Szybki Strzał – Odc. 14

Lubię dostawać dary losu od browarów, których nie miałem okazji testować. Dla mnie to zawsze nowe doświadczenie, a dla browaru możliwość zasięgnięcia opinii. Oczywiście inna kwestią jest to, czy browar z tą opinią będzie się liczył, ale to już inna para kaloszy (chociaż w serduszku liczę, iż ktoś tam ceni sobie moje zdanie 😉 ). Stąd też dzisiaj na tapet lecą po dwie pozycje z katalogów browarów Jastrzębie i Incognito. Jedziemy!

Browar Jastrzębie – Jastrzębska Pszenica (Sorachi Ace Single Hop Weizen)

Lubię Sorachi Ace. Jeśli zbiory są trafione, a chmiel nie pójdzie w stronę koperku, to doda on do piwa sporo aromatów kokosowych. I jak tak sobie pomyślałem, że kokos połączy się z typowymi zapachami, jakimi dla pszenicy są goździki i banany, tak w mojej głowie pojawił się całkiem przyjemny obraz. Niestety, mimo iż wspomniane wyżej goździki i banany wyczujemy w tym piwie, tak Sorachi Ace tutaj po prostu nie istnieje. W smaku też nic, co mogłoby kojarzyć się z tym daleko wschodnim chmielem nie odnotowałem. Samo piwo jest co prawda całkiem przyzwoitą pszenicą, z fajnie jak na ten styl zarysowaną goryczką, ale liczyłem na więcej. No i do tego te białkowe farfocle. A fe! Mogło być lepiej.

 

Browar Jastrzębie – Jastrzębska Mozaika (American India Pale Ale)

Z kolei Mosaic to chyba mój ulubiony chmiel. Nie dość, że wykręca w piwie sporo cytrusów, to jeszcze do tego ten aromat nafty. No miód na moje nozdrza. I o ile nut pomarańczy w zapachu Jastrzębskiej Mozaiki są całe wiadra, tak nafty mi jednak trochę zabrakło. Niemniej całość ładnie komponuje się z delikatną słodowością, więc finalnie aromat zapisuję na plus. A jak wypadają doznania organoleptyczne? Piwo jest umiarkowanie wytrawne i umiarkowanie goryczkowe, z fajną owocowością, podbijającą wrażenie sporej rześkości trunku. Niestety pojawia się też alkohol, który dość nieprzyjemnie podbija goryczkę. Jastrzębska Mozaika ma ogromny potencjał, ale w mojej ocenie trzeba popracować nad kilkoma detalami – mniej alko, wincy nafty!

 

Browar Incognito – American Wheat

Oesu jak ja się nudzę przy American Wheatach. To jeden z tych stylów, po które nie sięgam, jeśli nie jestem do tego zmuszony (wink, wink 😉 ). Niemniej jeśli już w paczce przychodzi butelka z tymże specyfikiem, tak otwieram z nadzieją. Nadzieją, iż ktoś może w końcu kupi mnie American Wheatem. Niestety nie w tym wypadku. Tylko nie zrozumcie mnie źle, bo zgodnie z wytycznymi BJCP samo piwo mieści się w ramach i jest stylowe. W zapachu mamy trochę ciasteczek, lekką zbożowość i minimalną ilość cytrusów, które w smaku już jawią się nieco wyraźniej. Całość jest płaska, z lekko łodygową goryczką i szczyptą nut zbożowych. No nuda Panie, nuda jak w polskim filmie (niemniej ciągle stylowym).

