Szybki Strzał – Odc. 14 – Corfu Beer

Grecja znana jest m. in. z dobrej oliwy, wielu atrakcji turystycznych, kryzysu gospodarczego i wina. A co z piwem? No tutaj szału nie ma. Oczywiście Ci, którzy mieli okazję odwiedzić ten helleński kraj zapewne skojarzą nazwę Mythos czy Alfa, ale pewnie ciężko będzie im wymienić jakieś kraftowe, greckie pozycje. Wybierając się w tym roku na urlop również nic mi do głowy nie przychodziło, a więc szybko rzuciłem się w ramiona wujka Google, aby sprawdzić, co ciekawego Hellada ma do zaoferowania beer geekom. Jak się finalnie okazało, na Korfu, gdzie miałem spędzić trochę czasu, ma swą siedzibę browar Corfu Beer. Mówią o sobie „mikrobrowar”, mają w ofercie IP-ę czy Barley Wine’a, więc nie mogłem sobie odmówić skosztowania wyrobów tegoż przybytku. Baaaa, udało mi się nawet odwiedzić browar i przygotować krótką relację z tegoż wydarzenia, którą znajdziecie klikając TUTAJ, ale co z samymi piwami? Przyjrzyjmy się wybranym pozycjom!

Ionian Gold (Lager)

Chciałoby się zacząć z przytupem i napisać, że w końcu oto Grecy mają lager, z jakiego mogą być dumni. Lager, który przyćmi koncernowe wynalazki w stylu Mythosa i Alfy! Lager na miarę ich możliwości! Niestety. O ile mocno schłodzony wchodzi jak woda, o tyle po ogrzaniu wchodzi jak woda z masłem. I to nie łyżeczką tegoż, a całą, 200-gramową kostką. OK, niby gdzieś tam w tle przebija się lekka słodowość, ale to w żaden sposób nie wpływa na poprawę jakości trunku. Jest słabo, podle i nędznie. Szkoda szczępić… klawiaturę.

 

 

Royal Ionian (Pilsner)

Na szczęście im dalej w las, tym lepiej. Chociaż mając na uwadze to, że pilsy mają zazwyczaj więcej diacetylu niż lager, tak można byłoby mieć lekkie obawy. Na szczęście niepotrzebnie. Owszem, Royal Ionian jest lekko maślany, ale typowo na modłę czeską, więc wszystko się tutaj zgadza. Czuć chmiel, jest konkretna słodowość, a do tego przyjemna rześkość i odpowiednio zarysowana goryczka. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie DMS. Gotowane warzywa nieco dyskredytują to piwo, ale lepiej sięgnąć po tę pozycję, niż po maślanego Golda.

 

Bitter Dark (Dark Bitter Ale)

Tutaj bez dwóch zdań mamy do czynienia z najlepszym piwem browaru. Przede wszystkim od razu czuć, że ta pozycja jest faktycznie wytrawna, a do tego o dość przyjemnej fakturze. Słodowość gra w tym miejscu pierwsze skrzypce, racząc nas ciasteczkami z karmelem. Do tego trochę kawy i szczypta czekolady. Piwo nie jest wyraźnie goryczkowe, ale ten element również został zaznaczony. Oczywiście piwo nie zwala z nóg, ale jest poprawne i po prostu przyjemnie się je pije.

 

Special Red (Red Ale)

Nieźle wypada również Special Red. Oczywiście nie jest to styl, po którym moglibyśmy spodziewać się Bóg wie jakich doznań sensorycznych, więc nie tego od Special Reda oczekiwałem, ale jednak wymagania były. Piwo raczy nas aromatem pieczonego chleba i biszkoptów. Nie jest na szczęście przesadnie karmelowe, czego nie można już powiedzieć o słodyczy. Tutaj życzyłbym sobie nieco większego odfermentowania albo wyższej goryczki, ale hej – nie można mieć wszystkiego. Całościowo jest ok, ale bez szaleństw.

