Chmielobrody On Tour – rejs po Małopolsce

Część 3 – Pinta Party 2017

Życie nie zawsze bywa łatwe, proste i przyjemne. Czasami trzeba wzlecieć na wyżyny swojej wytrzymałości, hartu ducha i silnej woli, aby móc zrobić więcej. Po prostu. No bo jak to najpierw urodziny Tap House’a (KLIK!), potem warzenie od nieludzkich godzin porannych The Bloggera 2017 (KLIK!), a na koniec jeszcze najbardziej epicka impreza, jaką oglądały moje oczy w krakowskim Weźże Krafta?!? Tak, właśnie tak i nie inaczej. Wszystko jedno po drugim, drugie przed trzecim i tak aż do wyczerpania akumulatorów. Nie mogło jednak być odwrotnie. Zwyczajnie nie mogło zabraknąć mnie na szóstych urodzinach ojców polskiego kraftu, dzięki którym jesteśmy tu, gdzie jesteśmy, a nic już nie jest takie, jakie było przedtem. I Pinta Party 2017 jest tego zdecydowanym potwierdzeniem.

Na miejscu pojawiliśmy się zwartą ekipą blogerską w okolicach godziny 18:00… albo 19:00, czy jakoś. Z 47 kranów praktycznie non stop polewało się piwo, co patrząc na zebrane tłumy zupełnie nie dziwiło. Oczywiście nie tylko samo Weźże było w całe to zamieszanie wplątane. Zaraz obok umiejscowiło się znane z festiwali stoisko Pinty, a resztę obsady można było spotkać w Hali Głównej na Dolnych Młynów. I czegóż to tego wieczoru nie uświadczyliśmy?! Był leżakowany w beczce Kwas Epsilon (który niestety skończył się przed naszym przyjazdem), było premierowe piwo z cyklu Hop Tour – South Africa, były sztosy z zagranicy, niepasteryzowany i niefiltrowany Atak Chmielu, gościnne występy Pracowni Piwa i innych przyjaciół browaru Pinta. No po prostu zawrót głowy na najwyższych obrotach. Do tego premiera filmu z wizyty w RPA, masa dobrego żarcia (jedliście kiedyś krokodyla?) i atmosfera najwyższych lotów.

Pikanterii całemu wydarzeniu dodawali obecni na urodzinach goście. Na pierwszym miejscu należy wymienić oczywiście Ziemka Fałata i Grzesia Zwierzynę wraz z ekipą browaru Pinta, którym jeszcze raz składam najserdeczniejsze życzenia. Nie dziwił również fakt śmigających tu i ówdzie piwowarów, z najbardziej zauważalnym Wojtkiem Solipiwko czy wciąganym co rusz w rozmowy Wojtkiem Frączykiem z Widawy na czele. Przemierzając włości na Dolnych Młynów przybiłem piątkę z Grzesiem Chorosteckim z grupy FLOV, pogawędziłem chwilę na „lajwie” z Tomkiem Kopyrą i oczywiście miałem okazję spróbować kilku wybornych trunków.

Do piw, które najbardziej zapadły w mojej pamięci z pewnością należy premierowy Pale Ale – Hop Tour South Africa. Nachmielony do granic możliwości (a może nie?), niezwykle rześki i zdradliwie pijalny. Tak w skrócie można opisać nowe dziecko załogi Browaru Pinta. To, co wygrywa w tym miejscu, to jeden z najgenialniejszych aromatów chmielu, jakie miałem okazję czuć w piwie. Jeżeli kiedykolwiek wąchaliście granulat chmielowy, to będziecie wiedzieli, o czym mówię. Jeśli nie, to wystarczy, że kupicie buteleczkę tego specyfiku (wink, wink 😉 ). Do tego wyraźna owocowość, przyjemna goryczka i niezwykła soczystość. Widać, iż w odróżnieniu od chmieli argentyńskich, te z RPA miały o wiele więcej do zaoferowania.

