Wywody Chmielobrodego – cz. 9

Prunum Gate AD 2018

Pamiętam, kiedy pewnego chłodnego popołudnia, na początku dwa tysiące szesnastego roku odwiedziłem jeden ze sklepów specjalistycznych w Katowicach, gdzie jak to zwykle bywało dokonywałem zakupu różnych, piwnych dobroci. Właściciel tegoż przybytku w pewnym momencie wyciągnął kartonik z piwem, obrandowanym logiem Browaru Kormoran i zapytał mnie, czy nie mam ochoty na zakup owego cuda. Kiedy usłyszałem cenę, oscylującą w okolicach 20 zł za pół litra piwa z polskiego browaru, to złapałem się za głowę. No bo jak to polskie piwo w cenie amerykańskiego czy innego, holenderskiego cymesa (przypominam, iż było to dwa lata temu)??! Niemniej jednak poległem na poleceniach właściciela i zakupiłem owy trunek, zastanawiając się cóż to za wymysł.

Piwo na swoją kolej poczekało około półtora miesiąca od dnia zakupu, ale kiedy już znalazło się w szkle, to przyznam szczerze, że wówczas zerwało mi wszystko, co tylko zerwać się na tamten moment dało. Tak w skrócie prezentuje się z mojego punktu widzenia początek legendy Imperium Prunum. Piwa tak wyczekiwanego i tak, nie bójmy się użyć tego słowa, przehajpowanego, jakby sam Michael Jackson (nie, nie ten od Billy Jean) je błogosławił.

Nie zrozumcie mnie źle – używając słowa „przehajpowane” nie mam tutaj na myśli formy czy smaku samego piwa, które jest w mojej opinii po prostu doskonałe i nadzwyczaj smaczne. Chodzi tutaj o cyrk, jakiego wokół tego jednego trunku co roku jestem świadkiem. Bo liczby plotek, spekulacji i emocji, jakie powstają wokół Imperium Prunum pozazdrościł by niejeden polityk. Więc jak to jest z tym tematem w dwa tysiące osiemnastym?

Po pierwsze muszę przyznać, iż Browar Kormoran odrobił lekcje z zeszłego roku. Piwa uwarzono więcej, nalano w butelki 330 ml oraz przygotowano zdecydowanie więcej kegów. Oczywiście nie spodziewałem się podaży na poziomie Ataku Chmielu czy Rowing Jacka, ale mimo wszystko z zakupem tegoż porteru nie powinno być aż tak ciężko, jak przed rokiem. Sam na sklep otrzymałem pięć razy więcej sztuk, niż miało to miejsce ok. 365 dni wcześniej (z 3 na 15 😉 ). I chociaż to nadal była liczba zbyt mała, aby zaspokoić popyt (całe piwo sprzedało się w 6 minut od otwarcia), tak zakupiło je o wiele więcej osób, niż przed rokiem. OK, mógłbym się przyczepić obiecanego większego odstępu między dystrybucją Imperium Prunum do sklepów specjalistycznych, a dystrybucją do sieci handlowych, ale przymknijmy już na to oko. Ogólnie chapeau bas za nie olanie uwag hurtowników, sprzedawców i klientów.

Po drugie – zasady dystrybucji są w końcu w miarę jasne. Nie dochodzi już do akcji „kup pan karton dowolnego piwa Kormorana, a jedno Imperium będziesz mógł do tego kartonu sobie dokupić”. No bo serio takie traktowanie klientów, kimkolwiek by oni nie byli, wołało o pomstę do nieba. Ja wiem, że w głównej mierze był to wymysł pewnej sieci handlowej, ale w moich oczach zasługuje on na pełne potępienie i skazanie autora tegoż na picie rozgazowanego i ciepłego Prażubra do końca swoich dni. Amen!

Po trzecie – w końcu piwo ma szansę pojawić się na kranie w większej liczbie multitapów. Oj pamiętam, kiedy w dwa tysiące siedemnastym Imperium Prunum dostało ledwie kilka knajp. A teraz? W samych Katowicach, w chwili kiedy piszę te słowa ten porter jest dostępny w dwóch pubach. Da się? No da się! I nie dochodzi tutaj do sytuacji, w której w danym przybytku ludzie zabijają się za możliwość spróbowania chociażby 100 ml tej „porterowej ambrozji”.

Czytając powyższe trzy punkty można by odnieść wrażenie, że w końcu sytuacja znormalnieje i cyrk pt. Imperium Prunum spakuje swoje manele i odjedzie w niepamięć. Sam cyrk oczywiście, bo piwo niechaj zostanie do końca świata i o jeden dzień dłużej. Nic bardziej mylnego. Nadal pojawiają się spekulanci; znowu Janusze wrzucają na fora internetowe informacje o tym, jak to wspaniale udało im się zdobyć 10 butelek i dzięki temu inni, che che, nie będą mieli, chociaż ja tych 10 sztuk w zasadzie nie potrzebuję; ponownie tu i ówdzie widać głosy, jak to jeden z drugim mówią/piszą, że nie warto, bo oni słyszeli, że piwo niedobre albo że piwa totalnie nie da się zdobyć. O aukcjach esencji Imperium Prunum, sięgających astronomicznej kwoty 250 zł za buteleczkę, nie wspominając. OK, być może zakupienie butelki Imperium nie jest łatwe, ale weź rusz jeden z drugim cztery litery do najbliższego multitapu, gdzie pewnie Prunum będzie można spróbować (jednakowoż dalej mi przykro za tych, którzy ani sklepu ani multitapu nie mają w swoim zasięgu). Skończ jeden z drugim opowiadać farmazony o tym, iż piwo jest niedobre, bo tak mówił kolega, który słyszał to od wujka, który dostał maila od szwagra babci ze strony córki brata. I w końcu skończmy sami te ploty powielać. Bazujmy na własnym doświadczeniu, na potwierdzonych informacjach i na wiarygodnych źródłach. Kapewu? 😉