 

Contessa I. P. A. (India Pale Ale)

Pora na pierwszą pozycję, w której browar wkracza w mocniejsze chmielenie. W tym miejscu otrzymujemy IP-ę na modłę brytyjską. Nasz nos z pewnością dostrzeże tutaj sporo nut kwiatowych, lekko ziołowych, z nutką tytoniową. Z kolei podniebienie odczuje nieco za wysoką kwaskowość, oplecioną akordami ziemistymi. A co z goryczą? Jest umiarkowana i nieźle zaznaczona, ale czuć iż piwowar podszedł do tego tematu ze sporą dozą ostrożności. Tak to już jest, kiedy rynek piwa kraftowego w danym kraju dopiero się rozwija. Contessa jest piwem przyjemnym, przyzwoitym i zapewne mieszkając na co dzień w Grecji chętnie bym po nie sięgał, ale przenosząc je na nasz rodzimy grunt… no raczej nie bardzo 😉

 

Ionian Epos (English Barley Wine)

Bardzo podobny poziom do Contessy prezentuje Joński Epos, czyli english barley wine. W sumie to byłem dość mocno zaskoczony znalezieniem tego stylu w ofercie korfijskiego browaru, więc koniecznie chciałem tego piwa spróbować. Sam trunek jest zdecydowanie melanoidynowy, z akcentem rodzynek, estrów oraz miodu, którego dodano na fermentację (chyba że Pan, oprowadzający nas po browarze źle nas poinformował 😉 ). A co ze smakiem? Jest nieco chlebowo, z ponownym akordem rodzynkowym i wyraźną słodyczą, którą jednak fajnie kontruje goryczka. A jednak da się sypnąć w Grecji więcej chmielu! Fajnie. A byłoby lepiej, gdyby nie nieco zbyt wysoka alkoholowość Ionian Eposa.

 

Jak sami widzicie grecki browar Corfu Beer nie powala na łopatki. Produkują piwa co najwyżej przeciętne, ale zdarzają się im też wpadki, jak wspomniany wyżej diacetyl w lagerze czy DMS w pilsie. Na szczęście sami przyznali podczas wycieczki, iż Grecy o winie wiedzą wszystko, a o piwie nic. Co nie zmienia faktu, że chcą się szkolić i poszerzać horyzonty, a ostatnio zaplanowali nawet większe chmielenie na goryczkę w swojej Contessie. Brawo!

Warto w tym miejscu zaznaczyć jeden drobiazg – browar co roku, we wrześniu organizuje festiwal piwa na swoim terenie (a konkretnie na placu przed swoją siedzibą). I nie zamykają się jedynie na lokalne piwa. W zeszłych latach gośćmi na tej fieście byli Włosi oraz Czesi, a w tym roku będą nimi browary angielskie. Największym marzeniem ekipy jest ściągnąć Belgów, więc plany mają ambitne. I tylko szkoda, że na moje pytanie o to, kiedy zrobią festiwali z polskimi browarami, udzielono mi dość wymijającej odpowiedzi.

Finalnie, mimo takiej, a nie innej oceny, fajnie że będąc na wywczasie można sięgnąć po coś innego, niż koncernowy Mythos. Być może nie polecę w tym miejscu dolniaków, ale w górnej fermentacji browar Corfu Beer radzi sobie co raz lepiej. Jak do tego dołożymy fakt obecności piw „korfijskich lokalsów” w niemal każdej tawernie, tak robi się po prostu miło, a my kupując piwa wprost z wyspy Korfu wspieramy lokalny przemysł. Tyle wygrać!

Reklamy

Chmielobrody On Tour – Browar Corfu Beer

Miałem wyjechać na urlop i odpocząć od wszystkiego – od pracy, codziennych obowiązków i od blogowania. Ale jak tu odpoczywać od bloga, jak lecisz na wyspę, na której jest jeden jedyny browar, w dodatku mieniący się jako browar kraftowy z kategorii „mikro”? No się nie da się! A poniżej zobaczycie efekty tejże wycieczki:

 

PS
Recenzja kilku piw z tegoż korfijskiego przybytku pojawi się w czwartek na blogu 😉

Szybki Strzał – Odc. 13

Jest lato. A skoro mamy lato, to musi być ciepło. I jest ciepło. Tzn. w momencie, w którym piszę te słowa, bo jak Wy je będziecie czytać, to może nie być ciepło. Chociaż chyba będzie, ale pewności nie mam. W każdym razie skoro jest ciepło, to zapewne częściej sięgacie po piwa jasne, niż ciemne. A może nie? Nieważne. Ja tak robię, dlatego też przed Wami kolejna odsłona cyklu, w którym dzielę się z Wami krótkimi recenzjami ostatnio spróbowanych piw.