Czas w takim towarzystwie i w takiej atmosferze mknął z prędkością przelotową F-16. I nawet gigantyczne kolejki, w których po piwo stało się nawet i 15 minut jakoś nie psuły zgromadzonym humoru. Wszyscy stali (i siedzieli) uśmiechnięci, zadowoleni i radośni. I właśnie o to w tym całym zamieszaniu chodzi. O radość, brak spiny i spędzanie czasu z innymi w takim właśnie klimacie. Droga Pinto – gratuluję jednej z najpiękniejszych imprez, na jakich miałem okazję być. A Wam wszystkim, którzy to czytacie życzę, aby tak właśnie wyglądało Wasze życie: radośnie i z szerokim uśmiechem na ustach. Wasze zdrowie!

PS

I jeśli myślicie, że taki wieczór to tylko pijaństwo i nic więcej, to pomyślcie dwa razy – ja wstałem rano bez najmniejszych objawów dnia poprzedniego, a po testach alkomatem z czystym sercem przed południem wsiadłem w samochód 😉








Reklamy

Poszukiwacze nieznanych chmieli w Namaste, czyli Pinta Hop Tour – Argentyna

Ponoć środek tygodnia to niezbyt fortunny termin na wszelkiej maści imprezy piwne. Z jednej strony niby racja, bo dzień następny zazwyczaj trzeba spędzić w pracy, ale z drugiej – kiedy jest okazja spotkać się w fajnym towarzystwie i pogadać nie tylko o piwie, ale i o dalekich podróżach, tak od razu człowiek staje się bardziej zmotywowany. Dokładnie z takim nastawieniem wybrałem się w minioną środę do katowickiego Klubu Podróżników Namaste na premierę piwa Rye Wine oraz na relację z podróży do Argentyny. To właśnie z tego kraju ekipa Pinty przywiozła chmiel do uwarzenia pierwszego piwa z cyklu Pinta Hop Tour.

Lepszej lokalizacji pod to wydarzenie sam chyba bym nie wymyślił. Przytulne wnętrza Namaste, 7 nalewaków, pojemna lodówka, wypełniona piwnymi specjałami, dwa duże ekrany i pełne nagłośnienie zapewniły odpowiednią atmosferę pod opowieści o wyprawie do Ameryki Południowej. Na miejscu pojawiłem się chwilę przed 19:00. Dzięki temu zdążyłem przywitać się z ekipą browaru, który reprezentowali Ziemek Fałat, Grzegorz Zwierzyna i Paweł Masłowski. Ponadto jeszcze przed startem eventu udało mi się spróbować Rye Wine’a i wiecie co? Totalnie zostałem przez to piwo rozłożony na łopatki. Niezwykle gęsty, wręcz kisielowy trunek bucha aromatami słodowymi, winnymi i delikatną ciasteczkowością, przywołując skojarzenia z najlepszymi Barley Wine’ami, jakie miałem okazję pić. Całkowicie ukryty w zapachu alkohol pojawia się subtelnie w smaku, kojarząc się z przyjemnym likierem. Rye Wine jest niezwykle pełny, gęsty, o zdecydowanej słodyczy, której naprzeciw wychodzi niezwykle wysoka gorycz, idealnie balansując smaki. Mnie osobiście to piwo zachwyciło i wprawiło w doskonały nastrój przed nadchodzącymi opowieściami. I to nie przez zawarty w nim alkohol na poziomie 13%. Tak złożonych i wysoce degustacyjnych trunków życzę każdemu browarowi, a sam wystawiam notę 9,5/10.

Z uśmiechem na twarzy skierowałem swoje kroki do sali, w której Ziemek i Grzegorz już zajęli miejsce na kanapie przy ekranie głównym, na jakim właśnie wystartował pokaz filmu z podróży do Argentyny. Zapełniona do ostatniego miejsca sala w skupieniu podziwiała widoki i miejsca, jakie załoga browaru odwiedziła na przełomie listopada i grudnia. I fajnie, że mieliśmy okazję obejrzeć ten film jako pierwsi, co całemu wydarzeniu dodawało smaku. Po projekcji gawiedź szybko uzupełniła opróżnione wcześniej szkło, aby za chwilę móc podziwiać pokaz zdjęć z komentarzem autorów tego całego zamieszania. Historie o odwiedzonych miejscach, spróbowanych potrawach, piwach, o spotkanych ludziach wszystkich przeniosły daleko poza zimne i zroszone deszczem Katowice. No i ten niepowtarzalny klimat Namaste, jaki jest po prostu nie do powtórzenia. Jeśli Was tam zabrakło, to macie czego żałować.

