Dwie imprezy na jednym ogniu, czyli Eureka i Śląscy Piwowarzy w jednym

Czasami człowiek chciałby się rozdwoić. No bo jak inaczej podejść do tematu, kiedy jednego dnia, w podobnych godzinach masz dwa fajne eventy? W momencie, w którym jeden jest oddalony od drugiego o kilkanaście, kilkadziesiąt czy kilkaset kilometrów, to już w ogóle nie ma wyjścia. Ale gdy oba wydarzenia znajdują się dość blisko siebie, tak sprawa wydaje się prostsza. I właśnie w tej sytuacji znalazłem się, kiedy w Białej Małpie ogłoszono premierę nowego piwa z Browaru Eureka, a w Kontynuacji – Jesienny Śląski Przegląd Browarów Rzemieślniczych. Postanowiłem, że po prostu wezmę udział w dwóch imprezach na raz. Kto bogatemu zabroni, prawda?!


Wystartowaliśmy od wizyty w Białej Małpie. Na miejscu czekał już piwowar Eureki, Kamil Małochleb, od którego kilka dni wcześniej otrzymałem zaproszenie na tę premierę. Przed spróbowaniem „dania głównego”, jakim tego wieczoru w Małpie był Dry Stout Beaufort, w moje szkło powędrował rewelacyjny Berliner Weisse z owocami. Mowa tutaj o Bachu, czyli całkiem świeżym kwasie z Eureki. Musze przyznać, że to piwo po prostu mnie powaliło na kolana. Genialny aromat malin oraz subtelnych wiśni świetnie korespondował z lekką cierpkością żurawiny. No po prostu klękajcie narody przed tym kwasem. Niska goryczka, przyjemna kwaskowość na odpowiednim poziomie i fantastyczna owocowość postawiła kropkę nad „i”, wznosząc Bacha na piedestał najlepszego Berlinera z owocami, jakiego dane mi było spróbować. Dodatkowo brawa za prawilne zakwaszenie i za refermentację w butelce. Duch kraftu będzie zadowolony.

Drugim punktem podczas tego wieczoru został premierowy Dry Stout Eureki, czyli Beaufort. Pierwsze, co przykuło moją uwagę, to wyraźna orzechowość, unosząca się nad pokalem. W połączeniu z czekoladą i kawą stworzyło to idealne połączenie, jakiego można oczekiwać od tego stylu. W smaku również te tematy zagrały pierwsze skrzypce, ale jak na Dry Stout w mojej ocenie mogłoby być nieco mniej słodko i bardziej wytrawnie. Również wysycenie winno wskoczyć o poziom wyżej, ale to naprawdę drobiazg. Generalnie Beaufort to całkiem udane piwo, z maleńkimi szczegółami do poprawy.


W międzyczasie okazało się, iż Kamil zajmuje się również sztuczkami karcianymi. Połączenie dobrego piwa i rozrywki, pod postacią magika, czarującego nas talią kart wyszło całkiem zgrabnie. Niestety – wszystko co dobre szybko się kończy i tak opróżniliśmy nasze szkło, i skierowaliśmy swoje kroki w stronę katowickiej Kontynuacji.

Na miejscu czekało już większość przedstawicieli z dwunastu śląskich browarów, których piwa tego wieczoru gościły na kranach multitapu. I tak oto w kolejności alfabetycznej mogliśmy spróbować pomysłów, przygotowanych przez:

Browar Brewera
Browar Cameleon
Browar Hajer
Browar Jana
Browar na Jurze
Minibrowar Majer
Browar Rzemieślniczy Piekarnia Piwa
Browar ReCraft
Minibrowar Reden – Chorzów
Browar Śląski Alternatywa
Browar Wąsosz
Browar Wrężel

Ja postanowiłem wystartować od dzikiego Born To Be Wild Pale, autorstwa Browaru Jana. Piwo lekkie, dzikie, owocowe. Co prawda wolę wariant „ciemniejszy”, ale nie ma co „gadać” – ten też jest bardzo przyjemny. W międzyczasie Michał Pactwa odpalił imprezę na całego, czego dowodem były krótkie wystąpienia przedstawicieli browarów, opowiadających o aktualnie podpiętych pozycjach. Co chwile odpalano różnej maści konkursy, co fajnie zaktywizowało niemałą gawiedź, zebraną w Kontynuacji.


Ja postanowiłem dalej kosztować nieznanych mi dotąd tematów. W ten sposób do mego szkła powędrował Dubbel z Browaru Majer. Przyjemny, fenolowy i taki, jaki Dubbel być winien. Aczkolwiek można było bardziej poszaleć. Następnie zdecydowanie światowy poziom zaprezentował redenowy Kosmodrom. Złoty medal na KPR 2017 w kategorii Imperialny Stout/Porter za to piwo jest zdecydowanie zasłużony. Na koniec poszalałem z Brett Porterem. Ten genialny trunek, autorstwa Łukasza Łazinki z Browaru Recraft to pozycja „must-drink” dla każdego beer geeka.

A skoro już o Łukaszu mowa… zachęcił mnie do wspólnego testu klasycznego, niemieckiego Pilsa 12° z browaru Reden. Wyraźnie słodowy, z konkretnymi akcentami chmielowymi trunek okazał się w mojej opinii nieco za „tęgi”, jak na niemieckiego klasyka. Oczywiście smaku i sznytu nie można mu było odebrać, ale gdyby był on nieco lżejszy… Ciekawy eksperyment z dolaniem odrobiny „mineralnej” pokazał, iż to piwo faktycznie mogłoby zyskać, gdyby było odrobinę smuklejsze.

Finalnie cała impreza wypadła śpiewająco. Możliwość zamiany kilku zdań z każdym z przedstawicieli browarów to naprawdę doskonała okazja nie tylko do pogłębienia swojej wiedzy, ale też do zwykłej, dobrej zabawy. W końcu piwo to trunek mocno socjalizujący i cały ten wieczór właśnie tę cechę mocno uwidocznił. Oby więcej, oby częściej.

—> ZOBACZ PEŁNĄ GALERIĘ ZDJĘĆ <—

Reklamy

Brodą w kraft, czyli Wilson, baty i burger z grilla.

Premiery piwne to już nie te same wydarzenia, co kilka lat temu. Nie budzą już emocji, porównywalnych z premierą najnowszego filmu Benicio del Toro; nie przyciągają do multitapów rzeszy beer geeków, spragnionych nowości, niczym biegacz wody po przebiegniętym maratonie; wreszcie nie stanowią żelaznej pozycji w ofercie każdego, szanującego się pubu z kraftem. Szkoda, ale jak mawiał Roland z Gilead w jednej z powieści Stephena Kinga – Świat poszedł naprzód. I trzeba z tym żyć. Na szczęście są jeszcze ludzie wkręceni w temat, którzy podejmują się organizacji takich eventów i ja to podejście strasznie mocno szanuję. W Katowicach takim punktem na mapie jest zdecydowanie Biała Małpa, która niedawno miała okazję gościć ekipę Brodacza wraz z Wilsonem, czyli ich najnowszym piwem w stylu New England IPA. Nie mogłem nie skorzystać z tej okazji, bo dodatkowo na miejscu swoją obecność zapowiedziała załoga browaru.