Hopito – Custom IPA ( DDH Session IPA)

Co się stanie, kiedy młodziutki browar zabierze się za warzenie piwa z dopiskiem, wywołującym gęsią skórkę u hopheadów? Bo właśnie tak się dzieje, kiedy na butelce, przy opisie stylu pojawią się słowa Double Dry Hopped. W tym wypadku – niestety niewiele. W zapachu dostajemy przede wszystkim sporo biszkoptów ze słodów Pale Ale, a poza tym trochę owoców tropikalnych i cytrusów oraz nieco ziołowości chmielu. Miało wyjść szałowo, a wyszło bardzo przeciętnie. Zresztą smak tego piwa potwierdza to, co dzieje się w aromacie. Całość jest odrobinę za słodka, a przy tym dość wodnista i bez charakteru. Ja wiem, że to „tylko” session IPA, ale mimo braku wad spodziewałem się więcej.

Pivovsky – Twinster (DDH New England IPA)

Kolejny młodziutki browar, kolejne piwo z dopiskiem DDH i kolejne przeciętne wykonanie. Ja nie wiem, o co chodzi, ale w tego typu piwach biszkoptowość naprawdę powinna schodzić na drugi albo nawet na trzeci plan, a ponownie biszkopty grają tutaj pierwsze skrzypce. Niby pojawiają się i owoce egzotyczne, ale raczej w przejrzałej i mdłej formie. Dość słabo, jak na ten styl. W smaku na szczęście jest nieco lepiej, bo faktura i gładkość trunku już dość blisko ocierają się o Vermont, ale po chwili znowu pojawiają się przejrzałe owoce i biszkopty. Umiarkowana gorycz trochę ratuję temat, ale finalnie ni to DDH, ni to New England.

Pivovsky – Fragola (Strawberry Milkshake IPA)

Zupełnie inaczej sytuacja prezentuje się w przypadku tego piwa. W końcu czuć chmiel w jego ziołowej postaci, są przyjemne truskawki i delikatna jogurtowość. I taki aromat milkshake’a to ja szanuję! Biorąc kolejne łyki robi się tylko ciekawiej. Owoce prezentują się w tym miejscu jak należy, laktoza wprowadza przyjemną i delikatną mleczność, a wszystko jest pięknie kontrowane fajną i konkretną goryczką. W końcu piwo z charakterem w tym zestawieniu. I nie można było tak od początku Panie Pivovsky (wink, wink 😉 )?

Brodacz – James (Falconers Hazy IPA)

Czasem jest tak, że nie wszystko wyjdzie zgodnie z planem. I James jest tego dowodem. Jest tylko jedno „ale”. To, co nie było zaplanowane wzniosło to piwo na wyżyny. Oczywiście bez tego jednego, nieplanowanego czynnika czuć, iż piwo samo w sobie mogłoby być świetne. Są cytrusy, czuć grejpfruty; no chmiel zrobił tutaj robotę. W smaku James jest cytrusowy, rześki i przyjemnie goryczkowy. Do tego fajna pełnia i gładkość. Czujecie to, prawda? Czujecie, jak mogłoby smakować to piwo, gdyby nie „czynnik X”? Jestem pewien, że byłoby smacznie, ale „X” zrobił tutaj rzeczy piękne. Całe piwo oplótł nutami funky. Tak się dzieje, jak trunek „zakazi” się nieco brettami. OK, być może jest ciutkę przegazowane, ale wierzcie mi – to piwo jest ciosem! Jeśli okaże się, że cała partia tak wyszła, to zapewne Brodacze wycofają piwo z rynku (i tak też się stało, o czym nie wiedziałem pisząc powyższe słowa), więc jak tylko możecie i gdzieś je znajdziecie, to łapcie jak najszybciej i pijcie jak najszybciej. Warto. Oj bardzo warto!