Na koniec Marek (właściciel klubu) poprosił mnie o poprowadzenie panelu dyskusyjnego, co uczyniłem z niezwykłą radością. Początkowo myśleliśmy, że to pewnie ja zadam większość pytań, ale na szczęście byliśmy w błędzie, bo tak oto uczestnicy eventu zasypali Ziemka i Grzegorza różnej maści pytaniami. Ja osobiście byłem ciekaw, dlaczego wybrali oni akurat tak mocne i intensywne piwo pod argentyńskie chmiele. Kąśliwie dodałem na koniec, czy aby to nie było w celu ewentualnego ukrycia słabych walorów tych południowoamerykańskich ziół. Ziemiek jedynie przytaknął, wywołując niezwykle szczerych śmiech na sali. Brawa za szczerość i ogólnie za cały pomysł z premierą Rye Wine’a.

Wieczór upłynął w tak szalonym tempie i tak fantastycznej atmosferze, jakiej jeszcze chyba nie doświadczyłem przy okazji wszelkiej maści piwnych eventów. I tutaj słowo dygresji – właśnie tak wyobrażam sobie wizyty browarów na kranoprzejęciach czy premierach. Szkoda, że mało która załoga w taki sposób angażuje się podczas swoich wizytacji w pubach i multitapach. Oczywiście pokaz slajdów czy filmów ma sens jedynie w przypadku takich akcji, jak Pinta Hop Tour, ale umówmy się – można fajnie taką imprezę poprowadzić, można fajnie o swoich piwach poopowiadać i w końcu można, a w zasadzie należy aktywnie poderwać zgromadzoną na takich wydarzeniach publikę. Pincie udało się to w 100% i mam nadzieję, że to nie będzie ich ostatnia wizyta w katowickim Klubie Podróżników Namaste. Czego Wam i sobie życzę!

Silesia Beer Fest 3 – Piwa, piwunia, piweczka!

Dwa dni festiwalu piwnego to zdecydowanie za mało na spróbowanie wszystkiego, na co miało się ochotę. Na szczęście w sukurs mym potrzebom przyszedł fantastyczny kieliszek degustacyjny z Deer Beara, dzięki któremu mogłem nacieszyć swoje kubki smakowe zdecydowanie większą liczbą piwowarskich frykasów. Poniżej kilka wybranych pozycji, na jakie chciałem zwrócić Waszą uwagę. No to jedziemy!

Deer Bear – Tropical Weizen

Co tu się wyprawia w tym piwie, to ja nawet nie! Po pierwsze – kolor. No przecież na sam widok moje ślinianki kręcą się z prędkością wysokoprężnego silnika V8. Temu trunkowi bliżej do prezencji gęstego soku owocowego, niż piwa, ale ja tego typu tematy szanuję. Po drugie – aromat. To, jak fantastycznie łączą się tutaj nuty typowe dla weizena z akordami tropikalnych owoców, pod postacią mango i ananasa, jest wręcz nie do opisania. Po trzecie – smak. Wgryzające się w moje kubki smakowe lekko kwaskowe tropiki rozłożyły mnie finalnie na łopatki. Do tego ta faktura! Tropical Weizen jest mega gładki i pełny. Tylko jednego nie rozumiem. Ja piłem wyborne piwo, ale jego „resztki”, jakich miałem okazję próbować na koniec pierwszego dnia okazały się niemającą nic wspólnego z piwem owocową pulpą. Dziwne… niemniej ja dostąpiłem szczęścia spróbowania takiego trunku, jaki zapewne był planowany. 8,5/10

