczy się całe życie, a i tak głupi umiera. I trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić, bo świat leci do przodu na łeb, na szyję i ciężko dotrzymać mu kroku. Dodatkowo jak się ktoś nie rozwija, tudzież stoi w miejscu, to tak jakby się cofał. Ja z kolei postanowiłem, iż będę się starał przynajmniej w minimalnym stopniu gnać chociażby za galopującymi trendami, co bym zbyt głupi nie umarł. W piwnym świecie jest podobnie – trzeba mieć łeb otwarty na ciekawostki i nie zrażać się po pierwszej porażce. Miałem tak z tematem wszelkich maści dymionych wynalazków, teraz z kolei na tapetę weszły piwa kwaśne. Początkowo niezbyt byłem doń przekonany, no bo jak to kwaśny browar?! Przecież to nie może być tak, że pije i jakby mi ktoś cytrynę kazał polizać. Z czasem jednak nabrałem przekonania do tego stylu i teraz co raz częściej sięgam po piwa typu sour. Ok, ale czy będzie dało się wypić „kwasa” na dzikich drożdżach? Czy to już nie będzie przesada? Niedawno miałem okazję się o tym przekonać, testując Piotrka z Bagien w wersji Funky Wild Fruit Agrest.

Zapach, jaki otrzymałem prosto z Teku (to taki kieliszek do piwa, gdyby ktoś nie wiedział 😉 ) faktycznie można wpisać do kategorii „wild”. Dzikie drożdże dominują , dając mega fajny aromat końskiej derki, zmieszanej z czarną porzeczką. Całość wiruje bardzo intensywnie i łączy się doskonale z akordami owoców agrestu, który to agrest bardzo wyraźnie wychodzi w smaku. Piwo jest bardzo rześkie i orzeźwiające, co nie przeczy temu, aby zaliczyć je w poczet trunków degustacyjnych. Kwaśność nie wychodzi tutaj na pierwszy plan – jest ona po prostu bardzo dobrze skontrowana przez owocowość tego piwa. I ten fajny, lekko ciasteczkowy posmak, jaki zostawia ono w ustach. Mmmm… miodzio! To wszystko w połączeniu ze znikomą goryczką daje nam naprawdę bardzo udany i zdecydowanie ultra pijalny trunek.

Piotrek z Bagien – Funky Wild Fruit Agrest pokazuje, że warto mieć oczy szeroko otwarte i nie stronić od tego, co jest nam nieznane. Po prostu trzeba polecieć czasem z prądem i zaryzykować, bo na finiszu może się okazać, że ta jazda warta była ryzyka. A ja z kolei nauczyłem się czegoś nowego, dzięki czemu mam nadzieję umrzeć ciut mniej głupi, niż wcześniej miało to miejsce. 7.5/10

Reklamy

Dukla + Brokreacja – Nafciarz Dukielski (Whisky Rye Double Brown Porter)

Dukielski.jpeg

Jako niepoprawny amator szkockich i irlandzkich whisky, a szczególnie tych charakteryzujących się intensywnie torfowymi nutami z nieskrywaną ciekawością sięgnąłem ostatnio po Nafciarza Dukielskiego. Ten Whisky Rye Double Brown Porter powstał w kooperacji Browaru Dukla oraz Brokreacji. O ile Ci pierwsi jeszcze nie zdołali trafić w mój gust, tak ekipa Brokreacji kupiła mnie na zeszłorocznym Silesia Beer Feście doskonałymi etykietami i całkiem przyjemnymi piwami. Wychodzi więc, że na dwoje babka wróżyła, bo i różnie bywa z tymi kooperacjami. W tym przypadku kupiła mnie grafika oraz opis, widniejący na butelce. Dokładnie idzie on tak:

Nafaciarz Dukielski to piwo inspirowane wydobywaną od wielu lat, w rejonach Dukli, ropą naftową. Piwo o oleistej fakturze pochodzącej ze słodów żytnich i ciemnobrunatnej barwie nadanej przez czekoladowe i palone słody whisky. W smaku i aromacie nuty torfu i nafty przeplatają się z szlachetną ziołowością słodu East Kent Golding oraz charakterem brown portera.