Spółdzielczy + Harpagan – Lódolf Rioja BA + Bourbon BA (Iced Dark Strong Ale)

Są w tym kraju mistrzowie, którzy opanowali sztukę wymrażania piwa niemal do perfekcji. I nie mam tutaj na myśli piwowarów browaru Okocim, twierdzących w reklamie, iż ich piwo jest precyzyjnie wymrażane. Większość z Was zapewne wie, że jest to bullshit, co zresztą dokładnie wytłumaczył Tomasz Kopyra (—>KLIK<—). Na szczęście właściwy proces w Polsce znany jest nie od dzisiaj, a mistrzami, wspomnianymi we wstępie, będzie w tym miejscu Browar Spółdzielczy. Natomiast co się stanie, jeśli do tego dorzucimy innych świrów, warzących doskonałe piwa i połączymy umiejętności tych dwóch ekip? Wówczas wyjdzie nam Lódolf, czyli wymrażany Dark Strong Ale, uwarzony przez załogę Spółdzielczego i Harpaganów. I żeby było mało, to piwo powędrowało do trzech różnych beczek – po winie Rioja, po Bourbonie Foreman Brown oraz po rumie. Przy okazji festiwali miałem okazję kosztować każdej wersji, ale wiecie jak to jest na festiwalach (che che). Na szczęście w moje ręce wpadły dwie butelki tego trunku – po Riosze (Jezu, czy ja to dobrze odmieniam? Czy mamy Miodka na Sali?) i po Bourbonie, a wrażeniami z degustacji tych cymesów zaraz z Wami się podzielę.

Lódolf – Foreman Brown Bourbon BA

Piwo do kieliszka nalewa się niczym eliksir. Jest ciemno brunatne, w zasadzie nieprzejrzyste, ale stopka szkła zdradza, iż jest niemal klarowne i jedynie delikatnie opalizujące. Jednak nie dla wyglądu tutaj przyszliśmy. Zapach. Tak, to piwo pachnie. Pachnie zdecydowanie. Zdecydowanie i fantastycznie! Mamy tutaj całą paletę aromatów, rozpoczynając od fig, rodzynek i winogron, poprzez kokos i wanilię, na pralinach i… pieguskach kończąc. Jest niezwykle deserowo i bardzo przyjemnie. Likierowy alkohol da się wyczuć, ale na Boga, na pewno nie na poziomie 16%, bo tyle właśnie alkoholu ma w sobie to piwo. W smaku pojawiają się nuty słodkich czereśni i fig. Jest mocno owocowo, słodko, ale wysoka goryczka trzyma tę słodycz na wodzy. I jedyny minus, jaki można tutaj odnotować, to alkohol podbijający goryczkę w tę bardziej męczącą stronę. Niemniej to tylko drobiazg, niezakłócający fantastycznych przeżyć, jakie płyną z degustacji tegoż eliksiru.

Lódolf – Rioja BA

W tym miejscu warto rzucić okiem na etykietę, bo samo piwo prezentuje się dokładnie tak samo, jak wariant po Bourbonie. Etykieta zresztą też. Ale jak ten „drobiazg” wygląda! Ponownie mamy do czynienia z haftowanym dziełem sztuki, które przykuwa wzrok na zdecydowanie dłuższą chwilę. Zresztą same piwa stanowczo zasługują na tak królewską oprawę. Lódolf po Riosze (halo, gdzie  ten Miodek?) w aromacie również raczy nas figami i rodzynkami, ale w tej wersji o wiele wyraźniej prezentują się taniny dębowe. Pojawia się także wanilia i szczypta alkoholu, którego tutaj jest nieco mniej, niż w opcji „bourbonowej”. Sam zapach jest nieco uboższy od tego, opisywanego wyżej, ale nadal jest niezwykle przyjemny i deserowy. Za to w smaku w mojej ocenie dzieje się więcej. OK, oba piwa są niezwykle gładkie, pełne i gęste, w obu mamy całą masę czerwonych owoców, ale tutaj dodatkowo pojawia się fajnie zaznaczona winność i gronowość trunku. Podobnie jak wcześniej, tak i tutaj alkohol podbija nam gorycz, ale ciągle to nie przeszkadza. Całościowo Rioja wypada nieco mniej słodko i mniej estrowo od swojego brata Bourbona, co moim skromnym zdaniem pozwala mu zwyciężyć w tej batalii o mały punkcik.

