Grodziskie w natarciu, czyli finał Viking Malt Brewmaster Challange 2018

Viking Malt Brewmaster Challange 2018 przeszedł do historii. Konkurs, który rozpoczął się w zasadzie kilka miesięcy temu w końcu znalazł swoje rozstrzygnięcie, kiedy to kapituła oraz zebrana publiczność oceniła cztery uwarzone we wrześniu piwa przez załogi, składające się z piwowarów zawodowych, domowych i blogerów. O tym, jak wyglądało samo warzenie mogliście poczytać TUTAJ, niemniej gwoli formalności warto przypomnieć sobie składy oraz poznać zwycięzców. Drużyny prezentowały się następująco:

CZERWONI:
Darek Piecuch
Mateusz Waszczuk
Michał Janiak
Dominik Połeć

BIALI:
Krzysztof Juszczak
Małgorzata Węgierska
Przemek Iwanek
Marcin Lichtarski

SZARZY:
Jakub Piesio
Magda Bergmann
Hubert Krech
Piotr Pszczółkowski

CZARNI:
Tomasz Michalski
Łukasz Szynkiewicz
Artur Kaleta
Moja skromna osoba

I teraz będzie bez ceregieli. Zacznę może od piwa, jakie wyszło spod rąk mojej drużyny, a wyszło fatalnie. Serio, nie ma się co szczypać, bo kto pił, ten wie. Nie dość, że wdało nam się zakażenie brettami, to jeszcze w piwie ściągająca i łodygowa gorycz przekraczała granice zdrowego rozsądku. A w trunku, które miało być wariacją na temat grodzisza takie rzeczy dziać się nie powinny. OK, gdybyśmy celowali w tę dzikość, to jeszcze można byłoby dyskutować, ale rzecz była niezamierzona. Planowaliśmy po prostu wędzone, kwaśne grodziskie z akcentami jaśminu i malin. Trudno, nie wyszło. Mimo wszystko z godnością i z uśmiechem na ustach zajęliśmy czwarte miejsce.

Drużyna czarnych

„Brązowy medal” wpadł w łapy drużyny szarych. W ich wypadku drożdże nie dały sobie rady z potężnym jak na ten styl ekstraktem, wynoszącym 24° BLG. Co prawda wędzonka była nieźle wyczuwalna, ale całość wyszła za słodka i nieco mdła. Mimo wszystko ekipa pod wodzą Jakuba Piesia i tak wypadła o wiele lepiej, niż moja załoga. Chylę czoła!

Drugie miejsce zajęli czerwoni ze swoim „klitoriańskim grodziskim”. Nie ma co gadać – barwa w tym piwie wyszła arcy-ciekawa – no bo serio, piliście kiedyś ciemnoniebieskiego grodzisza? Jedynie wędzonka została zdominowana przez dodatek klitorii ternateńskiej, odpowiedzialnej właśnie za kolor piwa. Najważniejsze, iż było ono całkiem przyjemne i niezwykle pijalne.

Złoto i główna nagroda przypadła drużynie, dowodzonej przez Krzysztofa Juszczaka. I tutaj bez włażenia w cztery litery i z ręką na sercu muszę przyznać, iż piwo białych było po prostu idealne (sam na nie głosowałem 😉 ). Lekkie, zwiewne, przyjemnie wędzone i lekko owocowe, co zawdzięcza dodatkowi… bodaj soku jabłkowego. Pierwsze miejsce zdecydowanie zasłużone, bo swoim piwem biali przebili pozostałych i to z niesamowitą przewagą. Chapeau bas i ukłony do samej ziemi.

Zwycięzcy Viking Malt Brewmaster Challange 2018

Tak głosowała kapituła konkursu, a głosowanie publiczności zdało się potwierdzać ten stan rzeczy. I teraz rzecz najważniejsza. Zwycięskie piwo zostanie uwarzone w Browarze Jan Olbracht i trafi na rynek. Cały dochód ze sprzedaży tegoż trunku zostanie przeznaczony na pomoc i rehabilitację jednego z członków załogi Olbrachta, który niedawno uległ wypadkowi drogowemu. Szacunek, proszę Państwa, za takie podejście do tematu!