Imperium Prunum zwyczajnie w świecie nie zasługuje na ten czarny PR. Baaaaaaaa, przez tego typu akcje obrywa się całkowicie niesłusznie i samemu browarowi. Ludzie, nie dajmy się zwariować, bo to piwo, mimo iż bardzo dobre, nie jest Świętym Graalem światowego piwowarstwa. Naprawdę na półkach sklepowych znajdziecie wiele piw na podobnym, jak i na zdecydowanie wyższym poziomie. I to piw dostępnych od ręki. Polecam wyluzować i nie spinać się aż tak, bo to ani piwu, ani browarowi, ani nikomu dobrze nie robi. Peace, love & pijcie dobre krafty, cieszcie się nimi, dzielcie się nimi i po prostu miejcie z tego wszystkiego fun.

Reklamy

Poznańskie Targi Piwne – zmierzch ery czy wróżenie z fusów?

Kiedy wybierałem się na tegoroczną edycję Poznańskich Targów Piwnych nie spodziewałem się, iż po ich zakończeniu pojawi się aż tyle skrajnych opinii w tym temacie. Jedni wieszczą koniec ery festiwali kraftowych, inni wręcz przeciwnie, a jeszcze inni narzekają na tych pierwszych, że nie mają racji, mimo że idealnie nie było. W całym tym zamieszaniu stoję niejako po środku, bo z jednej strony jestem przecież zwykłym konsumentem, a z drugiej siedzę po stronie branżowej, będąc współwłaścicielem sklepu z piwem rzemieślniczym. I o ile ocena samego festiwalu czy kondycji tychże w pierwszym wypadku jest dla mnie oczywista (o czym za chwilę), o tyle w drugim przypadku już nie do końca. Zacznijmy jednak od początku.

Poznańskie Targi Piwne to dla mnie impreza szczególna, gdyż jeden dzień mam wyjęty z życiorysu pod kątem zwykłego eksplorowania festiwalowych terenów. Wszystko to przez Beer Blog Day, organizowany przez Jurka Gibadło aka. Jerrego Brewery. W tym roku wystartowaliśmy w piątek, chwilę po otwarciu Targów Poznańskich, z warsztatem fotograficznym, przygotowanym przez firmę Olympus oraz Michała Kopika (Piwny Garaż). I być może Ameryki w ich trakcie nie odkryłem, ale złapałem kilka do tej pory nieznanych mi patentów. Tę pozycję w programie zaliczam zdecydowanie na plus. Drugim punktem na mapie Beer Blog Day’a  był kurs sensoryczny, przygotowany przez firmę Flavor Active, czyli największy podmiot, dostarczający próbek zapachowych w sektorze gastronomicznym. Warsztat, poprowadzony przez dra Borisa Gadzova, był dla mnie swego rodzaju powtórną kalibracją, gdyż miałem okazję przed dwoma laty w podobnych zajęciach już uczestniczyć. W skrócie – 13 próbek zapachowo-smakowych, z których tylko dwie można było zaliczyć do tych przyjemnych. No cóż, kraft wymaga poświęceń. Prowadzone po angielsku warsztaty były także świetną okazją do branżowego szlifu swoich umiejętności w tym języku. Mimo iż po wszystkim czułem się zmaltretowany, niczym koń po westernie, tak zwyczajnie gra była warta świeczki.

Drugim powodem, dla którego jeden z trzech dni festiwalowych miałem praktycznie totalnie zajęty była również prelekcja, jakiej udzielałem. Punktualnie (albo prawie punktualnie) o godzinie 16:00 stanąłem na scenie głównej i rozpocząłem swój wywód na temat tego, czy kursy sensoryczne w ogóle mają sens i jakie są ich wady i zalety. Nie ukrywam, iż początkowo praktycznie puste miejsca nieco mnie dołowały, ale nie potrwało to długo. Najpierw przed scenę ściągnęła niemal cała ekipa Browaru Kazimierz, a dosłownie kilka chwil później praktycznie wszystkie miejsca siedzące były zajęte. Miło.

Tak szczelnie wypełniony grafik spowodował, iż na tradycyjne, festiwalowe pomykanie między stoiskami został mi jedynie czwartkowy wieczór oraz połowa soboty. Niewiele, ale i tak starałem się wykorzystać ten czas na maksa. Co prawda pierwszego dnia potrzebowałem chwili relaksu (If you know what I mean, wink wink 😉 ) po dość ciężkim dniu w pracy, przez który niemal nie dotarłem na targi, ale w sobotę skupiłem się już na stricte reporterskiej robocie. I w tym miejscu naszła mnie pewna refleksja, do jakiej powinienem dojść już dawno temu. Na festiwalach nie ma co oceniać piwa. Kropka. Klimat, mnogość zapachów, rozproszenie uwagi, hałas, a finalnie i nasza kondycja psychofizyczna po prostu uniemożliwiają dokładną i sprawiedliwą ocenę trunku. Oczywiście kilka tematów zapadło mi w pamięć, z najlepszym moim zdaniem polskim piwem festiwalu, czyli Buzdyganem Rozkoszy z Browaru Harpagan na czele, ale to temat poruszony już w fotogalerii, jaką znajdziecie na fanpage’u FB (konkretnie pod zdjęciami piw -> —KLIK—).