Kiedy pierwszy raz moje oczy zobaczyły rzeczone butelki od razu wiedziałem, że będę miał do czynienia ze sztosami i nie pomyliłem się. Receptura, przygotowana przez Josefika, proces warzenia, kontrolowany przez załogi obu browarów i w końcu wymrażanie trunku dało nam niezwykle przyjemne, degustacyjne i deserowe piwa. A że kosztują ok. 50 zł za butelkę? Patrząc na zawartość, to moim zdaniem mogłyby kosztować i więcej. Bo w tym wypadku sztosy muszą być drogie.

Bobry, małpy i kista chmielu

Pomimo tego, iż kranoprzejęcia czy premiery nowych piw kraftowych, prowadzone w multitapach wraz z obecnymi na miejscu załogami browarów, straciły nieco na swoim impakcie, tak ja osobiście bardzo cieszę się, że „tradycja” ta nie umarła. Dowodem tego była sobotnia premiera dwóch nowych piw z browaru kontraktowego Hoppy Beaver – Some Like It Hoppy, czyli Belgian IPA oraz Blondyna Wieczorową Porą, uwarzonego w stylu Polish Blonde Ale. W Białej Małpie, gdzie premiera miała miejsce, zjawili się oczywiście przedstawiciele browaru oraz Tomek z Piwnych Podróży (w towarzystwie Gosi), przedstawiciele Katowickiego Projektu Piwnego z Prezesem na czele (Ave Projekt!), Ania – właścicielka Małpy – i moja skromna osoba (bez Pani Kapitan, która postanowiła tegoż weekendu uczynić mnie słomianym wdowcem). W takim towarzystwie wieczór zapowiadał się przednio.

Załoga browaru Hoppy Beaver

Nim jednak o samej imprezie warto kilka słów rzec o samych „chmielowych bobrach”. Browar ten powstał pod koniec 2017 roku, ale na rynku ich pierwsze piwa pojawiły się w okolicach lutego b. r. I od razu były one dość sporym zaskoczeniem, bo mało kto decyduje się na uwarzenie swoich pierwszych piw w stylach Belgian Tripel i Scottich Ale. Czy to źle? Absolutnie nie! Szczególnie iż piwa wypadły bardzo dobrze i dawały dobre widoki na przyszłość. Co zresztą potwierdziły kolejne pomysły, jakie browar uwarzył w żyrardowskim Beer Brosie. Na ten moment Hoppy Beaver może pochwalić się ośmioma piwami w swoim portfolio, co jak na pół roku bytności rynkowej robi dość duże wrażenie.

Ja wieczór zacząłem od Some Like It Hoppy. Co prawda już wcześniej miałem okazję próbować tego piwa w wariancie butelkowym, ale wówczas nie zrobiło ono na mnie zbyt pozytywnego wrażenia. Potężna ilość estrów, idących mocno w stronę czerwonego jabłka zaburzała mi kompozycję aromatu, jaką powinna dostarczać Belgian IPA. Na szczęście wariant lany ustąpił pola fenolom i przyjemnej chmielowości. Estry zeszły na drugi plan, dzięki czemu piwo wypadło całkiem przyzwoicie.

A skoro piwo przyzwoite, to i humor od razu zrobił się lepszy, dzięki czemu mogliśmy w fantastycznym towarzystwie oddać się rozmowom. I może w tym miejscu nie będę przywoływał, jaki temat trafił na tapet; dość rzec że było trochę śmiechu, trochę żalu i opadające ręce. W między czasie ekipa Małpy poczęstowała nas fantastycznym, meksykańskim żarciem. Wszystko z okazji planowanego na czwartek, 26 lipca b. r., otwarcia Białej Małpy Mexico. Tak, tak – knajpa z dobrą paszą i piwem kraftowym. Tyle wygrać.

Następnie do mojego szkła trafił Blondyn Wieczorową Porą. Podobnie, jak w przypadku Some Like It Hoppy, i tutaj miałem okazję kosztować piwa z butelki. O tym, jak wypadło możecie dowiedzieć się tutaj: KLIK! Natomiast wariant lany wypadł o jakieś 25% lepiej, dorzucając do całości wyraźnie ziołowych akcentów chmielowych, co dodatkowo uatrakcyjniło ten na pozór nudny styl. I niech za potwierdzenie tegoż stanu rzeczy służy fakt, iż zazwyczaj tego samego wieczoru nie powtarzam tych samych pozycji. W tym wypadku musiałem zrobić wyjątek, bo Blondyn Wieczorową Porą wypadł po prostu rewelacyjnie. Stawiam w tym miejscu na sporą zasługę użytego chmielu Iunga, ale pewnie i Oktawia wniosła do piwa sporo dobrego. W każdym razie ja w tym pięknym aromacie białych owoców, oplecionych nutą cytrusów i akcentami chmielowymi zwyczajnie się zakochałem.

