Spowiedź piwowara – Mateusz Jachimczak (Browar Kazimierz)


1. Kiedy uwarzyłeś swoje pierwsze piwo domowe?

Jeśli chodzi o próbę udaną, to miała ona miejsce w okolicach 2012 roku. Z tego co pamiętam miałem podejście też na ekstraktach jakiś rok wcześniej, ale wtedy jeszcze nie za bardzo ogarniałem refermentację i stworzyłem granaty. Później było już lepiej, ale szło za tym dużo tzw. „ self education”.

2. Ile warek domowych masz na koncie?

Niestety, jak to ja, nie posiadam tysięcy skrupulatnych zapisków, ale udokumentowanych było ok. 50. Co ciekawe – nigdy nie udało się zrobić żadnego dolniaka! Uwarzyłem go dopiero na dużych garach.

3. Czy mimo zaangażowania w swój własny browar nadal masz czas, aby warzyć domowo?

Myślałem że ta kwestia będzie wyglądać inaczej. Niestety za sprawą tego, że razem z ojcem stanowimy o, że tak powiem, jestestwie browaru, nie mam już czasu nawet na jedna warkę domową w roku! Po prostu żywcem nie ma kiedy. W tygodniu warzę, rozlewam czy pilnuję piwa w browarze, a weekend zazwyczaj walczymy gdzieś w Polsce w celach promocyjnych.

4. Jak doszło do tego, że z piwowara domowego zostałeś piwowarem zawodowym?

Myślę że złożyło się na to wiele czynników, od coraz większego zapotrzebowania na moje piwo, po ciągłe namowy aby w końcu spróbować warzenia na większą skale. Dodatkowo sytuacja prywatna również zachęcała do podjęcia odważnych działań, aby w końcu zacząć robić to, co się kocha. Czyli Warzyć!

5. Co wiązało się z przejściem z małych na wielkie gary? Jakie trudności napotkałeś po drodze?

Różnic i trudności nie brakuje. Na wstępie od razu warto zaznaczyć, że przeniesienie receptury domowej na komercyjną jest czymś na prawdę ciężkim. Zazwyczaj w browarze komercyjnym mamy już kompletnie inne rozwiązania, inny typ wody, pewne procesy zachodzą dużo szybciej, niektóre dłużej, itp., itd. Można by wymieniać i wymieniać. Oczywiście jest to do zrobienia, ale to już nie takie „hop siup”. Dochodzi do tego oczywiście ogrom papierkowej roboty i wszelkiego rodzaju formalności, od których bardzo często odechciewa się tworzyć! Dlatego trzeba być na to gotowym lub zatrudnić kogoś, kto Cię w tych kwestiach odciąży.

6. Czy piwowarstwo kraftowe to intratny biznes? Żyjesz w 100% z własnego browaru czy jest to zajęcie dodatkowe? Ew. browar to Twoje główne źródło utrzymania, ale mimo wszystko pojawiają się w tle dodatkowe zajęcia?

My jako browar i jako rodzina poszliśmy w temat „va bank”. I żyjemy z tego co zrobimy w 100%. Łatwo nie jest, trzeba wciąż trzymać rękę na pulsie i mnóstwo inwestować, ale jakoś żyjemy i przede wszystkim jesteśmy dumni z tego co robimy.

7. Co poradziłbyś piwowarowi domowemu, planującemu przejście na „zawodowstwo”?

Przede wszystkim trzeba poważnie rozważyć, czy to jest „ta droga”. Wg. mnie piwowarstwo domowe często jest odskocznią od codzienności. Tych 8 godzin cieżkiej pracy przy garze potrafi zresetować. Natomiast trzeba się zastanowić czy jesteśmy w stanie tak intensywnie pracować praktycznie non stop. Jeżeli nie mamy warzelni w 100% automatyzowanej za grube miliony monet, to ogrom pracy może przerazić nie jednego. W skrócie: najlepszą radą jaka może być dla takiej osoby, to wkręcenie się do działającego już browaru o podobnych gabarytach jak ten, który chodzi nam po głowie i po prostu przerobienie całego procesu kilka razy tak, aby zobaczyć jak to wygląda na dużej skali i czy rzeczywiście to jest to czego chcemy.