Poza wyżej wymienionymi atrakcjami miał również odbyć się turniej siatkówki plażowej z udziałem Wilsona w roli głównej. Nie, nie chodzi mi o butelkę czy keg z piwem, a o prawdziwą piłkę, z podobizną tego „bohatera”, jaką możecie kojarzyć z filmu Cast Away – Poza Światem. Niestety pogoda pokrzyżowała te plany, dzięki czemu Wilson zajął honorowe miejsce przy barze

Wilson i Wilson

Po zameldowaniu się na miejscu od razu poprosiłem o najmłodsze „dziecko” Brodaczy, przywitałem się z ekipą browaru i spędziłem z nią dobrych kilkadziesiąt minut na całkiem owocnej rozmowie. Ale po kolei. Skoro głównym bohaterem był Wilson, to na wstępnie może kilka słów o nim. Pierwsze, co przyciąga uwagę, to bardzo przyjemny, chmielowy aromat piwa. Wilson jest mocno cytrusowy, a wyraźne nuty nafty od razu zdradzają, że piwowar nie szczędził Mosaica przy chmieleniu na aromat. Ktoś powie, że w New Englandach to już trochę nuda z tym chmielem, ale jako jego ogromny fan będę bronił Mosaica, niczym sienkiewiczowski Skrzetuski Zbaraża. W smaku też jest przyzwoicie. Wysoka gładkość piwa świetnie podbija owocowe i chmielowe akcenty, a dość wysoka wytrawność świetnie komponuje się z niemałą goryczką tego trunku. Jednym zdaniem, bardzo porządne New England IPA, które co prawda papy z dachu nie zerwie, ale chyba nie taki jego cel. 7,5/10

W międzyczasie przybiłem piątkę z Tomkiem Brzostowskim (właściciel Brodacza) i Karolem Kołodziejskim (główny piwowar), dzięki czemu można było na spokojnie zamienić kilka słów o tym co jest, o tym co było i o tym co będzie. Osobiście zastanawiałem się, skąd pomysł, aby to Biała Małpa została lokalem premierowym dla Wilsona. Okazało się, że dla chłopaków wybór był naturalny. Warząc swoje piwa w świętochłowickim ReCrafcie często gościli w Małpie ze względu na klimat, ludzi i jeden z najgenialniejszych ogródków, jakie widzieli. Ogromny mural, zdobiący jedną ze ścian, okalających to miejsce postawił kropkę nad „i”. I fajnie, że Panowie zjawili się w Katowicach akurat  z tym piwem, chociaż z drugiej strony wysyp „niju inglandów” mnie osobiście trochę już przytłacza. A można była uwarzyć coś klasycznego, bo przecież moda na klasykę wraca. Zdaniem Karola to nie jest jednak takie proste: „Chętnie uwarzyłbym np. bittera, ale na takie piwa obecnie w Polsce nie ma rynku zbytu. Jako kontrakt jesteśmy ograniczeni i nie możemy warzyć tego, na co mielibyśmy ochotę, a wierz mi, że na nasze pomysły nie starczyłoby tanków w ReCrafcie. Natomiast New England to piwo, jakie trafi i do beer geeków, i do noramalsów i właśnie to w nim jest fajne”. W sumie nie sposób się z chłopakiem nie zgodzić – prowadzenie biznesu to nie tylko realizacja wszystkich pomysłów, ale i kalkulacja, arkusze Excela i wykresy kołowe, słupkowe i łączone, dzięki którym browar może się rozwijać. Tylko czy faktycznie Brodacz jest w 100% z Wilsona zadowolony? Ponoć jest nieźle, ale Karol chętnie popracowałby nad ciałem Wilsona, jakie jego zdaniem powinno być nieco pełniejsze. Czy tak faktycznie jest i Wilson powinien być „tęższy”? Zobaczymy przy kolejnej warce.

W tym miejscu od razu pomyślałem o tym, jak marketingowo Brodacz ogarnął to piwo. Nie ma tutaj nazwy w stylu „Dla Paskudnych Pijaków” czy tła a’la Wiesiek Wszywka, będącego twarzą „Dużego Volta”. Umówmy się – browar w środowisku kraftowym zebrał trochę batów za podejście, jakie zaprezentował we wspomnianych przed chwilą dwóch trunkach. Kiedy rzuciłem pytanie o tę kwestię Tomasz od razu wtrącił jedno zdanie: „Nasz dotychczasowy marketing…”. I tutaj temat popłynął. Nie ukrywam, że dość mocno chłopaków przemaglowałem o to, czy będą chcieli wrócić na scenę kraftową i jak zamierzają teraz promować swoją markę… long story short, bo musiałbym rozpisać się na kilka stron: ekipa nigdy nie miała wrażenia, że wypadła ze sceny, ale faktycznie baty na sobie odczuła. Przy takiej skali chłopaki liczyli się z pewnego rodzaju ryzykiem, ale zdecydowali się na jego podjęcie, co przy takich zasięgach pozwoliło na większe spopularyzowanie marki kosztem w/w batów. Obecnie z Dużego Volta zrezygnowali, krytykę przyjęli na klatę i dlatego zamierzają nieco inaczej promować swoje nowe pomysły.

A jakie to pomysły siedzą w głowach Brodaczy? W najbliższych planach załoga ma stworzenie podwójnej wersji New England IPA oraz Milkshake’a. Chcieliby zrobić także wysokoekstraktowe, ciemne piwo. Ba, nawet już byli umówieni na jego warzenie, ale finalnie coś nie zagrało. „Nie chcemy wypuszczać piw niedoleżakowanych, a co za tym idzie takich, z których nie będziemy zadowoleni”, mówi Karol, „a właśnie do tego by doszło, gdybyśmy zgodzili się na warunki browaru. Kiedyś takie piwo powstanie, ale odbędzie się to na naszych warunkach i zgodnie z naszym pomysłem”. Tomek co prawda nieśmiale przebąkiwał coś o przyszłym roku, ale finalnie obietnicy nie dał. Nam nie pozostaje nic innego, jak trzymać kciuki.

Dalsza rozmowa zeszła już na tematy, o których nie ma się co rozpisywać. Co prawda było coś o odchodach Koali i butach Adidasa w piwie, ale kto by tam się rozdrabniał i pochylał nad takimi kwestiami, prawda? Szczególnie że o wiele ciekawszy temat można było przydybać na zewnątrz. Z racji wstępnie planowanej imprezy ogródkowo-plażowej pojawił się grill, z którego można było wsunąć genialnego burgera czy szaszłyk. No tyle wygrać.

