Beer Cup Kato 2017 i bitwa o Czarne IPA

Środowisko piwnego kraftu to nie tylko beer-geecy, hop-headzi, browarnicy czy blogerzy. To również, a może przede wszystkim, piwowarzy domowi. Bo to właśnie od nich zaczęła się piwna rewolucja. I nie mam tutaj na myśli tylko naszego grajdołka. Piwowarzy domowi są odpowiedzialni za boom kraftu na świecie! Dlatego z nieskrywaną przyjemnością dopinguję wszelkim inicjatywom, w jakich to grono może pokazać się szerszej publiczności. A właśnie takim eventem jest organizowany w katowickim multitapie Absurdalna przez Śląski Oddział PSPD (Polskie Stowarzyszenie Piwowarów Domowych – przyp. aut.) – Beer Cup Kato.

O co tutaj chodzi? Zgromadzona w klubie gawiedź wybiera anonimowo, przygotowane przez pięciu piwowarów domowych, dwa najlepsze piwa w konkretnej kategorii (styl piwa). Całość rozgrywana jest w formie pucharowej i we wcześniej zaplanowanych terminach. I tak zwycięzcy każdej z bitew przechodzą do kolejnych etapów, których zwieńczeniem jest finał i możliwość uwarzenia zwycięskiego trunku w warunkach komercyjnych. Fajnie? No fajnie!

Sam od dłuższego czasu planowałem wybrać się na jedną z bitew, ale z racji terminów, przypadających każdorazowo na czwarty dzień tygodnia, nie bardzo było to możliwe. Na szczęście układ planet, gwiazd i wszelkich okoliczności doprowadził do sytuacji, kiedy to mogłem pojawić na dwóch piwnych starciach fazy eliminacyjnej. Pierwszym był pojedynek w kategorii Amber Ale. Niestety brak dwóch piwowarów, mało ciekawy styl i niezbyt liczna publika trochę zaniżyły loty całego przedsięwzięcia. Co innego kolejna bitwa, rozgrywająca się pod szyldem Cascadian Dark Ale.

Tuż przed planowaną godziną startu bitwy, główna sala Absurdalnej zapełniła się niemal do ostatniego miejsca. W międzyczasie do stołów „konkursowych” zasiedli piwowarzy w składzie:

Grzegorz Ruciński – Browar Domowy Czarna Szabla
Piotr Góra – Browar Domowy Dwie Twarze
Michał Mutryn, Rysiek Pieczyk – Browar Domowy 41 103
Andrzej Globisz – Browar Domowy Łysa Żmija
Daniel Śledzikowski – Browar Domowy Venom

Szybkie omówienie głównych cech Black IPA i już piwowarzy poczęli lać swoje piwo zgromadzonym gościom. Chętnych było tak wielu, że aż w pewnym momencie zabrakło deseczek degustacyjnych i kart do głosowania. Na szczęście w miarę sprawnie nadrobiono braki i każdy, kto chciał, mógł poczuć się jak sędzia i samodzielnie ocenić wyroby konkursowe.

Sam również postanowiłem sprawdzić, cóż ciekawego mają do zaoferowania butelki, wypełnione domowym Cascadian Dark Ale’em. Jedno z piw od razu wybiło się na pierwszy plan, pokazując iż uwarzenie poprawnej i smacznej „czarnej ipy” w warunkach domowych jest jak najbardziej możliwe. Zgryz miałem z drugim miejscem. Jeden z trunków cechował się o wiele lepszym aromatem, w jakim nie wyczułem obecnych w drugiej próbce estrów. Z kolei smak spowodował nieoczekiwaną zamianę miejsc. Finalnie postawiłem na piwa oznaczone cyferkami 4 oraz 2. Szybkie skreślenie numerków na karcie do głosowania i już można było spokojnie czekać na ogłoszenie wyników.

W tym miejscu ponownie zwrócę uwagę na frekwencję, przez którą liczenie głosów zajęło o wiele więcej czasu, niż przy poprzedniej bitwie. To zdecydowanie duży plus tej odsłony Beer Cup Kato. Na szczęście chwilę po godzinie dwudziestej na scenie Absurdalnej pojawił się prezes Śląskiego Oddziału PSPD z wynikami, jakie prezentowały się następująco:

1 miejsce – piwo nr 4 – Michał Mutryn, Rysiek Pieczyk – Browar Domowy 41 103
2 miejsce – piwo nr 1 – Piotr Góra – Browar Domowy Dwie Twarze

3 miejsce – piwo nr 2 – Andrzej Globisz – Browar Domowy Łysa Żmija
4 miejsce – piwo nr 5 – Daniel Śledzikowski – Browar Domowy Venom
5 miejsce – piwo nr 3 – Grzegorz Ruciński – Browar Domowy Czarna Szabla

Taki rozkład miejsc absolutnie mnie nie dziwi. Mimo iż sam głosowałem na piwa nr 4 oraz 2, tak piwo nr 1 również wypadło smacznie i stylowo. A sam event oceniam bardzo pozytywnie i mam nadzieję pojawiać się na kolejnych odsłonach częściej. O ile oczywiście czas i okoliczności pozwolą. Poza tym dodatkową zachętą dla mnie są co raz to ciekawsze style, które pojawią się już w fazie pucharowej. Natomiast jeśli Wy zastanawiacie się, czy warto, to nie róbcie tego dłużej, tylko wbijajcie do Absurdalnej już dzisiaj – na polu bitwy pojawią się kolejni piwowarzy i zmierzą się w kategorii White IPA.