Reklamy

Spowiedź piwowara – Mateusz Górski (Brokreacja)

1. Kiedy uwarzyłeś swoje pierwsze piwo domowe?

Pierwsze piwo to wakacje 2010 roku, a właściwie 3 piwa razem z bratem. Piwa totalnie nieudane. Brat zrezygnował, a ja przez kolejny rok czytałem i rozmawiałem z innymi piwowarami. I od 2011 roku warzyłem już samodzielnie.

2. Ile warek domowych masz na koncie?

Zapiski prowadziłem do około 40-50 warki. W sumie zrobiłem w domu sam około 100-120 warek, do tego kolejne 40-50 na pokazach i ze znajomymi piwowarami.

3. Czy mimo zaangażowania w swój własny browar nadal masz czas, aby warzyć domowo?

Niestety nie. Ostatnie piwo w domu uwarzyłem w 2017 roku i były to dwa wędzone RISy, które obecnie są produkowane w Brokreacji. Ale spokojnie, właśnie kompletujemy sprzęt do „mini warzelni”, gdzie w planach mamy warzyć przynajmniej 1 raz w miesiącu warkę domową z chłopakami z Brokreacji.

4. Jak doszło do tego, że z piwowara domowego zostałeś piwowarem zawodowym?

Skończyłem studia, mocno działałem w lokalnej społeczności piwowarskiej w Małopolsce, współorganizowałem pierwszy duży festiwal piw kraftowych, miałem już doświadczenie w warzeniu komercyjnym i brakowało mi tylko wspólnika. Poznałem Filipa i pół roku później powstała Brokreacja. Od pierwszej warki w domu czytałem i uczyłem się jak to wygląda w dużym browarze. Jeszcze w trakcie studiów konsultowałem prawnie i technicznie kilka projektów browarniczych, pomagałem wejść na rynek innym browarom. Po prostu musiałem to zrobić.

5. Co wiązało się z przejściem z małych na wielkie gary? Jakie trudności napotkałeś po drodze?

Jak startowałem z Brokreacją to już bardzo dużo wiedziałem – miałem za sobą warzenia moich receptur w Grybowie i warzenie piw dla jednego browaru kontraktowego. To z czym wtedy był problem, to brak surowców. Gdyby nie pomoc Ziemka Fałata, który poratował nas dużą ilością Citry, nie dalibyśmy rady tak szybko się rozwijać.

6. Czy piwowarstwo kraftowe to intratny biznes? Żyjesz w 100% z własnego browaru czy jest to zajęcie dodatkowe? Ew. browar to Twoje główne źródło utrzymania, ale mimo wszystko pojawiają się w tle dodatkowe zajęcia?

Otwarcie Brokreacji czasowo pokryło się z robieniem aplikacji radcowskiej. Ja jednak wiedziałem co chcę robić na 100% i wybrałem piwo.
Nie żyję tylko z produkcji piwa, gdyż jestem zwolennikiem dywersyfikacji. Oczywiście 99% mojego czasu zajmuje Brokreacja oraz jej biznesy (pub, festiwale, Brobuda, itp.), ale organizuję także największy festiwal piwa w Krakowie. Niebawem planuje kilka dodatkowych projektów z całkowicie innych branż.

7. Co poradziłbyś piwowarowi domowemu, planującemu przejście na „zawodowstwo”?

Przygotuj się na ciężką pracę i na długie oczekiwanie na jej owoce. Jeśli Cię to nie zrazi i masz kapitał na długotrwały rozwój firmy po prostu to zrób. Jedna dygresja – piwo samo się nie sprzedaje i trzeba pamiętać, że to biznes jak każdy inny.

Co drzemie w Piekarni Piwa

Leszek Jasiński – piwowar Piekarni Piwa

Gdybym miesiąc temu przejeżdżał przez Niezdarę, to nigdy w życiu nie powiedziałbym, że to właśnie tutaj ma swoją siedzibę jeden z ciekawszych browarów na mapie Śląska. Mowa oczywiście o Piekarni Piwa. Nazwa zresztą wybrana nieprzypadkowo, gdyż browar mieści się w budynku starej piekarni. Przypadek? Niekoniecznie. W końcu zarówno jedna, jak i druga branża mają ze sobą wiele wspólnego, a duża przestrzeń wnętrz dodatkowo sprzyja możliwościom instalacji niemałych rozmiarów sprzętu warzelniczego. Dlatego też kiedy Jacek Janota, właściciel tego przybytku, zaprosił mnie do siebie, nie mogłem z tej propozycji nie skorzystać.