Po tej króciutkiej lekturze nie mogłem przejść koło Nafciarza obojętnie, mając wobec niego jednocześnie bardzo wysokie oczekiwania. No to jak wyszła ta konfrontacja?

Z ciemnymi piwami mam tak, że ich wygląd przykuwa moją uwagę zdecydowanie bardziej, niż ich jaśniejsze odmiany i tak też było w tym przypadku. W sztucznym świetle ten Brown Porter wyszedł prawie jak ropa naftowa – czarny jak smoła, z delikatnymi, ciemnobrązowymi refleksami. Drobna i beżowa piana fajnie dopełniła całość, chociaż nie ukrywam – mogłaby troszkę lepiej „koronkować” na szkle. Nie to jest jednak istotą rzeczy. Istotne jest to, co dzieje się dalej, a wierzcie mi – dzieje się tutaj naprawdę wiele! Wyobraźcie sobie, że stoicie na polu naftowym, w towarzystwie składowanych nieopodal podkładów kolejowych. Słońce zdążyło już dość mocno nagrzać spękane drewno, z którego bardzo wyraźnie unosi się w powietrzu ten ich specyficzny zapach. Czujecie to? Bo w tym piwie takich nut nie brakuje! Parafrazując tytuł jednego z filmów braci Coen – to nie jest piwo dla słabych ludzi. Dołóżcie sobie do tego aromaty torfowe i akcenty dymne, podsypane gorzką czekoladą oraz przyjemną kawą i voila! Dla mnie to jest absolutne K. O. Co dzieje się dalej? Nafciarz Dukielski pomimo niezbyt wysokiego ekstraktu, ale dzięki zastosowaniu słodów żytnich ma przyjemną, oleistą fakturę. On naprawdę może kojarzyć się z ropą naftową w dobrym tego słowa znaczeniu. Nie brak mu też pełni w smaku. I tutaj kolejne, miłe zaskoczenie – to piwo jest delikatnie słodkie na początku, aby potem wybrzmieć ponownie nutami torfowymi i przyjemną, dość mocną goryczką. Wyczuwalna jest też czekolada, z odrobiną kwasowości w kontrze. Finisz Nafciarza też robi robotę, bo cały czas czułem się tak, jakbym siedział na tych podkładach kolejowych, nieopodal wspomnianego wyżej pola naftowego.

Muszę przyznać, że kompozycja piwna, jaką stworzyli piwowarzy z Dukli i Brokreacji jest dla mnie niezwykle udanym strzałem. Wszystko się tutaj zgadza i nie ma się nawet za bardzo do czego przyczepić (chociaż nie ukrywam, iż dość intensywnie szukałem jakichś wad). Nafciarz Dukielski zasługuje na pokłony w pas. Niemniej jednak trzeba pamiętać –  nie jest to trunek, jaki przypadnie do gustu wszystkim. Z pewnością jest on wymagający i dla amatorów piwnych wrażeń może być zbyt radykalny. Ja natomiast takie tematy uwielbiam i z czystym sercem daję 9/10

Hopster – Indiana (Lemon Grass IPA)

hopster indiana.jpeg

Domeną każdego wilka morskiego poza grabieniem, plądrowaniem i gwałtami są także podróże. Podczas takich wypraw można poznać wiele ciekawych osób, zwiedzić niespotykane miejsca albo dorwać nowy browar, jakiego na Śląsku jeszcze nie widziałem. Mowa tutaj o szczecińskim browarze Hopster, na jaki trafiłem niedawno w tym pięknym mieście. W moje łapy wpadły trzy piwa – Sunny Lager, AIPA oraz Lemon Grass IPA. I to właśnie tę ostatnią butelkę, ochrzczoną imieniem Indiana wziąłem na tapetę.