Reklamy

Wiosna po śląsku w katowickiej Kontynuacji

Nie jest sztuką znaleźć w dużym mieście miejsce, w jakim można napić się dobrego piwa. Co raz więcej przybytków sięga po rodzimy i zagraniczny kraft, tym samym szerząc i głosząc dobrą nowinę piwnej rewolucji. Tylko czy to wystarczy, aby wybić się z pośród wszelkiej maści pijalni piw i multi tapów? A może chodzi o zrobienie knajpy z konkretnym klimatem? Muzyka na żywo? Dobre jedzenie? Kilkanaście kranów i lodówka, wypełniona butelkami? To wszystko z pewnością pomoże, ale w mojej ocenie nie będzie wystarczające. Tutaj trzeba czegoś więcej. Tutaj potrzeba zaangażowania całego środowiska w konkretny event, premierę czy spotkanie właśnie w takim miejscu. Całe szczęście, że w Katowicach to się najzwyczajniej w świecie dzieje. Jakiś czas temu Browar Pinta odwiedził Klub Namaste z premierą swojego Rye Wine’a i opowieściami z ich podróży po Argentynie (KLIK!). Innym razem Browar Szpunt oraz Olimp wpadli do Białej Małpy na kranoprzejęcie (KLIK!). To pokazuje, że się da i że można. Prym w liczbie przeprowadzanych tego typu eventów wiedzie jednak Kontynuacja. Tym razem ekipa ze Staromiejskiej poszła o krok dalej, organizując „Wiosenny przegląd śląskich browarów rzemieślniczych”, zapraszając do siebie piwowarów i browarników z niemal całego Śląska.

Całe wydarzenie zaplanowano na trzy dni, podczas których na kranach lały się wszelkiej maści lokalne, piwne specjały. Kulminacyjnym momentem był sobotni wieczór, kiedy na miejscu pojawiły się ekipy m. in. Browaru ReCraft, Browaru Jana, Browaru na Jurze, Browaru Brewera, Browaru Hajer, Piekarni Piwa, Minibrowaru Reden, Browaru Cameleon czy nowopowstałego Browaru Alternatywa.

Wraz z Panią kapitan pojawiliśmy się na miejscu chwilę po 19tej, przybijając piątki i gaworząc z powoli gromadzącym się towarzystwem. Musze przyznać, że tak przyjacielskiej atmosfery właśnie oczekiwałem. Aby jeszcze przyjemniej dyskutować do mojego pokalu na start trafił Hopernik, czyli AIPA z chorzowskiego Redenu. No i muszę przyznać, iż wybór był trafiony w dziesiątkę. To doskonale zbalansowane piwo, przechylające się mocno w stronę Zachodniego Wybrzeża raczyło nozdrza przyjemnym aromatem chmielowym, w którym iglaki i cytrusy grały pierwsze skrzypce. Pojawiła się też delikatna nutka nafty, co zdaniem Pawła Fityki (piwowar w Minibrowarze Reden) jego osobiście nie dziwi, bo „taki akurat był zbiór”. Smak to już genialna wytrawność, delikatna żywica i wysoka, przyjemna gorycz. Świetne piwo, zasługujące na 8.5/10.

W międzyczasie cała załoga zebrała się za barem, a Grzegorz Malcherek (szef katowickiej Kontynuacji) wprowadził wszystkich zebranych w temat, zachęcając jednocześnie do rozmów z załogami browarów i do uczestniczenia w zaplanowanych konkursach. Dla mnie minusem tej formuły było to, iż ekipa siedziała w ostatniej sali, mocno oddalonej od baru, co raczej nie zachęcało do wycieczek, a tym bardziej nieśmiałym całkowicie uniemożliwiło przybicie piątki z zaproszonymi gośćmi. Szkoda, ale może następnym razem? Na szczęście od czasu do czasu za barem pojawiali się przedstawiciele browarów – a to ktoś mógł wygrać recraftowego Mentora, a to koszulkę Hajerów czy też inny gadżet z Alternatywy. Dodatkowo „wodopoju” nie dało rady już przenieść, więc aby uzupełnić szkło trzeba było po prostu pofatygować się do baru, co dawało kolejną okazję do podyskutowania z gośćmi.

Ja postanowiłem skupić się zarówno na niepróbowanych do tej pory piwach, jak i na rozmowach. Do pierwszego celu posłużyła mi znienawidzona przez niektórych deseczka degustacyjna, w jakiej znalazło się pięć różnych piw.

Jako pierwszy na tapet powędrował American Pils 4#1 z Alternatywy. Niestety jest tutaj nad czym pracować. Aromat mokrego kartonu i mokrego zboża nieco przykrył cytrusowy charakter amerykańskich chmieli. Smak z kolei wypadł zdecydowanie lepiej, ukazując piwo o dość czystym profilu, z delikatnie zaznaczoną, chmielową goryczką, acz z odrobiną nut kwaskowych – 5.5/10.

