Chmielobrody testuje: piwa z Browaru Tenczynek – Kolekcja Klasyczna

Po zmianie właściciela Browar Tenczynek postanowił wzmocnić swoją pozycję na rynku piw rzemieślniczych. No bo jak inaczej tłumaczyć sobie zmasowaną akcję marketingową i wysyp recenzji ich nowych piw? Do tego nowe logo browaru, nowe etykiety i pomysły oraz dwie kolekcje piwne, jakie obecnie są dostępne na rynku (a w kolejce czeka trzecia). Czy jednak możemy mówić o nowej jakości i o nowym rozdaniu? Dzisiaj sprawdzimy to na przykładzie degustacji kolekcji klasycznej, o którą Browar mnie poprosił.

Reklamy

Piaseczyńskie – wielki mały przegląd

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma morzami i jeziorami powstał browar BeerLab. Jego właściciele postanowili, iż będą warzyć piwo ekskluzywne, przeznaczone dla najdelikatniejszych podniebień dworu królewskiego, opakowane w butelki niezwykłej urody i kształtu, a markę swoją krzewić będą w najdostojniejszych kuchniach, dworach i gospodach. Jak postanowili, tak też uczynili i żyli długo, i szczęśliwie. Niestety życie to nie bajka, a każdy podmiot, warzący piwo podlega twardym regułom wolnego rynku. Przez co ciągle trzeba myśleć o rozwoju, o nowych pomysłach i kombinować. I w sumie ja jestem za, dopóki ma to ręce i nogi oraz przekłada się na jakość. A że ostatnio otrzymałem przesyłkę z BeerLabu z zestawem piw, wypuszczonych pod marką „Piaseczyńskie”, tak też postanowiłem sprawdzić, czy jest to zwykły skok na kasę czy przemyślana strategia, podparta solidnym produktem.

Pierwsze co przykuło moją uwagę, to style, na jakie Piaseczyńskie stawia. Nie ma tutaj ani jednego piwa zahaczającego chociażby minimalnie o wybredne gusta hop headów. Nie znajdziecie trunku suto nachmielonego albo o wysokim ekstrakcie czy leżakowanego sto lat w beczce po rumie, wydobytej z zatopionego w XVII w. galeonu. APA, Pils czy Pszenica… to wszystko standardy, jakich pełno na rynku. Z drugiej zaś strony taki zestaw może być doskonałym setem dla ludzi chcących rozpocząć swoją przygodę z kraftem, a jakich nie chcemy zrazić zbyt „wybujałymi” eksperymentami piwnych rzemieślników. Trzecia strona z kolei jest taka, że piwna rewolucja zatacza powoli koło i beer geecy zaczynają wracać do klasycznych styli. Pod warunkiem utrzymania stosownego i wysokiego poziomu tychże. Jak by tematu nie analizować, tak konkluzja nasuwa mi się jedna – piwo musi być dobre. Kropka. A jak to ma miejsce w przypadku Piaseczyńskiego?

Piaseczyńskie – Pszeniczne

Na start poszła Pszenica. Po prostu chciałem mieć to za sobą, bo jakoś ostatnio na Weizeny zwyczajnie nie mam ochoty. Aromat? Na pierwszy plan wychodzi zdecydowana słodycz, goździki i banany. W tle rysuje się delikatna słodowość. Fajnie i typowo dla pszenicy, tylko czy znowu będę się męczył ze słodkawym trunkiem? Otóż co to, to nie! Czuć fajną owocowość, minimalną goryczkę, a słodycz schodzi na trzeci, a nawet czwarty plan. I takie Pszenice to ja szanuję. Do tego przyjemna faktura, fajna gładkość i niezwykła pijalność. Chmielobrody vs Piaseczyńskie – 0:1.

Piaseczyńskie – Jasny Pils

Trzeba nie lada umiejętności, aby uwarzyć solidnego Pilsa. Niby proste piwo, niezobowiązujące, bardzo pijalne, a jednak łatwo się na nim wyłożyć. Zapach tej piaseczyńskiej interpretacji stylu z pewnością trzyma odpowiednio wysokie standardy. Jest wyraźnie słodowo, z nutami ziemistymi i ziołowymi, pochodzącymi od chmielu. Dwuacetylu nie zaobserwowano. Niestety w smaku jest już nieco gorzej. Piwo jest ciut za słodkie i zbyt zapychające. Brakuje mu lekkości i zwiewności, jakiej ja od Pilsa oczekuję. Niemniej potencjał jest; mam nadzieję że w kolejnych warkach temat zostanie poprawiony.