Deer Bear – Gose ze Śliwką

Grzegorz Durtan potrafi w owoce w piwie. A Gose ze Śliwką jest tego kolejnym dowodem. Ponownie dostałem wyraźnie zmętniony trunek, prezentujący się niczym sok owocowy, zdecydowanie zachęcający do wzięcia pierwszego łyka. I łyk ten nie zawodzi, bo od razu czuję, że mam do czynienia ze świetnie zbalansowanym piwem. Smak delikatnie kwaśnych śliwek rewelacyjnie podbija dodana sól. Całość znikała ze szkła w oka mgnieniu, a zapach tego purpurowego owocu, unoszący się znad szklanki idealnie dopełnił całość. Kilka chwil i szkło świeciło pustkami. 8/10

Dukla – Świtezianka (Vermont IPA)

Jakoś nigdy nie miałem szczęścia, aby trafić na piwo z Dukli, które chociaż w minimalnym stopniu wprawiłoby mnie w zachwyt. W związku z tym do Świtezianki podszedłem z dość dużą ostrożnością, szczególnie iż wizualnie nie do końca spełniła moje oczekiwania. Nieco zbyt mało zmętniony trunek, jak na Vermont IPA nie zdradzał jednak, co w nim drzemie. A drzemie w nim wiele dobrego. Na pierwszy plan wychodzi mocno soczysty aromat pomarańczy, cytryn i grejpfrutów, elegancko związany zdecydowaną chmielowością. To samo dostajemy w trakcie brania kolejnych łyków, a soczystość Świtezianki zachęca do brania następnych. Duży plus za mega przyjemną ziołowość chmielu i za wynikającą z tegoż intensywną gorycz. Brawo Dukla – w końcu piwo, jakim jestem w pełni ukontentowany. 7,5/10

Tattooed Beer – Fallen Angel (Imperial IPA)

Mam słabość do tematu Aniołów. Wszystko przez świetną książkę Mai Lidii Kossakowskiej – Siewca Wiatru, więc Nergal Kubicki zdobył niezły handicap na starcie. Handicap, jaki zupełnie nie był potrzebny, bo Fallen Angel okazał się rewelacyjną, stosunkowo wytrawną i ultra nachmieloną Imperialną Ipą. To wszystko podane w towarzystwie wyrazistych owoców tropikalnych, których słodycz świetnie współgrała z wysoką goryczą tego piwa. I taki balans to ja bardzo szanuję. Więc jak tylko traficie na tego upadłego, tak nawet chwili się nie zastanawiajcie, bo warto! 8/10

Komitet – Angels’ Share (Peated Salted Wood Aged Strong Scotch Ale)

No to Komitet pojechał z nazwą stylu. Jeszcze jedno słowo, a wyrównaliby rekord brokreacyjnego The Bloggera. A jak wypadło samo piwo? Prezentuje się ono należycie, racząc nasze oczy ciemno-bursztynową, lekko opalizującą barwą oraz drobną pianą, ślicznie osadzającą się na szkle. Co prawda w aromacie oczekiwałem intensywniejszych tematów „peated”, jakie finalnie zostały przykryte przez zdecydowany zapach drewna, ale na szczęście w smaku torfu jest już w sam raz. Dodatkowo całości fajnie dopełnia subtelna wanilia, delikatne estry i szczypta brzowskwiniowości (ale ta ostatnia to już chyba na zasadzie autosugestii). Angels’ Share w smaku też zdecydowanie daje radę – jest pełne, wyraźnie goryczkowe, ze sporą dozą czerwonych owoców i tanin drzewnych. Fajne piwo i aż szkoda, że z butelkami chyba będzie licho. 7/10

Uiltije – Old Enough To Drink (Imperial Ice Distiled IPA)

Cena butelki mroziła krew w żyłach. Podział na 5 osób na szczęście pozostawił nieco gotówki w portfelu 😉