Fabrica Rara i ich sour APA Egzotic w mojej ocenie miał być pewniakiem i to właśnie to piwo wybrałem jako następne. Oprócz delikatnego utlenienia w stronę miodu i owoców egzotycznych, kwaśności w zapachu nie odnotowałem, ale na szczęście w smaku już się pojawiła. Egoztic to zdecydowanie pozycja dla początkujących „sour-headów” i mimo niewysokiego poziomu „kwachu” i tak chętnie, i sprawnie osuszyłem szkło. 6.5/10

Kolejny w kolejce stał Browar Majer z ich Wędzonym APA. I o ile początkowo kupiło mnie to piwo przyjemnie dymionym, lekko szynkowym aromatem, tak po chwili okazało się, że nie ma ono zbyt wiele więcej do zaoferowania. Trunek ten okazał się dość pustym, w którym wędzonka grała solo, mając za podkład nieprzyjemną i męczącą gorycz. Szkoda, bo pomysł był fajny. 4/10

Na szczęście humor po tej małej wpadce poprawił mi leżakowany w beczce po Jacku Daniel’sie Oktavio z Browaru Jana. Dębowe taniny, czerwone owoce, subtelna wanilia, delikatna słodycz i szczypta estrów namalowały bardzo szeroki uśmiech na mojej twarzy. I okej, być może całości brakowało nieco ciała, być może w smaku pojawiło się nieco za dużo alkoholu, ale i tak wyszło smacznie. 7.5/10

 Na koniec tej sesji w szkle pojawiło się De Facto, czyli Belgian Gold Strong Ale z Browaru Na Jurze. Tematem przewodnim tego piwa został kandyzowany ananas, któremu elegancko przygrywała dość wysoka estrowość. Mimo iż piwo powinno sprawiać wrażenie stosunkowo lekkiego, tak niestety zbyt wysoki poziom alkoholu, pojawiający się zarówno w smaku, jak i w aromacie, nieco ten koncept popsuł. Ogólnie jest nieźle, ale szału ni ma. 6/10

Po tej krótkiej, acz intensywnej sesji Grzegorz zaprosił mnie do stolika ekipy Browaru Jana na degustację ich Zajcewa (RIS), leżakowanego w beczce po Jacku Daniels’ie. Nie powiem, ale takie RISy to ja zawsze chętnie i w dużych ilościach. Było pysznie! Nie to jednak było najważniejsze – w trakcie rozmowy ustaliliśmy, że koniecznie musimy spotkać się w browarze, bo takich ciekawostek mają więcej. Jak wszystko dobrze pójdzie, to niebawem sami zobaczycie, co planuje ta zawierciańska załoga.

I jak się ponownie okazało – w zacnym towarzystwie czas szybko mija, co wpisuje jedynie na plus tego wieczoru. Fajnie było spotkać się z ekipami śląskich browarów; fajnie było pogadać i pośmiać się w takim towarzystwie; fajnie było spróbować kilku nowych mniej lub bardziej ciekawych piw; i w końcu fajnie, że takie eventy organizowane są co raz częściej. Brawo Śląsk, brawo Kontynuacja!

Szybki Strzał – Odc. 9

Szanowni Państwo, bez zbędnych ceregieli, wstępów i przedmowy przed Wami dziewiąty odcinek Szybkiego Strzału, którego bohaterami zostali Browar Hajer, Browar Karuzela oraz Browar Solipiwko.

  1. Browar Hajer – Cwinga (American Lager)

Po pierwsze – to nie jest lager. Ale jak kto, zapytacie? Ano tak to, że Hajery chcieli chyba pokazać, jak wyobrażają sobie American Lager idealny. Wiecie – słód pilzeński, niska goryczka, wysycenie w stronę wysokiego i takie tam. A że przefermentowali całość „ju-es-piątkami”, bo lepiej przerobiły temat, niż drożdże lagerowe, tak też postanowili zaszaleć i zaserwować nam Cwingę. Czy to dobrze, czy źle – sam nie jestem BJCP nazi, więc nie mnie oceniać. A jak samo piwo wypada? Otóż wypada tak, jak chyba sobie to ekipa zaplanowała. W aromacie dostajemy delikatne, acz wyraźne cytrusy; można też wyczuć subtelne nuty chmielowe, a całość jest niezwykle rześka. Podobnie jest w smaku, a gorycz tego trunku faktycznie przechyla się w stronę niskiej, acz wyraźnej. Płatki ryżowe dodatkowo nadały całości fajnej faktury, co czyni Cwingę mega pijalną i idealną na lato. Przymykam oko na tego lagera z frontu i daję 7/10 

  1. Browar Karuzela – Wolumen (Imperial IPA)

Różne opinie słyszałem o piwach tej załogi, a że jak ten niewierny Tomasz w sprawach piwa sam muszę się przekonać, gdzie leży prawda, tak też postanowiłem wziąć w obroty Wolumen. Od Imperial IPA oczekuję wiele. Najważniejszy jest dla mnie balans pomiędzy mocnym nachmieleniem, a solidną podbudową słodową. Czy tej stołecznej załodze udało się ogarnąć temat? W zapachu piwo raczy nas koszem owoców egzotycznych z ananasem na czele. W tle wyczuwamy akordy żywicy i subtelnej słodowości. Fajnie, że karmel pojawia się tu na minimalnym poziomie. W smaku też jest dobrze – umiarkowanej słodyczy stawia czoło dość wysoka i długo utrzymująca się, przyjemna gorycz. Ponownie w ustach pięknie gra rewelacyjna egzotyka. Alkoholu brak, co czyni Wolumen świetnie zbalansowanym piwem i właśnie takim Imperia IPA, jaki szanuję. 8/10 