Piaseczyńskie – APA

APA to dla mnie cytrusowy odpowiednik pilsa górnej fermentacji. Żeby nie zostać źle zrozumianym – od tego stylu oczekuję lekkości, pijalności, podkręconej typowo amerykańskimi aromatami chmielowymi. I dokładnie takie piwo dostałem. Nuty chmielu, żywicy, nafty i cytrusów przyjemnie mieszają się z akcentami lekko trawiastymi. Widać, iż chmiel gra tutaj pierwsze skrzypce. Piwo jest raczej wytrawne, ze średnią goryczką, z fajnie podkreślonymi smakami pomarańczy i grejpfruta. Delikatna biszkoptowość dodaje nieco pełni, co w finalnym rozrachunku czyni tę „APĘ” naprawdę bardzo solidną pozycją w portfolio browaru.

Piaseczyńskie – Polskie Żyto

Polskie Żyto to piwo, która najmniej zapadło w mojej pamięci. Nie zrozumcie mnie źle – to nie jest propozycja niesmaczna. Aromat raczy nas akordami kwiatowymi, brzoskwiniami i szczyptą nut ziemistych. Fajnie, ale szału nie ma. Na szczęście w smaku jest ciut więcej charakteru. Od razu czuć, że mamy tutaj do czynienia z żytem, przez co pełnia trunku jest o wiele dla mnie przyjemniejsza i wyższa. Pojawiają się nuty ziemiste, a całość opleciona została wyraźną goryczą. Przyjemne piwo, niby wszystko się tutaj zgadza, ale mimo wszystko brakuje mi konkretów. Niemniej na pewno znajdzie ono swoich fanów.

Piaseczyńskie – Ciemny Lager

Schwarzbier to ten przedstawiciel lagerów, po który lubię od czasu do czasu sięgnąć. I nie inaczej będzie zapewne w przypadku Piaseczyńskiego Ciemnego Lagera. No bo jak tu przejść obojętnie koło przyjemnie lekkiego i bardzo pijalnego piwa, które serwuje nam w aromacie orzechy, delikatną kawę i czekoladę, ze szczyptą czerwonych owoców? Te same historie przewijają się w smaku. Piwo jest wytrawne, z ziołową, umiarkowaną goryczką. Jest dość złożone jak na ten styl, ale mi takie rozwiązania zdecydowanie pasują.

Patrząc całościowo – Piaseczyńskie to rodzina piw, które spełniają wszystkie trzy kryteria wymienione we wstępie: nie są to piwa mocno skomplikowane; będą fajnym starterem dla tych, którzy chcą rozpocząć swoją przygodę z Kraftem; i w końcu zaspokoją w większości beer geeków, chcących sięgnąć po bardziej klasyczne style. Ja temu przyklaskuję i trzymam kciuki przede wszystkim za Jasnego Pilsa, bo żal byłoby nie wykorzystać takiego potencjału.

Szybkie strzały na Dzikim Wschodzie

W mojej ocenie podstawą sukcesu startującego browaru kontraktowego czy stacjonarnego są dwie rzeczy. Po pierwsze wysoki poziom piw, a po drugie wypuszczenie od razu przynajmniej kilku pozycji, w różnych stylach. O ile punkt pierwszy nie podlega dyskusji, o tyle drugi może budzić wątpliwości. Mamy w końcu przykłady browarów, które wystartowały z jedną pozycją i dalej są na rynku. Ba, mogą mieć obecnie już kilka indeksów na swoim koncie, ale to nadal nie wprowadza odpowiedniej dynamiki do rozwoju browaru. Na szczęście lubelski Browar Dziki Wschód tego drugiego błędu nie popełnił i kiedy rok temu startował z warzeniem od razu wypuścił dwie pozycje i systematycznie do tej puli dorzucał kolejne. A jak po roku działalności wygląda forma ekipy z Lublina? Sprawdźmy w szybkim teście ich czterech piw.