Przy tak udanych piwach oraz przy dobrym jedzeniu i w tak doborowym towarzystwie czas szybko zleciał i trzeba było zawijać się do domu. Wszystko wypadło jak należy, niemniej ja ciągle będę powtarzał, że brakuje mi czegoś ekstra przy okazji tego typu imprez. Niby mamy na miejscu ekipę browaru, można podejść, pogadać, ale raczej nikt poza ludźmi ze „środowiska” tego nie robi. A szkoda, bo zawsze czegoś ciekawego można się dowiedzieć. Jak na przykład tego, co ciekawego czeka w tankach na rozlew. Ale o tym cicho sza! Mnie wystarczy fakt natchnienia przez moją skromną osobę piwowara Hoppy Beaverów do uwarzenia… całkiem przyjemnego piwa w dość mało popularnym u nas stylu. Oby na samym natchnieniu się nie skończyło, czego sobie i Wam życzę. A ekipie browaru i wszystkim obecnym na miejscu składam wielkie dzięki, bo zaiste był to udany czas!




Szewc w dziurawych butach chodzi, a fotograf… w nieostrych zdjęciach 😉

Wywody Chmielobrodego – cz. 12

The Order of Yoni, czyli „sex sells” w piwnym ciele

No to się porobiło. W miniony weekend miałem okazję skosztować pierwszego na świecie piwa, do produkcji którego użyto bakterii kwasu mlekowego, pobranego z kobiecych narządów rodnych. W sensie z waginy. I nie, nie jest to żadna ściema; faktycznie można powiedzieć, że na rynku już niebawem pojawi się piwo z „esencją” kobiety. Sprawa jest delikatnie mówiąc dość kontrowersyjna, ale chyba o to właśnie chodziło. Chociaż w sumie nie spodziewałem się tego, jak ogromnym zainteresowaniem sprawa będzie się „cieszyć”. Wrzucony przeze mnie post ze zdjęciami butelki i krótkim opisem sytuacji ma tak potężne zasięgi, że w ciągu niecałych 48 godzin przebił moje najpopularniejsze posty na Facebooku z ostatnich dwóch lat. O blisko 40-tu udostępnieniach nie wspominając.

Oczywiście opinie bywają skrajne. Jedni są zaciekawieni, inni zniesmaczeni, a kolejni oburzeni. I tylko tych obojętnych jakoś niewielu. Ja do samego pomysłu mam stosunek ambiwalentny. Dlaczego? Z jednej strony marketing faktycznie trąci lekko myszką i kojarzy mi się z latami 90tymi, kiedy to jako nastolatek zerkałem na witryny kiosków Ruchu w poszukiwaniu roznegliżowanych zdjęć na paczkach prezerwatyw czy pisemek dla panów. Z drugiej zaś strony – „sex sells”, a zajmując się zawodowo zarządzaniem grupą sprzedawców muszę docenić pomysł, na który nikt jeszcze nie wpadł, a jaki jest w zasadzie bardzo banalny i może się dobrze sprzedać.

Nim jednak przejdę do szczegółów technicznych warto zwrócić uwagę na tych komentatorów, którzy sięgają po skojarzenia ciężkiego kalibru. Wiecie, hasła w stylu „Pierwsze oficjalne piwo typu siki”, „bede rzigoł” albo „Pijesz i czujesz się jakbyś zlizywał piwo z ci*ki” nijak mają się do samego procesu technologicznego i do samego piwa, a same w sobie trącą humorem raczej niskich lotów. Chociaż ktoś może w tym miejscu powiedzieć „jaki marketing, taki humor” i ciężko będzie mi z tym polemizować (wink wink 😉 ). Natomiast z pewnością warto zrozumieć samą ideę i to, w jaki sposób rzeczone piwo powstaje.