  1. Browar Solipiwko – Barrel Nygus (Double Milk Stout WBA – warka do 10.12.2016 r.)

Czasem człowiek musi sobie dogodzić i uraczyć swoje podniebienie czymś zacnym. Do tego celu najlepiej użyć wysokoballingowego i przeterminowanego piwa. Tym razem mój wybór padł na Podwójny Mleczny Stout, leżakowany w beczkach po whisky, autorstwa Wojtka Solipiwko. Oczywiście zawsze istnieje ryzyko, iż po drodze pójdzie coś nie tak i piwo się zepsuje, ale na szczęście tutaj wszystko zagrało, jak Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia. Pierwsze skrzypce dzierży tutaj przebogaty aromat, na jaki składają się beczka, whisky, czerwone owoce, pochodzące najpewniej z utlenienia, mleczna czekolada oraz wanilia. No po prostu przepiękna kompozycja. Smak też wypada całkiem przyzwoicie, racząc nasze podniebienie nieco niższą słodyczą, niż w świeżym Barrel Nygusie, co działa w mojej opinie tylko na plus. Piwo jest gładkie, stosunkowo pełne, z niezbyt intensywną goryczą. I tak wysoce degustacyjne trunki to ja rozumiem, bo wyszło naprawdę przepysznie! 8.5/10

Browar Hoppy Lab – Cascadian Dark Ale (Black IPA)

Przepraszam, że zacznę z grubej rury, ale chyba ciężko nie zgodzić się ze stwierdzeniem, iż polski przemysł piw rzemieślniczych okrutnie zap***dala. W zeszłym roku zostałem powalony kolejnym rekordem piwnych premier, wynoszącym ponad 1600 nowych pozycji, wypuszczonych w ciągu 365 dni. W tym roku nie zanosi się, aby ta liczba miałaby być mniejsza. Cegiełkę do tego dorzucają co raz to nowe przedsięwzięcia, rosnące w naszych granicach niczym grzyby po deszczu. I o ile do tak wielu nowych piw, pojawiających się na półkach sklepowych mam pewne wątpliwości, tak każdej nowej, piwnej inicjatywie przyklaskuję z ochotą. Tym bardziej, jeśli jest to otwarcie pełnoprawnego (pełnowymiarowego?) browaru. Tak się składa, iż całkiem niedawno, nieopodal Świdnicy wystartował browar Hoppy Lab. Ponadto przyciągnął moją uwagę mocno odjechanymi etykietami, więc postanowiłem sprawdzić, cóż takiego drzemie w butelkach, sygnowanych logiem tegoż przybytku.

Do testów wybrałem jeden z moich ulubionych stylów, a więc Black IPA. Trochę szkoda, że ekipa Hoppy Lab zrezygnowała z nazw własnych dla swoich produktów i piwo to nazywa się po prostu Cascadian Dark Ale, ale w życiu nie można mieć wszystkiego, prawda? Sam trunek, mimo iż na zdjęciach prezentuje się na całkowicie czarny i nieprzejrzysty, w rzeczywistości jest ciemno brązowy, z rewelacyjną koroną jasnobeżowej piany. Zapowiada się smakowicie, a aromat zdaje się potwierdzać to przypuszczenie. Nasz nos raczony jest przez rewelacyjną paloność, z fajnie zaznaczonym charakterem cytrusów, pochodzących z użytych do produkcji amerykańskich chmieli. Do tego w tle majaczy subtelna, „mała czarna”, co podkręca jedynie apetyt na wzięcie pierwszego łyka. Pierwsze, drugie, trzecie uniesienie szkła i jakże mnie nie strzeli w potylicę genialny smak palonego słonecznika. Normalnie jakbym cofnął się w czasie do okresu końca podstawówki, kiedy z kumplami okupowaliśmy osiedlowe ławki, skubiąc słonecznik i snując plany podboju wszechświata. Do tego ta niezwykle przyjemna gorycz, długo utrzymująca sie w ustach, ale na szczęście zbytnio nie zalegająca. Dodatkowo Cascadian Dark Ale jest niezwykle pełny i gładki w odbiorze, z subtelnie zaznaczoną kwaśnością i żywicznością, co tylko dodaje całości finalnego sznytu. Kilka chwil i finisz, jakiego nie powstydziłby się Lewis Hamilton w ostatnim wyścigu minionego sezonu F1.

Nie jest standardem, iż nowo startujący browar od razu zaskoczy i uwarzy takie piwo, jakie nie wymaga dopracowania. Na szczęście ekipie Hoppy Lab ta sztuka się udała, czego potwierdzeniem jest ta rewelacyjnie ułożona i dopracowana Black IPA. W tym miejscu od razu przypominają mi się początki Browaru Zakładowego, który wszedł na rynek totalnie bezkompromisowo i do dzisiaj nie wypuścił słabego piwa. I właśnie tego życzę piwowarom z Żarowa, a sam powoli szykuje się do otwarcia ich American IPA. Tymczasem Cascadian Dark Ale dostaje zasłużone 8.5/10

Browar Birbant – Sensei (Sorachi White IPA) vs Powder Man (Vermont Cryo IPA)

Los czasem bywa przewrotny, pakując nas w różnorakie tarapaty i sytuacje, w jakich nie do końca chcemy się znaleźć. Na szczęście czasem bywa także hojny, o czym właśnie dzisiaj chciałem napisać. Otóż parę(naście?) dni temu w moje ręce wpadło bardzo gustowne pudełko, przygotowane przez Browar Birbant. W pudełku owym znalazłem zabutelkowanych dwóch, napakowanych jegomości. Pierwszym z nich okazał się być Sensei – doładowany chmielem z kraju kwitnącej wiśni wojownik, w stylu Sorachi White IPA. Drugi to stworzony w wyniku wymrażania granulatu chmielowego, naszpikowany amerykańskimi chmielami Powder Man, reprezentujący styl Vermont, tudzież New England IPA. Skoro mamy taki tandem, to może zrobimy ustawkę i sprawdzimy, który z „Panów” wygra ten pojedynek? Zapraszam zatem na ring!