Sombrero (American Wheat)

Amerykańska pszenica to dość wdzięczny styl – winien być lekki, rześki, niezobowiązujący i wyraźnie cytrusowy. Ot taki pijus na letnie wieczory czy do popijania przy meczu z kumplami. I właśnie takie jest Sombrero. W aromacie cytrusy grają pierwsze skrzypce, z wyraźnym charakterem czerwonej pomarańczy na pierwszym planie.  Gdzieś tam w tle kołata nam delikatny diacetyl, ale nie jest on nachalny, dzięki czemu nie dominuje i nie przeszkadza zbyt mocno. W bezpośrednim odbiorze ponownie na tapet wchodzą cytrusy i przyjemna soczystość. Pszenica zrobiła swoje – piwo jest gładkie i jednocześnie bardzo lekkie w odbiorze. Delikatna słodycz mogłaby być skontrowana nieco większym poziomem goryczy, ale tutaj rozmawiamy już o gustach i guścikach. Ja z pewnością to piwo zapamiętam przez ciągle przewijający się temat czerwonych pomarańczy, które bardzo lubię. I gdyby nie diacetyl, to byłoby świetnie, a tak jest po prostu solidnie. 6.5/10

Kafarafa (Orange Coffee IPA)

Strasznie pasuje mi połączenie charakteru dobrze nachmielonego, jasnego piwa z tematem kawy. Dodatkowo pomysł podbicia całości zestem z pomarańczy wydaje mi się w tego typu klimatach dość naturalny. A właśnie taka idea przyświecała Dzikiemu Wschodowi przy warzeniu Kafarafy. Piwo już na wstępie rzuca się na nasz nos, serwując solidną porcję pomarańczy, zatopionych w małej, delikatnie kwaśnej czarnej. Połączenie niby kuriozalne, ale jednak w moim przypadku działające bardzo pozytywnie. I jedynie ta kwaskowość jest jakaś taka niepokojąca. W smaku dostajemy repetę cytrusów i kawy, podanych w bardzo gładkiej i pełnej formie. Gorycz być może nie kąsa jak w Sharku, ale jej poziom jest na tyle wysoki i przyjemny, że przydomek IPA jest tutaj jak najbardziej na miejscu. A jak finalnie oceniam Kafarafę? Byłoby mega pozytywnie, ale ciągle ta niepokojąca kwaśność, kojarząca się minimalnie z kiszoną kapustą stawiała na ostatecznej opinii znaki zapytania. Jednakowoż ja jestem chyba nienormalny i cała kompozycja po prostu mi ze sobą świetnie współgrała, więc spokojnie wystawiam 7/10

Vanilla Sky (Weizen)

Z Weizenami mam trochę tak, jak z American Wheatami. Ten styl jest dla mnie całkowicie niezobowiązujący, idealny na lato czy do nasiadówy ze znajomymi, gdzie nie muszę skupiać się nad szkłem, niczym Garri Kasparow nad szachownicą w pojedynku z komputerem Deep Blue. Ale kiedy pomyślałem, że do tej niepozornej butelki dorzucono wanilii, tak moja ciekawość nieco wzrosła. Niestety w zapachu nie uraczyłem nut tej fantastycznej rośliny. Pojawił się za to dość wyraźny banan i szczypta goździków, w towarzystwie lekkiej kwasowości. Dodatkowo na wstępie mój nos niepokoił jakiś specyficzny aromat. Siarka? Chyba nie? A może jednak, bo przed chwilą to czułem, a teraz już nie? To by do siebie pasowało… jednakowoż głowy nie dam sobie za to obciąć. Na pewno w tle kołatał się aromat, przywołujący u mnie skojarzenia z subtelnie przypieczonym karmelem. Skojarzenia jak najbardziej pozytywne. Smak to już klasyka weizenowa, czyli banan, goździki, lekka kwaśność, subtelna słodycz i goryczka bliska zeru. Ale hola, hola? Gdzie ta wanilia? No nie ma. Miało być pięknie, a wyszło po prostu poprawnie, z pewnymi drobiazgami do dopracowania. 6.5/10

Hop Runner (Imperial IPA)

Wiecie jaki jest podstawowy grzech większości polskich Imperial IPA? Dla mnie to zdecydowanie karmelowość. Otwierając butelkę Hop Runnera miałem nadzieję, iż ekipa browaru uniknie tego grzechu w swoim piwie. Nope, not gonna happend. OK, w zapachu pojawiają się wyraźne tematy ziołowo-chmielowe oraz solidna porcja owoców cytrusowych, ale karmel zdecydowanie przewodzi całej ferajnie i dumnie dzierży w swych rękach pierwsze skrzypce. Oraz drugie. I połowę trzecich. Nieśmiale, gdzieś tam z boku na kotle przygrywa skórka spieczonego chleba. A kiedy cała suita nabiera temperatury nagle w roli puzonu pojawia się diacetyl. Nie o takie Imperial IPA walczyłem. Smak na szczęście nieco ratuje sytuację, wnosząc do kompozycji nuty grejpfruta, chmielu i przyjemnej podbudowy słodowej, ale czy na tyle, aby całą symfonie wynieść na wyżyny? Wysoka gorycz stara się dorzucić kilka ciekawych zagrywek, ale finalnie okazuje się, że w części są one zdopingowane przez lekko wyczuwalny alkohol. Całość co prawda nie jest zła i spokojnie dokończyłem całego Hop Runnera, ale w tym piwie zdecydowanie jest nad czym pracować. 4.5 /10