A jak ja, jako konsument oceniam Poznańskie Targi Piwne? Poza drobnymi wpadkami jestem bardzo zadowolony. Miałem okazję spróbować naprawdę wielu ciekawych piw, zbić piątkę z całą masą znajomych z branży (i nie tylko), posłuchać kilku ciekawych wykładów, zbadać swoje „męskie” zdrowie czy w końcu wziąć udział w rozdaniu nagród Konkursu Piw Rzemieślniczych 2017. Tutaj naprawdę nie było czasu na nudę. A co z tymi wtopami? Po pierwsze nie do końca rozumiem ideę szumnego połączenia targów piwnych ze Street Food Spotem. Cała akcja sprowadziła się jedynie do umiejscowienia Food Trucków pod dachem. OK, fajnie żreć burgera, kiedy nic mi na niego z nieba nie kapie, ale czy to wystarczy? Wybór był mniej więcej taki sam, jak przed rokiem, liczba Spotów również, wiec tutaj organizator się nie popisał. Po drugie – woda do płukania szkła. Ja wiem, że to wina wodociągów, ale serio nie mogę pominąć faktu śmierdzącej cieczy, jaką można było wymyć swoje szklanki, pokale czy kieliszki. Finalnie Pani Kapitan znalazła na to patent, ale chyba niewielu wpadło na to, aby kilkunastoma energicznymi ruchami osuszyć szkło. Po trzecie – cena biletów. Ja narzekać co prawda nie mogę, gdyż jako prelegent miałem wjazd na targi za free, ale 20 zł za jeden dzień i 45 zł za karnet, to może być poziom zbyt wysoki nawet dla Beer Geeków.

A skoro już przy cenie biletów jesteśmy, to pozwolę sobie przejść na ocenę imprezy od strony „pseudo” branżowej. Dla mnie, jako dla współwłaściciela sklepu z piwem kraftowym targi to przede wszystkim ogromna szansa na zainteresowanie piwem rzemieślniczym osób na co dzień pijących nieco mniej „skomplikowane” trunki. I tutaj koszty wjazdu mogły być wyższe od chęci sprawdzenia „czym to ten kraft jest i jak się go pije oraz smakuje”. I możecie mi mówić, co chcecie, ale frekwencja naprawdę nie powalała. OK, piątek po 17tej fajnie już się rozkręcił, aby finalnie zebrać całą masę ludzi, ale od soboty oczekiwano więcej. Czwartku nie liczę, bo tutaj cudów nie ma i jedynie Warszawa jest w stanie obronić ten dzień. Nie było co prawda źle, ale nie słyszałem od żadnego wystawcy słów zadowolenia w tej materii. Stąd też moja (i nie tylko) konkluzja – dwa dni festiwalu spokojnie wystarczą. Po pierwsze wystawcy zostaną skasowani za jeden dzień mniej; po drugie poświęcą mniej czasu na imprezę, a co za tym idzie i pieniędzy na transport, opłacenie barmanów, hotele, jedzenie, etc.; po trzecie konsument nie będzie narzekał na przesyt i przejedzenie. Finalnie liczba wystawców też mogłaby być nieco ograniczona, co w przypadku Poznańskich Targów Piwnych i przy liczbie około 70 stoisk mogło mieć wpływ na uczucie przesytu i zmęczenia.

W mojej ocenie do zmierzchu idei targów piwnych jeszcze nam daleko. Zgadzam się, że temat wymaga przeformułowania i przemyślenia, ale nie demonizowałbym całej sprawy. Ostatecznie to konsument ma być zadowolony, więc w tym miejscu Poznańskie Targi Piwne nadal się bronią. Ja w każdym razie nie zamierzam odpuszczać i z pewnością jeśli tylko będzie okazja, to na każde targi się wybiorę. Bo w tym cały zamieszaniu chodzi przede wszystkim o ludzi i przyjemnie spędzony czas. A pod tym kątem takie imprezy sprawdzają się idealnie.

— ZOBACZ PEŁNĄ GALERIĘ ZDJĘĆ —

Wywody Chmielobrodego – cz. 8

Gdzie moje piwo, do czorta!

Nie wiem, jak u Was, ale kiedy ja zacząłem mocniej interesować się tym, skąd w mocno goryczkowym piwie pojawiają się aromaty cytrusowe i jak to jest, że piwo może smakować zupełnie inaczej, niż zwykłe, pospolite jasne pełne, to mały krokami począłem zapoznawać się z materiałami, jakie były wówczas dostępne w necie. Co raz częściej odwiedzałem sklepy z Kraftem, próbowałem większej ilości nowych propozycji rzemieślniczych i wyrabiałem sobie powoli zdanie o poszczególnych browarach i ich produktach. W mojej opinii na tym etapie kończy się zgłębianie tajników tajemnej wiedzy kraftowej u większości z kraftopijców. Ba, jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że część z tej grupy jest niezbyt zainteresowana poznaniem nawet podstawowych szczegółów, dotyczących procesu warzenia piwa. I nie ma w tym absolutnie nic złego. Taki odbiorca, nazwijmy go przysłowiowym Kowalskim, po prostu cieszy się smakiem dobrego piwa, bez zbędnych ochów i achów oraz być może bez zbędnej dla niego wiedzy. Będąc na tym etapie, często wkurzałem się na sklepy czy browary na brak danego piwa na półce. No bo jak to nie ma Bruce’a z Browaru Solipiwko? Jak to nie ma? To co ja teraz mam pić, skoro miałem ochotę na Bruce’a? Tyskie zawsze jest przecież, a tego nie ma? I właśnie w tym miejscu wchodzę ja, cały na biało i postaram się w skrócie wyjaśnić, co jest powodem takiej sytuacji.