Nie ukrywam, iż Powder Man na starcie zdobył wyższy handicap. To wszystko przez styl, w jakim został uwarzony Sensei. No jakoś nie jestem zbyt wielkim fanem White IPA, a użycie do jego produkcji chmielu Sorachi niesie ze sobą ryzyko pojawienia się nut koperku, co w moim przypadku wywołuje grymas niechęci na twarzy. Na szczęście aromat „Japończyka” pozbawiony jest charakteru tej popularnej w naszym kraju zieleniny, więc punkt leci na jego konto. Dodatkowo zapach Senseia ma dość wyraźny, kwiatowy charakter. Oczywiście pojawia się także subtelny kokos, jest odrobina cytrusowości, a całość kojarzy mi się z nieco przypalanymi aromatami. Nie powiem, ale ten aspekt całkiem nieźle wpasował się w mój gust. A co na to „Pan Puderek”? W odróżnieniu do swojego przeciwnika na pierwszym planie w Powder Manie pojawiają się wyraźne akordy chmielu, z jego ziołowym charakterem na czele. Po chwili do naszego nosa dolatują mocne akcenty cytrusowe, z wyraźną pomarańczą na przedzie. Całość komponuje się doskonale, więc na tym polu oba piwa w mojej opinii po prostu remisują.

Skoro zapach obu fighterów pozwolił im zdobyć taką samą liczbę punktów, to o ostatecznym wyniku będzie musiał zadecydować smak. OK, być może wizualnie też te piwa powinny ze sobą powalczyć, ale umówmy się – to nie konkurs Miss Universum, tylko ostra walka na solidne argumenty. Szczególnie że oba piwa prezentują się po prostu należycie. Ale ja nie o tym miałem. Sensei to przede wszystkim bardzo rześki trunek, z delikatnie zaznaczonym smakiem kokosa, grejpfruta i subtelnym akcentem skórki pomarańczy i kolendry. Z kolei Powder Man jest piwem o wiele gładszym i pełniejszym w odbiorze; w końcu mamy tutaj do czynienia z nie byle jakim Vermontem. Na pierwszy plan ponownie i w tym miejscu wychodzi chmiel, któremu idealnie sekundują cytrusy i doskonała soczystość. Obu Panów różni także poziom goryczy. Co prawda reprezentują oni zdecydowanie ziołowy charakter tej cechy, ale Sensei ma jej nieco więcej, dłużej zalegając i wybrzmiewając echem nawet na parę chwil po przełknięciu.

Nie ma co – oba piwa zaprezentowały w tym starciu bardzo wysoki poziom, a zaplanowane dwie rundy upłynęły z prędkością mknącego po kartach nowych ustaw pióra pewnego prezydenta z pewnego środkowoeuropejskiego państwa. I pojedynek ten nie zakończył się nokautem. Szanowni Państwo, werdyktem sędziów zwycięzcą tej nierównej walki, dzięki przewadze pod postacią faktury i gładkości trunku zostaje… Powder Man! Sensei na szczęście nie ma się czego wstydzić, bo również okazał się być solidnym wojownikiem, a różnica między nim, a przeciwnikiem wyniosła jedynie pół punktu. Brawo!

Powder Man – 8/10

Sensei – 7.5/10

Poszukiwacze nieznanych chmieli w Namaste, czyli Pinta Hop Tour – Argentyna

Ponoć środek tygodnia to niezbyt fortunny termin na wszelkiej maści imprezy piwne. Z jednej strony niby racja, bo dzień następny zazwyczaj trzeba spędzić w pracy, ale z drugiej – kiedy jest okazja spotkać się w fajnym towarzystwie i pogadać nie tylko o piwie, ale i o dalekich podróżach, tak od razu człowiek staje się bardziej zmotywowany. Dokładnie z takim nastawieniem wybrałem się w minioną środę do katowickiego Klubu Podróżników Namaste na premierę piwa Rye Wine oraz na relację z podróży do Argentyny. To właśnie z tego kraju ekipa Pinty przywiozła chmiel do uwarzenia pierwszego piwa z cyklu Pinta Hop Tour.

Lepszej lokalizacji pod to wydarzenie sam chyba bym nie wymyślił. Przytulne wnętrza Namaste, 7 nalewaków, pojemna lodówka, wypełniona piwnymi specjałami, dwa duże ekrany i pełne nagłośnienie zapewniły odpowiednią atmosferę pod opowieści o wyprawie do Ameryki Południowej. Na miejscu pojawiłem się chwilę przed 19:00. Dzięki temu zdążyłem przywitać się z ekipą browaru, który reprezentowali Ziemek Fałat, Grzegorz Zwierzyna i Paweł Masłowski. Ponadto jeszcze przed startem eventu udało mi się spróbować Rye Wine’a i wiecie co? Totalnie zostałem przez to piwo rozłożony na łopatki. Niezwykle gęsty, wręcz kisielowy trunek bucha aromatami słodowymi, winnymi i delikatną ciasteczkowością, przywołując skojarzenia z najlepszymi Barley Wine’ami, jakie miałem okazję pić. Całkowicie ukryty w zapachu alkohol pojawia się subtelnie w smaku, kojarząc się z przyjemnym likierem. Rye Wine jest niezwykle pełny, gęsty, o zdecydowanej słodyczy, której naprzeciw wychodzi niezwykle wysoka gorycz, idealnie balansując smaki. Mnie osobiście to piwo zachwyciło i wprawiło w doskonały nastrój przed nadchodzącymi opowieściami. I to nie przez zawarty w nim alkohol na poziomie 13%. Tak złożonych i wysoce degustacyjnych trunków życzę każdemu browarowi, a sam wystawiam notę 9,5/10.