Kilka słów należy się także samej imprezie finałowej, zorganizowanej w warszawskim The Taps. Klub, chociaż z zewnątrz niby niezbyt pokaźny okazał się idealnym miejscem na tego typu event. Duża sala główna, możliwość wyświetlenia filmu, podsumowującego warzenie i wreszcie świetny „VIP Room”, w którym Jarecki częstował gości swoimi smakołykami (czekoladowy pudding z Creazy Mike’iem palce lizać!), a co jakiś czas na stołach pojawiała się wyśmienita pizza, przygotowywana przez ekipę The Taps. Na szesnastu kranach wybór był dość ciekawy. Tego wieczoru w moją pamięć zapadła Bobrokracja z Rzeki Piwa (i w kooperacji z Chmielokracją), świetny porter angielski z Browaru Wbrew, Manolo z Dwóch Braci czy Barlow Sorbus z Kormorana (ta jarzębina robi tutaj robotę jak ta lala). Gwoździem do trum… znaczy się wisienką na torcie został zdecydowanie i bezapelacyjnie Kord leżakowany w beczce po rumie. Pamiętajcie – pół litra tego trunku, spożywane z masywnego shakera to zawsze pomysł godny i mądry! Szczególnie kiedy jest to ostatnia beczka tak szlachetnego trunku w kraju.

od lewej: Przemysław Czarnik, Ziemowit Fałat, dr Andrzej Sadownik

Najważniejsi jak zwykle okazali się ludzie. Naprawdę jest mi niezwykle miło, że mogłem brać udział w takim wydarzeniu. Atmosfera to był jakiś kosmos. Wszyscy uśmiechnięci, życzliwi i z odpowiednim nastawieniem. Nie było żadnej spiny, szyderczych komentarzy czy walki na pięści. To pokazuje, iż piwowarstwo w każdym jego aspekcie – czy zawodowym, czy domowym – to po prostu rzecz godna. Szczerze – to właśnie Viking Malt Brewmaster Challange postawił kropkę nad „i” w kwestii mojego osobistego piwowarzenia. I chociaż nie jest to jeszcze warzenie na skalę, o której marzę, tak dajcie mi tylko skończyć remont i przeprowadzkę, a ja Wam wszystkim jeszcze pokażę (wink, wink 😉 )! Dzięki Viking Malt! Dzięki PSPD! Dzięki Browamator i Fermentum Mobile! Dzięki Polish Hops! I w końcu dzięki wszystkim uczestnikom – to było jedno z najlepszych przeżyć i doświadczeń w moim życiu. Wasze zdrowie!

—> PEŁNA FOTORELACJA – KLIKNIJ TUTAJ!!! <—

Reklamy

Chmielobrody kontra Browar Brodacz

Browar Brodacz to marka mocno rozpoznawalna na rynku piw kraftowych. Jego założyciel – Tomasz Brzostowski – od początku istnienia Brodacza działał wszelkimi sposobami, aby ta nazwa zapadła w pamięć. I chociaż nie zawsze wychodziło to zgodnie z zamierzeniami, tak teraz Brodacz nabrał chyba wiatru w żagle. I właśnie o tych wiatrach, o największej liczbie polskich, piwnych premier w tym roku i o tym, dlaczego Tomek zgolił brodę porozmawiamy w kolejnym odcinku z cyklu „Chmielobrody kontra…”

Szybki Strzał – Odc. 16

Miesiące i tygodnie mijają, a na półkach sklepowych nowych pozycji kraftowych nie brakuje. I chociaż w dzisiejszym zestawieniu pojawią się piwa, okupujące już jakiś czas rynek piw rzemieślniczych, tak jeśli na nie traficie, to można zakupy przemyśleć – głównie z racji stylów, w których ultra świeżość nie jest mocno wymagana. No może poza pilsem, ale to już inna historia. Jadziem!

