Cigar City Brewing – dwie puszki, które przeleciały Atlantyk.

Lubię prezenty. Szczególnie takie bezinteresowne, które otrzymujemy po prostu; z wdzięczności, sympatii czy dobrego serca. I właśnie do tej kategorii zaliczają się dwie puszki, otrzymane od jednego z klientów „chmielobrodego” sklepu (wybacz Wojtek – nie mogę podać pełnych personaliów, bo RODO-SRODO 😉 ). Wiecie – gość wybrał się na miesiąc do Stanów i przywiózł nam małe co nieco do spróbowania. I ja takie prezenty bardzo szanuję! Szczególnie że mowa tutaj o browarze Cigar City, znanego m. in. z jednego z najwyżej ocenianych RISów na Ratebeerze – Marszałka Zhukowa – czy z Hunahpu’sa, zajmującego obecnie 3 miejsce w kategorii Russian Imperial Stout na RB. No to jedziemy.

Tocobaga (Red IPA)

Pierwsze, co przykuwa uwagę w tym piwie, to jego barwa. Dokładnie tak wyobrażam sobie kolor Red IPA – ciemne, burgundowo-szmaragdowe, z fantastycznymi refleksami. Szkoda tylko, że dość ładna piana strasznie szybko opadła, pozostawiając jedynie niewielki krążek, utrzymujący się do końca degustacji. A co drzemie w samym piwie? Jego zapach, to przede wszystkim wyraźne nuty słodowe, z konkretną porcją biszkoptów, tostów i muśnięciem żywicy. Pojawiły się także czerwone pomarańcze i obiecane w morskiej opowieści jagody. Czuć że chmielu tutaj nie żałowano, ale… no właśnie jest jedno „ale”. Rozlew tego piwa miał miejsce ok. pół roku temu, więc akordy chmielowe były już dość mocno wycofane. Spodziewam się, że w świeżej warce byłby cios. Na szczęście smak trochę wynagrodził mi nieco słabszy aromat. Trunek cechowała dość wysoka pełnia, z fajnymi landrynkami i  konkretną słodowością w tle. Tocobaga została nachmielona również na zimno, co można było wyczuć w dość długiej, wysokiej i nieco łodygowej goryczy, dodatkowo podbitej przez wyczuwalny alkohol. Podsumowując – fajne piwo, ale z pewnością byłoby o wiele lepsze te 4-5 miesięcy temu.

Invasion (Tropical Pale Ale)

Sporo oczekiwałem od tej pięknie prezentującej się puszki. Uwielbiam tematy tropikalne w piwie i jarają mnie one o wiele bardziej, niż akcenty cytrusowe. Niestety ponownie tutaj czas zrobił swoje. Podobnie jak w Tocobadze, Invasion zostało rozlane blisko pół roku temu, co dało się wyczuć w aromacie. Nuty owoców tropikalnych majaczyły gdzieś w tle i chociaż dało się wyczuć mango czy kandyzowanego ananasa, tak całość grała trzecie skrzypce. Na pierwszym planie prym wiodła wyraźna słodowość oraz nuty trawiaste, będące oznaką chmielenia tego trunku na zimno. W smaku słodowość również wysunęła się na prowadzenie, objawiając się wyraźną biszkoptowością. Wysoka i długa gorycz z pewnością należała do tych przyjemnych, nie wpadając na całe szczęście w zbędną łodygowość. Sam trunek mógłby być co prawda nieco mniej wytrawny, ale ogólne wrażenie wpisuję zdecydowanie na jego plus. Finalnie czas niestety zrobił tutaj swoje i oddelegował chmiel, czyli to, co wiodło prym, na drugi plan.

Powyższe oceny po raz kolejny udowadniają, iż piwa, w jakich chmiel gra pierwsze skrzypce, trzeba pić jak najszybciej. Nie ma co zwlekać, bo czas będzie grał tylko na niekorzyść trunków w stylu IPA czy Pale Ale. Oczywiście wyjątkiem mogą być wersje imperialne tychże, ale to już nieco inna para kaloszy. Ja w każdym razie bardzo dziękuję, że mogłem tych dwóch perełek spróbować – teraz pora zapolować na ich świeższe wersje. Tylko czy będzie to możliwe w Polsce? Jeśli się uda, to dam Wam z pewnością znać.