Z uśmiechem na twarzy skierowałem swoje kroki do sali, w której Ziemek i Grzegorz już zajęli miejsce na kanapie przy ekranie głównym, na jakim właśnie wystartował pokaz filmu z podróży do Argentyny. Zapełniona do ostatniego miejsca sala w skupieniu podziwiała widoki i miejsca, jakie załoga browaru odwiedziła na przełomie listopada i grudnia. I fajnie, że mieliśmy okazję obejrzeć ten film jako pierwsi, co całemu wydarzeniu dodawało smaku. Po projekcji gawiedź szybko uzupełniła opróżnione wcześniej szkło, aby za chwilę móc podziwiać pokaz zdjęć z komentarzem autorów tego całego zamieszania. Historie o odwiedzonych miejscach, spróbowanych potrawach, piwach, o spotkanych ludziach wszystkich przeniosły daleko poza zimne i zroszone deszczem Katowice. No i ten niepowtarzalny klimat Namaste, jaki jest po prostu nie do powtórzenia. Jeśli Was tam zabrakło, to macie czego żałować.

Na koniec Marek (właściciel klubu) poprosił mnie o poprowadzenie panelu dyskusyjnego, co uczyniłem z niezwykłą radością. Początkowo myśleliśmy, że to pewnie ja zadam większość pytań, ale na szczęście byliśmy w błędzie, bo tak oto uczestnicy eventu zasypali Ziemka i Grzegorza różnej maści pytaniami. Ja osobiście byłem ciekaw, dlaczego wybrali oni akurat tak mocne i intensywne piwo pod argentyńskie chmiele. Kąśliwie dodałem na koniec, czy aby to nie było w celu ewentualnego ukrycia słabych walorów tych południowoamerykańskich ziół. Ziemiek jedynie przytaknął, wywołując niezwykle szczerych śmiech na sali. Brawa za szczerość i ogólnie za cały pomysł z premierą Rye Wine’a.

Wieczór upłynął w tak szalonym tempie i tak fantastycznej atmosferze, jakiej jeszcze chyba nie doświadczyłem przy okazji wszelkiej maści piwnych eventów. I tutaj słowo dygresji – właśnie tak wyobrażam sobie wizyty browarów na kranoprzejęciach czy premierach. Szkoda, że mało która załoga w taki sposób angażuje się podczas swoich wizytacji w pubach i multitapach. Oczywiście pokaz slajdów czy filmów ma sens jedynie w przypadku takich akcji, jak Pinta Hop Tour, ale umówmy się – można fajnie taką imprezę poprowadzić, można fajnie o swoich piwach poopowiadać i w końcu można, a w zasadzie należy aktywnie poderwać zgromadzoną na takich wydarzeniach publikę. Pincie udało się to w 100% i mam nadzieję, że to nie będzie ich ostatnia wizyta w katowickim Klubie Podróżników Namaste. Czego Wam i sobie życzę!

Browar Zakładowy – Towar Luksusowy (Tripel IPA)

Kiedy człowiek pije i degustuje, i próbuje, i smakuje różnych piw, tak w pewnym momencie może dojść do szklanego sufitu. Sufit ten dla mnie osobiście symbolicznie wskazuje moment, w którym ciężko mnie czymś zaskoczyć. Oczywiście nadal są tematy, które mogą ten sufit rozbić czy unieść na wyższy poziom (Buba Extreme Jack Daniel’s BA) albo zadziałać w drugą stronę (po FHPie prawie każdy „rzemieślnik” smakuje, jak czyste złoto), niemniej jednak nie dzieje się to często. Dodatkowo czasami człowiek może zaskoczyć się przez własną głupotę. Dokładnie ten ostatni przypadek spotkał mnie w trakcie degustacji Towaru Luksusowego z Browaru Zakładowego. Oj ależ zacierałem rączki na kolejne spotkanie z Potrójnym IPA! I jakże mnie to piwo zaskoczyło zaraz po otwarciu, bo tego typu tematów w Triple IPA się nie spodziewałem. No właśnie… jakie, kur**, TRIPLE?!? Dopiero po czasie, dokładnie i „wyraźnie” odczytałem napis na etykiecie, mówiący o tym, iż jest to TRIPEL IPA, a nie Triple IPA. Debil. Skoro temat mamy już wyprostowany, to zerknijmy, co drzemie w tym mariażu stylów belgijskich i amerykańskich.

Na wstępie Towar Luksusowy nęci nas bursztynową, lekko opalizującą barwą, a sam trunek zdobi średnio i drobnopęcherzykowa, bielutka niczym puch piana. Lekkie zakręcenie pokalem, kilka pociągnięć nosem i… szok. Szklany sufit właśnie rozsypał się w drobny mak, bo z czymś takim jeszcze nie miałem okazji obcować. Aromat tego piwa tak mocno kojarzy mi się z gumą Turbo, jakbym znowu miał 6 lat i właśnie z wypiekami na policzkach rozpakowywał kolejny listek w oczekiwaniu na zdjęcie z nowiutkim, sportowym samochodem. Do tego całość skąpana jest w owocach egzotycznych, z ananasem kandyzowanym na pierwszym planie. Tłem dla tego prześlicznego obrazka jest przyjemna ziołowość chmielu i lekka naftowość z użytego Mosaica. Smak to już wisienka, zdobiąca ten balonowo-egzotyczny tort. Towar Luksusowy jest bardzo pełny w odbiorze, słodki, z idealnie wysoką goryczą w kontrze. Do wspomnianego wcześniej ananasa dochodzi jeszcze dość wyraźne mango. Ogromny plus za całkowicie ukryty alkohol, jakiego nie uświadczycie ani w smaku, ani w aromacie. Łeb urwany.