Co się stanie, kiedy Imperialne IPA o ekstrakcie początkowym 20° BLG nachmielimy na zimno, następnie wymrozimy, znowu nachmielimy, ponownie wymrozimy, po raz kolejny nachmielimy i wymrozimy? Otóż patrząc na cyferki otrzymamy ok.  40° BLG i 21% alkoholu (przynajmniej tak mówili dwaj sympatyczni Holendrzy). A jakie ma to przełożenie na efekt finalny? Oesu, co się w tym piwie wyprawia?!? Po pierwsze – nie czuć tutaj ani grama alkoholu. No łeb urwany. Do tego mamy totalnie rozkładający na łopatki zapach pod postacią zdecydowanej słodowości, przyjemnego karmelu i owocowo-egzotycznej bomby aromatycznej. Stopień złożoności tego elementu jest chyba równy Wielkiemu Zderzaczowi Hadronów. Smak też nokautuje jednym, sprawnym ciosem w twarz. Mango, marakuja i wysoka słodycz związana jest w niezwykle gęsty i przesmaczny syrop. I być może dla kogoś to piwo będzie za słodkie, ale tęga gorycz moim zdaniem pięknie równoważy całość. Dla mnie było to najlepsze piwo festiwalu. I jednocześnie najdroższe (70 PLN za butelkę 0,33 ml). 9,5/10

Pinta – Jumbo Rum BA (Imperial Black IPA leżakowana 6 m-cy w beczce po rumie)

To była końcówka piątku i jedno z ostatnich, wypitych przeze mnie piw. I w zasadzie powinienem je ładne tutaj opisać, ale zamiast tego postanowiłem podzielić się z Wami moją „notatką głosową” z tejże degustacji. Zobaczycie od kuchni, jak wygląda przygotowanie się do recenzji. A że dodatkowo gościnnie pojawia się Gosia z Browaru Komitet… no cóż, rzućcie „uchem”. Aaaaa i nagranie to zawiera wyrazy niecenzuralne oraz opinie osób po spożyciu alkoholu 😉

—- Chmielobrody + Gosia z Browaru Komitet —-

PS
Finalnie jednak nie do końca połączenie estrowego charakteru beczki po rumie pasowało mi w tym piwie, więc mimo wszystko bardziej propsuję wersję standardową. A Jumbo Rum BA dostaje 6/10

Hajer – Farorz (American Stout)

Jeżeli miałbym wskazać, jaki amerykański stout jest w mojej ocenie najlepszy wśród polskich browarów, to bez zawahania wskazałbym właśnie Farorza. Dlatego też z ogromną niecierpliwością czekałem na świeżą warkę tego piwa. I dalej zdania nie zmieniam. Rewelacyjny aromat palonych słodów miesza się z nutami amerykańskich chmieli oraz gorzką czekoladą. Samo piwo jest ciemne, nieprzejrzyste z prześliczną czapą piany, której lacing wprawia po prostu w zachwyt. W smaku Farorz (wink, wink 😉 ) jest lekko kwaskowy, z wyraźnymi nutami palonej kawy i czekolady. Hajer znowu pokazał, że na Śląsku warzy się nojlepsze gorcki piwa! 8,5/10

Uiltje – Rice Rice IPA (Imperial IPA)

Ten holenderski browar już dzień wcześniej pokazał, że potrafi uwarzyć solidne piwo. Rice Rice Baby jedynie to przekonanie potwierdziło. Ta wyraźnie chmielowa Imperialna IPA daje nam cały kosz owoców egzotycznych w aromacie. Cytrusy też znajdą tutaj swoje miejsce, czyniąc zapach tego piwa niezwykle wyrazistym i przyjemnym. W smaku jest to raczej wytrawne piwo, z delikatnie zaznaczoną, owocową słodyczą. Wysoka gorycz utrzymuje się dość długo, ale na szczęście nie zalega i nie męczy. „Sówka” udowodniła ponownie, że wie, jak zbalansować piwo i nie przegiąć w żądną stronę. Jedno z lepszych piw tego festiwalu. 8,5/10

Wybornych piw, jakie pojawiły się na festiwalu było oczywiście zdecydowanie więcej, wspominając chociażby Coffee Twista z Piekarni Piwa, które zdobyło nagrodę publiczności za najlepszą premierę festiwalu czy świetne Idzie Zima z Łańcuta, jakie zaskoczyło mnie absolutnie nieprzesadzoną słodyczą i rewelacyjnym aromatem miodu gryczanego. Jednym słowem – pod kątem kondycji piw Silesię Beer Fest 3 wpisuję w poczet zdecydowanie udanych imprez piwnych.