Reklamy

Browar Hoppy Lab – Rzemieślnicze Klasyczne

Często browary rzemieślnicze w swoich ofertach zapominają o tak zwanych piwach „entry-level”. Wiecie, chodzi o dobrze zrobione pilsy, przyjemne piwa pszeniczne, solidne lagery czy nieskomplikowane pale ale’e. I ja to poniekąd rozumiem, bo większość tych, którzy chociaż odrobinę wsiąkli w świat piwnego kraftu częściej sięga po solidnie nachmielone i pojechane wynalazki, niż po bocka czy hellesa. Na szczęście od pewnego czasu obserwuję tendencję rzemieślników do warzenia klasyki czy właśnie mało złożonych „górniaków”. Sam od czasu do czasu lubię sięgnąć po tego typu tematy, a dla osoby na co dzień nie mającej styczności z „ajpami”, „ipami” i „risami” to już w ogóle będzie idealne wprowadzenie do krainy chmielem i słodem płynącej. I właśnie na te oczekiwania odpowiedział m. in. browar Hoppy Lab ze swoim Rzemieślniczym Klasycznym. Czy całość wypadła, jak należy? Sprawdźmy.

W tym miejscu warto zastanowić się, czego od takiego piwa powinniśmy oczekiwać. Z pewnością nie powinno być ono zbyt skomplikowane czy złożone. I właśnie takie ono jest. Aromat wypada dość ubogo w porównaniu z solidnie nachmielonymi IPA’ami, ale nadal może cieszyć. Sporo tutaj akcentów słodowo-zbożowych, z w tle przygrywającymi białymi owocami, przywołującymi skojarzenia z winogronami i białą porzeczką. Estry przyjemnie i subtelnie nęcą, ustępując jednak pierwszeństwa przyjemnej słodowości. Po kilku łykach zostałem utwierdzony w przekonaniu, że jest to naprawdę idealne piwo dla lubujących się w Tyskim czy Żywcu, a których chcemy przeciągnąć na kraftową stronę mocy. Rzemieślnicze Klasyczne jest lekkie, rześkie, ze szczyptą akcentów ziemistych, z mocno umiarkowaną goryczką i z białymi owocami w tle. Ot taki przyjemny i codzienny „pijus”.

Być może większość z Was powie „a po co nam takie nudne piwo? Gdzie tu chmiel, gdzie gorycz na poziomie miliarda IBU?”. Zaprawdę powiadam Wam – takie piwa, jak Rzemieślnicze Klasyczne są  nam po prostu potrzebne. Po pierwsze z pewnością trafią w gust części piwoszy, lubujących się w mniej złożonych piwach (ja osobiście znam kilkanaście takich osób). Po drugie dla części beer geeków (takich, jak ja) będą przyjemną odskocznią od codziennych „zmagań” z dokokszonymi „ipami” czy „barli łajnami”. Po trzecie Rzemieślnicze Klasyczne to naprawdę świetny trunek do wprowadzenia do świata kraftu. Ileż to razy widziałem krzywiących się „tyskopijców” (no offence, Bros. 😉 ), kiedy ktoś dał im spróbować dobrego West Coasta. Kubki smakowe trzeba po prostu przyzwyczajać do nowych smaków, a Rzemieślnicze Klasyczne będzie do tego po prostu idealne. 7/10

Browar Komitet – Wizard of Oz (Oz Pale Ale)

Większość z Was pewnie kojarzy „Czarnoksiężnika z krainy Oz”. Wiecie – to ta książka, w której Dorotka wraz ze swoim psiakiem Toto, Strachem na Wróble, Tchórzliwym Lwem i Blaszanym Drwalem przemierzają mityczną krainę w poszukiwaniu różnych… różności. Czy jakoś tak. Sam niestety tej pozycji nie przeczytałem, chociaż od książek nie stronię. Z tym większą radością przyjąłem piwne wydanie tego tytułu. No dobra, wiadomo że to nie to samo, ale może faktycznie Wizard of Oz autorstwa Browaru Komitet przeniesie mnie w rejony dotąd nieznane?