Po raz kolejny Biała Małpa pokazała, że da się zrobić imprezę premierową piwa, na której będzie się działo nieco więcej, niż w standardowy, piątkowy wieczór. Co prawda szkoda, że turniej siatkówki nie wypalił, bo to z pewnością dodało był całości kolorów, ale i tak ja osobiście bardzo chętnie wracam do tego wieczoru. Z takimi ludźmi, przy takich trunkach i z takim jedzeniem czas mknie z prędkością światła. Dzięki wszystkim, którzy byli, a Was zachęcam do tego, żeby podczas takich eventów śmiało wbijać na pogawędki z załogami browarów, bo można się nieźle pośmiać i wielu rzeczy dowiedzieć. To mówiłem ja, Chmielobrody 😉





Piwoteczne Katowice

Katowickie multitapy prześcigają się w organizowaniu co raz to ciekawszych eventów, mających na celu przyciągnąć fanów dobrego piwa do danego przybytku. I ja takie działania szanuję. Co prawda premiera piwna czy wizyta ekipy browaru nie robią już takiego szału, jak miało to miejsce jeszcze dwa lata temu, ale mimo wszystko ja osobiście bardzo cenię sobie możliwość spotkania się z piwowarem czy browarnikiem, wzniesienia wspólnie kilku toastów, a wreszcie porozmawiania o tym, co akurat w danym browarze piszczy. Stąd też z nieskrywaną przyjemnością wyruszyłem do Białej Małpy, aby spotkać się z Markiem Putą – właścicielem łódzkiej Piwoteki – oraz aby spróbować kilku tematów spod szyldu tej załogi. Na marginesie dodam, iż to właśnie Marek na koniec tegorocznego WFDP uraczył mnie Ickiem-Ickiem oraz Bragottem 1423, więc tym bardziej musiałem uścisnąć rękę i podziękować za teleportację z Wrocławia do Katowic 😉

Kiedy dotarliśmy na miejsce okazało się, iż wraz z Markiem na miejscu pojawił się Piotr „Bariel” Tomczyk z łódzkiego zespołu Imperator. Taki skład osobowy był zresztą zrozumiały, ponieważ na jednym z kranów pojawił się Necronomicon, czyli Imperialna IPA, uwarzona we współpracy z tą death metalową hordą. Wspólne tematy około muzyczne pozwoliły na szybkie złapanie kontaktu i… poszło. Miłym zaskoczeniem dla mnie z kolei było to, iż Marek Puta zna mój zespół – J. D. Overdrive. Dla niego zaś zaskoczeniem było to, że jestem liderem i gitarzystą JDO. No bo jak to? Bloger? Muzyk? No pełny serwis, proszę ja Ciebie.

W rozmowach jak zwykle z nieodzowną pomocą przyszła zawartość szkła, które można było uzupełniać aż dziesięcioma piwami tegoż łódzkiego browaru. Na pierwszy ogień poleciało Banshee, czyli Dry Stout z dodatkiem soku z czarnej porzeczki. To połączenie okazało się nad wyraz trafne, racząc mój nos rewelacyjnym aromatem czekolady i czarnej porzeczki, połączonej z delikatną palonością. Mocno wytrawny trunek, łączący w sobie to, co najlepsze w Dry Stoutach z kwaśnym tematem czarnej porzeczki stał się idealnym starterem. 8/10

3:2, czyli Wheat Red Ale poleciało do szkła jako drugie. Hmmmm, no jego barwa raczej nie zachęcała, ale skoro rzekło się „A”, to trzeba powiedzieć „B”. Wyraźnie herbaciano-różane piwo, o delikatnych akcentach kwiatowych okazało się dla mnie nieco za słodkie. Brak goryczy i niskie wysycenie niestety nie pomogło. Oczywiście nie mogę powiedzieć, że jest to złe piwo. Co to, to nie – po prostu nie trafiło do końca w mój gust, mimo iż wypiłem je w całości. Ot można wypić jedno z ciekawości. 5.5/10

Kolejnym, degustowanym tego wieczoru piwem był wspomniany już wcześniej Necronomicon. Ta Imperialna Impa (tak właśnie rzecze etykieta) była dla mnie miłym zaskoczeniem. Skąd takie podejście? Otóż pierwsze piwo, opracowane we współpracy z Imperatorem, czyli Imperialna Black Impa średnio mi podeszła, a tutaj – totalny odwrót. Mega soczyste, bardzo owocowo-egzotyczne, wyraźnie chmielowe, pełne i słodkie, z wyraźną goryczą dla przeciwwagi. Czy można chcieć czegoś więcej? W sumie to w tym wypadku można chcieć odrobinę niższej alkoholowości, ale to jedynie drobny detal, niewiele wpływający na finalną notę. 8/10

Warka Obiecana poleciała do kieliszka jako czwarta. W sumie bardzo byłem ciekaw tego piwa, bo pierwszy raz zetknąłem się ze stylem Buckwheat Wine. Co prawda fanem gryki nie jestem, ale tutaj wyszło całkiem ciekawie. Aromat tej rdestowatej rośliny fajnie dopełnił pozostałe nuty, jakie się tutaj pojawiły, czyli rodzynek, fig, wraz ze zdecydowaną słodowością. Samo piwo okazało się dość pełnym, gładkim, a nuty, występujące w zapachu z łatwością można było odnaleźć po kilku łykach w smaku. I jedynie alkohol lekko drapał w gardło, dorzucająca swoje trzy grosze do wysokiej już goryczy. Jak ktoś ma, to warto jeszcze nieco je poleżakować, bo jest potencjał. 6.5/10

Po tych degustacjach na dobre odstawiłem notatnik, skupiając się już całkowicie na dobrej zabawie i rozmowach z zebranymi. W międzyczasie Piotr rozlosował piwne nagrody wśród zgromadzonych w Białej Małpie, do towarzystwa dołączył Henry Shelonzek z Biowaru i tak z szerokimi uśmiechami na twarzy dotrwaliśmy do końca imprezy. Imprezy zdecydowanie udanej i wartej powtórzenia. Mimo zgubionego po drodze portfela. Oczywiście nie przeze mnie 😉 Oby do następnego!

Łańcuckie kranoprzejęcia

Browar Łańcut to jeden z tych nielicznych browarów, z jakiego nie miałem okazji pić słabego piwa. OK, być może nie piłem ich wielu, ale jednak wrażenie zawsze pozostawiały po sobie bardzo dobre. Dlatego też z nieskrywaną radością wybrałem się w miniony weekend do Białej Małpy, gdzie na większości z kranów pojawiły się piwa tej podkarpackiej załogi. Pikanterii całemu przedsięwzięciu dodawał fakt obecności na miejscu ekipy Łańcuta, wraz z ich leżakowanym w beczce po Jacku Daniel’sie RISem. No zwyczajnie nie trzeba było mnie długo namawiać.

W tym miejscu pozwolę sobie na odrobinę dygresji. Z dwa lata temu na wizytę w Białej Małpie nie namówiłby mnie nawet otwarty bar z samymi Imperianymi Stoutami na kranach. Przypominała ona wówczas raczej klub nałogowego palacza, a wszechobecny dym wyciskał łzy z oczu lepiej, niż niejeden melodramat. Na szczęście w odpowiednim momencie Biała Małpa trafiła w odpowiednie ręce. Palarnia zniknęła, pojawił się ogródek, działający nawet zimą, a krany i lodówki nie jeden raz gościły sztosy, często niedostępne w innych miejscach. Wizyta Browaru Łańcut to również nie pierwszy i zapewne nie ostatni tego typu event, organizowany w tym multitapie.

„Czternastka”

Na miejscu przywitałem się z ekipą browaru, a następnie swoje kroki skierowałem w stronę baru. Szybki rzut oka na tablicę i już po chwili w szkle pojawiła się „Czternastka”. Ten lager to przede wszystkim nieco inne podejście do stylu. Owszem, sam profil tego piwa jest dość czysty, z fajnie zaznaczoną goryczką, ale użyty do produkcji chmiel Simcoe nadał całości delikatnie kwiatowej i cytrusowej aury. I takie podejście do tego stylu strasznie mi się podoba. Spodziewałem się solidnego przeciętniaka, a dostałem świetnie wyważony i niezwykle smaczny lager. Brawo i 8.5/10.