 

Po pierwsze – żelazne pozycje

Zdecydowana większość browarów rzemieślniczych ma w swojej ofercie tzw. żelazne pozycje, które wracają regularnie na półki sklepowe i są wizytówką danej ekipy. Przykłady? Proszę bardzo. Pinta i Atak Chmielu czy Modern Drinking; Brokreacja i ich Lumberjack lub The Fighter; Browar Jan Olbracht ze swoją Śmietanką i Piernikowym Fochem; Zakładowy wraz z Bramą Wjazdową oraz Produktem Wzorcowym. Można by tak wymieniać jeszcze długo, ale nie w tym rzecz. Ważne jest to, że tego typu piwa warzone są regularnie i zamysłem browarów jest ich stała obecność w sklepach, pubach i restauracjach. Trzeba jednak pamiętać, iż moce produkcyjne rzemieślników nijak się mają do tych, drzemiących w wielkich fabrykach piwa, należących do Kompanii Piwowarskiej czy Grupy Żywiec. W skrócie – browar kraftowy (czy to kontraktowy czy „fizyczny”) nie jest w stanie uwarzyć tyle piwa, ile produkuje np. browar w Tychach. I mowa tutaj w zasadzie o przepaści. Dodatkowo nie samymi żelaznymi pozycjami żyje browarnik, ale o tym za chwilę. Konkluzja jest prosta: popyt na dany produkt często przewyższa jego podaż, a ograniczone moce produkcyjne nie zawsze są w stanie wyrównać powyższą proporcję. Oczywiście browary nie stoją z rękami założonymi na ramiona, tylko zwiększają swoje możliwości, dzięki czemu łatwiej o stałą obecność żelaznych pozycji na półkach sklepowych. Chociaż i od tej sytuacji mamy wyjątki, o czym za chwilę. Fakt jest jeden – nawet żelazne pozycje potrafią pojawiać się dwa czy trzy razy w roku, co nadal może nie zaspokoić potrzeb naszego Kowalskiego.

Po drugie – piwa specjalne/okazjonalne/jednorazowe/etc.

Jak wiadomo w krafcie ważne jest, aby ciągle coś się działo. Przez to browary, poza swoją żelazną linią piw, wypuszczają wszelkiej maści piwa specjalne, dedykowane konkretnym okolicznościom, w wybranym czasie, miejscu czy w końcu piwa, jakie ujrzą światło dzienne tylko raz. Dlaczego? Bo taki mają pomysł, kaprys, ideę. Powodów może być wiele, a nie o tym jest ten wpis. I tutaj kiedy wspomniany we wstępie Kowalski trafi na piwo, które mu zasmakuje i za pół roku będzie chciał sięgnąć po nie ponownie, to co się wydarzy? Zwyczajnie tego piwa w sklepie może nie znaleźć i Kowalski ze smutkiem zrzuci winę na sklep lub na browar. No chyba że dopyta, a obsługa będzie na tyle ogarnięta, iż omówi z nim powyższy temat. I wierzcie mi – takie sytuacje zdarzają się bardzo często. Ileż razy słyszałem u siebie w sklepie pytania o Imperium Prunum w sierpniu albo o szereg innych pozycji, już dawno nieobecnych na polskim rynku. Wnioski, dotyczące braku piwa z tego kręgu w sklepie nasuwają się same. Nie wspominając o tym, iż część warek lana jest tylko w „beczki”, więc nie wszystko, co w multitapie będzie dostępne w sklepie.

Po trzecie – dystrybucja

Browary nie sprzedają piwa bezpośrednio do sklepu. Wierzcie mi lub nie, ale kiedy planowałem otwarcie sklepu specjalistycznego nie miałem o tym bladego pojęcia, więc pierwsze maile wysyłałem wprost do browaru. A umówmy się – o samym piwie wiedziałem wówczas już całkiem sporo. Dlatego sądzę, iż nasz Kowalski również może tej wiedzy nie posiadać. Jak to działa w praktyce. W skrócie: browar wysyła piwa do hurtowni, a hurtownia przyjmuje zamówienia ze sklepów, multitapów, hoteli i restauracji. W tym miejscu zaczyna się jazda. Niestety hurtownie na swoich magazynach nie zawsze będą miały piwo z browaru X czy Y. Powód? Kiepska sprzedaż wcześniejszego wolumenu, foch na właściciela browaru, pełny magazyn innych piw, mała rozpoznawalność browaru, niewypłacalność hurtowni, słaba forma browaru, krótkie terminy ważności, słaby marketing browaru, itd., itd. Stąd też sytuacja, w jakiej to nie od sklepu zależy czy dane piwo na półce się pojawi czy nie. Proste? No jak droga na Ostrołękę. W takim razie gdzie w tym miejscu pojawia się odpowiedzialność sklepu?

Po czwarte – dostawy i zamówienia

Mogłoby się wydawać, że wobec przedstawionych powyżej faktów od sklepu specjalistycznego/osiedlowego/marketu/etc. zależy już niewiele. Otóż nie tak do końca. Bo to my, właściciele tych przybytków, decydujemy o tym, co finalnie pojawi się na naszych półkach, z wyłączeniem sytuacji opisanych wcześniej. I tak mogę przecież podjąć decyzję, iż browar Z nie ma wjazdu do sklepu, bo jego jakość jest kiepska i nie chcę sprzedawać czegoś, z czego sam będę niezadowolony. W sumie dla mnie to główne kryterium wyboru. Ktoś też może mieć focha na browar i jestem w stanie to zrozumieć. Ja osobiście unikam takich sytuacji, bo jeśli klienci dopytują, to moje wewnętrzne animozje nie mogą mieć wpływu na prowadzenie biznesu. Niemniej jednak o takich sytuacjach słyszałem i jestem w stanie je uszanować. Kolejnym tematem jest termin dostaw. My zazwyczaj nie jeździmy po towar. To hurtownie wysyłają do nas busy z zaopatrzeniem. I o ile każdy dba o regularność, tak czasem komuś może się noga podwinąć. Ale hej – jesteśmy ludźmi i ten się nie myli, co nic nie robi. To niestety czasem prowadzi do sytuacji, w której zwyczajnie na półce może jakiegoś piwa zabraknąć. Pamiętam zresztą jeszcze czasy, kiedy nie miałem własnego sklepu i kilka razy stanąłem przed dość lichym wyborem w sklepie specjalistycznym, bo akurat trafiłem na czas tuż przed dostawą. Miejcie to na uwadze i nie wieszajcie na nas psów, jeśli akurat w jakiś dzień będziemy mieli poniżej 250 rodzajów piwa na sklepie (wink, wink 😉 ).