Ale o co w ogóle chodzi z tym Oz Pale Ale? Googlowałem, szukałem i starałem się to jakoś połączyć z australijskimi chmielami, jakich użyto w tym piwie, lecz niestety nic z niczym się nie łączy. Trochę to wszystko przekombinowane i może łatwiej byłoby napisać Australian Pale Ale, ale skoro Browar Komitet tak sobie to wymyślił, to niech już tak będzie.

Samo piwo swoją aparycją nie jest do końca zachęcające. Stosunkowo wysokie zmętnienie i nijaką, żółtą barwę symbolicznie broni drobna, acz niezbyt obfita piana. Można by ździebko nad tą stroną popracować. Odwrotnie proporcjonalny do wyglądu jest aromat Wizard of Oza. OK, mógłby być bardziej intensywny, ale umówmy się – to nie jest IPA, a „zwykłe” Pale Ale, więc wybaczam. A co konkretnie pod nasz nos podtyka Browar Komitet? Ziołowemu zapachowi chmielu wtórują nuty liczi i mango, a całości dopełniają delikatne akordy słodowe oraz kropla nafty. Kompozycja jak u Rembrandta! Z kolei smak to przyjemna odskocznia od wyraźnie słodowych i karmelowych East Coastów. Wizard of Oz jest przede wszystkim wytrawny, co moim zdaniem poprawia jego noty. Jeśli do tego dołożymy niezwykłą rześkość i towarzyszące temu odczuciu owoce egzotyczne, tak dostaniemy trunek o wysokim indeksie pijalności. Jedynie impresja goryczy odstaje od tego, o czym informuje nas etykieta. Otóż 39 IBU nijak odnosi się do mocnego, długiego i ziołowego charakteru goryczki, występującego w „Czarnoksiężniku z Oz”. Skąd ta różnica? Wejdźcie na fejsa Browaru Komitet i odszukajcie sobie ich post dotyczący IBU (dla leniwych – KLIK!) – tam zostało wszystko elegancko opisane.

W mojej opinii tej propozycji Browaru Komitet bliżej do „Brzydkiego Kaczątka”, niż do powieść autorstwa Lymana Franka Bauma. Bo tak oto z niezbyt atrakcyjnego wizualnie piwa robi nam się całkiem zgrabne Pale Ale, będące świetną alternatywą dla powstających na potęgę piw, chmielonych amerykańskimi odmianami tych konopiowatych roślin. Ja z pewnością nie raz jeszcze sięgnę po Wizarda of Oz, a może dodatkowo w końcu uzupełnię lukę w literackiej znajomości tego szanownego jegomościa. 7/10

Szybki Strzał – Śląski Festiwal Piwa 2016 Edition

Po relacji z niezwykle udanego Śląskiego Festiwalu Piwa czas na bliższe przyjrzenie się kilku wybranym piwom, jakich można było spróbować na tej fantastycznej imprezie. A więc bez zbędnych ceregieli przed Wami:

  1. Browar Spółdzielczy – Dwa Półsztyki (Pale Ale)

Na start wybrałem lekkie Pale Ale na polskich i angielskich chmielach. Głównie z powodu braku większego wyboru na stoisku Spółdzielczego – katowicka gawiedź wymiotła całe zapasy całkiem sprawnie. A co nam oferują Dwa Półsztyki? W szkle widać nienaganną prezencję – lekko opalizujący trunek zdobi fajna, drobniutka piana. Aromat nie powala, ale można wyczuć chmiele, lekką chlebowość, nuty ziołowe i delikatne cytrusy. Po kilku łykach miałem skojarzenie bardziej w stronę świetnego Lagera, niż Pale Ale, a to za sprawą dość sporej wytrawności i lekkości piwa. Na szczęście w odwet tym skojarzeniom przyszła stosunkowo wysoka, lekko łodygowa goryczka. I w sumie dałbym 6/10, jako piwo przyjemne, lekkie i bez zbędnych zobowiązań, ale kiedy dostało ono temperatury, to wyszedł majaczący kwas masłowy. Dlatego finalnie 5.5/10 z adnotacją, aby pić schłodzone (wink, wink 😉 )