XIII Stoleti

Okazało się, że nie tylko piwa browarowi rewelacyjnie wychodzą. Cała ekipa to naprawdę świetni ludzie, bardzo otwarci i niezwykle pozytywni. Nie było problemu, aby dosiąść się do stolika, porozmawiać i spędzić czas w rewelacyjnej atmosferze. Krótka wymiana zdań z Jackiem Michną (główny piwowar Browaru Łańcut) i już zostałem namówiony na Desitkę… chociaż nie miałem jej w planach. I nie żałuję. A jakie było pierwsze skojarzenie, kiedy podsunąłem szklankę pod nos? No od razu czuć, że to typowy „Czech”. Wyraźny aromat czeskich chmieli i słodu pilzeńskiego świetnie korespondował z delikatnie zaznaczoną, acz wyraźną goryczką i sesyjnym charakterem piwa. Co prawda szału tutaj nie było, ale i tak XIII Stoleti okazał się bardzo pijalnym i przyjemnym lagerem. 7/10

Kurna Chata

Desitka chyba również przypadła do gustu prezesowi śląskiego oddziału PSPD, Jankowi Krysiakowi, który także pojawił sie na miejscu. W międzyczasie rozmowa zeszła na tematy około torfowe. Powodem tego „zamieszania” była obecna na kranie Kurna Chata. Ten Żytni Wędzony Stout, mimo swojej lekkości (12,2° BLG, 4,6% alk) wyszedł ekipie z Łańcuta całkiem wybornie. Doskonały aromat podkładów kolejowych świetnie korespondował z czekoladowymi akordami i subtelną kwasowością piwa, a wytrawność i wyraźna gorycz dopełniły przyjemny smak tego piwa. OK, mogłoby mieć ono nieco więcej ciała, ale i tak wyszło pysznie. 7/10.

Żytomierz

Na szczęście brak pełni nadrobił Żytomierz. No bo czego innego można było się spodziewać po Żytnim Foreign Extra Stoucie? Dodatkowo ta gładkość, jaka jest typowa dla piw z żytem w zasypie! Pojawiające się w smaku i zapachu nuty czekolady i subtelnie kwaskowej kawy zrobiły tutaj taką robotę, jakiej nie powstydziłby się tabun robotników fabryki Mercedesa. 8/10.

Swoją drogą wiecie, że na Ukrainie jest takie miasto – Żytomierz? Ekipa Łańcuta dobitnie przekonała się o tym na Warszawskim Festiwalu Piwa, kiedy to do ich stoiska podbił koleś i z wyraźnie wschodnim akcentem zaczął dopytywać, czy to piwo nie zostało nazwane właśnie na cześć wcześniej wspomnianego miasta. Gość wracał po piwo kilka razy, aby z nieskrywaną radością wychylać kolejne szklanki. Przy końcu ponoć miłość do swojego rodzinnego miasta mocno go wymęczyła. If you know what I mean 😉

Zawisza Czarny

Finał wieczoru należał oczywiście do RISa, leżakowanego w beczce po Jacku Daniels’ie. Zawisza Czarny, bo tak właśnie ten specjał się nazywa, to bardzo kompleksowy Imperialny Stout, w którym beczka gra pierwsze skrzypce. Wyraźne czerwone owoce, wanilia, czekolada, subtelna paloność, niezwykła głębia i gładkość. To wszystko w tym piwie jest. Jedynie nieco zbyt wyraźny alkohol zdradzał, iż piwo powinno jeszcze trochę w beczce poleżeć. Mimo to, jeśli tylko będzie okazja, to z pewnością ponownie po to piwo sięgnę, bo takich RISów jest u nas jak na lekarstwo. 8,5/10

Przy takich trunkach i w takim towarzystwie czas pędził z prędkością zajmowania co raz to nowych stanowisk przez Pana Misiewicza. Tym samym Browar Łańcut potwierdził to, o czym pisałem we wstępie – obok Browaru Zakładowego jest to w dalszym ciągu jeden z nielicznych przybytków, jaki w mojej ocenie nie ma na swoim koncie słabego piwa. A co do samego eventu – mimo iż ja jestem z niego całkowicie kontent, tak ciągle brakuje mi większego zaangażowania wszystkich obecnych gości. Skoro mamy na miejscu ekipę browaru, to niech się coś zadzieje; niech Ci, którzy pojawiają się w klubie też wezmą czynny udział w tym zamieszaniu. Trzymam kciuku, aby kolejne kranoprzejęcia, połączone z wizytą browarów w końcu poderwały wszystkich zgromadzonych. Tymczasem powoli będziemy razem z Panią Kapitan szykować się do skorzystania z zaproszenia do Browaru Łańcut i trzymamy za słowo w sprawie przewodnika 😉

Katowicki Komitet Zakładowy, czyli o dwóch pieczeniach na jednym ogniu słów kilka.

Dobrze mieć w swoim miejscu zamieszkania kilka multitapów, rozlokowanych parę minut spacerem od siebie. Dzięki temu w sytuacji, kiedy są zorganizowane w tym samym czasie różne eventy można wziąć we wszystkich udział. Tak też było w miniony weekend – w Kontynuacji wszystkie krany przejął Browar Zakładowy, a w Białej Małpie pojawiła się ekipa Browaru Komitet ze swoim premierowym RISem „Mroczne Widmo”.

Pani Kapitan zdecydowała, iż na pierwszy ogień pójdą propozycje piwowarów z Poniatowej, w związku z czym chwilę po 20:00 zameldowaliśmy się w Kontynuacji. W oczekiwaniu na pełne kranoprzejęcie oraz na dalsze wydarzenia postanowiliśmy przetestować Tropikalne Ryżowe IPA, czyli „Wniosek Urlopowy”.

Browar Zakładowy – Wniosek Urlopowy (Tropical Rice IPA)

Po recenzji Tropicala z Browaru Wrężel, jaką „popełnił” Tomasz Kopyra, można zaobserwować dość spory hype na ten styl (no może niekoniecznie z ryżem w tle.) I ja się w sumie nie dziwię, bo faktycznie stopień „soczystej owocowości” w tych piwach może zachwycić. I tak też było w przypadku Wniosku Urlopowego, którego aromat tropikalnych owoców, w połączeniu z wyraźnymi akordami chmielu po prostu rozkładał na łopatki. Smak to już doskonałe połączenie mocnej i przyjemnej goryczy ze słodyczą i tropikalną soczystością ananasa i mango. Dodanie płatków ryżowych spowodowało dodanie rewelacyjnej gładkości fakturze piwa, dzięki czemu całość okazała się niezwykle pijalnym i bardzo smacznym trunkiem. Panie i Panowie, takie Wnioski Urlopowe to ja mógłbym wypisywać codziennie! 8.5/10

W między czasie „kontynuacyjna” ekipa uwijała się ze zmianami na tablicy, czego efektem była całkowita dominacja Zakładowego w knajpie. I tutaj chylę czoła przed ekipą tego browaru – biorąc pod uwagę ich staż i obecność na rynku można im pozazdrościć liczby wypuszczonych piw. A umówmy się; szesnaście proponowanych tego wieczoru trunków to nie wszystko! Robi wrażenie, co? Dodatkowo ja osobiście nigdy nie piłem słabego piwa od tej załogi, więc ochoczo przystąpiłem do dalszej weryfikacji tego stwierdzenia, co zaowocowało pojawieniem się przede mną Kolektywu.