Szpunt – Supernova (peated pils with smoked plum)

Ci z Was, którzy uważnie śledzą moje poczynania zapewne wiedzą, iż jestem fanem piw wędzonych. Uwielbiam też solidne pilsy, a połączenie obu to już dla mnie ambrozja i miód na serce. Oczywiście o ile ktoś, gdzieś, czegoś po drodze nie spartaczy. Na szczęście w przypadku Browaru Szpunt jestem zazwyczaj spokojny o formę ich piw. Nie inaczej jest w przypadku Supernovej. Ten doskonały pils od razu atakuje nasz nos przyjemną, ogniskową wędzonką, co w połączeniu z aromatem śliwek daje naprawdę przyjemny efekt. Profil słodowy nie ucieka w krzaki, tylko dumnie stoi wespół z torfowo-owocową zgrają. Całość jest bardzo rześka, niezwykle pijalna i przyjemnie goryczkowa. W mojej ocenie to najlepszy, torfowy pils, jakiego miałem okazję pić. A umówmy się – konkurencję ma srogą 😉

 

Stu Mostów – Imperial Stout Nitro

Swego czasu Browaru Stu Mostów miał u mnie dość niskie notowania. Wypuszczali przeciętne piwa, a i mocniejsze wpadki się zdarzały. Na szczęście tę historię chyba możemy powoli włożyć między bajki, czego potwierdzeniem będzie Imperial Stout Nitro. Po pierwsze piwo po prostu doskonale pachnie – są orzechy, jest czekolada, subtelna nutka wanilii i paloność oraz absolutny brak alkoholu. Smak też trzyma poziom. Mleczno-czekoladowe akordy świetnie współgrają z genialną gładkością i pełnią trunku. Na finiszu pojawia się klasowe espresso, kojarzące się z najlepszymi, włoskimi kawiarniami (w których nigdy nie byłem, ale widziałem na zdjęciach i czytałem w internetach, wink, wink 😉 ). Tylko ten alkohol ciut zbyt mocno gryzł mnie w przełyk, ale kto wie – może się poukłada? W każdym razie piwo to po prostu solidny RIS, w którym azot robi genialną robotę. Zresztą zobaczcie sami:

 

Profesja – Pirat (Baltic Porter Porto Barrel Aged)

Podstawki profesyjnego Pirata miałem okazję kosztować na jednym z katowickich festiwali. Wtedy wypadł całkiem przyzwoicie, więc mocno zaciekawiły mnie warianty BA, których mamy aż trzy. Na pierwszy ogień poleciał trunek, leżakowany w beczce po Porto. Czekolada, kwaskowe nuty winne i czerwone owoce to aromaty całkiem przyjemne, aczkolwiek nie do końca ta kompozycja zapachowa trafiła w mój gust. W skrócie – jest ok, ale bez szału. Czas spędzony w beczce po winiaku dość mocno też piwo uwytrawnił i podniósł jego cierpkość. W połączeniu z czekoladą i orzechami daje to interesujące połączenie, ale chyba spodziewałem się czegoś bardziej tęgiego. Pirat po Porto z pewnością znajdzie swoich wielbicieli, ale ja do tej załogi raczej się nie zaciągnę.

Chmielobrody kontra Kattowitzer Brauhaus (Marek Rendchen)

Jeżeli miałbym wskazać na tym łez padole największego miłośnika klasycznych, piwnych stylów niemieckich, to z pewnością będzie to Marek Rendchen. Piwowar browaru domowego Kattowitzer Brauhaus, współpracujący onegdaj z browarem Kraftwerk oraz ultra-fan zespołu Rammstein. I to właśnie on jest gościem w kolejnym odcinku „Chmielobrodego kontra…”, gdzie poruszymy m. in. sprawę stoutu z kiszonym śledziem i wrzucimy do kadzi trochę rozgrzanego granitu. W jakim celu? Tego dowiecie się z poniższego filmu.