Po piąte – multitapy

Zupełnie inaczej sytuacja ma się w odniesieniu do multitapów. Pierwszym ich ograniczeniem będzie liczba kranów i możliwość podpięcia konkretnej liczby piw. Drugim będzie pojemność lodówki (o ile takowa w multitapie stoi), jaka nie zwiększy się magicznie, niczym pojemność namiotów w Harrym Potterze. Ktoś powie, iż w tej sytuacji można zwiększyć liczbę kranów, prawda? Ale tutaj stanę okoniem i postukam się w głowę. Dlaczego? Chyba każdy lubi pić świeże i niezepsute piwo. Jeśli do tego dołożymy fakt niepasteryzowania piw lanych, co determinuje ich krótszą trwałość, tak wnioski ponownie nasuną się same. W tym miejscu nie pozdrawiam multitapów z kilkudziesięcioma kranami, bo już nie raz słyszałem historie o kwaśnych piwach, za które obrywało się browarom. O higienie samej instalacji do nalewania nie wspominając.

Po szóste – browary restauracyjne

Zdarzają się też klienci, pytający o dostępność piw z browarów restauracyjnych. Niestety zazwyczaj podaż piwa, warzonego w danym przybytku jest obliczana tak, aby zaspokoić potrzeby klienteli tegoż miejsca. W związku z tym ciężko będzie dostać te piwa w szerszej dystrybucji. Są oczywiście wyjątki od tej reguły, jak np. chorzowski Browar Reden, jednakowoż nie wszystkie ich piwa można odnaleźć w sklepach. A jak można, to w zasadzie tylko w niewielu punktach. Ponownie kłania się tutaj pojęcie podaży.

Mam nadzieję, iż powyższe argumenty trochę rozjaśnią temat tajemniczych braków danego produktu na sklepowych półkach, dzięki czemu jeszcze lepiej zrozumiecie, jak funkcjonuje świat piw rzemieślniczych. Warto też pamiętać o jednym – jeśli akurat nasz ulubiony trunek jest poza zasięgiem, zerknijcie na inne, niepoznane pozycje w tym czy innym stylu. Najcenniejszym doświadczeniem w świecie kraftu jest możliwość poszerzania horyzontów. A wierzcie mi, iż są one baaaardzo rozległe.

 

Wywody Chmielobrodego – cz. 6

Perfect Lager Gate – A Red Smoke Festival Beer Story

Nie należę do ludzi, którzy na siłę doszukują się dziur w całym, wypatrują samych wad w piwie czy przyczepiają się o byle pierdołę. Ale po prostu czasami się nie da. No zwyczajnie jest taki punkt mojej wytrzymałości, po przekroczeniu którego ciężko mi siedzieć spokojnie na czterech literach. I taki punkt został przekroczony w miniony weekend. Zacznijmy jednak od początku.

Jest taki festiwal na muzycznej mapie Polski, ściągający doborowe towarzystwo z klimatów stonerowych, doomowych, sludge’owych i okolic. Nie jest to duża impreza, ale klimat jaki tam panuje jest zwyczajnie nie do opisania. Miałem okazję grać na trzeciej odsłonie tego wydarzenia, więc złapałem bakcyla, dzięki czemu w tym roku, w kompanii mojego perkusisty ruszyliśmy na piątą edycję Red Smoke Festival, organizowanego w malowniczym Pleszewie. Dodatkowo organizatorzy ogłosili, iż na terenie festiwalu rozstawi się Doctor Brew i będzie polewał krafty. OK, być może browar ten nie należy do moich ulubionych, ale mieli kilka fajnych wypustów, jak np. Vic Secret czy Ella IPA. Zresztą zawsze to lepsze, niż picie pospolitych koncernów. To dodatkowo poprawiło mi nastrój przed wyruszeniem w drogę, a całości dodało tego malutkiego smaczku, jakiego zwykle brakuje mi na takich imprezach. Wszystko jak krew w piach.

Panowie Doctorzy okazali się monopolistą, jeśli chodzi o polewanie piwa na Red Smoke’u. Nie było opcji alternatywnej w postaci zimnego Leszka czy piwa, od którego chce się… no wiecie sami co 😉 I to chyba przesłoniło rozsądek tej dolnośląskiej ekipie. I nie mam tutaj pretensji do tego, że z większości kranów lał się Perfect Lager (do którego zaraz wrócimy). Spoko, w końcu to nie festiwal piwa; tutaj gawiedź raczej w większości będzie chciała po prostu napić się zimnego browarka, bez dodatkowych udziwnień. Tutaj chodzi o to, co w ogóle ze sobą przywiózł Doctor Brew.

Zacznijmy od tego co, było niezłe, czyli od Pszenicznego. Ok, być może było nieco zbyt kwaskowe, ale jednak banany i goździki dało się wyczuć, piwo orzeźwiało i smakowało całkiem przyzwoicie, jak na te okoliczności przyrody. I w tym miejscu plusy się kończą. Na kolejnym kranie odnalazłem Cascade IPA i od początku coś z tym piwem było nie tędy. Kilka niuchów i dzień dobry – mamy kwas masłowy. Mocno w tle, ale jednak frajdy z picia tego trunku nie miałem. Drugą pozycją do odstrzału był Perfect Lager z trawą cytrynową. Po kilku łykach gdzieś w tle zaczął mi się kołatać znajomy posmak, znany pewnie każdemu, kto się kiedyś ugryzł w policzek. Ale jak to żelazo? Test na skórze wstępnie to potwierdził, ale że już byłem w mocno imprezowym nastroju, tak postanowiłem wrócić do tematu dzień później. Moje obawy niestety okazały się słuszne, bo i drugiego dnia, całkiem na trzeźwo, test na skórze uwydatnił taki poziom żelaza, jakbym wsadził nos do portmonetki pełnej monet. I na sam koniec wisienka na torcie. Wszechobecny, lejący się bodaj z czterech kranów Perfect Lager, który wyglądał jak… New England Lager. I shit you not, sami zerknijcie:

Samo piwo smakowało jak lekko osłodzona woda gazowana, z goryczką na poziomie bliskim zeru. Być może nie jestem jakimś super znawcą, ale CO TO MIAŁO BYĆ?!? Bo z pewnością nie był to Perfect Lager, jaki znany mi jest z wersji butelkowej. A kiedy zapytałem „co ten lager taki mętny” Pani z uśmiechem odpowiedziała: „bo jest niefiltrowany”. Z boku wszystkiego słuchał jeden z Doctorów i tylko w stronę barmanki rzucił „Ty mu powiedziałaś, że to piwo jest niefiltrowane?!”, bez jakiegokolwiek wyjaśnienia w moją stronę. Na szczęście udało się w Pleszewie dorwać wariant w szkle, który w niczym nie przypominał tego z powyższego zdjęcia. Różnił się totalnie wszystkim – smakiem, aromatem, kolorem i klarownością. Rzecz oczywiście celowo udokumentowałem:

I teraz przechodzimy do sedna moich wywodów. Powiem szczerze – czuję się totalnie oszukany przez ekipę Doctor Brew. Czuje się oszukany w imieniu wszystkich tam obecnych, a przede wszystkim w imieniu organizatorów, których znam osobiście i wiem, że chcieli dobrze. Nie o takie krafty walczyłem. Nie o takie krafty walczy rzesza piwowarów, browarników, blogerów i konsumentów. To, co pokazał Doctor Brew, to w mojej opinii jest kpina na miarę Browaru EDI. Albo jeszcze gorzej. No bo jak do jasnej cholery taki Kowalski, pijący na co dzień Tyskie, a który zjawia się na Red Smoke Festival ma przekonać się do picia lepszego piwa? Za 10 zł dostaje coś, co było gorsze od Lecha Pils, przemycanego na potęgę na teren amfiteatru. I wierzcie mi – nie ja jeden marudziłem, bo zewsząd dochodziły mnie rozmowy „Co to ma być? Takie piwo za 10 zł? Chodźcie lepiej do spożywczaka po Tyskie”. Część gawiedzi oczywiście zasilała kasę Doctorów grubym hajsem, a ja sam zostawiłem tam niemałą część swojej gotówki, no bo jakoś tak głupio mi było przed organizatorami, żeby wnieść browarek z zewnątrz. W ostatni dzień skapitulowałem i sam sączyłem Pils z Poznania, bo już na to, co odjaniepawla Doctor Brew nie mogłem patrzeć.

I teraz na koniec zostawiam Was z pytaniem, na jakie sami musicie sobie odpowiedzieć. Czy to była celowa zagrywka i skok na kasę? Czy Doctor Brew specjalnie zabrał ze sobą spartaczone piwa, bo przecież lud na festiwalu wszystko kupi i wypije. Ja już swoją teorię na ten temat mam i powiem jedno – na szacunek trzeba długo pracować, ale o jego utratę jest bardzo łatwo.

PS

A że na festiwalach muzycznych da się w piwa kraftowe pokazał Browar Profesja, na odbywającym się równolegle Castle Party. Da się? No kurwa da się!

Wywody Chmielobrodego – cz. 5

Wybierzesz czerwoną czy niebieską pigułkę?

Kiedy w 1999 roku na ekrany kin wchodził Matrix autorstwa braci (a obecnie sióstr, che che) Wachowskich, nikt nie spodziewał się, jak kultowym filmem ten obraz się stanie. Co prawda kolejne odsłony tej sagi niestety nie podtrzymały formy „jedynki” nawet w 30%, ale ja nie o tym. W pierwszej części Matrixa znajdziemy multum kultowych scen, często przekładanych na rzeczywistość. Do moich ulubionych należy ta, kiedy Neo staje przed wyborem – czerwona czy niebieska pigułka. Pamiętacie temat, prawda? Jak koleś weźmie niebieską pigułkę, to obudzi się w łóżku i wszystko będzie po staremu; pobudka o 7:00, nudna praca w korpo i wieczorne oglądanie pornosów. Z kolei wybór czerwonej pigułki spowoduje, że zacznie on ostrą jazdę bez trzymanki, nauczy się latać, unikać kul z broni automatycznej, będzie pilotował helikopter, mimo iż do tej pory takowe oglądał jedynie na ekranie telewizora i w końcu zaliczy tę czarną w fajnych patrzałkach. Fajnie? No niby fajnie, ale każdy wybór niesie ze sobą także pewne negatywne konsekwencje. I po kiego diabła ja w ogóle o tym piszę na blogu, poświęconemu piwom rzemieślniczym?! Otóż powyższą scenę można elegancko przełożyć właśnie na krafty. A konkretnie na to, w jaki sposób sami przekraczamy tę cienką linię między czerwoną a niebieską pigułką.