Browar Zakładowy – Kolektyw (Imperial Smoked Robust Porter)

Nie wiem, co takiego mają w sobie ciemne piwa, że mocno przykuwają moją uwagę swoją aparycją, ale tak już mam. I nie inaczej było w tym wypadku – ciemnobrązowy, nieomal czarny trunek ozdobiła piękna, drobna korona ciemnobeżowej piany. No palce lizać! Samo piwo już na starcie przywołało u mnie skojarzenia z dobrym espresso. Czy to przez przewijające się tematy gorzkiej czekolady, delikatnych nut opiekanych, lekkiej kwasowości czy szczyptę akordów palonych… w każdym razie wyszło smacznie. Jak do tego dołożymy pojawiający się aromat czerwonych owoców i subtelną karmelowość, tak otrzymamy niezwykle przyjemne piwo. Co prawda mogłoby być nieco pełniejsze i płyciej odfermentowane, ale nie marudzę, bo Kolektyw zniknął ze szkła w mgnieniu oka. 8/10

Siedząc przy barze zastanawialiśmy się, kiedy i czy w ogóle ekipa browaru zawita w knajpie. W tym miejscu przywołam wspomnienia z trzecich urodzin Browaru Birbant, na jakich gościliśmy w tym samym miejscu tydzień wcześniej. Załoga Birbantów od początku była w klubie, mocno angażując się w całe „zamieszanie”, co zdecydowanie poprawiało humory i nastrój zgromadzonych. Tymczasem oczekując na dalsze wydarzenia postanowiłem przetestować Bumelanta.

Browar Zakładowy – Bumelant (Dark Polish Ale)

Po dwóch mocniejszych tematach zdecydowałem się nieco wyluzować, serwując sobie lekkie, ciemne Ale, którego naczelny temat stanowiły w całości polskie chmiele, z cascadem wyhodowanym w naszych granicach na czele. Zapach Bumelanta to przede wszystkim czerwone owoce, kojarzące mi się z fajną, kwaśną, czerwoną porzeczką. To wszystko świetnie miksuje się z nutami czekolady oraz wyraźnej, palonej kawy. Jak dla mnie – fajnie! W odbiorze ten Ale jest zdecydowanie lekki, ze sporą, acz nieprzesadzoną goryczką i ponownie pojawiającymi się czerwonymi owocami i kawą. Co prawda fanem tego typu piw nie jestem i wolę zdecydowanie mocniejsze klimaty, ale Bumelant wypadł nad wyraz udanie i niezwykle smacznie. 7/10

W międzyczasie okazało się, iż ekipa z Poniatowej już dawno w knajpie siedzi, zajmując jeden ze stolików i niezbyt wyróżniając się na tle pozostałych gości. Niby po półtorej godziny od startu imprezy załoga Kontynuacji krótko zaanonsowała wydarzenie i wspomniała o możliwości pogawędzenia z piwowarami, ale mimo wszystko zabrakło mi większego zaangażowania załogi Zakładowego. Trochę szkoda, bo patrząc na inne tego typu imprezy miałem wrażenie, jakbym po prostu wpadł do multitapu na piwo bez większej okazji.

Czas powoli zaczął nas gonić, bo w planach mieliśmy przecież jeszcze wizytę w Białej Małpie, więc przyszła pora na ostatnie piwo tego wieczoru w miejscówce na Staromiejskiej. Co prawda wybrałem temat, jaki już był mi znany z wersji butelkowanej, ale po prostu nie mogłem go sobie odmówić.

Browar Zakładowy – Pan Kierownik (Russian Imperial Stout)

Biorąc pod uwagę krótki staż rynkowy Browaru Zakładowego można było spodziewać się po nich co najwyżej poprawnego RISa. Oj, jakże takie podejście może być złudne. Bo Pan Kierownik to konkretny gość, który w tańcu się na cacka, tylko od razu wskakuje na najwyższe obroty. I tak w aromacie daje nam popis pod postacią fantastycznego, gniecionego i słodkiego ciasta drożdżowego, cudownych pralin i czerwonych owoców. W tym miejscu miałem bardzo mocne skojarzenia z kooperacyjnym piwem DeMolena i Piwoteki, jednak pozbawionego na szczęście wyraźnego alkoholu. Po tym świetnym wstępie Pan Kierownik raczy nas smakiem gorzkiej, wiśniowej czekolady, w której słodycz pięknie gra z akordami palonymi. Całość jest pełna, gładka i po prostu przepyszna. A jak to piwo poleży, to już w ogóle pewnie zerwie papę z dachu. Dla mnie jeden z mocniejszych RISów na polskim rynku. 9/10

Kilka minut później znaleźliśmy się już w Białej Małpie, gdzie przy barze przywitała nas zgrana ekipa Browaru Komitet. Zamieniliśmy kilka zdań, po czym Gosia z Marcinem (czyli Komitet właśnie) szybko udali się na piętro, aby przeprowadzić nie pierwszy tego dnia konkurs, w którym do wygrania były koszulki z logo browaru. Chwilę później pojawili się na dole z podobnym zamiarem, dzięki czemu stałem się szczęśliwym posiadaczem wyżej wymienionego fantu.

Gosię i Marcina mieliśmy okazję poznać podczas Poznańskich Targów Piwnych, więc wiemy, iż ta ekipa to doskonali kompanie do rozmów. Dowodem tego była konieczność zamówienia przeze mnie drugiej kolejki Mrocznego Widma, bo tak nas  pochłonęły rozmowy, że nie zdążyłem nic sobie zanotować na temat tego premierowego RISa. Na szczęście z drugim pokalem tego błędu nie popełniłem.

Browar Komitet – Mroczne Widmo (Russian Imperial Stout)

Ten pierwszy mocarz autorstwa Komitetu, to 24° BLG i 10,5% alkoholu. Parametry się zgadzają, więc czy reszta dotrzyma im kroku? Duży plus za brak alkoholu w aromacie, bo to nie zawsze bywa oczywiste. Dzięki temu zapach słodkich, czerwonych owoców oraz delikatnej czekolady fajnie nęci nasz nos i zostawia miejsce na szczyptę paloności. Faktura Mrocznego Widma co prawda mogłaby być nieco pełniejsza i bardziej gładka, ale „gańby niy ma”. Moją uwagę przykuła bardzo wysoka gorycz, która przy dość umiarkowanej słodyczy może niektórym przeszkadzać, ale ja takie tematy szanuję. W smaku ponownie pojawiają się czerwone owoce, czekolada, delikatna paloność i kawowa, subtelna kwasowość. I wielka szkoda, że to piwo trafiło jedynie w beczki, bo czuć tutaj ogromny potencjał  na leżakowanie. Więc jeśli traficie na tego RISa, to koniecznie go spróbujcie, bo zwyczajnie warto. 7/10

W międzyczasie dołączyła do nas Ania (szefowa Białej Małpy), racząc Panią Kapitan rewelacyjnym kwasem z Mikkekllera – Spontanorange. Reszta wieczoru upłynęła nam w nad wyraz rewelacyjnej atmosferze – no bo umówmy się; jak ekipa jest fajna, to i czas upływa niepostrzeżenie. Oby więcej takich okazji i takich eventów.