„Janusze” z Kraftem roku 2018!

fot.: https://www.facebook.com/Browarwaszczukowe/

No i lekko gruchnęło w polskim krafcie. A wszystko przez wyniki tegorocznego Konkursu Piw Rzemieślniczych. Niby początkowo całość szła zgodnie z planem; przewodniczący jury – Tomasz Kopyra – odczytywał poszczególne kategorie nagród, gdzie nie w każdej wszystkie miejsca były obsadzone; piwowarzy i browarnicy odbierali swoje medale; część była zadowolona; część pewnie mniej, itd. itd. Ot sytuacja podobna do tej sprzed roku czy dwóch. Wydawać by się mogło, że nic nikogo nie zaskoczy. Aż tu nagle przyszło do ogłoszenia wyników najważniejszych, czyli wyników „Kaftu roku 2018”. Nagrody, jaką powinno zdobyć piwo najlepsze z wszystkich, najgodniejsze i najwspanialsze, i najcudniejsze i w ogóle naj! I teraz w tym miejscu zapewne większość spodziewała się sztosa-ciężarowca, wymrażanego siedemnastokrotnie w beczkach bo rumie, wyłowionych z pirackiego galeonu, zatopionego w wodach Atlantyku. Ja w sumie też się tego spodziewałem, niemniej kiedy ogłoszono, iż nagrodę tę zdobywa Janusz Moczywąs z Browaru Waszczukowe, czyli dortmunder export, kąciki moich ust powędrowały ku górze. Co było tego powodem? Już spieszę z wyjaśnieniem.

Na początku trzeba sobie zadać pytanie czym w ogóle jest wspomniany „Kraft roku”. Niestety organizator konkurs nie opisuje dokładnie tejże kategorii na swoich stronach i w regulaminie. W tymże dokumencie znajdziemy jedynie zapis, informujący nas o tym, w jaki sposób nagroda zostanie przyznana: „Spośród zwycięskich piw w poszczególnych kategoriach, po dodatkowej degustacji, Grand Jury KPR 2018 wyłoni w trybie debaty i głosowania jawnego piwo, które otrzyma tytuł Kraft Roku 2018 (…)”. Tylko tyle i aż tyle. I teraz wyobraźcie sobie ok. 50 piw ze złotymi (albo prawie złotymi 😛 ) medalami w każdej kategorii, spośród których sędziowie wybierają to jedyne, najwspanialsze piwo. Jeśli kierowalibyśmy się przeświadczeniem, iż tytuł „Kraftu roku” winien trafić do autora najbardziej złożonego, najbardziej degustacyjnego trunku spośród tych kilkudziesięciu, to na wstępie możemy odstrzelić 90% pozycji bez ich próbowania. Wśród nich znajdzie się z pewnością Janusz Moczywąs, bo przecież zwykły lager niemiecki bankowo przegra z kretesem z chociażby brokreacyjnym Potion #2 (na którego ja osobiście stawiałem 😉 ). Bankowo, o ile weźmiemy kryteria, opisane przeze mnie wcześniej. A tychże wyznaczników jury zwyczajnie nie może, powtarzam – NIE MOŻE brać pod uwagę. Nie po to stworzono taką liczbę kategorii, aby móc wyłonić wśród nich tych najlepszych. I tak mamy na przykład kategorię „Imperialny Stout/Porter leżakowany w drewnie” czy „Specjalny Porter Bałtycki”. To chociażby tutaj powinniśmy szukać najlepszych, degustacyjnych sztosów, a nie w „królewskiej kategorii”.

No ale co z tym „Kraftem roku”? W mojej ocenie, skoro mówimy o nagrodzie, jaka jest przyznawana za najlepsze piwo spośród 50 najlepszych piw z każdej kategorii, to nie możemy dyskryminować żadnego za to, iż nie jest na tyle złożone, aby wyczerpywać znamiona definicji sztosu. Dla mnie „Kraft roku” to piwo, któremu nic nie brakuje, które jest najlepsze w swoim stylu i które wyróżnia się na tle innych. I czy takim piwem nie może być „zwykły” pils czy chociażby tegoroczny zwycięzca, czyli dortmunder export? Może! Baaaa, jestem zdania iż ten wybór pokazuje, jak bardzo bogaty i złożony jest świat kraftu. Pokazuje też pewną równość, której czasem mi brakuje. Być może kojarzycie pastę o piwnym neoficie, wywyższającym się pośród zwykłych pijaczy piwa? Jeśli tak, to czy chcieli byście, aby tak Was postrzegano? Ja niekoniecznie, stąd też osobiście identyfikuję się z wyborem jury i absolutnie nie jestem zdziwiony, chociaż może nieco zaskoczony. Zaskoczony na plus.