Dla każdego moment ten będzie zgoła odmienny, dlatego będąc atencyjną ku… osobą skupię się na swoich doświadczeniach. Nim stanąłem przed w/w wyborem moja percepcja piwna wyglądała mniej więcej tak: piwa kraftowe są spoko; lubię Atak Chmielu, bo gorycz, cytrusy i dobrze się pije; nowe piwerka rzemieślnicze chętnie przyjmę, ale w sumie jak mi każą pić Żywca czy inne Tyskie, to dopóki będzie w miarę świeże, to nie będzie przecież jakoś szczególnie źle. Jednakowoż im głębiej w las, tym więcej drzew. Człowiek zaczął się zastanawiać, skąd te różnice między koncerniakiem, a kraftem; o co chodzi z tymi wadami w piwie; i czym w końcu do jasnej cholery jest ten aldehyd octowy?!? Czytałem, analizowałem, szukałem po internetach i dalej brakowało mi tej przysłowiowej kropki nad „i”. W między czasie okazało się, iż w okolicy będzie organizowany przez Śląski Oddział PSPD (Polskiego Stowarzyszenia Piwowarów Domowych – przyp. aut.) profesjonalny kurs sensoryczny. Długo się nie zastanawiałem i już po kilku dniach zapisałem się na rzeczone szkolenie. Spodziewałem się ogólnego wprowadzenia do świata piw kraftowych, omówienia aromatów, jakie dają chmiele, słody, drożdże, itd. Nope, nic z tych rzeczy. No, prawie nic. Kiedy wraz z Panią Kapitan pojawiliśmy się na miejscu stało się oczywistym, iż będziemy uczyć się tego, co może się w piwie zepsuć, spartolić, spartaczyć. Do tego co nieco o estrach, fenolach czy zapachu kocim, niektórym kojarzącym się z czarną porzeczką (chociaż do dzisiaj jest to dla mnie dziwne skojarzenie :P). Szkolenie trwało dwa dni, po kilka godzin dziennie i właśnie ono stało się moją osobistą czerwoną pigułką.

Aldehyd octowy nie krył już przede mną tajemnic. Do tego doszedł DMS, diacetyl, izopentylomerkaptan, aromaty siarki, siana, mokrego kartonu i innych cudów. Tak – od tego momentu picie piwa już nie było tym samym. Tych kilka godzin, spędzonych z nosem w próbkach zapachowych spowodowały, iż moja percepcja wywróciła się do góry nogami, powodując zazwyczaj wykrzywienie pyska w nieprzyjemnym grymasie, kiedy tylko przyjdzie mi pić jakiegoś podłego koncerniaka. Żeby nie było – do dzisiaj zdarza mi się sięgnąć po Perłę czy Leżajsk, ale zazwyczaj robię to z braku wyboru (no nie w każdym klubie, w którym grywam koncerty leją Anagram z kija). Są także wyjątki, potwierdzające regułę, jak np. Lech Pils w puszce, który idealnie pasuje mi pod karczek i kiełbasę z grilla. Niemniej jednak nie ma już absolutnie żadnych szans, żeby cofnąć się do czasu, kiedy Warka Strong wydawała mi się bardzo przyjemnym, lekko słodkim napojem. No po prostu imposibruuuuu.

Niestety czasami zdarza mi się popsuć także kolegom radochę z picia wadliwych piw – jednakowoż robię to tylko na ich wyraźną prośbę. Swego czasu mój perkusista zakupił na Białorusi jakiegoś Golden Ale’a. Zabrał go ze sobą na wyjazd koncertowy, otworzył w busie, wychylił kilka łyków i rzekł: „no, Stempel, to piwo białoruskie całkiem fajne, spróbuj sobie.”. Podał mi butelkę i czekał na werdykt. Zakręciłem szkłem, zarzuciłem nos na szyjkę butli, wziąłem łyk i oddałem koledze, mówiąc: „to teraz zakręć piwem, powąchaj dokładnie i wyobraź sobie roztopione, lekko zjełczałe masło”. Odpowiedział jednym słowem – „ku*wa”.

Czy żałuję wyboru piwnej, czerwonej pigułki? No nie bardzo. OK, być może czerpanie radochy z wychylenia sobie w domowym zaciszu piwka kosztuje mnie nieco więcej w przeliczeniu na złotówki, niż przeciętnego piwopijcę, ale po pierwsze robię to świadomie, po drugie nie po to, aby się upodlić i po trzecie mam z tego o wiele więcej przyjemności. To jest trochę, jak z burgerami. Możesz zadowolić się burgerem, zakupionym w Biedronce, w którego skład wchodzi zmielony pies razem z budą i właścicielem, ale kiedy sięgniesz po 100% wołowiny, smażonej na prawdziwym grillu, to czy pasza z „Biedry” będzie dla Ciebie tym samym? Nie sądzę. Dlatego ze swojej strony zachęcam Was do świadomego doświadczania i poszerzania swoich piwnych horyzontów. Tylko róbcie to w granicach zdrowego rozsądku, bez niepotrzebnego hajpu i rozdmuchania, o jakie czasem posądza się beer geeków. Tu nie chodzi o to, aby zostać piwnym neofitą – tutaj chodzi o radość z życia. Po prostu szkoda czasu na picie słabego piwa, arghhhhhhh!

Wywody Chmielobrodego – cz. 4

The Blogger 2017, czyli o co całe „halo”?

Dzisiaj będzie krótko. A przynajmniej taki jest zamysł. No bo ileż można napisać o tym, czym jest brokreacyjny „The Blogger 2017”? Chyba niewiele. Tylko czy aby na pewno? Ale od początku, bo przecież nie wszyscy muszą orientować się w temacie, prawda?

W zeszłym roku niejaki Jurek Gibadło aka. Jerry Brewery podczas wychylania kolejnych szklanek na premierze piwa Ale Cocones (kooperacja Alebrowaru i Artezana – przyp. aut.) przekonał piwowara i właściciela browaru Brokreacja – Mateusza Górskiego – do pewnego konceptu. W skrócie: uwarzmy odjechane piwerko wraz z innymi blogerami, nazwijmy je The Blogger i machnijmy premierę tegoż na Poznańskich Targach Piwnych Anno Domini 2016. Jak pomyśleli, tak zrobili (a relację z samego warzenia znajdziecie tutaj -> KLIK!). Oczywiście styl, w jakim uwarzono zeszłorocznego „blogera” musiał być odjechany, co też zostało potwierdzone w nazwie: Cherry Smoked Pepper Rye Wood Aged Strong Ale. Samo piwo okazało się dość ciekawe, ale jednak całe środowisko jak jeden mąż krzyknęło „tutaj powinno dziać się o wiele więcej!”. Jerry z Mateo sporządzili notatki i obiecali wrócić do tematu w roku 2017.