Olimp + Szpunt vs. Biała Małpa i blogerzy

Coraz większa liczba premier piwnych na polskiej scenie kraftowej nie ułatwia browarom promowania swoich produktów. Czasy, kiedy wystarczyło zrobić wydarzenie na Fejsie minęły już bezpowrotnie, czego dowodem są co raz to nowe pomysły na reklamę i marketing. Jednym z nich są zamiejscowe wizyty piwowarów wraz ze swoimi nowalijkami w różnych multitapach na terenie kraju. Idea zacna, bo przy okazji degustacji zawsze można zamienić słówko z autorami tegoż dzieła, przybić piątek i pogratulować (albo zrugać, jeśli piwo niedobre). Kiedy okazało się, iż w Katowicach zamelduje się załoga dwóch browarów – Szpunta i Olimpu – ze swoim świeżutkim, kooperacyjnym Imperial IPA, tak też postanowiłem sprawdzić, jak takie spotkania wyglądają w rzeczywistości.

Premiera miała miejsce w katowickiej Białej Małpie, a fakt przejęcia większości kranów przez piwa obu ekip dodawał temu wydarzeniu pikantności. Zapowiedziano takie perełki, jak Hades leżakowany w beczce po rumie czy Night Wolf Extreme Peated, w którym przy warzeniu użyto ponad 80% słodów wędzonych torfem. Nie powiem, ale na samą myśl o tych cudach na miej twarzy pojawiał się szeroki uśmiech.

Punktualnie o 20:00 pojawiłem się razem z Panią Kapitan na miejscu, przywitałem się z towarzystwem piwowarów, blogerów, załogą knajpy i ochoczo przystąpiłem do degustacji.

Olimp + Szpunt – Wormhole (Imperial IPA)

Tutaj nie było co owijać w bawełnę – skoro premiera, to od niej właśnie wystartowałem. Patrząc na zawartość szkła od razu naszły mnie skojarzenia z modą na prezentację piwa w stylu New  England IPA (ponoć nie było to do końca zamierzone, ale kto by się tym przejmował). Pomarańczowy, intensywnie zmętniony trunek okalała niewysoka, średniopęcherzykowa piana. Aczkolwiek mam wrażenie, iż jej brak to raczej kwestia niezbyt umiejętnego nalania. Mimo wszystko całość wyglądała dość apetycznie, a jak się finalnie okazało było to dopiero preludium do dalszych wydarzeń. W aromacie królowały fantastyczne cytrusy, z genialną pomarańczą na czele, otuloną delikatnymi akcentami mango. Po prostu czuć, że to piwo zostało rewelacyjnie nachmielone na aromat, a obie ekipy nie szczędziły tej przyprawy w trakcie warzenia. Smak to już kawalkada ekscytujących doznań. Wormhole raczy nas kapitalną, owocową słodyczą i odpowiednio wysokim poziomem goryczy. Fajnie, że ekipa zdecydowała się na stosunkowo płytkie odfermentowanie tego piwa, bo dzięki temu jest ono niezwykle pełne i gładkie. Pijąc je miałem wrażenie, jakbym wgryzał się w kosz soczystych owoców. Pisząc te słowa ciągle mam wrażenia z degustacji tego piwa z tyłu głowy i wierzcie mi – moje ślinianki zdecydowanie zwiększyły swoje obroty. W mojej opinii jest to jedna najlepszych, Imperialnych IPA w polskim krafcie. Pijcie je bez obawień! 9/10

 Szpunt – Night Wolf Extreme Peated (Whisky Stout)

Po bardzo udanym starcie przyszła pora na rzecz, jaka miała nie zostawiać jeńców. Jako wielki fan whisky z wyspy Islay ochoczo zamówiłem tego „wilka”, w którym użyto aż 83% słodu wędzonego torfem. Co prawda przy tym zasypie spodziewałem się większego uderzenia tej skały osadowej w aromacie, jednakowoż jej połączenie z nutami czekolady absolutnie te oczekiwania stłumiły. Oczywiście jeśli nie przepadasz za zapachem spalonych kabli czy podkładów kolejowych, to zdecydowanie nie sięgaj po to piwo, bo takich nut jest tu aż nadto. Mnie zapach Night Wolfa Extreme zdecydowanie przypadł do gustu. Smak to już poemat, składający się z wersów przepełnionych torfową goryczą, gorzką czekoladą, kawą i szczyptą czerwonych owoców. Idealnie pełne ciało trunku na koniec całkowicie rozłożyło mnie na łopatki, stawiając tę wersję szpuntowego Whisky Stoutu odrobinę wyżej od mojego ukochanego Nafciarza Dukielskiego. 8.5/10 

Olimp – Hydra (Blackthorn Sour Brett Ale)

Po tęgim laniu przyszła pora na złagodzenie klimatu, czego rezultatem okazał się kwaśny Ale z dodatkiem tarniny. Piwo ponownie nalano bez piany, co przy trzecim tego typu wydarzeniu pod rząd pozwala mi sądzić, iż nowy narybek Białej Małpy musi chyba popracować nad techniką nalewania… albo po prostu miałem pecha. Nie czepiajmy się jednak szczegółów, bo nie to przecież jest tutaj najistotniejsze. Jako fan Brettów zawsze liczę na solidny ich cios w nos. Hydra niestety sprzedała  mi tylko delikatnego pstryczka, ale całkiem przyjemnego. Poza tym zapach uraczył mnie nutami białych, kwaśnych owoców, przywołujących skojarzenia z agrestem. Chociaż może to była tarnina? Ciężko mi oceniać, bo nigdy z tarniną się nie spotkałem face to face. W każdym razie wyszło miło. Wracając do brettów, dobrze że pojawiają się w smaku, fajnie komponując się z owocową kwasowością Hydry. Całość jest niezwykle pijalna, rześka i powodująca automatyczną chęć brania łyka za łykiem. 8/10

 Olimp – Hades (RIS Rum Barrel Aged)

Zawsze chętnie sprawdzam też wszelkiego rodzaju eksperymenty z leżakowaniem piw w beczkach po różnorakich trunkach. Stąd szybkie uzupełnienie szkła o Hadesa, leżakowanego w beczce po rumie dziwić nikogo nie powinno. Rok czasu, bo tyle właśnie trzymano to piwo w drewnie, zrobił swoje. Fantastyczny zapach wanilii, rodzynek i akcentów beczkowych owinął sobie mnie wokół palca, niczym Vesper Lynd Bonda w Casino Royale. Hades nie stracił też nic ze swojej pełni, nabierając w smaku delikatnych, kwaskowych akcentów beczki. Całość uzupełniają akordy gorzkiej czekolady, nut palonych i wyraźnych, czerwonych owoców, z porzeczką na czele. Gorycz fajnie spina całość i stawia tego RIS bardzo wysoko w moich osobistych notowaniach. Więc jeśli tylko traficie na Hadesa w tej wersji, to śmiało – nie zawiedziecie się. 8.5/10

 Olimp – Kentauros (Double Weizenbock Rum Barrel Aged)

A co powiecie na podwójnego koźlaka, leżakowanego w beczce po rumie? Mnie temat zaciekawił, więc postanowiłem go przetestować. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to barwa, kojarząca się bardziej ze stoutem, niż z Double Weizenbockiem – ciemno brązowa, niemal czarna, czego zasługą zapewne była wcześniej wspomniana  beczka. W aromacie ponownie pierwsze skrzypce należą właśnie do akcentów rumowej baryłki i pojawiają się pod postacią wanilii oraz rodzynek. Takie tematy, jak melanoidyny czy paloność zostały mocno przez beczkę przykryte. W smaku Kentauros jest stosunkowo pełny i słodki, z subtelnymi akcentami kwasowości. Pijąc to piwo miałem skojarzenie, jakbym kosztował wcześniejszego, aczkolwiek dość odchudzonego Hadesa. Charakter podwójnego koźlaka został zdominowany leżakowaniem i chyba nigdy nie zgadłbym, jaki był styl bazowy tego trunku, gdybym nie doczytał tego na tablicy. Oczywiście to piwo nadal nie jest złe, pije się je całkiem przyjemnie, ale w odróżnieniu do wcześniejszych konkurentów wypada ono dość przeciętnie. 6.5/10

 Oczywiście na tym nie skończyliśmy spotkania, gdyż ekipa mocno się rozgadała, a humory z minuty na minutę nabierały różowych kolorów. Finalnie postanowiliśmy w towarzystwie ekipy Piwnej Zwrotnicy (pozdr. Karolina i Kacper) oraz Łukasza Szynkiewicza udać się do Browariatu, gdzie w absolutnie przemiłej atmosferze dokończyliśmy spotkanie i wróciliśmy do domu.