Janusz Moczywąs przez najbliższe dni zapewne dostarczy sporo emocji i pewnie wywoła wiele dyskusji wokół tego tematu. I dobrze, bo może komuś to otworzy oczy; być może niektórzy zaczną bardziej doceniać style, których brakuje na sklepowych półkach? O jak marzy mi się, aby wypuszczano więcej dry stoutów, pilsów, bocków czy lagerów niemieckich. Bo kraft to różnorodność, jaką powinniśmy mieć nie tylko w setkach różnych odmian India Pale Ale’i, ale i w każdym stylu z osobna. I mam nadzieję, że nie będę osamotniony w takiej postawie. Brawo Waszczukowe, brawo KPR, brawo polski kraft!

PEŁNA LISTA NAGRODZONYCH

Chmielobrody poleca – odc. 18 (8 Wired, Alebrowar)

„Uuuuu, ooooo, ale będę teraz regularny i systematyczny. Nic mnie nie powstrzyma!” powiedział Chmielobrody, po czym wyszło jak zawsze. Ale nie ma tego złego, co się odwlecze itd. itd., dlatego dzisiaj wjeżdżam z kolejnym odcinkiem z cyklu „Chmielobrody poleca”. Hesusie, to już 18-ty raz, kiedy rekomenduję Wam jakieś ciekawostki. Fajnie? 😉

PS
Ja nie wiem czemu przez tyle lat czytałem „8 Wired” jako „8 Weird”, co zresztą potwierdza poniższa publikacja :/

Porterowy Browar Garaż

Z piwowarstwem domowym jest tak, że prezentuje ono bardzo zróżnicowany poziom. Serio, literalnie zdarzają się w nim paście, od których można umrzeć, piwa przeciętne, dobre, wybitne i takie, które spokojnie mogą nosić znamiona tzw. sztosów. A im bardziej utytułowany piwowar, tym szansa na zdobycie sztosa rośnie. I dokładnie tak jest w przypadku Browaru Domowego Garaż, za którym stoi niejaki Janusz Švach. Mnóstwo pucharów, wygranych w konkursach i opinia jednego z najlepszych piwowarów domowych w Polsce spowodowały, iż otrzymując pakiet kilku „bałtyków” autorstwa samego Janusza wypieki pojawiły się na mojej twarzy. Czy słusznie? Sprawdźmy!

 

Porter Bałtycki – Śliwka Wędzona 22°

Tutaj od razu było wiadome, iż wędzona śliwka zagra pierwsze skrzypce. I faktycznie tak jest. Piwo pachnie prześlicznie! Na szczęście w dominujących akordach tego czerwonego owocu swobodnie odnajdziemy przyjemną czekoladowość. Wędzonka nadaje piwu fajnego charakteru i, co ciekawe, przypomina ona aromat znany mi z piw, leżakowanych z płatkami dębu. Sam trunek jest niezwykle pełny, intensywny, czekoladowo-śliwkowy, z lekko kwaskowymi nutami. Duży plus za ledwo wyczuwalny alkohol. Jest dobrze. A nawet bardzo dobrze!

 

Smoked Baltic Porter 22°

Kolejna pozycja i kolejna wędzonka. Tym razem jednak ma ona charakter stricte dymny, a całość uzupełniają aromaty czekolady, śliwki oraz nuty cherry. W zapachu alkoholu nie uświadczymy. Smak to z kolei przyjemne tematy kakaowo-wiśniowe, kojarzące się wyraźnie z pralinami, wypełnionymi subtelnym likierem. Dym jest wyczuwalny, nadając piwu przyjemnego sznytu. Jeśli miałbym sklasyfikować ten trunek, to z pewnością trafił by on na półkę piw deserowych. Świadczy o tym zarówno smak, zapach, jak i genialna, gładka faktura tegoż porteru. Brawo!