Pomysł z dodaniem trawy cytrynowej w tym stylu uznaję za niezwykle trafiony. Zagadką było, czy jednak ekipa z Hopstera należycie temat ogarnęła, bo z dodawaniem tego typu ciekawostek bywa różnie (kto pił Ale Cocones będzie wiedział, o czym mówię 😉 ). Pierwsze, co dostajemy w aromacie to wyraźna i mocna podbudowa karmelowa. Mnie taki temat pasuje, zwłaszcza że miesza się on z nutami ziołowymi, owocami egzotycznymi i lekkimi cytrusami. W tym miejscu wiedziałem już, że napis Lemon Grass na butelce widnieje tutaj nie bez kozery – trawa cytrynowa dodaje delikatnego tła i rewelacyjnie dopełnia całość. Samo piwo jest niezwykle pijalne i smaczne; po prostu doskonałe na upalne dni. Co prawda w moim odczuciu mogłoby być ono trochę bardziej cieliste i pełne z mocniejszym chmieleniem na goryczkę, ale to jak zwykle tylko moje subiektywne zdanie. Duży plus ponownie za trawę cytrynową, której smak fajnie podkręca akcenty słodowe i chmielowe w tym trunku. A co z minusami? Czy faktycznie to piwo jest aż tak idealne? Nie do końca. Po ogrzaniu miałem wrażenie, że co jakiś czas dostaję delikatnego prztyczka w nos z nut maślanych. Diacetyl? Kilka pociągnięć nosem i… nieeee, chyba nie, to chyba karmel. I za chwilę to samo. No ktoś tutaj chyba robi sobie ze mnie jakieś jaja… Kiedy piwo nabrało tych 15-16 stopni diacetyl stał się już bardziej wyraźny, ale wciąż na granicy wyczuwalności. Za to drobne niedociągnięcie, które mocno nie przeszkadza odejmuję jeden punkt.

Jaki werdykt? Browar Hopster postarał się należycie i wypuścił na rynek piwo niezwykle pijalne, z dobrze wykorzystanym tematem trawy cytrynowej w tle. Indiana to IPA idealnie pasująca na upalne dni i ciepłe wieczory, bez zbędnych, sensorycznych podniet. To po prostu dobre piwo jest! 6.5/10

Chmielobrody na swoim!

chmielobrody

Dzisiaj nowej recenzji nie będzie. Starej zresztą też nie, bo już mi się skończyły te co ładniejsze. Niemniej jednak wpis jak widać się pojawił, a będzie dotyczył czystej prywaty, lokowania produktu i szeroko pojętej reklamy.

Bo w życiu to trzeba mieć marzenia! Jak byłem młodzieńcem, to zapragnąłem zostać sławnym, rockowym gitarzystą. Niestety tutaj nie do końca się udało. Ok, na gitarze gram, ale nie jestem ani sławny, ani rockowy. O marzeniach wieku dziecięcego nie wspomnę, bo musiałbym wytłumaczyć, dlaczego w wieku 6 lat chciałem zostać śmieciarzem (true story). Niestety człowiek nabiera lat; jego cele, aspiracje i idee dojrzewają, a on sam musi podporządkować się prozie życia. No ale hola, hola, to że jestem po 30-tce nie oznacza, że nie mogę mieć marzeń, takich wiecie – dojrzałych. I tak oto parę lat temu zapragnąłem posiąść swój własny sklep z piwem rzemieślniczym, kraftowym i regionalnym. Powstał plan, pomysł na nazwę i logo. Niestety z czegoś żyć trzeba i rzucenie intratnej pracy w korpo (którą w sumie lubię) nie bardzo korespondowało z ideą życia na własny rachunek. Na szczęście los się w końcu odmienił i za sprawą mej ukochanej dziewczyny plan mógł się ziścić. Oczywiście nie obyło się bez trudności, bo przecież (jak to śpiewał Kazik Staszewski) -„Poooolska, mieszkaaaam w Poooolsce”. Bez zbednego zagłębiania się w szczegóły i kur**wania na biurokrację i lokalnych urzędników – udało się i tak oto 27.04.2016 roku na ul. Słowackiego 31 w Katowicach zostanie otwarty sklep, sygnowany imieniem Chmielobrodego. Fajnie? No pewnie, że fajnie! I żeby nie było – nie oczekujcie w tym miejscu samych superlatywnych recenzji od tej chwili, „no bo towar musi zejść”. Co to, to nie – jak będzie słabo, to szczerze o tym napiszę, bez owijania w bawełnę. O!

