Wywody Chmielobrodego – cz. 12

The Order of Yoni, czyli „sex sells” w piwnym ciele

No to się porobiło. W miniony weekend miałem okazję skosztować pierwszego na świecie piwa, do produkcji którego użyto bakterii kwasu mlekowego, pobranego z kobiecych narządów rodnych. W sensie z waginy. I nie, nie jest to żadna ściema; faktycznie można powiedzieć, że na rynku już niebawem pojawi się piwo z „esencją” kobiety. Sprawa jest delikatnie mówiąc dość kontrowersyjna, ale chyba o to właśnie chodziło. Chociaż w sumie nie spodziewałem się tego, jak ogromnym zainteresowaniem sprawa będzie się „cieszyć”. Wrzucony przeze mnie post ze zdjęciami butelki i krótkim opisem sytuacji ma tak potężne zasięgi, że w ciągu niecałych 48 godzin przebił moje najpopularniejsze posty na Facebooku z ostatnich dwóch lat. O blisko 40-tu udostępnieniach nie wspominając.

Oczywiście opinie bywają skrajne. Jedni są zaciekawieni, inni zniesmaczeni, a kolejni oburzeni. I tylko tych obojętnych jakoś niewielu. Ja do samego pomysłu mam stosunek ambiwalentny. Dlaczego? Z jednej strony marketing faktycznie trąci lekko myszką i kojarzy mi się z latami 90tymi, kiedy to jako nastolatek zerkałem na witryny kiosków Ruchu w poszukiwaniu roznegliżowanych zdjęć na paczkach prezerwatyw czy pisemek dla panów. Z drugiej zaś strony – „sex sells”, a zajmując się zawodowo zarządzaniem grupą sprzedawców muszę docenić pomysł, na który nikt jeszcze nie wpadł, a jaki jest w zasadzie bardzo banalny i może się dobrze sprzedać.

Nim jednak przejdę do szczegółów technicznych warto zwrócić uwagę na tych komentatorów, którzy sięgają po skojarzenia ciężkiego kalibru. Wiecie, hasła w stylu „Pierwsze oficjalne piwo typu siki”, „bede rzigoł” albo „Pijesz i czujesz się jakbyś zlizywał piwo z ci*ki” nijak mają się do samego procesu technologicznego i do samego piwa, a same w sobie trącą humorem raczej niskich lotów. Chociaż ktoś może w tym miejscu powiedzieć „jaki marketing, taki humor” i ciężko będzie mi z tym polemizować (wink wink 😉 ). Natomiast z pewnością warto zrozumieć samą ideę i to, w jaki sposób rzeczone piwo powstaje.

The Order of Yoni – Bottled Lust to kwaśne piwo szampańskie zakwaszane bakteriami kwasu mlekowego. Kropka. Gdzie tutaj miejsce na tę „esencję” kobiety? Jak już we wstępie pisałem chodzi konkretnie o pałeczki kwasu mlekowego – lactobacillus acidophilus. Bakterie te są powszechnie używane m. in. przy produkcji wyrobów mlecznych, ale występują także naturalnie w przewodzie pokarmowym, w jamie ustnej czy właśnie w końcowej części dróg rodnych kobiety. W piwowarstwie lactobacillusy używane są do zakwaszania piwa, dzięki czemu uzyskujemy piwa kwaśne, np. w stylu berliner weisse. No i tutaj dochodzimy do sedna. Skoro bakteria to bakteria i nie ma znaczenia, skąd ją uzyskamy, to czemuż nie pozyskać jej z kobiecej waginy? Przecież to jest doskonały pomysł i marketingowo sprzeda się sam! Wybierzemy śliczną modelkę, porobimy zdjęcia i gotowe. Przecież „sex sells”! Pewnie w ten sposób pomyślał twórca The Order of Yoni, bo już dwa lata temu odpalił kampanię crowdfundingową, chcąc zebrać kasę na realizację tej idei. Koncept wtedy jednak nie wypalił, ale to nie znaczy, że został całkowicie pogrzebany. Nim jednak o dalszych losach „zakonu Yoni” warto powiedzieć sobie jedno – naprawdę nie ma co się ekscytować tym, że Bottled Lust zakwaszono lactobacillusami, pobranymi z waginy pięknej kobiety. Równie dobrze można by pobrać te pałeczki z wnętrza policzków jakiegoś przystojnego młodzieńca. I w zasadzie The Order of Yoni powinien to zrobić – w końcu mamy równouprawnienie! OK, być może zapytacie – a co z innymi drobnoustrojami, jakie razem z bakteriami trafiają do piwa. No właśnie w tym rzecz, że nic innego do piwa na trafia. Pobrane bakterie, a w zasadzie wymaz z pochwy jest przekazywany do laboratorium, gdzie ekstrahuje się rzeczonych mlecznych koleżków, celem ich dalszego namnożenia. Wszystko z zachowaniem najwyższych zasad higieny i sterylności. No bo serio – czy ktoś uwierzył w to, że do kadzi warzelnej czy do tanka fermentacyjnego ktoś po prostu dolał kobiecy śluz?!? Jeśli tak, to gratuluję ogarnięcia.