 

Browar Incognito – Blakc IPA

Wiecie, jaki jest podstawowy problem z Black IPAmi? Otóż bardzo często powinny być określane na butelce mianem American Stoutów, niźli Cascadian Dark Ale’ami (Cascadian Dark Ale – pierwotna nazwa stylu – przyp. aut.). I tak też jest w przypadku tej propozycji browaru Incognito. Przynajmniej jeśli chodzi o zapach piwa. Czy to źle? Dla mnie absolutnie nie, bo lubię oba style; ot przytyk formalny. Wróćmy jednak do naszego bohatera, raczącego nasze nozdrza wyraźną palonością i prażonym słonecznikiem. Na szczęście cytrusy też tutaj są, a w tle dodatkowo subtelnie przygrywają orzechy włoskie. No jest fajnie. Smak z kolei przechyla się już mocniej w stronę napisu na butelce. Jest o wiele więcej owoców cytrusowych, niż nut palonych, a umiarkowanie pełne ciało fajnie koresponduje z wytrawnością piwa. Jest smacznie, jest fajnie, jest przyjemnie, więc pewnie z chęcią sięgnę po tę Black IPĘ ponownie. Czy raczej winienem napisać ” ten American Stout”? A zresztą – kogo to obchodzi? 😉

Reklamy

Chmielobrody testuje: piwa z Browaru Tenczynek – Kolekcja „P”

Po degustacji Kolekcji Klasycznej z Browaru Tenczynek pora na Kolekcję poświęconą piwnej rewolucji, oznaczoną literą „P”. Jak wypadnie American Wheat, Milk Stout i IPA w konfrontacji z moimi kubkami smakowymi? Czy Browar Regionalny może uwarzyć piwo na poziomie, jaki nie przyniesie wstydu? I w końcu jakie detale przykuły moją uwagę? Tego wszystkiego i nie tylko dowiecie się z poniższego filmu:

Szybkie strzały na Dzikim Wschodzie

W mojej ocenie podstawą sukcesu startującego browaru kontraktowego czy stacjonarnego są dwie rzeczy. Po pierwsze wysoki poziom piw, a po drugie wypuszczenie od razu przynajmniej kilku pozycji, w różnych stylach. O ile punkt pierwszy nie podlega dyskusji, o tyle drugi może budzić wątpliwości. Mamy w końcu przykłady browarów, które wystartowały z jedną pozycją i dalej są na rynku. Ba, mogą mieć obecnie już kilka indeksów na swoim koncie, ale to nadal nie wprowadza odpowiedniej dynamiki do rozwoju browaru. Na szczęście lubelski Browar Dziki Wschód tego drugiego błędu nie popełnił i kiedy rok temu startował z warzeniem od razu wypuścił dwie pozycje i systematycznie do tej puli dorzucał kolejne. A jak po roku działalności wygląda forma ekipy z Lublina? Sprawdźmy w szybkim teście ich czterech piw.

Sombrero (American Wheat)

Amerykańska pszenica to dość wdzięczny styl – winien być lekki, rześki, niezobowiązujący i wyraźnie cytrusowy. Ot taki pijus na letnie wieczory czy do popijania przy meczu z kumplami. I właśnie takie jest Sombrero. W aromacie cytrusy grają pierwsze skrzypce, z wyraźnym charakterem czerwonej pomarańczy na pierwszym planie.  Gdzieś tam w tle kołata nam delikatny diacetyl, ale nie jest on nachalny, dzięki czemu nie dominuje i nie przeszkadza zbyt mocno. W bezpośrednim odbiorze ponownie na tapet wchodzą cytrusy i przyjemna soczystość. Pszenica zrobiła swoje – piwo jest gładkie i jednocześnie bardzo lekkie w odbiorze. Delikatna słodycz mogłaby być skontrowana nieco większym poziomem goryczy, ale tutaj rozmawiamy już o gustach i guścikach. Ja z pewnością to piwo zapamiętam przez ciągle przewijający się temat czerwonych pomarańczy, które bardzo lubię. I gdyby nie diacetyl, to byłoby świetnie, a tak jest po prostu solidnie. 6.5/10

Kafarafa (Orange Coffee IPA)