Tymczasem zapraszam Was wszystkich, czytających te wypociny na fanpage fejsikowy Chmielobrodego, gdzie też będę wrzucał linki do kontentu z tejże strony. Arghhhhhhh!

CHMIELOBRODY – PIWA KRAFTOWE 

Brewdog – Jack Hammer (Ruthless IPA)

20160414_224006-01.jpeg

„Młot pneumatyczny (ang. jackhammer) – przenośne urządzenie mechaniczne używane głównie do prac budowlanych, w drogownictwie, w kopalniach.” (Młot pneumatyczny – Wikipedia). Tyle jeśli chodzi o skróconą definicję, serwowaną przez portal Wikipedia. I faktycznie, nieprzypadkowo ekipa z browaru Brewdog wybrała to narzędzie na nazwę dla jednego ze swoich piw. Panie i Panowie, Damen und Herren, Madame ou Monsieur , przed Wami (werble)… Jack Hammer, czyli Ruthless IPA prosto z Wysp Brytyjskich!

Co tutaj się odp… wyprawia? Jeszcze nigdy nie byłem w sytuacji, w której po przelaniu piwa do szkła aromat amerykańskich chmieli będzie tak intensywny, jakby mi sam Tyson zasunął z prawego sierpowego. Serio, nawet specjalnie nie trzeba się starać – po prostu wystarczy lekko nachylić się nad kieliszkiem, żeby zebrać w nos solidny strzał z grejpfruta i bardzo intensywnie jałowcowego mango. To wszystko? No właśnie nie, bo zaraz dostajemy poprawkę z lewego prostego pod postacią przyjemnej ziołowości i lekkiego karmelu. Pół wieczoru można by spędzić z Jack Hammerem na samym jaraniu się aromatem. Do tego ten smak. Muszę przyznać, iż to piwo jest naprawdę bezwględne (ruthless – ang. bezwzlędny) pod każdym względem. Parę łyków i znowu czuję się, jakbym stał na ringu z chmielową odmianą jednego z braci Klitschko. Ponownie zbieram tęgie baty z mocną, jałowcową podbudową mango i z cytrusów. Całość jest bardzo pełna w smaku, bez chwili oddechu dla zmysłów. Na koniec nokautuje nas solidnym podbródkowym bardzo intensywna goryczka. Producent podaje wartość IBU na poziomie 200+ i ciężko jest mi się z nim kłócić (zwłaszcza, że właśnie leżę na deskach z jałowcowym finiszem w ustasch, a sędzia rozpoczyna liczenie).

I co ja mam na koniec napisać? Dalej kręci mi się w głowie na myśl o tej nierównej walce. Niemniej jednak takiej walki to ja życzę każdemu. Ok, jak dla mnie można było trochę skręcić goryczkę, ale to tylko moja subiektywna opinia. W końcu to piwo ma być bezwzględne i właśnie takie jest! Piwowarzy z Brewdoga nie poszli na żadne kompromisy i za to dostają ode mnie 9.5/10

Perun – Bafomet (Russian Imperial Stout)

bafomet.jpeg

Patrząc na to, co dzieje się za oknem mniemam, iż sezon grzewczy możemy chyba uznać już za zakończony. Co raz częściej termometr wskazuję nam temperaturę powyżej „piętnastu kresek”, a świecące słońce od razu przypomina, że niedługo będzie można cieszyć się dobrym piwem na świeżym powietrzu bez ryzyka zachorowania na zapalenie płuc. Tym samym o wiele trudniej będzie zasiąść przy piwie z gatunku „na jesienne/zimowe wieczory”. Mam tu na myśli wszelkiej maści RISy, Portery Bałtyckie czy Barley Wine’y. Oczywiście, moje ulubione przysłowie mówi: „nie ma rzeczy niemożliwych, są tylko ludzie o wąskich horyzontach”, a więc pewnie się zdarzy, jeśli będzie taka możliwość. Jednakowoż upalne dni zdecydowanie bardziej sprzyjają wypiciu kilku lekkich lagerów, niż ciężkich piw górnej fermentacji. W związku z tym czas na osuszanie zapasów, czego efektem jest dzisiejszy wpis, poświęcony „demonicznemu trunkowi” – przed Państwem Bafomet, uwarzony przez browar Perun we współpracy z zespołem Behemoth.