Prawda jest taka, że w całym tym ambarasie chodzi o marketing. O nic innego. Nieudana kampania crowdfundingowa pokazuje, że w Polsce ten pomysł może nie przejść. OK, na bank znajdą się osoby zaciekawione sprawą i chętnie piwa spróbują, ale spodziewam się raczej czarnego PR’u i głosów w stylu „hurr durr piwo z ci*ki, che che”. Pewnie dlatego producent tegoż trunku zarówno swój fanpage, jak i konto na Instagramie prowadzi w języku angielskim. To pokazuje nakierowanie raczej na zagranicznego odbiorcę i w sumie to mnie kompletnie nie dziwi. Ja osobiście jestem nieco rozdarty, bo samo piwo (a w zasadzie dwa piwa, z dwóch różnych modelek 😉 ) jest zwyczajnie dobre i świetnie smakuje (o konkrety nie pytajcie – będzie o tym niebawem), ale faktycznie mam trochę problem z taką formą marketingu. Ostateczną ocenę zostawiam Wam, tylko błagam – najpierw spójrzcie na temat szeroko, bo nie jest on tak jednoznaczny, jakby mogło się na pierwszy rzut oka wydawać.

PS
Premiera piwa będzie miała miejsce najpewniej w ostatni weekend lipca w katowickiej Białej Małpie.

Reklamy

Chmielobrody poleca – odc. 14

Dzisiaj będzie dość przekrojowo – od lekkiego, sesyjnego IPA po solidnego RISa z dodatkami. Wszystko to w klimacie wakacyjnym, chociaż nie dla wszystkich wakacje się zaczęły (wink wink 😉 ):

PS
Jutro lecimy z live degu (ok. 20:30), w związku z czym nie zapomnijcie wbić na fanpage bloga (—> KLIK! <—) i zagłosować w poście przypiętym na górze strony!

Wywody Chmielobrodego – cz. 11

Ma być twardo i szorstko, ale czy aby na pewno?

Coś we mnie ostatnio pękło. I chociaż wiem, że ten tekst świata nie zmieni, to muszę to z siebie wyrzucić. Bo może dzięki temu jakiś procent… promil… no może procent z promila zmieni swoje podejście do sprawy? Sprawy, na którą chyba nie zwraca się zbytnio uwagi, bo przecież zawsze tak było, więc po co cokolwiek zmieniać? A ja jednak czuję potrzebę zmiany. Tak jak zmieniło się podejście do piwa, tak tutaj też podejście może się zmienić. Pewnie nie dziś, na pewno nie jutro, ale może kiedyś, w przyszłości, tej dalszej. Tylko żeby to się zadziało to już teraz trzeba stawiać pierwsze kroki. Na szczęście nie jestem jedyny i nie ja postawiłem ten pierwszy krok. W sumie to nawet nie wiem, kto tak naprawdę ten pierwszy krok wykonał, ale to nie jest w tym miejscu najważniejsze. Dla mnie wszystko zaczęło się chyba od Wrocławskiego Festiwalu Dobrego Piwa, w trakcie którego odbył się panel dyskusyjny „Kobiety w piwowarstwie rzemieślniczym w Polsce i na świecie”. Niestety tego dnia we Wrocławiu mnie nie było, ale echa tej rozmowy rozbrzmiewały nawet kilka dni po niej. Bo to właśnie o kobiety i ich miejsce w świecie piwa mi chodzi.

Wtedy jeszcze nerwy trzymałem na wodzy. Owszem, w piwowarstwie kobiety są w mniejszości, ale dzielnie walczą o swoje, odnoszą sukcesy, otwierają browary i po prostu robią swoje. Tylko faceci w tym wszystkim bardzo często patrzą na te dokonania co najmniej z przymrużeniem oka, a niejednokrotnie z pogardą. I ja się na to nie godzę! Po prostu nie, bo nie ma ku temu żadnej podstawy. Jasne, wszędzie mówi się, iż kobiety mają trudniej i w jakby na to nie patrząc patriarchalnym świecie z takim stanem rzeczy podejmuje się walkę (z różnym skutkiem), ale kiedy bliżej przyjrzałem się całej scenie piwnej, tak tutaj wyszedł miejscami po prostu zwykły, chamski, męski szowinizm.