Krakowski Bottle Sharing, czyli jak połączyć przyjemne z przyjemniejszym. Cz. 3

Nadszedł czas, aby zaprezentować najlepszą czwórkę zeszłotygodniowego, krakowskiego bottle sharingu. Nim jednak przejdę do meritum warto przybliżyć dotychczasową klasyfikację:

16. Berliner Kindl Schultheiss Brauerei – Berliner Kindl Weisse (Berliner Weisse)
15. Tempest Brewing Co. – Unforgiven Red Rye (Smokey Red)
14. De Struise Brouwers – Tsjeeses Reserva PBA (Belgian X-mas Ale Port Barrel Aged) (2013)
13. Browar Widawa – Imperial Wild Black Kiss R (Imperial Stout Rum BA)
12. Brokreacja – The Gravedigger (Russian Imperial Stout – warka do 30.06.2016 r.)
11. Piwowarownia – Pożegnanie Korporacji (Russian Imperial Stout – warka do 12.2016 r.)
10. Schneider Weisse G. Schneider & Sohn – Aventinus (Eisbock)
9. Jerry Brewery – Triss Coffegold (Coffee RIS)
8. Harviestoun Brewery – Ola Dubh 21 Year Special Reserve (Old Ale)
7. Browar Kormoran – Imperium Prunum (Porter Bałtycki z Suską Sechlońską – 1 warka)
6. Browar Aurora + Jerry Brewery – Princess D’Alderaan (Flanders
5. Thornbridge Hall + St. Eriks Bryggeri – Imperial Raspberry Stout

Tymczasem najlepszymi piwami okazały się:

Miejsce 4

Browar Leśniczówka – Moby Was Such a Dick (Imperial Baltic Porter)

Ten mocarz, uwarzony przez Tomka Sygułę w browarze domowym Leśniczówka, to aż 27,1° BLG i ponad 11% alkoholu. Już same parametry tego porteru przyprawiały o zawrót głowy, a był to dopiero początek. Moby uraczył nas powalającym aromatem śliwek w czekoladzie, połączonych z akordami nut palonych. Delikatne utlenienie pod postacią subtelnego sosu sojowego i akcentów miodowych idealnie wpasowały się w całość. Sam trunek okazał się niezwykle pełny, w którym wcześniej wspomniana śliwka nadal grała pierwsze skrzypce, przywołując przyjemne skojarzenia z praliną Mon Cheri. Niby niewysoka gorycz, na poziomie 35 IBU, okazała się niezwykle idealnie dobraną do kontrowania dość wysokiej słodyczy Moby’ego. I ja takie portery szanuję! 8,5/10

Miejsce 3

Piwne Podziemie – Kosiarz Umysłów (Russian Imperial Stout – termin spożycia do maja 2016 r.)

Trzecie miejsce na podium z należnym szacunkiem przypadło „klasykowi” polskich RISów, czyli Kosiarzowi Umysłów. Dodatkowo warto nadmienić, iż czas służy temu piwu, nadając mu charakteru i zadziorności. W stosunku do „świeżej” warki RIS ten dostał fajnego kopa z czerwonych, leśnych owoców w aromacie i smaku. Zapach dopełniły nuty kakao, wanilii, gorzkiej czekolady i delikatnej papryczki. W smaku z kolei prym wiodła przyjemna, popiołowa gorycz, idealnie komponując się z wyraźną słodyczą tego piwa i jego akordami kawowymi i owocowymi. Ciało trafiło w punkt, potęgując i wzmacniając wrażenia, płynące z degustacji Kosiarza. To piwo nie znalazło się na „pudle” przypadkiem. Trzecie miejsce jest mu po prostu należne! 9/10

Miejsce 2

Pinta – Imperator Bałtycki (Porter Bałtycki – druga warka, termin spożycia do grudnia 2015 r.)