Pierwsze, co zaskoczyło mnie w tym RISie, to aromat. Nie jestem wybitnym znawcą tego stylu, niemniej nuty ciasteczkowe na tak wysokim poziomie były dla mnie czymś nowym. Nie powiem, uznaję to za spory plus i fajną odmianę. Poza tym można tutaj wyczuć mleczną czekoladę z lekkimi nutami kawowymi w tle. Obawiałem się trochę o wysoką zawartość alkoholu Bafometa – jest go tu aż 11,6%. Obawy okazały się nieuzasadnione, gdyż zarówno w zapachu, jak i w smaku alkohol jest doskonale ukryty. Piwo jest stosunkowo słodkie, dość gładkie i lekko zalepiające, z wyraźną i przyjemną goryczką w kontrze. W ustach można wyczuć czerwone owoce, kawę i czekoladę. Jest bardzo dobrze, chociaż nie do końca tego się spodziewałem. Plusem będzie delikatna paloność, jaka pojawia się na finiszu.

Zastanawiam się, jaki udział w procesie warzenia tego piwa miał zespół Behemoth, ale bez względu na to muszę przyznać, że z całej czwórki (Sacrum, Profanum, Heretyk, Bafomet – przyp. aut.), to właśnie Bafomet wyszedł im najlepiej. Pomimo odmiennych oczekiwań dostałem trunek smaczny i cieszący zarówno oko, jak i nos oraz podniebienie. Przypuszczam, iż dłuższe leżakowanie dodałoby tutaj charakteru, dlatego też jedna butelka poczeka na otwarcie do następnej zimy. Tymczasem ode mnie 7/10 i ponownie brawa za połączenie świata muzyki i polskiego kraftu.

PS
Gdyby ktoś nie znał twórczości zespołu:

Pinta – Atak Chmielu (American IPA) – czyli jak zostałem hopheadem

atak

Dzisiaj będzie nietypowo – z okazji 5 urodzin Ataku Chmielu słów kilka o tym, jak rozpocząłem swoją drogę w kierunku zostania hopheadem 🙂 A było to tak:

Każda rewolucja ma gdzieś swój początek. Czasami jest ona efektem własnych doświadczeń, przemyśleń, a czasami jest spowodowana działaniem osób trzecich. Ale od początku. Pierwszym krokiem w stronę mojej osobistej, piwnej rewolucji była wizyta w knajpie Rebel Garden w Parku Śląskim w Chorzowie. Koncernów tam nie uświadczysz, ale kraftu też próżno szukać. Na szczęście lodówki są tam obładowane zazwyczaj szerokim wyborem piw z Czech czy Ukrainy oraz z takich polskich browarów, jak Amber, Ciechan czy Sulimar. W skrócie – już nie koncerniak, jeszcze nie kraft. Okazało się, że tzw. europejski lager (o stylach wówczas miałem takie pojęcie, jak o zasadach mechaniki kwantowej – wiedziałem, że są!) może smakować lepiej, niż popularne Tyskie, Lech czy Żywiec. Na tamten czas przekonany byłem o tym, iż to jest top smaków piwnych ever. Aż pewnego wieczoru razem z kumplem wybraliśmy się do nowo otwartej knajpy w Katowicach; bodaj pierwszej, gdzie mieli piwo kraftowe (C4 na ul. Wojewódzkiej). Nie mam pojęcia, co wtedy piłem, ale doskonale pamiętam, co pił mój bdb kolega… a zamówił coś, co urzekło go „śmieszną” nazwą i świadczyło o wysokiej zawartości goryczy. I w ten oto sposób pierwszy raz skosztowałem Ataku Chmielu z Browaru Pinta. Jakież było nasze zaskoczenie, kiedy okazało się, że w „zwykłym” piwie można odnaleźć takie nuty, jak grejpfrut, cytryna czy pomarańcza, a chmiel chłoszcze Cię z otwartej łapy prosto w twarz. No i poszło. Do dzisiaj Atak Chmielu uznaję za rewelacyjne piwo w stylu American IPA; lubię do niego wracać i jest ono żelaznym standardem w moim piwnym menu. Parafrazując klasyka – Atak Chmielu, jak Atak Chmielu, smakuje jednakowo – czyli wspaniale!