Browar Ciechan – Ciechan Pszeniczne Wędzone

Nie od zawsze piwa dymione znajdowały się w kręgu moich zainteresowań. Baaaaaa, swego czasu wyczuwając wodę spod szynki w jakimś Ale’u co najmniej wykrzywiało mi pysk na wszystkie strony. Smaki jednak z czasem się zmieniają czy tam dojrzewają, a że dodatkowo „w Polsce się dymi”, tak też od pewnego czasu bardzo szanuję kunszt i umiejętność odpowiedniego dopasowania aromatów wędzonych do konkretnego piwa. Moimi ulubionymi trunkami spod znaku „smoked” są te mocno torfowe, z konkretną dawką tematów asfaltowych, ale i innymi odmianami „dymiarzy” nie gardzę. W związku z tym z dość sporą ciekawością przywitałem nowe piwo z Browaru Ciechan – Pszeniczne Wędzone. Poziom ciekawości szedł jednocześnie w parze z ostrożnością, bo mimo wszystko temu browarowi z grupy BRJ (Browary Regionalne Jakubiak) bliżej do koncernu, niźli do kraftu, ale kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Czy tam wędzonego Weizena/Hefeweizena. No to lecimy.

Zarówno etykieta, jak i sama aparycja nalanego Ciechana są niezbyt zachęcające. Grafika na froncie butelki wieje koncernową nudą, a piwo w szkle sprawia wrażenie trochę błotnistego. Oczywiście wiadomo, iż Weizen musi być mętny, ale tutaj brakuje mi po prostu fajnego, złocistego koloru. Nie wiem, jaka w tym zasługa użytego słodu wędzonego bukiem, a jaka drożdży i samego procesu, ale można by trochę nad tym elementem popracować. Z kolei bukiet tego piwa mocno mnie zaskoczył. W pierwszej chwili miałem skojarzenia z apteką, które bardzo szybko ustąpiło miejsca wyraźnej, ogniskowej wędzonce. No i  masz babo placek. Jakże mi to ognisko, połączone z wyraźnym aromatem bananów i goździków, zrobiło dobrze. Powiem szczerze, że pierwszy raz spotykam się z tak wyraźnie zaznaczonym zapachem rozpalonych, drzewnych węgielków i taki temat bardzo mi pasuje. Co prawda wcześniej wspomniana apteka co jakiś czas wracała i nieśmiało kołatała w tle, ale nie wiem, na ile to kwestia ewentualnego zakażenia, a ile luźnych skojarzeń sensorycznych. Stawiam raczej na tę drugą teorię, bo po kilku łykach niczego podobnego w smaku nie zaobserwowałem. Plus dla tego „pszeniczniaka” za fajną, gładką fakturę i dość wysoką pełnię. Niestety piwo zostało trochę za mocno nagazowane, przez co delikatnie szczypie w język i nieco przeszkadza w radości z degustacji. Oczywiście wystarczy na chwilę je odstawić i wszystko będzie się zgadzać, ale chyba nie taki był zamysł piwowara. Temat ogniska, bananów i goździków pojawia się również przy każdym łyku i fajne komponuje się z umiarkowaną słodyczą oraz ze znikomą goryczą tego trunku. Całkiem przyzwoite zbalansowanie smaków oraz aromatów powoduje, iż tego Ciechana pije się z przyjemnością.

Temat wędzonej pszenicy w piwie nie jest odkryciem na miarę Kolumba. Prym w tej dziedzinie w polskim krafcie w mojej ocenie nadal wiedzie ReCraft ze swoimi Bananami na Rauszu, niemniej jednak Ciechan zaserwował nam trunek o nieco odmiennym profilu wędzonki, dzięki czemu na rynku mamy dwie ciekawe opcje do wypróbowania. I być może Ciechan Pszeniczne Wędzone nie jest piwem wybitnym, ale też wbrew moim oczekiwaniom nie jest piwem złym. Ja na pewno do niego wrócę, chociażby dla tej niesamowitej, ogniskowej aury, jaka oplata ten trunek z każdej strony. A może kolejne warki zostaną pozbawione mankamentów obecnej? Życzę tego sobie i browarowi, bo chętnie postawił bym to piwo obok innych, stałych pozycji w moim piwnym menu. 6.5/10