Nie powinno nikogo dziwić, iż Imperator wskoczył na drugie miejsce tego zestawienia. Zaskakiwać z kolei może to, jak pięknie to piwo się zestarzało. Umówmy się – rok po terminie ważności mógł zrobić swoje. Na szczęście ten porter wytrzymał próbę czasu, racząc nas przyjemnie utlenionym, miodowym zapachem, połączonym z subtelnym aromatem mango, gorzkiej czekolady i palonymi słodami. Imperator nie stracił swojej likierowej pełni i słodyczy, idealnie przeciwstawionej wysokiej jego goryczy. To piwo okazało się niezwykle złożonym i rewelacyjnym trunkiem i aż żal, że jego degustacja trwała tak krótko. Mógłbym pławić się w tym piwie kilka godzin, a i tak byłoby mi mało. Po prostu moc! 9/10

Miejsce 1

Brouwerij Rodenbach – Rodenbach Caractère Rouge 2013 (Flanders Red Ale)

Szanowni Państwo – szach mat. Pierwsze miejsce i tytuł najlepszego piwa wieczoru nie wpada w łapy tęgiego mocarza, z wysokim baligniem i o wykręconych na maksa parametrach. Zwycięzcą jednogłośnie został Rodenbach! Tutaj wszystko się zgadza – począwszy od rozkładającego na łopatki aromatu fantastycznych owoców wiśni, maliny i żurawiny, mieszającego się z subtelną „brettowością”, a skończywszy na owocowym, delikatnie kwaskowo-słodkim smaku, z minimalną goryczką dla zbalansowania całości. Cokolwiek bym nie napisał, i tak nie oddam należnego szacunku Rodenbachowi. Tego piwa po prostu trzeba spróbować. Tylko ostrzegam – ten niezwykle złożony trunek rozmontuje Was na drobne i urwie wszystko, co można. To jedno z najlepszych piw, jakie miałem okazję pić w życiu. 10/10

PS

Linki do poprzednich części:

Krakowski Bottle Sharing, czyli jak połączyć przyjemne z przyjemniejszym. Cz. 1

Krakowski Bottle Sharing, czyli jak połączyć przyjemne z przyjemniejszym. Cz. 2

Pinta – Atak Chmielu (American IPA) – czyli jak zostałem hopheadem

atak

Dzisiaj będzie nietypowo – z okazji 5 urodzin Ataku Chmielu słów kilka o tym, jak rozpocząłem swoją drogę w kierunku zostania hopheadem 🙂 A było to tak:

Każda rewolucja ma gdzieś swój początek. Czasami jest ona efektem własnych doświadczeń, przemyśleń, a czasami jest spowodowana działaniem osób trzecich. Ale od początku. Pierwszym krokiem w stronę mojej osobistej, piwnej rewolucji była wizyta w knajpie Rebel Garden w Parku Śląskim w Chorzowie. Koncernów tam nie uświadczysz, ale kraftu też próżno szukać. Na szczęście lodówki są tam obładowane zazwyczaj szerokim wyborem piw z Czech czy Ukrainy oraz z takich polskich browarów, jak Amber, Ciechan czy Sulimar. W skrócie – już nie koncerniak, jeszcze nie kraft. Okazało się, że tzw. europejski lager (o stylach wówczas miałem takie pojęcie, jak o zasadach mechaniki kwantowej – wiedziałem, że są!) może smakować lepiej, niż popularne Tyskie, Lech czy Żywiec. Na tamten czas przekonany byłem o tym, iż to jest top smaków piwnych ever. Aż pewnego wieczoru razem z kumplem wybraliśmy się do nowo otwartej knajpy w Katowicach; bodaj pierwszej, gdzie mieli piwo kraftowe (C4 na ul. Wojewódzkiej). Nie mam pojęcia, co wtedy piłem, ale doskonale pamiętam, co pił mój bdb kolega… a zamówił coś, co urzekło go „śmieszną” nazwą i świadczyło o wysokiej zawartości goryczy. I w ten oto sposób pierwszy raz skosztowałem Ataku Chmielu z Browaru Pinta. Jakież było nasze zaskoczenie, kiedy okazało się, że w „zwykłym” piwie można odnaleźć takie nuty, jak grejpfrut, cytryna czy pomarańcza, a chmiel chłoszcze Cię z otwartej łapy prosto w twarz. No i poszło. Do dzisiaj Atak Chmielu uznaję za rewelacyjne piwo w stylu American IPA; lubię do niego wracać i jest ono żelaznym standardem w moim piwnym menu. Parafrazując klasyka – Atak Chmielu, jak Atak Chmielu, smakuje jednakowo – czyli wspaniale!