Doctor Brew – Barley Wine Brandy Barrel Aged

barley

Nie lubię brandy. No po prostu nie umiem się przekonać do trunków, które kojarzą mi się ze zbyt słodkimi perfumami mojej ukochanej mamy. Może to jeszcze nie mój czas; może nikt mi nie pokazał, na co zwracać uwagę w tym trunku;  może to po prostu taka karma. Status quo jest taki, że nie pijam brandy i raczej nie zamierza się z tego powodu umartwiać. Na szczęście lubię piwo (tak, wiem – też mi nowość), więc czy połączenie tych dwóch światów może być udane? Piwowarzy z browaru Doctor Brew podjęli rękawicę i uwarzyli Barley Wine, a następnie przelali go właśnie w beczki po brandy. Podobny zabieg zrobili z beczkami po bourbonie, o czym możecie poczytać TUTAJ. A jak wyszło w tym wypadku?

Po zakręceniu kieliszkiem i wykonaniu kilku wdechów nosem zaczyna się konkretna jazda. Na pierwszym zakręcie zahaczamy o doskonałe owoce z brzoskwiniami na pierwszym planie. Następnie wychodzimy na słodową prostą z fajną, ciasteczkową podbudową. Po chwili tych szaleństw i po ogrzaniu się trasy pojawiaja się fajny, karmelowy finisz. Cała trasa jest lekko alkoholowa, ale nie przeszkadza to, a wręcz podkręca tempo. I tyle? No pewnie, że nie – teraz czas na drugie okrążenie, czyli parę solidnych łyków. W odróżnieniu od wersji bourbonowej ten Barley Wine jest trochę słodszy, z większą ilością nut winnych. Piwo jest pełne w smaku, a aromaty ciasteczkowe znajdują również odzwierciedlenie w ustach. Dodatkowo to przyjemne rozgrzewanie w przełyku. Dzieje się tutaj tak wiele, że przy każdym uniesieniu kieliszka radocha nabiera bardzo wysokich obrotów. Podobnie, jak u swojego brata poziom IBU z etykiety jest lekko przesadzony, acz gorycz w finiszu jest nieco wyższa, niż w wariancie leżakowanym po bourbonie. Ot mało szczegół, nie mający żadnego wpływu na wrażenia i radość z picia.

Doctorzy ponownie stanęli na wysokości zadania – stworzyli rewelacyjny trunek i pozwolili mi zapomnieć o tym, że za brandy to ja w zasadzie nie przepadam. Ponownie chapeau bas i ukłony do samej ziemi oraz zasłużone 8.5/10 (punkcik mniej, od wariantu po bourbonie, który smakował mi odrobinę bardziej).

De Molen – Hemel & Aarde (Smoked Imperial Stout)

01

Już od pewnego czasu nosiłem się z zamiarem wypróbowania jakiegoś specjału z holenderskiego browaru De Molen. Pierwsze podejście niestety nie było koszerne, ale wywarło na mnie piorunująco pozytywne wrażenie – mowa tutaj o doskonałym RISie Mills & Hills, który powstał w kooperacji De Molena oraz szkockiego browaru Fyne Ales. A jak wypadnie już w pełni stuprocentowy wypust ze stajni bodaj najsłynniejszych, holenderskich, kraftowych piwowarów? Proszę Państwa – przed Wami… (werble) Hemel & Aarde (Niebo i Ziemia, przyp. Google Translate).