Rzućcie okiem na ten przykład na reklamy piwa w Polsce. Wszędzie dominują mężczyźni, ich męskość i mierzenie własnego penisa miarą wypitych butelek w towarzystwie kumpli. A to po górach spaceruje dwóch kolesi w towarzystwie rodowitego górala, a to w knajpie koledzy oglądają mecz i pięknie dopingują, a to panowie piwowarzy wrzucają kosze świeżutkiego chmielu do kadzi warzelnej… co nota bene jest głupie samo w sobie, bo kto w obecnych czasach w piwowarstwie używa tego surowca w takiej formie… niemniej – wszędzie same „chopy”, a kobiety pojawiają się co najwyżej w reklamach radlerów. No bo przecież gdzie kobieta mogłaby sięgnąć po piwo?!?! Toż to nie może być! Sytuację reklam stara się ratować Karmi, gdzie banda brodatych i napakowanych motocyklistów siedzi przy tymże trunku, ale znowu na sam koniec w kadrze pojawia się Penélope Cruz i już wiadomo, iż panowie nie są tu dla piwa, ale dla tej hiszpańskiej piękności. Natomiast taka Perła idzie już w ogóle na całego, tworząc treści reklamowe w sposób tak dobitnie dla mnie słaby, jak na poniższym obrazku:

Drugą sprawą, jaka mnie irytuje jest moment, kiedy w „chmielobrodym” sklepie jesteśmy we dwójkę. Tzn. ja i Pani Kapitan. Jak myślicie, ile osób proszących o poradę zwraca się o nią wóczas do Marty? Null, zero, none, nada! A musicie wiedzieć, że Pani Kapitan na piwie się zna i potrafi świetnie doradzić. Taka postawa od razu mówi – to przecież facet musi znać się lepiej na piwie! OK, być może w większości wypadków tak będzie, ale nie generalizujmy. Znam całe tuziny pań, potrafiących o piwie opowiadać w sposób mogący zawstydzić niejednego blogera.

W multitapach i knajpach zresztą nie jest lepiej. Ile razy widziałem sytuacje, w których barman na pytanie płci pięknej z prośbą o poradę z automatu proponował piwa słodkie, z sokiem, z niską goryczką lub radlery. Oczywiście ponownie nie generalizuję, ale problem jest, a mnie zastanawia czemuż nie można by zmienić takiego podejścia? Z jakiego powodu kobieta musi być skazywana na słodkie trunki? Gorycz płci pięknej nie przystoi czy jak?!? I znowu wracamy tutaj do utartego schematu, powielanego w reklamach i przekazywanych z ust do ust w formie legendy, iż panie to przecież tylko drinki piją, a jeśli sięgają po piwo to na pewno to słodkie czy inne Karmi.

Dlatego może warto w tym miejscu zastanowić się, czy my, faceci, nie powinniśmy o panie zawalczyć? Bo panie walczą i takie osoby jak np. Agnieszka Dejna, Dorota Chrapek czy Agnieszka Wołczaska-Prasolik (oraz wiele, wiele innych) pokazują, że się da, ale panie same świata nie zmienią. Wesprzyjmy je w tym i traktujmy jak równych. Zarówno pod kątem piwowarstwa, sędziowania, blogowania, jak i pod kątem zwykłego spożywania piwa. Po raz n-ty i do znudzenia będę powtarzał, że piwo ma łączyć, socjalizować i bawić, a nie wznosić jakiekolwiek bariery czy barykady. Jak już pisałem we wstępie – ja wiem, że świata nie zmienię, ale kropla drąży skałę. A ja zamierzam być kroplą bardzo upierdliwą i Was, drodzy Panowie, również do tego zachęcam.

Śląski Festiwal Piwa 3: miód, dziegieć i morze piwa.

Organizowanie wszelakiej maści imprez na otwartym powietrzu zawsze niesie ze sobą pewne „pogodowe” ryzyko. Pół biedy, kiedy mowa tutaj o koncertach biletowanych z wielkimi gwiazdami w roli headlinerów. Wtedy bilety zazwyczaj zakupione są wcześniej, więc kupujący liczą się z tym, że pogoda może być różna. Nieco inaczej temat wygląda, kiedy event nie jest biletowany. A już całkowicie sytuacja się zmienia, jak głównym motorem napędowym danego wydarzenia jest piwo. No bo jak tu pić piwo, kiedy leje i zimno? Nawet najzatwardzialsi beer geecy w tej sytuacji wybiorą raczej zacisze multitapu, niźli spożycie ulubionego „ajpieja” w strugach deszczu. I dokładnie taki scenariusz malował się na kilka dni przed rozpoczęciem III edycji Śląskiego Festiwalu Piwa. Scenariusz, który na szczęście się nie spełnił. Mimo to ciężko byłoby po wszystkim otworzyć szampana na wiwat, chociaż na pozór wszystko wyglądało bardzo dobrze. Zacznijmy jednak od początku.