 

Porter Bałtycki 22°

Przyszła pora na klasykę gatunku, czyli po prostu „najzwyklejszy” porter bałtycki 22 plato. Pikanterii dodał przy nim fakt, iż piwo było rozlewane w 2016 roku. Co przez ten czas się w nim wydarzyło? Zapach to sporo orzechowej czekolady, muśniętej odrobiną śliwek i jeżyn w towarzystwie kilku kropel sosu sojowego. Nie powiem, jest przyjemnie, szczególnie iż czekolada i owoce pojawiają się również w smaku. Całości jednak brakuje nieco ciała i słodyczy. Osobiście wole nieco mniej wytrawne bałtyki. Ogólnie z pewnością jest to bardzo stylowy i smaczny porter, ale przy pozostałych „kolegach” wypada dość przeciętnie.

 

Imperial Baltic Porter Porto Oak Aged 28.5°

Tym razem to już nie przelewki, o czym świadczy konkretny balling, wykręcony na poziomie 28,5°. Dodatkowo piwo leżało sobie z płatkami dębowymi, macerowanymi w porto. Brzmi dobrze? I to jeszcze jak! Aromat raczy nas prawdziwym koncertem czerwonych owoców. Są tutaj wiśnie, jeżyny oraz szczypta śliwek. Całości rewelacyjnie przygrywają taniny dębowe, oplecione nutami porto oraz czekoladowymi pralinami.  Alkohol? No niby jest, ale pojawia się on tutaj pod tak przyjemną postacią, że grzechem byłby jego brak. W smaku piwo jest równie złożone, co w aromacie. Pojawiają się w tym miejscu czerwone owoce oraz czekolada, co w całość przywodzi skojarzenia z czekoladkami Mon-Cheri. Faktura trunku to czysta, pełna i gładka poezja. Na podsumowanie nie można przy tym piwie użyć innego słowa, jak sztos!

Chmielobrody On Tour – BroPub by Brokreacja

Będąc aktywnym muzykiem koncertowym (a w moim wypadku raczej muzykantem) trzeba często liczyć się z pewnymi drobnymi niedogodnościami. Oczywiście temat ten nie dotyczy tych u szczytu świecznika, ale mała kapela, pokroju np. J. D. Overdrive, w której autor niniejszego tekstu się udziela, często mierzy się z różnorakimi trudnościami. Jedną z nich są wczesne próby dźwięku. Wiecie, trzeba pojawić się rano na scenie, zagrać próbę, a potem kisić się w klubie lub okolicy do wieczora. Najbogatsi mogą wrócić sobie do hotelu, pójść na masaż albo do sauny. Maluczcy niestety ten czas muszą zagospodarować w inny sposób. I tak też było w miniony weekend, kiedy to soundcheck skończyliśmy przed drugą po południu, a na scenie mieliśmy pojawić się ponownie w okolicach 21:00. I co tu robić na krakowskim Kazimierzu przez tyle godzin? Na pewno trzeba coś zjeść! A skoro mieliśmy rzut beretem do Bropubu, czyli autorskiej knajpy browaru Brokreacja, tak też postanowiliśmy połączyć przyjemne z przyjemniejszym, a więc szamanko z kraftowym piwem.

Sam pub znajduje się w bramie jednej z krakowskich kamienic, ale na szczęście nie sposób tutaj nie trafić. Przy głównej ulicy wisi baner, a na chodniku stoi potykacz. Sama knajpa co prawda nie należy do największych, lecz nie sposób odmówić jej uroku. Świetnym pomysłem jest wypuszczone na wewnętrzny dziedziniec kamienicy patio, które działa również zimą. Ktoś mógłby pomyśleć, iż otoczone jedynie przezroczystym i cienkim tworzywem miejsce przy niskich temperaturach nie ma sensu, niemniej zastosowane w tym miejscu patenty grzewcze robią robotę (wiem, bo byłem 😉 ). Dodatkowo przed wejściem znalazło się jeszcze miejsce dla kilku leżaków, firmowego parasola, a w środku można przycupnąć przy kilku stolikach z krzesłami. Ze ścian spoglądają na nas znane z butelek postaci, autorstwa Filipa Kuźniarza, dodając temu miejscu niezbędnego charakteru.