OK, etykieta nie zachęca. Zresztą bardzo podobnie wyglądają pozostałe „projekty graficzne” De Molena. Ekipa postawiła na prostotę, która zawiera tylko najważniejsze informacje – małego logo browaru w dolnym, prawym rogu oraz dwa razy większy kod kreskowy (sic!). Na rany Chrystusa, myślałem że nieodłącznym atrybutem kraftowych piw będzie również fajna grafika, a tutaj srogi zawód. Jest smutno, nudno, ponuro i w zasadzie gdyby ktoś, gdzieś, kiedyś nie wspomniał mi o tym, iż warto rzucić okiem na te butelki, to pewnie nigdy bym po nie nie sięgnął. I powiem szczerze – stracił bym wiele! Pal licho tę etykietę, bo to, co tutaj się wyczynia jest poza wszelkimi moimi dotychczasowymi normami. Po pierwsze aromat. Z piwami wędzonymi swego czasu byłem na bakier, ale powoli to się zmienia i wielka w tym zasługa m. in. Hemel’a & Aarde’a. Czuć tutaj doskonale zbalansowaną paloność dymionych słodów, która w ogóle nie przywodzi na myśl wędzonej kiełbasy czy innej wędliny. Ot po prostu boskie, dymne nuty świetnie podkreślają zapach gorzej czekolady i dobrej, parzonej czarnej kawy. Te same nuty wychodzą w smaku, aby na finiszu przejść w delikatny orzech. Poza tym 24% ekstraktu nadaje piwu rewelacyjną i lekką kremowość. Charakterystyczną cechą RISów jest także ich moc – tutaj mamy do czynienia z 10% alkoholu, który jest doskonale ukryty zarówno w smaku, jak i w aromacie. Goryczka też jest dość intensywna (108 IBU), ale pozostałe cechy tego trunku świetnie ją tłumią, co zapisuję na zdecydowany plus.

Piwo mogę określić na koniec jednym słowem – doskonałe! Absolutne 10/10 i tytuł najlepszego RISa, jakiego miałem możliwość spróbować.

Trzech Kumpli – American Beauty (American Blonde Ale)

rzechtrzech_kumpli_american_beauty

Piwo jest dobre na każdą okazję! Chcesz degustować trunek, którego aromat powali Cię na łopatki swoją intensywnością, a smak podbije wszelkie doznania, płynące wraz z potężnym ekstraktem z butelki? Proszę bardzo. Chcesz posiedzieć z kumplami/kumpelami przy kufelku dobrego lagera, bez zbędnej ekscytacji i zwyczajnie pogadać? Bez problemu. Masz ochotę na solidnie ułożone i pełne Ale? Do zrobienia. Ale czy można połączyć to wszystko i usiąść przy szklance świetnie wyważonego piwa, jakie zwyczajnie doskonale się pije bez nadmiernego rozentuzjazmowania? Od wczoraj wiem, że można! Wszystko za sprawą browaru Trzech Kumpli i ich American Beauty.

Ten American Blonde Ale doskonale łączy ze sobą aromat amerykańskich chmieli wraz z delikatnymi fenolami, znanymi z belgijskich blonde’ów. I tak mamy tutaj przyjemne nuty mango, podsypane lekkim goździkiem i przyprawami, a dzięki niskiej zawartości alkoholu jednocześnie dostajemy piwo o niezwykle wysokiej pijalności. Po prostu chce się do niego wracać tak po prostu, bez zbędnej podniety. Nie jest też ono mocno goryczkowe, ale jeśli umieścimy je w kategorii „cassual”, to będzie to zdecydowanym plusem.

Ja mógłbym cały wieczór przesiedzieć przy kilku butelkach American Beauty i nie byłbym nimi zmęczony. Dlatego, pomimo iż jest to trunek nieskomplikowany, daję mu 7/10, bo na pewno będzie on częstym gościem w mojej lodówce.