Szybki strzał – odc. 1

kwartet

Nie samym pisaniem o piwie człowiek żyje i w swoim życiu musi znaleźć czas również na inne obowiązki. A zaległości niestety się zbierają i same się nie opiszą. Dlatego też zdecydowałem się na szersze wpisy o piwach wybitnych oraz tragicznych, tym samym tworząc nową przestrzeń dla tzw. „szybkich strzałów”. Ale o co w tym chodzi? Ano o krótkie, zwięzłe informacje o kilku piwach w jednym wpisie bez zbędnego zaangażowania literackiego. No to jedziemy!

1. Red Roeselare Ale – Browar Zamkowy
Piwo nietypowe, kwaśne, wpisujące się w styl tzw. flandersów. Aromat wiśniowo-porzeczkowy z dębowymi taninami w tle. W smaku rześkie, lekko cierpkie i wytrawne, przyjemnie kwaskowe; fajnie wyczuwalne czerwone owoce. 6.5/10, bo to nie do końca mój styl (much to learn I still have)

2. Ale Cocones – Artezan + Alebrowar
Bardzo smaczne Double IPA z dodatkiem płatków kokosowych. Pomysł fajny, ale nie do końca udany. Jako DIPA wyszło rewelacyjnie – zapach tropikalnych owoców (mango, ananas) świetnie dogaduje się z intensywną goryczką tego piwa. Tylko gdzie ten kokos, ja się pytam?! Ni ma, po prostu ni ma. Niemniej 7/10, bo jest ono po prostu smakooowe.

3. Smoked Baltic Porter Bourbon Barrel Aged – Browar Widawa
W odróżnieniu do Miss Evy, gdzie trafiłem na zakwaszony „model”, tutaj wszystko się zgadza. Piwowarzy świetnie schowali alkohol w delikatnym aromacie dymu, połączonym z nutami bourbona, dębiny, żurawiny i suszonej śliwki. Szczególnie ten bourbon mi tutaj pasuje. W ustach też jest na bogato – kawa i czekolada doskonale dogadują się z suszoną śliwką. Wszystko jest podane w wytrawnej, wyraźnie goryczkowej formie. 7/10

4. Koniec Świata – Pinta
Sahti to jeden z tych stylów, które się kocha lub nienawidzi. Ja należę do tych pierwszych, więc jak mam możliwość, to sięgam po tę butelkę. Ale o co tutaj chodzi? O proces „tworzenia” tego piwa (bo nie do końca można go nazwać warzeniem)! Po pierwsze zamiast drożdży piwowarskich używa się drożdży piekarskich. Po drugie brzeczka nie jest gotowana, a jedynie podgrzewana. Po trzecie filtrowane jest ono przez gałązki jałowca. And how cool is that? Poza tym mamy tutaj wysoki zasyp, mocną słodowość piwa i IBU bliskie zeru. Nagazowania brak! Czy taki trunek może być dobry? Ależ oczywiście, tylko próbujecie na własną odpowiedzialność. Koniec Świata to Sahti dość przystępne. Jeśli Wam zasmakuje, to sięgnijcie po Jelonki z Bazyliszka – tam już jest ostra jazda bez trzymanki. A ten egzemplarz oceniam na mocne 8/10.