Mam pełną świadomość tego, że powyższe zaskoczenie zgotowałem sobie w zasadzie sam, bo nie spodziewałem się akcentów belgijskich w tym piwie. To wszystko i tak nie zmienia faktu, iż Towar Luskusowy jest piwem całkowicie mnie zaskakującym. Po prostu – jeszcze nigdy nie piłem IPA w tym wydaniu. A umówmy się – trochę piw, łączących solidną pracę drożdży belgijskich z charakterem amerykańskiego chmielu, wypiłem. Chylę czoła przed całą załogą i znów biję brawo, bo po raz kolejny pokazali swój kunszt. Ja natomiast zamierzam pić to piwo, gdziekolwiek i kiedykolwiek na nie trafię. Omnomnomnomnom. 9/10

Silesia Beer Fest 3 – Piwa, piwunia, piweczka!

Dwa dni festiwalu piwnego to zdecydowanie za mało na spróbowanie wszystkiego, na co miało się ochotę. Na szczęście w sukurs mym potrzebom przyszedł fantastyczny kieliszek degustacyjny z Deer Beara, dzięki któremu mogłem nacieszyć swoje kubki smakowe zdecydowanie większą liczbą piwowarskich frykasów. Poniżej kilka wybranych pozycji, na jakie chciałem zwrócić Waszą uwagę. No to jedziemy!

Deer Bear – Tropical Weizen

Co tu się wyprawia w tym piwie, to ja nawet nie! Po pierwsze – kolor. No przecież na sam widok moje ślinianki kręcą się z prędkością wysokoprężnego silnika V8. Temu trunkowi bliżej do prezencji gęstego soku owocowego, niż piwa, ale ja tego typu tematy szanuję. Po drugie – aromat. To, jak fantastycznie łączą się tutaj nuty typowe dla weizena z akordami tropikalnych owoców, pod postacią mango i ananasa, jest wręcz nie do opisania. Po trzecie – smak. Wgryzające się w moje kubki smakowe lekko kwaskowe tropiki rozłożyły mnie finalnie na łopatki. Do tego ta faktura! Tropical Weizen jest mega gładki i pełny. Tylko jednego nie rozumiem. Ja piłem wyborne piwo, ale jego „resztki”, jakich miałem okazję próbować na koniec pierwszego dnia okazały się niemającą nic wspólnego z piwem owocową pulpą. Dziwne… niemniej ja dostąpiłem szczęścia spróbowania takiego trunku, jaki zapewne był planowany. 8,5/10

Deer Bear – Gose ze Śliwką

Grzegorz Durtan potrafi w owoce w piwie. A Gose ze Śliwką jest tego kolejnym dowodem. Ponownie dostałem wyraźnie zmętniony trunek, prezentujący się niczym sok owocowy, zdecydowanie zachęcający do wzięcia pierwszego łyka. I łyk ten nie zawodzi, bo od razu czuję, że mam do czynienia ze świetnie zbalansowanym piwem. Smak delikatnie kwaśnych śliwek rewelacyjnie podbija dodana sól. Całość znikała ze szkła w oka mgnieniu, a zapach tego purpurowego owocu, unoszący się znad szklanki idealnie dopełnił całość. Kilka chwil i szkło świeciło pustkami. 8/10

Dukla – Świtezianka (Vermont IPA)

Jakoś nigdy nie miałem szczęścia, aby trafić na piwo z Dukli, które chociaż w minimalnym stopniu wprawiłoby mnie w zachwyt. W związku z tym do Świtezianki podszedłem z dość dużą ostrożnością, szczególnie iż wizualnie nie do końca spełniła moje oczekiwania. Nieco zbyt mało zmętniony trunek, jak na Vermont IPA nie zdradzał jednak, co w nim drzemie. A drzemie w nim wiele dobrego. Na pierwszy plan wychodzi mocno soczysty aromat pomarańczy, cytryn i grejpfrutów, elegancko związany zdecydowaną chmielowością. To samo dostajemy w trakcie brania kolejnych łyków, a soczystość Świtezianki zachęca do brania następnych. Duży plus za mega przyjemną ziołowość chmielu i za wynikającą z tegoż intensywną gorycz. Brawo Dukla – w końcu piwo, jakim jestem w pełni ukontentowany. 7,5/10

Tattooed Beer – Fallen Angel (Imperial IPA)

Mam słabość do tematu Aniołów. Wszystko przez świetną książkę Mai Lidii Kossakowskiej – Siewca Wiatru, więc Nergal Kubicki zdobył niezły handicap na starcie. Handicap, jaki zupełnie nie był potrzebny, bo Fallen Angel okazał się rewelacyjną, stosunkowo wytrawną i ultra nachmieloną Imperialną Ipą. To wszystko podane w towarzystwie wyrazistych owoców tropikalnych, których słodycz świetnie współgrała z wysoką goryczą tego piwa. I taki balans to ja bardzo szanuję. Więc jak tylko traficie na tego upadłego, tak nawet chwili się nie zastanawiajcie, bo warto! 8/10

Komitet – Angels’ Share (Peated Salted Wood Aged Strong Scotch Ale)