  1. Raduga – Forbidden Planet (Imperial IPA)

Cytując jednego z byłych premierów pewnego środkowoeuropejskiego kraju – YES, YES, YES! Tak mniej więcej wyglądała moja reakcja, kiedy na kranach Radugi ujrzałem powracającą „Zakazaną Planetę”. To jeden z moich ulubionych imperialnych „ajpiejów” i chyba nic się w tej materii nie zmieni. W aromacie nadal pierwsze skrzypce grają owoce egzotyczne, z mango i ananasem na czele. Wtóruje im genialny, owocowy i słodki smak piwa, idealnie skontrowany bardzo wysoką i intensywną goryczką. W końcu 115 IBU to nie przelewki. Poza tym dostajemy fajne nuty żywiczne i słodowe. Wszystko jest pełne i na sterydach. Ja chyba nie jestem tutaj obiektywny, ale co ja mogę, że mi to piwo tak smakuje? A do tego świetnie wygląda! 8.5/10

  1. Piwoteka – Kapitan Claymore (Strong Scotch Ale)

Miało być piwo z chrzanem, ale się skończyło, więc w zamian wybrałem Kapitana Claymora. I w sumie nie wiem, czy ta zamiana była dobra. Zacznijmy jednak od szczegółów. Bukiet, jaki oferuje nam Claymore, to połączenie nut chlebowych, rodzynek, toffi, karmelu z całym koszem akordów estrowych. Z kolei w smaku to przede wszystkim to samo, obudowane w dość wysoką słodkość i bardzo nikłą goryczkę. Diacetylu tutaj nie uświadczyłem, DMSu brak, aldehydu octowego też ni ma. Tylko że ogólnie i całkowicie subiektywnie to piwo jest… dziwne i nie do końca w moich klimatach. Niby wypiłem całe i bez zmęczenia, no ale jest ale. 5/10

  1. Browar Dukla – Dziki Samotnik (American Amber Ale)

Piwa z Dukli jakoś nigdy nie trafiały w mój gust. Tym niemniej zawsze staram się dawać kolejne szanse przy nowych warkach i pomysłach. Podobnie było z Dzikim Samotnikiem. Podszedłem do niego z odpowiednią rezerwą i czujnością. A co tutaj się dzieje? Jak na Amber Ale przystało piwo jest czerwone, bursztynowe, ze średnią, acz całkiem bogatą pianą. Książki jednakowoż po okładce nie oceniamy, chociaż ta w tym wypadku jest całkiem zgrabna. Po zakręceniu szklanką i pociągnięciu nosem już wiem, że Dukla nie spartoliła sprawy, bo fajnie ukryła karmel za aromatem żywicy, słodów i lekkich nut chmielowych. Ciało Dzikiego Samotnika także jest należyte. Znaczy się pełne i lekko słodowe. Co prawda majaczy gdzieś tam lekka kwasowość, a gorycz mogłaby być wyższa, niemniej jednak degustacja należała zdecydowanie do gatunku tych przyjemniejszych. A jak do tego dołożymy fakt, iż ekipa Dukli to piwo przywiozła na próbę i przed planowanym za dwa tygodnie rozlewem, tak pozostaje mi ufać, iż nabierze ono jeszcze więcej smaku i charakteru. 7/10

  1. Raduga – Potiomkin (Russian Imperial Stout)

Ponoć kto zjada ostatki, ten piękny i gładki. Dlatego też na sam koniec zostawiłem sobie Potiomkina. Radość potęgował fakt, iż była to ostatnia beczka pierwszej warki tegoż RISa. Samą degustację można by porównać do samochodu z silnikiem diesla, czyli zbiera się kiepsko, ale jak już wjedzie na obroty… i tak tutaj najpierw dostałem w nos dość intensywnym aromatem alkoholu, aby po chwili cieszyć się zapachem suszonych śliwek, czekolady i subtelnych estrów, kojarzących mi się z nutami winnymi. W połączeniu z alkoholem czułem się, jakbym wąchał śliwki w likierze. Faktura Potiomkina mogłaby być nieco pełniejsza, ale to już moje marudzenie i na tym  polu mieści się ona w standardach. Piwo jest z pewnością przyjemne, słodkie, z długą i paloną goryczką. Mimo pewnych niedociągnięć piło się je bardzo dobrze i cieszę się, iż mam chyba dwie butelki odłożone w piwnicy. 7/10