Na koniec zadałem sobie pytanie, czy tego typu akcje sprawdzają się i pomagają browarom w promowaniu swoich piwnych nowości? Z pewnością tak, acz realnie skala tej promocji nie będzie bardzo szeroka. Ja w każdym razie jestem kontent i w tym miejscu dziękuję całej ekipie Szpunta, Olimpu oraz załodze Białej Małpy, bo wyszło śpiewająco.

„Show me your horns”, czyli Tomek Gebel z Piwnych Podróży
Jak zwykle czarująca Pani Kapitan
Tomek i Gosia – Piwne Podróże
Ekipa Olimpu i Browaru Szpunt (na zdjęciu zabrakło obecnego Łukasza Szynkiewicza)

Silesian Multitap Crawl, czyli gdzie i jak w Katowicach leją na bogato?

Oficjalnie możemy sobie powiedzieć, iż tegoroczne lato na dobre odeszło w siną dal. Już raczej ciężko będzie usiąść na dworze w promieniach słońca, przy delikatnie muskającym nas letnim wietrze, ze szklanką smacznego piwa w dłoni. Nastał czas, kiedy najlepszym przyjacielem w wieczorne dni będzie koc, kaloryfer, rozpalony kominek czy też grube, wełniane skarpety (niepotrzebne skreślić… chyba że bierzemy wszystko na raz). To również czas, w którym z ulic oraz rynków miast znikają ogródki piwne, a imprezowy klimat przenosi się do wnętrz restauracji, pubów oraz barów. Z tej okazji postanowiłem przeprowadzić przegląd katowickich multitapów, i w towarzystwie Pani Kapitan oraz mego bdb kolegi Miłosza przeciorać się po (chyba) wszystkich knajpach, mających na stanie więcej, niż 6 kranów z kraftami.

Multitap Beer Crawl w Katowicach jest dość ułatwiony. Wszystkie miejsca tego typu znajdują się w odległości maksymalnie 7 minut spacerem od siebie, a więc w jeden wieczór można na spokojnie zaliczyć całość, bez zbędnego zmęczenia i tracenia czasu.

Biała Małpa
Solidna liczba kranów w Białej Małpie robi wrażenie

Na pierwszy ogień poszła Biała Małpa (ul. 3 maja 38). Ten najstarszy na piwnej mapie Śląska multitap działa nieprzerwanie od kwietnia 2012 roku, oferując piwa lane z 21 kranów oraz solidnie zaopatrzoną lodówkę. Był  taki czas, kiedy omijałem szerokim łukiem to miejsce za sprawą pięterka, na którym dym papierosowy wykręcał łzy z oczu. Sala dla niepalących, mieszcząca się na parterze i tak przesiąkała tytoniem, więc po prostu nie było opcji. Na szczęście od jakiegoś już czasu palarnia mieści się przed wejściem, a wnętrza Białej Małpy nie noszą nawet najmniejszego śladu po tym niechlubnym epizodzie. Sama knajpa jest dość duża, fajnie urządzona i przyjemnie spędza się tam czas. Jak do tego dołożymy szeroki wybór zarówno na kranach, jak i w lodówce, tak też dostaniemy miejsce, jakie śmiało mogę polecić każdemu.

Browar Hopium – Ryan Goseling (Cherry Sour)

A co powędrowało do szkła w Małpie? Wybór padł na kwaśne, wiśniowe gose – Ryan Goseling z Browaru Hopium. Dodatek w postaci owoców wiśni zdradza już sama barwa piwa, a kilka pociągnięć nosem potwierdza tylko zgodność towaru z opisem. Mamy tutaj fantastycznie owocowy bukiet, jaki bardzo wyraźnie kojarzy mi się z… Visolvitem. I nie powiem – jest to skojarzenie bardzo pozytywne. Kto pamięta, ten zapewne się ze mną zgodzi. Na szczęście to nie jedyna, dobra rzecz w Ryanie. No bo hej, jeśli do fajnego zapachu dorzucimy przyjemną i nieprzesadzoną kwaskowość, owocowość wiśni, subtelne landrynki oraz szczyptę soli, to czy nie zrobi się już całkiem miło? Wybór tego Cherry Sour na start uznaję za udany, a Ryan dostaje ode mnie notę 8/10

Upojeni

Drugim przystankiem podczas sobotnich harców zostali Upojeni (ul. Św. Jana 10). Jest to najmłodszy multitap na katowickiej scenie kraftowej, działający zaledwie kilka miesięcy. Od wejścia widać, że ktoś wpakował tutaj niemało kasy i nie oszczędzał na niczym. Dla mnie jest to najbardziej „exclusive” knajpa z wszystkich pięciu z tej kategorii. I nie mam tutaj na myśli cen, bo te nie odbiegają poziomem od pozostałej czwórki. Chodzi o wystrój i klimat. Być może, jak i mnie, nie będzie on wszystkim pasował, ale nie można zabrać temu miejscu smaku i wyważenia. Przestrzeni jest sporo, kranów 14, a do tego lodówka z butelkami i świetne jedzenie. Masz ochotę na smaczny obiad z IPA w tle – wbijaj do Upojonych.

Inne Beczki – Zissou APA

Drugim piwem tego wieczoru została Zissou APA z Innych Beczek. W zasadzie można byłoby je podsumować dwoma  słowami – cytrusowe landrynki. Czy to źle? No nie, ale brak rozwinięcia będzie dla Zissou APA krzywdzące. Obok wszędobylskich, wyżej wspomnianych cukierków w zapachu można wyczuć akordy chmielowe, cytrusy, a po ogrzaniu do całości dochodzi przyjemny karmel. W smaku jest rześko, lekko słodkawo z odrobiną kwiatowości, a przy trzecim łyku pojawiają się owoce egzotyczne. Duży plus za gorycz, jaka pojawia się od samego początku degustacji. Na szczęście gorycz ta nie zalega zbyt długo i nie ściąga. Piwo jest przyjemne, pijalne, chociaż jak dla mnie tych landrynek mogłoby być odrobinę mniej. 6.5/10, a dla Upojonych dorzucam plusa za bardzo fajne szkło do piw 0,3 l. No czyż ten mini-nonic nie jest uroczy?