Strasznie pasuje mi połączenie charakteru dobrze nachmielonego, jasnego piwa z tematem kawy. Dodatkowo pomysł podbicia całości zestem z pomarańczy wydaje mi się w tego typu klimatach dość naturalny. A właśnie taka idea przyświecała Dzikiemu Wschodowi przy warzeniu Kafarafy. Piwo już na wstępie rzuca się na nasz nos, serwując solidną porcję pomarańczy, zatopionych w małej, delikatnie kwaśnej czarnej. Połączenie niby kuriozalne, ale jednak w moim przypadku działające bardzo pozytywnie. I jedynie ta kwaskowość jest jakaś taka niepokojąca. W smaku dostajemy repetę cytrusów i kawy, podanych w bardzo gładkiej i pełnej formie. Gorycz być może nie kąsa jak w Sharku, ale jej poziom jest na tyle wysoki i przyjemny, że przydomek IPA jest tutaj jak najbardziej na miejscu. A jak finalnie oceniam Kafarafę? Byłoby mega pozytywnie, ale ciągle ta niepokojąca kwaśność, kojarząca się minimalnie z kiszoną kapustą stawiała na ostatecznej opinii znaki zapytania. Jednakowoż ja jestem chyba nienormalny i cała kompozycja po prostu mi ze sobą świetnie współgrała, więc spokojnie wystawiam 7/10

Vanilla Sky (Weizen)

Z Weizenami mam trochę tak, jak z American Wheatami. Ten styl jest dla mnie całkowicie niezobowiązujący, idealny na lato czy do nasiadówy ze znajomymi, gdzie nie muszę skupiać się nad szkłem, niczym Garri Kasparow nad szachownicą w pojedynku z komputerem Deep Blue. Ale kiedy pomyślałem, że do tej niepozornej butelki dorzucono wanilii, tak moja ciekawość nieco wzrosła. Niestety w zapachu nie uraczyłem nut tej fantastycznej rośliny. Pojawił się za to dość wyraźny banan i szczypta goździków, w towarzystwie lekkiej kwasowości. Dodatkowo na wstępie mój nos niepokoił jakiś specyficzny aromat. Siarka? Chyba nie? A może jednak, bo przed chwilą to czułem, a teraz już nie? To by do siebie pasowało… jednakowoż głowy nie dam sobie za to obciąć. Na pewno w tle kołatał się aromat, przywołujący u mnie skojarzenia z subtelnie przypieczonym karmelem. Skojarzenia jak najbardziej pozytywne. Smak to już klasyka weizenowa, czyli banan, goździki, lekka kwaśność, subtelna słodycz i goryczka bliska zeru. Ale hola, hola? Gdzie ta wanilia? No nie ma. Miało być pięknie, a wyszło po prostu poprawnie, z pewnymi drobiazgami do dopracowania. 6.5/10

Hop Runner (Imperial IPA)

Wiecie jaki jest podstawowy grzech większości polskich Imperial IPA? Dla mnie to zdecydowanie karmelowość. Otwierając butelkę Hop Runnera miałem nadzieję, iż ekipa browaru uniknie tego grzechu w swoim piwie. Nope, not gonna happend. OK, w zapachu pojawiają się wyraźne tematy ziołowo-chmielowe oraz solidna porcja owoców cytrusowych, ale karmel zdecydowanie przewodzi całej ferajnie i dumnie dzierży w swych rękach pierwsze skrzypce. Oraz drugie. I połowę trzecich. Nieśmiale, gdzieś tam z boku na kotle przygrywa skórka spieczonego chleba. A kiedy cała suita nabiera temperatury nagle w roli puzonu pojawia się diacetyl. Nie o takie Imperial IPA walczyłem. Smak na szczęście nieco ratuje sytuację, wnosząc do kompozycji nuty grejpfruta, chmielu i przyjemnej podbudowy słodowej, ale czy na tyle, aby całą symfonie wynieść na wyżyny? Wysoka gorycz stara się dorzucić kilka ciekawych zagrywek, ale finalnie okazuje się, że w części są one zdopingowane przez lekko wyczuwalny alkohol. Całość co prawda nie jest zła i spokojnie dokończyłem całego Hop Runnera, ale w tym piwie zdecydowanie jest nad czym pracować. 4.5 /10