I tak w zeszłym miesiącu główny autor zamieszania na niezwykle tajnej grupie na fejsie zamieścił post, informujący o starcie projektu The Blogger 2017. W ubiegłym roku głosowanie na styl odbywało się poprzez wybieranie poszczególnych składników piwa przez blogerów i ich czytelników. Skoro jednak całość miała pójść o krok naprzód, tak też trzeba było tę formułę nieco zmienić. W sukurs przyszedł Łukasz Matusik z blogu piwolucja.pl, a konkretnie jego generator stylów piwnych w wersji hardcore (http://piwolucja.pl/generator). I nie żeby autor tego narzędzia sam siebie zaproponował. Ot jeden z blogerów (Mateusz Wata) dla zgrywy rzucił ideą, aby styl wylosować właśnie z pomocą piwolucyjnego generatora. Jerry załapał temat i dzień później zaproponował go reszcie. Większość była za, a więc poszło. Szybkie losowanie „on-line” 12 stylów oraz sprawdzenie możliwości ich uwarzenia przez Mateo i tak oto stanęliśmy przed następującym wyborem:

1) ULTRA SENCHA & HAZELNUT AMERICAN DUNKELWEIZEN
2) ULTRA LAVENDER & ESPRESSO NEW ZEALAND RED ALE
3) ULTRA BOURBON BARREL AGED WILD MOLASSES & CHOCOLATE EAST COAST RED ALE
4) QUAD BAY LEAF & WALNUT POLISH BLACK WEIZEN
5) TRIPLE TABASCO BARREL AGED SWEET WURST RYE POLISH DUNKELWEIZEN
6) DOUBLE ORANGE PEEL & HAZELNUT TURBO WEST COAST RED MARZEN
7) QUAD SORREL & COFFEE WEST COAST DARK OLD ALE
8) TRIPLE SWEET CRANBERRY & WALNUT AUSTRALIAN DARK BERLINER WEISSE
9) ULTRA ISLAY WHISKY BARREL AGED SALTY KIWI & COCOA WEST COAST WHITE BITTER
10) DOUBLE BARREL AGED SORREL RYE AUSTRALIAN RED MILK STOUT

Trochę odjechaliśmy, prawda? No i w tym miejscu zaczęły się schody. Najpierw pojawiło się jęczenie części towarzystwa, że oni swojego głosu nie oddadzą, dopóki każdy z podanych stylów nie zostanie dokładnie opisany. „Przecież ja muszę wiedzieć, czego się po piwie spodziewać, jak je oceniać i czy aby na pewno mi smakuje!”. W tym miejscu rozumiem, że bez arkusza BJCP naprawdę ciężko stwierdzić, czy piwo jest dobre czy nie jest, tak? Pomijam fakt, iż grono tych marud przy wyborze pomysłu na losowanie stylu nawet słowa sprzeciwu nie wypowiedziała, o zaproponowaniu innego rozwiązania nie wspominając. Cóż – najlepiej zagrać typowego Janusza, ręką nie ruszyć, ale nawrzucać innym, bo ja się przecież znam, mam certyfikaty, kursy i ja Wam jeszcze pokażę.

Kiedy już wybór padł na uwarzenie ULTRA ISLAY WHISKY BARREL AGED SALTY KIWI & COCOA WEST COAST WHITE BITTERA pojawiły się głosy innych, twierdzących że „jak to może być, że to już jest nienormalne, dokąd to ten kraft zmierza i zara bedo robić takie pijwa, co to ich normalny człowiek nie tknie”. W tym miejscu chciałbym i jednym, i drugim odpowiedzieć:

Po pierwsze – robimy takie, a nie inne piwo i mamy na to taki, a nie inny pomysł… bo możemy! W końcu o to chodzi w krafcie, aby się nie ograniczać. Proces tworzenia piwa, jak sama nazwa na to wskazuje, powinien być twórczy i nie odrzucający tych nawet najbardziej szalonych pomysłów.

Po drugie – „why so serious”? Przecież nikt tym piwem nie otwiera oczu niedowiarkom. Nie mówimy: „patrzcie, to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo! I nikt nie ma prawa się przyczepić.” Chociaż w zasadzie właśnie dokładnie to mówimy, ale robimy to z przymrużeniem oka i w formie dobrej zabawy. Chcesz się przyczepić – spoko, nie ma problemu, ale niech Twoje argumenty nie będą inwalidą. Pogadajmy rzeczowo, a nie róbmy z tego hurr, durr wielkiego problemu.

I w końcu po trzecie – nikt, nikogo do niczego nie zmusza. Nie chcesz, to nie bierz udziału w tym zamieszaniu. Nie masz ochoty, to nie planuj zakupu The Bloggera 2017. Nie przyjeżdżaj na Beer Blog Day 2017, ale nie psuj tej zabawy innym. Proste? No proste jak droga na Ostrołękę.

Natomiast nie ma też co popadać w skrajności. The Blogger 2017 nie będzie piwem, wytyczającym nowe trendy. Nie będzie to produkt rewolucyjny, przewracający polski kraft do góry nogami. To ma być piwo pokazujące otwarty umysł na nowe, nawet te najbardziej odjechane pomysły, przy których chcemy się dobrze bawić i chcemy pokazać, że się da. No bo jak nie my, to kto? Na zdrowie, peace, chill & love, everybody! Złocisty trunek ma łączyć, a nie dzielić i ma być przyczynkiem do dobrej zabawy. Tego mam zamiar się trzymać i tego życzę wszystkim, z malkontentami na czele 😉