Kontynuacja Katowice
Za duży wybór? Deseczka degustacyjna będzie świetnym rozwiązaniem

Po landrynkowym epizodzie swoje kroki skierowaliśmy do miejsca, które śmiało mogę nazwać moim drugim domem. I nie dlatego, że jestem tu często, lecz ze względu na klimat, atmosferę i załogę. Mowa o katowickiej Kontynuacji (ul. Staromiejska 8). W tym miejscu warto wspomnieć, iż ul. Staromiejska to druga lokalizacja tego multitapu. Wcześniej mieściła się ona blisko kościoła Mariackiego, co też było powodem w/w zamiany miejsc vel. krótkiego jej uśmiercenia. Long story short – powstali z popiołów niczym mityczny feniks i zrobili to w doskonałym stylu. Sama knajpa jest bardzo przytulna, ze świetnie dobranym wystrojem oraz z ogromnymi, szklanymi witrynami, dodającymi sporo wizualnej przestrzeni. No po prostu chce się tutaj siedzieć. Do wyboru mamy piwa z 16 kranów. I niech mnie licho, jeśli są to przypadkowo wybierane pozycje. Zawsze można tutaj znaleźć coś dla siebie, a brak wariantów butelkowych zupełnie nie przeszkadza. Klimat tego miejsca budują przede wszystkim ludzie, dlatego też w 90% wypadków siadamy przy nalewakach, żeby móc pogaworzyć z ekipą zza baru. I pomimo tego,  że czasem pewnie mają nas dość, tak jeszcze nigdy tego nie pokazali (wink, wink 😉 ). Dla mnie Kontynuacja to no. 1, tyle. Aaaa i nie zapomnijcie spróbować doskonałych adziowych past i smalczyku babci Pactwy. Polecam, Robert Makłowicz.

Browar Bazyliszek – Wyścig (Brett Biere de Garde)

A cóż ciekawego wpadło mi do szkła w tym miejscu? Postanowiłem zaszaleć i postawić na Browar Bazyliszek i ich Wyścig. Ten brettowy Biere de Garde to przede wszystkim stajnia. Jak ktoś nie lubi dzikich drożdży, to niech lepiej do tego piwa nie podchodzi. Po chwili przyzwyczajenia nosa do „dzikusów” dodatkowo dostaniemy elegancką porcję świeżych, leśnych poziomek. No po prostu czyste szaleństwo. Bretty grają pierwsze skrzypce także w smaku. Wyścig jest rześki, orzeźwiający, delikatnie słodki i owocowy, z minimalną goryczką. Można to piwo pić hektolitrami z szerokim uśmiechem na twarzy. 7/10

Absurdalna

Przedostatnim punktem na piwno-kraftowej mapie Katowic była Absurdalna (ul. Dworcowa 3). To drugi bezbutelkowy multitap w stolicy Śląska, w którym 12 kranów i pompa jest obsadzonych przez skrzętnie dobrane pozycje – od lekkich pilsów, przez aromatyczne ale’e, po ciężkie i intensywne Stouty. Tutaj także można całkiem nieźle zjeść, co przy dłuższej, wieczornej posiadówie nie pozostaje bez znaczenia. Załoga knajpy ponadto organizuje różne, dodatkowe eventy, jak jam-session czy konkurs dla piwowarów domowych Beer Cup. No dzieje się, a polem do tych wydarzeń jest knajpa o dość absurdalnym charakterze. I nie odbierzcie mnie źle, bo ten absurd ja kupuję i wpisuję na listę plusów tego miejsca.

Waszczukowe – Yggdrasil (Malt Øl)

Skoro miało być absurdalnie, tak i wybór musiał paść na coś niestandardowego. W ten sposób do pokala polano mi Yggdrasil z Browaru Waszczukowe. Nie miałem zielonego pojęcia, czym charakteryzuje się styl Malt Øl, ale brzmiało fajnie, więc czemu nie? Samo piwo okazało się mocno chlebowe w aromacie, z wyraźną nuta spieczonej, chlebowej skórki. Dodatkowo pojawiły się akordy kwaskowe, jakie w połączeniu z chlebowością Yggdrasila skojarzyły mi się mocno z… korniszonami (nie rozumiem, więc nie pytajcie dlaczego 😛 ). Po ogrzaniu pojawiły się także aromaty iglaków. W ustach to piwo jest wyraźnie pełne, z subtelnie zaznaczoną słodyczą oraz znikomą goryczką. Ponownie można wyczuć iglaki i lekką kwaskowość. Yggdrasil jest specyficzny i chyba nie do końca wpasowuje się w moje upodobania. Wad nie ma, ale dla mnie pozostanie ono raczej w sferze ciekawostek. 6/10

Browariat

Przed Grande Finale, jaki miał odbyć się w Browariacie (ul. Francuska 11) skierowaliśmy nasze kroki na szarpaną wołowinę w Bułkęsie (ul. Plebiscytowa 10). Z tego miejsca serdecznie polecam, propsuję i w ogóle chylę czoła. Serio, jedna kanapka z tymi cudami, bez żadnych dodatków w postaci frytek czy surówek i ledwo dałem sobie z nią radę. Do tego na kranie mieli nawet Atak Chmielu. And how cool is that? Posileni, z wypełnionymi po brzegi brzuchami dotarliśmy w końcu do Browariatu. W odróżnieniu od pozostałej czwórki Robert (właściciel) postawił na piwa zagraniczne. Oczywiście znajdziecie tutaj także kilka rodzimych propozycji, ale na większości z 8 kranów zwykle leje się zagranica właśnie. Do tego dochodzi spory wybór butelek (zagranicznych oczywiście), dobra muza z winyla i równie ogarnięta obsługa. Całość mieści się w piwnicy i poza „główną” salą z barem jest utrzymana w takich klimatach. Dla mnie rewelacja i jeśli jeszcze tutaj nie dotarliście, to zdecydowanie zachęcam.

Brew by Number – 21/04 (New Zealand Motueka Pale Ale)

Mój wybór padł na browar, którego nie miałem jeszcze okazji próbować. Chodzi tutaj o londyński Brew by Numbers. W ich firmowym szkle pojawił się New Zealand Motueka Pale Ale o niewiele mówiącej mi na ten czas nazwie 21/04 (nr warki / nr stylu z danej warki… czy jakoś tak). Pierwsze, co przykuło moją uwagę, to barwa – no spójrzcie sami na zdjęcie. Nie wiem, jak Wam, ale mi taki kisiel robi robotę. Samo piwo też okazało się strzałem w dziesiątkę. Bo oto mój nos zaczęły raczyć pomarańcze o lekko jogurtowym charakterze i wyraźnym, chmielowym profilu. 21/04 to także świetne doznania smakowe – genialna i gładka faktura tego piwa to dopiero początek. Im dalej w las, tym więcej… cytrusów, z pomarańczą na pierwszym planie. Do tego piwo jest wytrawne, z wysoką i długo utrzymującą się oraz niezwykle przyjemną goryczką. Idealne podsumowanie wieczoru i solidne 8/10

Dobrze jest mieć na miejscu 5 solidnych knajp, z takim wyborem piw na kranach. Jasne, takie miasta jak Warszawa, Kraków czy Wrocław mogą poszczycić się zdecydowanie większą ilością multitapów, ale czy jest to istotne? No nie jest, bo w jakości siła! Ponadto, jeśli nawet w którejś z lokalnych miejscówek zabraknie wolnego stolika czy krzesła przy barze, to zawsze swoje kroki możecie skierować np. do Namaste (ul. Sobieskiego 27) lub do Pana Majstra (ul. 3-go Maja 19). Tam też znajdziecie krafty w liczbie niemałej, a u Majstra zmontują Wam dodatkowo zajebistego shota. Katowice dają radę!

iPhone + krafty = beer geek!