Organizatorzy tegorocznej edycji Śląskiego Festiwalu Piwa mieli bardzo szerokie plany na to, co wydarzy się na katowickim rynku na przełomie czerwca i lipca. W kuluarach dowiedziałem się o minimum 30 wystawcach, jacy mieli się pojawić na miejscu. Do tego konkursy i cała masa atrakcji. Niestety im bliżej godziny zero, tym mocniej sytuacja zaczęła się gmatwać. Najpierw jeden ze współorganizatorów wycofał się z tematu, a potem na fanpage’u eventu i wydarzenia, mimo padających pytań o to, czy impreza się w ogóle odbędzie, zapadła cisza. W końcu na tydzień przed planowanym startem pojawiła się informacja, że festiwal jednak się odbędzie (z jednodniowym opóźnieniem), a na rynku pojawi się 17 wystawców oraz kilka food trucków. Co prawda niezbyt przekonuje mnie tłumaczenie, że cała sytuacja była wynikiem postawienia w tym samym miejscu strefy kibica Mistrzostw Świata w piłce nożnej, bo chyba takie rzeczy miasto ustala z wyprzedzeniem, ale niech będzie. Najważniejsze, że można było szykować kieliszki, pokale i szklanki na to, co mieli do zaprezentowania obecni na miejscu eksponenci.

Piątek przywitał wszystkich przyjemnym upałem, idealnym pod takie festiwale. Jednakowoż frekwencja tego dnia nie zachwycała. Niby wszystko się zgadzało; odgrodzony i chroniony teren, pogoda, zimne piwo, koncerty i centrum miasta, sprzyjające ściąganiu ludzie na teren bezpłatnej imprezy. A tychże jakoby mniej, niż w zeszłym roku. Czy to wróży koniec ery piwnych festiwali? Czy kraft w Polsce się kończy? Czy piwna rewolucja zatacza koło i teraz wszyscy wrócą do sączenia zimnego „Tyskacza”? Oczywiście, że nie. Po pierwsze zawiodła reklama. Ja nie widziałem na terenie miasta ani jednego plakatu, o słabej promocji w sieci nie wspominając. Zresztą jak tu plakatować miasto, kiedy o tym, czy w ogóle impreza się odbędzie organizator informuje na tydzień przed jej startem? Słabo. Po drugie – wspomniana wcześniej strefa kibica. Ktoś sobie pomyśli – ale przecież strefa kibica przyciągnie ludzi! A i owszem, ale przyciągnie osoby w większości nie gustujące w krafcie, które mogły w dodatkowo odgrodzonej strefie zakupić tańsze piwo niekraftowe. No i samo umiejscowienie tejże zony automatycznie przekierowywało przechadzających się po centrum ludzi nieco z dala od stoisk piwnych rzemieślników. A plus B równa się C, jak cienka frekwencja. OK, może nie było jakoś fatalnie, ale liczba odwiedzających Śląski Festiwal Piwa w tym roku nie ma startu do tego, co działo się przed rokiem czy dwoma. Przez to część browarów narzekała na kiepskie utargi, a kolejnej łyżki dziegciu do całości dodał fakt, iż organizator z kilku stoisk za możliwość wystawienia się skasował większy hajs, niż z pozostałych. Do tego doszły jakieś totalnie pokrętne tłumaczenia, mające mało wspólnego z traktowaniem fair wszystkich wystawców. Słabo po raz kolejny. I tutaj nasuwa mi się pewna dygresja. Otóż ja nie wiem, czy organizator nie ma świadomości tego, iż cały polski kraft dobrze się zna, a ta informacja rozejdzie się po wszystkich w mgnieniu oka? To z pewnością nie ułatwi zapraszania browarów na kolejne edycje imprezy. Wracając do sedna sprawy i kończąc wylewanie moich żali dodam, że dobrze iż w pobliżu był dostęp do toalety publicznej, bo postawienie kilku Toi Toików mogłoby nie wystarczyć. Zresztą kto by nie chciał skorzystać z publicznego kibla za 2 miliony złotych, c’nie?

Mimo iż organizator w tym roku do końca nie spisał się na medal, tak zupełnie inaczej sprawa wyglądała w przypadku browarów. Wszyscy obecni na miejscu wystawcy witali odwiedzających katowicki rynek z uśmiechem i chętnie opowiadali o tym, co akurat mają na kranach. A to w przypadku festiwalu w tej formule jest niezwykle ważne. Przecież w ten sposób najłatwiej przekonać „niedowiarków” do lepszego piwa. To tutaj przewija się najwięcej osób na co dzień nie pijących kraftów. Dlatego też na kranach gościły głównie piwa ze standardowej oferty danego browaru; pojawiły się pilsy, pszenice, sporo wszelkiej maści odmian india pale ale’i, milkshake’i, stouty czy piwa kwaśne, znajdujące co raz szerszy poklask nawet u „tradycjonalistów”. Beer geecy też nie zostali pominięci, gdyż pojawiły się i piwne premiery, i kilka sztosów. Po prostu każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Ważne, że sobota i niedziela, mimo nieco niższej temperatury, która również miała wpływ na nieco słabszą frekwencję, nie uraczyła gości festiwalu deszczem, a dobrym humorem, jaki płynął ze stoisk.