Nudy nie ma również na kranach, których jest aż szesnaście. Jak na patronacką knajpę przystało większość pozycji to piwa z katalogu Brokreacji, ale oczywiście zdarzają się wyjątki na specjalne okazje. Tym razem jednak cała paleta piw należała do lokalsów. No chyba że ktoś miałby ochotę na coś mocniejszego, to wtedy proszę bardzo – wybór w tym zakresie był w mojej ocenie wystarczający. Nim okiełznałem szamę postanowiłem uzupełnić elektrolity dużą szklanką przygotowanego na katowicki Tattoo Konwent Devil Inka. Piwo okazało się nad wyraz przyjemną Session Red IPĄ, z odpowiednim charakterem, goryczką i cytrusami w aromacie. Karmel nie dominował, co wpisuję na zdecydowany plus. Ot przyjemne piwo do sączenia w gronie znajomych bez zobowiązań.

Devil Ink

Piwo piwem, ale przyszliśmy przecież coś zjeść. Wybór paszy być może nie położył nas na kolana, ale dla tego typu przybytków jest on wystarczający. W karcie znajdują się cztery burgery, trzy quesadille, zapiekane ziemniaczki, krążki cebulowe, frytki z batatów oraz krewetki tygrysie. Tyle i aż tyle. Chwila zastanowienia i za chwilę na stole przede mną pojawił się The Miner Burger, czyli 150 gram soczyście wysmażonej wołowiny, zamkniętej w czarnej bule z dodatkami, wśród których peklowany burak i czerwona cebulka zrobiły mi dzień. OK, co prawda bułka była nieco zbyt przesuszona, ale wspomniane wcześniej buraki i cebulka w towarzystwie sosu abado pozwoliły przymknąć oko na ten drobiazg. Burger został podany z dwoma pysznymi sosami oraz z ziemniaczkami, opiekanymi w papryce. I to wszystko za jedyne 25 zł.  Szkoda jedynie, że obsługa nie pyta o stopień wysmażenia mięsa, bo jednak fajnie jest mieć wybór. No i nie każdy lubi wołowinę wysmażoną w stopniu medium. Całościowo jest jednak dobrze z plusem i zapewne ponownie sięgnąłbym po tego samego burgera gdyby nie fakt, iż Bropub planuje go wycofać. Szkoda, ale ponoć czarna buła w Krakowie nie jest chodliwym tematem. Aczkolwiek ekipa siedząca obok nas zamówiła kilka sztuk tego cuda, więc może załoga zmieni decyzję? Zobaczymy.

I w zasadzie w tym miejscu mógłbym przejść do podsumowania, ale do mojego szkła powędrowały jeszcze dwie pozycje z katalogu Brokreacji. Pierwszą z nich był premierowy Polskoe Shampanskoye, czyli Imperial New England Grodziskie, uwarzone w kooperacji z rosyjskim browarem Victory Art Brew. Piwo niezwykle rześkie, przyjemnie owocowe i całkiem fajnie podwędzone. Co prawda wędzonki życzyłbym sobie więcej, ale pełnia tego trunku, jego faktura i smak wynagradzały ten mały ubytek. Butelka ponoć lepsza, co zamierzam oczywiście sprawdzić. Na koniec zmierzyłem się z tegoroczną edycją Battle Mastera – Barley Wine’em, leżakowanym z płatkami dębowymi, macerowanymi w Bourbonie. Piwo wyszło bardzo przyzwoicie, ale będąc pochłoniętym rozmową z „bdb” kolegami z kapeli zwyczajnie za słabo się nad nim skupiłem, aby móc je obiektywnie ocenić. Wiem że z pewnością mi smakowało, a na zbliżającym się WFP uzupełnię wiedzę na jego temat.

Polskoe Shampanskoye

 

Battle Master 2018

Bropub to miejsce idealne na luźne spotkania ze znajomymi przy szklance dobrego piwa. Knajpa ma swój charakter, co w połączeniu z niezłą kuchnią i całkiem atrakcyjną okolicą w postaci krakowskiego Kazimierza czyni ten multitap lokalizacją „must-visit” na mapie małopolskich pubów. I dołóżcie do tego wszystkiego możliwość oglądania na ogromnym ekranie różnorakich zmagań sportowych. Fajnie? No dla mnie nawet bardzo. Polecam tego allegrowicza!