No to Komitet pojechał z nazwą stylu. Jeszcze jedno słowo, a wyrównaliby rekord brokreacyjnego The Bloggera. A jak wypadło samo piwo? Prezentuje się ono należycie, racząc nasze oczy ciemno-bursztynową, lekko opalizującą barwą oraz drobną pianą, ślicznie osadzającą się na szkle. Co prawda w aromacie oczekiwałem intensywniejszych tematów „peated”, jakie finalnie zostały przykryte przez zdecydowany zapach drewna, ale na szczęście w smaku torfu jest już w sam raz. Dodatkowo całości fajnie dopełnia subtelna wanilia, delikatne estry i szczypta brzowskwiniowości (ale ta ostatnia to już chyba na zasadzie autosugestii). Angels’ Share w smaku też zdecydowanie daje radę – jest pełne, wyraźnie goryczkowe, ze sporą dozą czerwonych owoców i tanin drzewnych. Fajne piwo i aż szkoda, że z butelkami chyba będzie licho. 7/10

Uiltije – Old Enough To Drink (Imperial Ice Distiled IPA)

Cena butelki mroziła krew w żyłach. Podział na 5 osób na szczęście pozostawił nieco gotówki w portfelu 😉

Co się stanie, kiedy Imperialne IPA o ekstrakcie początkowym 20° BLG nachmielimy na zimno, następnie wymrozimy, znowu nachmielimy, ponownie wymrozimy, po raz kolejny nachmielimy i wymrozimy? Otóż patrząc na cyferki otrzymamy ok.  40° BLG i 21% alkoholu (przynajmniej tak mówili dwaj sympatyczni Holendrzy). A jakie ma to przełożenie na efekt finalny? Oesu, co się w tym piwie wyprawia?!? Po pierwsze – nie czuć tutaj ani grama alkoholu. No łeb urwany. Do tego mamy totalnie rozkładający na łopatki zapach pod postacią zdecydowanej słodowości, przyjemnego karmelu i owocowo-egzotycznej bomby aromatycznej. Stopień złożoności tego elementu jest chyba równy Wielkiemu Zderzaczowi Hadronów. Smak też nokautuje jednym, sprawnym ciosem w twarz. Mango, marakuja i wysoka słodycz związana jest w niezwykle gęsty i przesmaczny syrop. I być może dla kogoś to piwo będzie za słodkie, ale tęga gorycz moim zdaniem pięknie równoważy całość. Dla mnie było to najlepsze piwo festiwalu. I jednocześnie najdroższe (70 PLN za butelkę 0,33 ml). 9,5/10

Pinta – Jumbo Rum BA (Imperial Black IPA leżakowana 6 m-cy w beczce po rumie)

To była końcówka piątku i jedno z ostatnich, wypitych przeze mnie piw. I w zasadzie powinienem je ładne tutaj opisać, ale zamiast tego postanowiłem podzielić się z Wami moją „notatką głosową” z tejże degustacji. Zobaczycie od kuchni, jak wygląda przygotowanie się do recenzji. A że dodatkowo gościnnie pojawia się Gosia z Browaru Komitet… no cóż, rzućcie „uchem”. Aaaaa i nagranie to zawiera wyrazy niecenzuralne oraz opinie osób po spożyciu alkoholu 😉

—- Chmielobrody + Gosia z Browaru Komitet —-

PS
Finalnie jednak nie do końca połączenie estrowego charakteru beczki po rumie pasowało mi w tym piwie, więc mimo wszystko bardziej propsuję wersję standardową. A Jumbo Rum BA dostaje 6/10

Hajer – Farorz (American Stout)

Jeżeli miałbym wskazać, jaki amerykański stout jest w mojej ocenie najlepszy wśród polskich browarów, to bez zawahania wskazałbym właśnie Farorza. Dlatego też z ogromną niecierpliwością czekałem na świeżą warkę tego piwa. I dalej zdania nie zmieniam. Rewelacyjny aromat palonych słodów miesza się z nutami amerykańskich chmieli oraz gorzką czekoladą. Samo piwo jest ciemne, nieprzejrzyste z prześliczną czapą piany, której lacing wprawia po prostu w zachwyt. W smaku Farorz (wink, wink 😉 ) jest lekko kwaskowy, z wyraźnymi nutami palonej kawy i czekolady. Hajer znowu pokazał, że na Śląsku warzy się nojlepsze gorcki piwa! 8,5/10

Uiltje – Rice Rice IPA (Imperial IPA)

Ten holenderski browar już dzień wcześniej pokazał, że potrafi uwarzyć solidne piwo. Rice Rice Baby jedynie to przekonanie potwierdziło. Ta wyraźnie chmielowa Imperialna IPA daje nam cały kosz owoców egzotycznych w aromacie. Cytrusy też znajdą tutaj swoje miejsce, czyniąc zapach tego piwa niezwykle wyrazistym i przyjemnym. W smaku jest to raczej wytrawne piwo, z delikatnie zaznaczoną, owocową słodyczą. Wysoka gorycz utrzymuje się dość długo, ale na szczęście nie zalega i nie męczy. „Sówka” udowodniła ponownie, że wie, jak zbalansować piwo i nie przegiąć w żądną stronę. Jedno z lepszych piw tego festiwalu. 8,5/10

Wybornych piw, jakie pojawiły się na festiwalu było oczywiście zdecydowanie więcej, wspominając chociażby Coffee Twista z Piekarni Piwa, które zdobyło nagrodę publiczności za najlepszą premierę festiwalu czy świetne Idzie Zima z Łańcuta, jakie zaskoczyło mnie absolutnie nieprzesadzoną słodyczą i rewelacyjnym aromatem miodu gryczanego. Jednym słowem – pod kątem kondycji piw Silesię Beer Fest 3 wpisuję w poczet zdecydowanie udanych imprez piwnych.