A cóż dobrego trafiło do mojego szkła? Największe brawa należą się Pawłowi Fityce z Browaru Reden za Podwójne Szombierki. Ten genialny, podwójny stout mógłby trafiać na moje biurko codziennie zamiast małej czarnej. Aromat i smak genialnej kawy, mieszający się z czekoladą i subtelną palonością po prostu zmiótł mnie z ziemi. Brawa należą się również za kwasiora z czarnej porzeczki. Owocowy, kwaśny, rześki i niezwykle pijalny. No ale kto zna Pawła, ten wie że „sałery” to jego specjalność. Zresztą równie wybornie spisał się Szpuntowy Sourness z dodatkiem pigwy. No miód-malina. Czy raczej pigwa. Niemałym zaskoczeniem był dla mnie Kurant z Browaru Dukla. Ten session vermont IPA z dodatkiem soku z czarnej porzeczki zachwycał genialnym aromatem tego owocu oraz chmielu dodanego na zimno. Szklankę Kuranta można by wypić za jednym zamachem. Zresztą podobnie sytuacja wyglądała w przypadku Dębowej Panienki z agrestem. No palce lizać, szczególnie podczas upału. Aga i Janusz z Browaru Spółdzielczego poczęstowali mnie z kolei jedną z najlepszych pszenic, jakie dane było mi pić ever. Refowe, bo o nim mowa, to bananowo-goździkowa bomba z genialną gładkością trunku. Tak dla mnie powinien prezentować się wzorcowy hefeweizen. Dodatkowo dane mi było skosztować po raz kolejny Lódolfa leżakowanego w beczce po winie Rioja, ale z racji posiadanej butelki tegoż sztosu więcej o nim napiszę przy innej okazji. Brawa ode mnie lecą także w stronę Browaru Kazimierz za Aledźwiedzia i Kazimierza. Oba piwa trzymają bardzo wysoki poziom, niczego im nie brakuje i należy je pić bez obawień (wink wink 😉 ). Podczas festiwalu premierę miało nowe piwo z Browaru Profesja. Pogromca Smoków to APA na Ekuanocie z dodatkiem liści kafiru. Oesu ależ to piwo pięknie pachniało cytrusami i kafirem. Świetnie zbalansowane, idealnie pijalne i rześkie. Niby proste, a jednak sporo się w nim działo. Browar ReCraft co prawda żadnej nowości na imprezę nie zabrał, ale sprawdzenie formy Ryemana poszło bardzo sprawnie i smacznie. Podobnie sytuacja wyglądała w przypadku Mocnej Góry z Piekarni Piwa, którą mógłbym pić hektolitrami. Podczas eventu były obecne również dwa katowickie multitapy – Biała Małpa oraz Browariat. Pierwszy z nich uraczył mnie fantastycznym Flandersem z Browaru Łańcut, a drugi genialnie kwaśną i arbuzową „Zieloną Zebrą” oraz rozkładającym na łopatki Dankwoodem. Oba ze stajni Amerykanów z Foundersa. I tylko jakoś piwa z Koreba nie zachwyciły. Pszeniczne Łaskie miało aromat starej ściery, zmieszanej z gotowanym kalafiorem, a Herbowe smakowało jakby zmielić najtańsze pierniki razem z kartonem. Nie polecam tak żyć, a zrobiłem to po to, abyście Wy nie musieli.

Podsumowując – mimo kilku dość solidnych wpadek organizatora samą imprezę oceniam pozytywnie. Wszystko za sprawą obecnych na miejscu wystawców i ludzi. Nie zaobserwowałem snujących się po terenie eventu meneli, pustych flaszek i puszek po tanich piwach z Biedry czy odpływających w alkoholowym amoku Januszy i Sebków (wszystkich prawych Januszy i Sebastianów przepraszam za użycie tegoż imienia, ale co ja biedny mogę, nooo 😉 ). Liczę na to, iż za rok impreza znowu się odbędzie, ale już bez tych niepotrzebnych sytuacji i negatywnych emocji, a pogoda dopisze tak, jak na pierwszej i drugiej edycji. Wszystko ku chwale kraftu!

 

—> ZOBACZ PEŁNĄ GALERIĘ ZDJĘĆ <—

 

 

Chmielobrody poleca – odc. 13

Dzisiaj ostatni mecz Polaków na mundialu. Warto pod tę okazję sięgnąć po coś dobrego, czym albo zalejemy smutki albo wzniesiemy toast za jedyną wygraną naszych w Rosji. W związku z powyższym rekomenduję kolejne piwa w kolejnym odcinku „Chmielobrodego poleca…”:

PS
Dodatkowo prawilnie przypominam, że dzisiaj o 21:00 lecimy z live degu, także rezerwujcie czas i wbijajcie na YouTube

Cigar City Brewing – dwie puszki, które przeleciały Atlantyk.