Browar Golem – Natarcie Pszenicy (American Wheat + Kandyzowane Pomelo)

Zima to taka pora roku, kiedy zazwyczaj cichutko pod nosem rzucam sobie wiązankę przekleństw przed wyjściem na dwór (czy tam na pole). Nie jeżdżę na nartach, nie produkuję sanek i nie sprzedaję ozdób choinkowych, więc zima to po prostu dla mnie kiepski deal. Do tego odśnieżanie samochodu, drapanie szyb i wieczne zmarznięcie. Nope, nope, nope, nope, nope. Dlatego też nie marudzę, kiedy nasz wspaniały kraj nawiedzają upały rodem z Hiszpanii czy innej Portugalii. Jest spoko. No ok, może nie do końca jestem zadowolony, ale mając w pamięci każdą jedną zimę chowam malkontenctwo głęboko w kieszeń. Ponadto z upałami można walczyć na różne sposoby, a jednym z nich jest sięgnięcie po smaczny, chłodny i orzeźwiający napój. I tutaj w sukurs przychodzą oczywiście krafty, serwując nam całą paletę lekkich, łatwych i orzeźwiających propozycji. Nie każda jest warta uwagi, ale trzeba szukać, sprawdzać i próbować. A że Browar Golem chwalił się ostatnio swoją nowalijką, że idealne na lato i że można pić wiadrami, tak też postanowiłem tę tezę sprawdzić. Szanowni, przed Wami – Natarcie Pszenicy.

Nie powiem, ale do sięgnięcia po to piwo skusiło mnie kandyzowane pomelo, jakie chłopaki dorzucili do… kadzi? Tanku? W każdym razie jakoś to wszystko ładnie komponowało się w mojej głowie. I faktycznie w aromacie pojawiają się wyraźne nuty cytrusowe, podbite przez akordy bananów i goździków. W tle pojawia się także guma balonowa, co pewnie jest zasługą dodania właśnie wyżej wspomnianego, kandyzowanego owocu. Taki zapach zapowiada skok do basenu, wypełnionego przyjemną, chłodną i rześką wodą. I tak też właśnie się dzieje! Natarcie Pszenicy to pozycja bardzo mocno orzeźwiająca, lekka i idealna na obecnie panujące, dantejskie upały. Ale hola, hola, niech Was nie zwiedzie 10 Plato, widniejące na etykiecie. OK, nie mamy tutaj do czynienia z gęstością na miarę kubka z mrożoną kawą z kostką lodów waniliowych, ale faktura Natarcia jest zwyczajnie gładka, krągła i świetnie komponuje się z całością. Ponownie i tutaj pojawiają się banany, cytrusy oraz odrobina gumy balonowej. Piwo jest lekko kwaskowe, co w połączeniu z wyraźną wytrawnością faktycznie czyni ten trunek niezwykle pijalnym. I jedynie zbyt szybko opadająca piana troszkę kłuje moje oko estety, ale co tam – reszta po prostu się zgadza.

Jeżeli poszukujecie piwa na lato, które Was nie sponiewiera, a przy tym nie będzie zbyt mocno kojarzyło się ze zwykła wodą mineralną, to trafiliście w dziesiątkę. Baaaa, nawet jeśli nie jesteście wielbicielami typowych weizenów, to tutaj możecie się miło zaskoczyć. Dodatek w postaci kandyzowanego pomelo i użyty podczas warzenia chmiel Amarillo zwyczajnie robią tutaj robotę. Dla mnie jest to jedna z najciekawszych pszenic tego sezonu i mimo iż łba nie zrywa, tak w swojej kategorii „wagowej” wychodzi na zdecydowane prowadzenie. 8/10