The Order of Yoni – Bottled Lust to kwaśne piwo szampańskie zakwaszane bakteriami kwasu mlekowego. Kropka. Gdzie tutaj miejsce na tę „esencję” kobiety? Jak już we wstępie pisałem chodzi konkretnie o pałeczki kwasu mlekowego – lactobacillus acidophilus. Bakterie te są powszechnie używane m. in. przy produkcji wyrobów mlecznych, ale występują także naturalnie w przewodzie pokarmowym, w jamie ustnej czy właśnie w końcowej części dróg rodnych kobiety. W piwowarstwie lactobacillusy używane są do zakwaszania piwa, dzięki czemu uzyskujemy piwa kwaśne, np. w stylu berliner weisse. No i tutaj dochodzimy do sedna. Skoro bakteria to bakteria i nie ma znaczenia, skąd ją uzyskamy, to czemuż nie pozyskać jej z kobiecej waginy? Przecież to jest doskonały pomysł i marketingowo sprzeda się sam! Wybierzemy śliczną modelkę, porobimy zdjęcia i gotowe. Przecież „sex sells”! Pewnie w ten sposób pomyślał twórca The Order of Yoni, bo już dwa lata temu odpalił kampanię crowdfundingową, chcąc zebrać kasę na realizację tej idei. Koncept wtedy jednak nie wypalił, ale to nie znaczy, że został całkowicie pogrzebany. Nim jednak o dalszych losach „zakonu Yoni” warto powiedzieć sobie jedno – naprawdę nie ma co się ekscytować tym, że Bottled Lust zakwaszono lactobacillusami, pobranymi z waginy pięknej kobiety. Równie dobrze można by pobrać te pałeczki z wnętrza policzków jakiegoś przystojnego młodzieńca. I w zasadzie The Order of Yoni powinien to zrobić – w końcu mamy równouprawnienie! OK, być może zapytacie – a co z innymi drobnoustrojami, jakie razem z bakteriami trafiają do piwa. No właśnie w tym rzecz, że nic innego do piwa na trafia. Pobrane bakterie, a w zasadzie wymaz z pochwy jest przekazywany do laboratorium, gdzie ekstrahuje się rzeczonych mlecznych koleżków, celem ich dalszego namnożenia. Wszystko z zachowaniem najwyższych zasad higieny i sterylności. No bo serio – czy ktoś uwierzył w to, że do kadzi warzelnej czy do tanka fermentacyjnego ktoś po prostu dolał kobiecy śluz?!? Jeśli tak, to gratuluję ogarnięcia.

Prawda jest taka, że w całym tym ambarasie chodzi o marketing. O nic innego. Nieudana kampania crowdfundingowa pokazuje, że w Polsce ten pomysł może nie przejść. OK, na bank znajdą się osoby zaciekawione sprawą i chętnie piwa spróbują, ale spodziewam się raczej czarnego PR’u i głosów w stylu „hurr durr piwo z ci*ki, che che”. Pewnie dlatego producent tegoż trunku zarówno swój fanpage, jak i konto na Instagramie prowadzi w języku angielskim. To pokazuje nakierowanie raczej na zagranicznego odbiorcę i w sumie to mnie kompletnie nie dziwi. Ja osobiście jestem nieco rozdarty, bo samo piwo (a w zasadzie dwa piwa, z dwóch różnych modelek) jest zwyczajnie dobre i świetnie smakuje (o konkrety nie pytajcie – będzie o tym niebawem), ale faktycznie mam trochę problem z taką formą marketingu. Ostateczną ocenę zostawiam Wam, tylko błagam – najpierw spójrzcie na temat szeroko, bo nie jest on tak jednoznaczny, jakby mogło się na pierwszy rzut oka wydawać.

PS
Premiera piwa będzie miała miejsce najpewniej w ostatni weekend lipca w katowickiej Białej Małpie.

Chmielobrody poleca – odc. 14

Dzisiaj będzie dość przekrojowo – od lekkiego, sesyjnego IPA po solidnego RISa z dodatkami. Wszystko to w klimacie wakacyjnym, chociaż nie dla wszystkich wakacje się zaczęły (wink wink 😉 ):

 

PS
Jutro lecimy z live degu (ok. 20:30), w związku z czym nie zapomnijcie wbić na fanpage bloga (—> KLIK! <—) i zagłosować w poście przypiętym na górze strony!