Lubię prezenty. Szczególnie takie bezinteresowne, które otrzymujemy po prostu; z wdzięczności, sympatii czy dobrego serca. I właśnie do tej kategorii zaliczają się dwie puszki, otrzymane od jednego z klientów „chmielobrodego” sklepu (wybacz Wojtek – nie mogę podać pełnych personaliów, bo RODO-SRODO 😉 ). Wiecie – gość wybrał się na miesiąc do Stanów i przywiózł nam małe co nieco do spróbowania. I ja takie prezenty bardzo szanuję! Szczególnie że mowa tutaj o browarze Cigar City, znanego m. in. z jednego z najwyżej ocenianych RISów na Ratebeerze – Marszałka Zhukowa – czy z Hunahpu’sa, zajmującego obecnie 3 miejsce w kategorii Russian Imperial Stout na RB. No to jedziemy.

Tocobaga (Red IPA)

Pierwsze, co przykuwa uwagę w tym piwie, to jego barwa. Dokładnie tak wyobrażam sobie kolor Red IPA – ciemne, burgundowo-szmaragdowe, z fantastycznymi refleksami. Szkoda tylko, że dość ładna piana strasznie szybko opadła, pozostawiając jedynie niewielki krążek, utrzymujący się do końca degustacji. A co drzemie w samym piwie? Jego zapach, to przede wszystkim wyraźne nuty słodowe, z konkretną porcją biszkoptów, tostów i muśnięciem żywicy. Pojawiły się także czerwone pomarańcze i obiecane w morskiej opowieści jagody. Czuć że chmielu tutaj nie żałowano, ale… no właśnie jest jedno „ale”. Rozlew tego piwa miał miejsce ok. pół roku temu, więc akordy chmielowe były już dość mocno wycofane. Spodziewam się, że w świeżej warce byłby cios. Na szczęście smak trochę wynagrodził mi nieco słabszy aromat. Trunek cechowała dość wysoka pełnia, z fajnymi landrynkami i  konkretną słodowością w tle. Tocobaga została nachmielona również na zimno, co można było wyczuć w dość długiej, wysokiej i nieco łodygowej goryczy, dodatkowo podbitej przez wyczuwalny alkohol. Podsumowując – fajne piwo, ale z pewnością byłoby o wiele lepsze te 4-5 miesięcy temu.

Invasion (Tropical Pale Ale)

Sporo oczekiwałem od tej pięknie prezentującej się puszki. Uwielbiam tematy tropikalne w piwie i jarają mnie one o wiele bardziej, niż akcenty cytrusowe. Niestety ponownie tutaj czas zrobił swoje. Podobnie jak w Tocobadze, Invasion zostało rozlane blisko pół roku temu, co dało się wyczuć w aromacie. Nuty owoców tropikalnych majaczyły gdzieś w tle i chociaż dało się wyczuć mango czy kandyzowanego ananasa, tak całość grała trzecie skrzypce. Na pierwszym planie prym wiodła wyraźna słodowość oraz nuty trawiaste, będące oznaką chmielenia tego trunku na zimno. W smaku słodowość również wysunęła się na prowadzenie, objawiając się wyraźną biszkoptowością. Wysoka i długa gorycz z pewnością należała do tych przyjemnych, nie wpadając na całe szczęście w zbędną łodygowość. Sam trunek mógłby być co prawda nieco mniej wytrawny, ale ogólne wrażenie wpisuję zdecydowanie na jego plus. Finalnie czas niestety zrobił tutaj swoje i oddelegował chmiel, czyli to, co wiodło prym, na drugi plan.

Powyższe oceny po raz kolejny udowadniają, iż piwa, w jakich chmiel gra pierwsze skrzypce, trzeba pić jak najszybciej. Nie ma co zwlekać, bo czas będzie grał tylko na niekorzyść trunków w stylu IPA czy Pale Ale. Oczywiście wyjątkiem mogą być wersje imperialne tychże, ale to już nieco inna para kaloszy. Ja w każdym razie bardzo dziękuję, że mogłem tych dwóch perełek spróbować – teraz pora zapolować na ich świeższe wersje. Tylko czy będzie to możliwe w Polsce? Jeśli się uda, to dam Wam z pewnością znać.

Chmielobrody poleca – odc. 12

Z jednej strony mamy wiosnę, a z drugiej jednak lato. Dlatego też w najnowszym odcinku „Chmielobrodego poleca” przygotowałem Wam typowy zestaw piw na letnie upały, na żar lejący się z nieba i na ugaszenie pragnienia kilkoma łykami. A przynajmniej ja tak te piwa traktuję (wink wink 😉 ). Tym razem w roli głównej wystąpią:

Westbrook Brewing Co.
Browar Golem
Browar Łąkomin

Wywody Chmielobrodego – cz. 10

Zmierzch ery piwnych festiwali?!

Gdybym oceniał formę festiwali piwnych wyłącznie na podstawie tegorocznej edycji Warszawskiego Festiwalu Piwa, to z pewnością na końcu powyższego tytułu pojawiłaby się kropka, ew. sam wykrzyknik. Natomiast sprawa nie jest tak oczywista i jednowymiarowa, jakby mogło się wydawać, ale od początku.

Począwszy od zeszłego roku polska scena kraftowa zaczęła powoli marudzić na to, co dzieje się na tego typu imprezach. Przyczynkiem do tego były m. in. Poznańskie Targi Piwne anno domini 2017. Ludzi przyszło jakoby mniej, sakiewki wystawców nie napełniły się w stopniu co najmniej zadowalającym (a przynajmniej nie wszystkich), zainteresowanie Konkursem Piw Rzemieślniczych nieco przybladło, mimo iż sam KPR w mojej ocenie był jednym z sensowniejszych eventów, przyciągających ludzi do zapłacenia tych 20 zł za wejście, a sama organizacja Targów miała swoje przywary (kolejka do WC oraz śmieszne wciskanie pod szyld PTP imprezy Foodtruckowej)… chwila, chwila. Ile trzeba było zapłacić za wejściówkę? 20 zł? Na jeden dzień? Karnet trzydniowy za 45 zł? Rozumiem, że w cenie było jakieś piwo lub szkło? W przypadku karnetu a i owszem, ale bilet jednodniowy uprawniał nas jedynie do wielokrotnego wejścia.

Zostawmy na chwilę koszty biletów wstępu, do których wrócę nieco później i przejdźmy dalej. Bo tak oto nadeszły kolejne imprezy, na których byłem osobiście w tym roku – Silesia Beer Fest i łódzkie Piwowary. Imprezy o wiele mniejsze, skupiające maksymalnie do 30 wystawców i przeznaczone raczej dla społeczności lokalnej. Okazało się, że frekwencja na obu eventach była całkiem niezła, a w Łodzi wręcz mocno zadowalająca; wystawcy w większości opuszczali targi w dość pozytywnych nastrojach i z optymizmem zerkali na zbliżający się maraton festiwalowy, jaki miał ruszyć w maju w Bydgoszczy.

Co prawda na Beergoszcz finalnie nie dotarłem, ale na całe szczęście pojawiłem się w Warszawie. Festiwal, okrzyknięty najbardziej prestiżową imprezą w polskim krafcie, miał przynieść wystawcom niebotyczne zyski, a przez kilka pięter pomieszczeń dla VIPów na warszawskiej Legii miało przetoczyć się ponad 20 tysięcy gości. Ostatecznie na WFP zjawiło się 13 tysięcy osób, a spora część browarów była zmuszona odesłać do domu sporą część zapasów, jakie zabrali na imprezę. I tutaj znowu jak po deszczu zaczęły kwitnąć tezy, jakoby festiwale piwne miały się skończyć. Żeby nie było – dla mnie osobiście Warszawski Festiwal Piwa okazał się imprezą genialną, bo nie było zbytecznego tłoku, z każdym mogłem pogadać, a w trakcie moich dwóch wystąpień na scenie miałem pełną widownię. Jednakowoż patrząc biznesowo faktycznie czuję, że całość nie do końca się spięła.

Kolejne punkty na mapie mojego piwnego kalendarza przypadły na Kraków i Szczecin. Podczas małopolskiego BeerWeeka, będącego największym festiwalem piw kraftowych na południu Polski, ludzi było multum. A przynajmniej tak wypadło w piątek, kiedy miałem okazję śmigać po terenach stadionu Cracovii. Wszyscy jakoś tak wyraźniej uśmiechnięci, zadowoleni, a czasem z lewej, czasem z prawej strony dochodziły mnie słuchy, że jednak te festiwale nie takie złe i że chyba się jeszcze nie skończyły. W Szczecinie było podobnie, acz ze względu na niezbyt idealną pogodę gości z pewnością było mniej.

Z kolei Wrocław, będący największym piwnym festiwalem nad Wisłą (chociaż w tym przypadku winienem powiedzieć „nad Odrą”), w mojej ocenie postawił kropkę nad „i” w tej całej dyspucie. 70 wystawców, ogromny teren przeznaczony dla zwiedzających, dwie strefy foodtrucków i po prostu cała chmara ludzi. Optymiści mówią, iż w trakcie tej trzydniowej imprezy przez teren stadionu przewinęło się nawet i 100 tysięcy ludzi (ja będę ostrożny i powiem 60-70 tysięcy). W sobotę wieczorem był taki tłok, że sam chodziłem poirytowany, bo ciężko było przejść z jednego końca imprezy na drugi. Każde stoisko przeżywało okresy kolejkowe, a spora część browarów nie miała już czym handlować w niedzielę. Większość opuszczała Festiwal Dobrego Piwa we Wrocławiu zadowolona i ukontentowana. Mam tu na myśli zarówno zwiedzających, jak i wystawców.

To dobitnie pokazuje, iż era piwnych festiwali wcale się nie skończyła i ma jeszcze przed sobą całkiem ciekawą przyszłość. W tym miejscu mógłbym postawić kropkę, ale uczynić tego nie mogę, gdyż byłoby to zbyt dużym uproszczeniem. Moim zdaniem każdy z wyżej wspomnianych i tych nie wspomnianych eventów pokazuje, jakie mamy obecnie tendencje na rynku.

Po pierwsze i najważniejsze: nie możemy liczyć na to, że tego typu imprezy zasilą głównie beer geecy. Dla nich pozostaje chociażby Beer Geek Madness czy One More Beer Festival z formułą płacisz raz – pijesz ile chcesz. Natomiast duże festiwale powinny otwierać się przede wszystkim na ludzi, którzy nie są „into krafty”. Organizatorzy powinni zadbać o to, aby popyt na uczestnictwo w piwnym festiwalu rósł u osób pijących na co dzień tego przysłowiowego „Tyskacza”. Szanowni, skoro udział rzemieślników piwnych w rynku wynosi maksymalnie 2%, to ja się pytam co z pozostałymi 98%? I nie pomoże tutaj windowanie cen biletów, jak w Poznaniu. No gdzie człowiek, wydający przeciętnie 3 zł na piwo w sklepie i maks 10 zł w knajpie, zapłaci 20 zł za samo wejście, aby na terenie imprezy wydać dodatkowo za jedno małe piwo 9-10 zł?!? Imposibruuu!

To prowadzi do drugiego wniosku, jakim jest cena biletu. Oczywiście rozumiem, iż nie zawsze możliwe jest zorganizowanie festiwalu za frajer, bo wtedy po kieszeni dostaną wystawcy lub organizator (wynajęcie takiego stadionu to w końcu nie rurki z kremem), ale może przysłowiowa dyszka za wlot to dobry kierunek? Kraków pokazał w tym roku, że chyba mam rację.

Po trzecie patrząc na większe festiwale jedyny zmierzch, jaki można zaobserwować, to zmierzch piwnej turystyki. Świrów, jeżdżących po całej Polsce w poszukiwaniu kraftowych emocji jest co raz mniej, a uczestników lokalnych jest co raz więcej. Dodatkowo być może organizowanie WFP dwa razy w roku to jednak o jedną imprezę za dużo? Szczególnie iż liczba multitapów w stolicy i sztosów na kranach jest już chyba większa, niż tego, co dostajemy na WFP. Ot taka drobna dygresja w stronę przyczynku do moich marudzeń.

Oczywiście temat mógłbym drążyć dalej i zwracać uwagę na plan imprez, ich lokalizację, terminy, wpływ faz księżyca i aktualną cenę złota na rynkach światowych, ale nie w tym rzecz. Prawda jest taka, że każda impreza jest inna i każda ma swój określony potencjał. Część ten potencjał wykorzystuje, część marnuje, ale wszędzie drzemią ogromne szanse na jego pozytywne wykorzystanie i rozwój. Ważne, aby mieć oczy i uszy szeroko otwarte, badać rynek, jego tendencje i tworzyć eventy dopasowane do obecnego popytu i podaży. Ja w każdym razie wiem jedno – zmierzch ery piwnych festiwali sensu largo to zwyczajny bullshit. To mówiłem ja, Chmielobrody, bloger piątej klasy.

Chmielobrody kontra BeerLab

Jeżeli ktoś z Was myśli, iż browar BeerLab, po bardzo mocnej ofensywie sprzed dwóch lat, odszedł w niepamięć, ten mocno się myli. Otóż BeerLab ma się bardzo dobrze, a plany właścicieli zakładają dalszy rozwój i rozbudowę browaru, o czym osobiście miałem okazję się przekonać. Dlatego też zapraszam Was na rozmowę o przeszłości, przyszłości i teraźniejszości z Arturem Jakubiakiem i nowym piwowarem, którym został… a zresztą sprawdźcie sami:

Chmielobrody On Tour – Warszawski Festiwal Piwa 2018 (edycja wiosenna)

Echa komentarzy po 8 edycji Warszawskiego Festiwalu Piwa nie cichną. Jedni wróżą koniec ery piwnych festiwali, inni mówią o konieczności zmian, a pozostali… też na pewno jakieś zdanie w tym temacie mają. Ja je również mam, ale to temat raczej na inny czas i formę, więc dzisiaj skupię się na tym, jak WFP 2018 wyglądał, co dobrego wypiłem i co smacznego dorwałem w strefie food trucków. Miało być 10 minut maks, a wyszło jak zawsze (wink, wink 😉 ). A i tak nie zmieściłem wszystkiego, co chciałem (ot chociażby brakuje tutaj doskonałego Lódolfa od ekip Browaru Spółdzielczego i Harpagana). Oglądajcie, komentujcie i oczywiście łapki w górę 😉