Faktycznie przejeżdżając przez okolicę łatwo przeoczyć dojazd do browaru – na szczęście okazałem się jednym z nielicznych, którzy nie potrzebowali dodatkowej asysty. Przynajmniej tak twierdzi Jacek, który był dość mocno zaskoczony moim pojawieniem się w „Piekarni” bez wcześniejszego telefonu z pytaniem „ale gdzie Wy się dokładnie mieścicie?”. Tyle wygrać, a nawet jeszcze więcej, bo udało mi się trafić akurat na warzenie nowej warki Mocnej Góry. Zapach gotującej się brzeczki idealnie dopełniał klimat, a obecność Leszka Jasińskiego, piwowara Piekarni Piwa umożliwiła mi podpytanie o kilka tematów. Nim jednak o tym – warto zaznaczyć, że Leszek to piwowar pierwszej klasy. Swoje doświadczenie wielokrotnie potwierdzał zdobywając nagrody i wysokie miejsca w czasie konkursów piw domowych. Mowa tutaj m. in. o 3 miejscu w kategorii American Barleywine na Jurajskim KPD, 1 miejscu w kategorii Brett APA na Warszawskim KPD czy 1 miejscu w kategorii Coffee APA na Warszawskim KPD. Zresztą także na arenie „dużych browarów” Leszek ma się czym chwalić. Mam tutaj na myśli najlepszą premierę tegorocznego Silesia Beer Festu, czyli Coffee Twista oraz chyba najważniejsze odznaczenia, czyli złoto na zeszłorocznym Konkursie Piw Rzemieślniczych w kategorii American IPA oraz brąz za Witbier. Korzystając więc z okazji podpytałem Leszka o kilka spraw, związanych z browarem.

Warzelnia Piekarni Piwa to standardowa „dwudziestka”, na której jednakowoż jednorazowo można wybić dwadzieścia pięć hektolitrów piwa, które następnie jest przepompowywane do tanków: „mamy na stanie cztery czterdziestki. Są to typowe tanki leżakowe, z płaskim dnem i bez zaworu, więc nie jesteśmy w stanie wykonać w nich wszystkich naszych piw. Co prawda robiliśmy w nim nasze American IPA, ale ja osobiście nie byłem do końca zadowolony z efektów”. Leszek dodaje, że na szczęście zakupili również jeden tank stożkowy o pojemności dwudziestu hekto: „tutaj mam możliwość realizacji moich bardziej odjechanych pomysłów czy piw mocniej chmielonych. Niestety browar to także biznes, więc patrząc na to z tej perspektywy na tym etapie jestem nieco ograniczony”. Na szczęście ekipa Piekarni ma w planach zakup kolejnych tanków o tej pojemności, niemniej jednak ciężko określić, kiedy to nastąpi. Ja osobiście od razu pomyślałem, że skoro nie można tego ogarnąć u siebie, to może warto pomyśleć nad uwarzeniem jakiegoś „wysokoekstraktowca” w innym browarze? „Staram się podchodzić do tego tematu na chłodno, więc kiedy przyjdzie odpowiedni czas, to na pewno mocne piwo z logiem Piekarni Piwa ujrzy światło dzienne. Tymczasem skupiamy się nad naszą stałą ofertą i nad pomysłami mniejszego kalibru, które ciągle mogą być bardzo ciekawe”.

Tanki leżakowe – 40 hl

Zastanawiałem się także, czy załoga myślała o przyjęciu w swoje progi kontraktowców. W końcu warząc piwo mniej więcej raz w tygodniu w mojej ocenie jest jeszcze miejsce na dwie załogi, co z pewnością pozytywnie wpłynęłoby na jeszcze lepszą kondycję finansową Piekarni Piwa: „jeżeli uda się zakupić więcej tanków, wówczas być może otworzymy się na kontrakty, ale na ten moment nie widzimy takiej możliwości”.

W końcu przyszła pora, aby sprawdzić, co też ciekawego obecnie dojrzewa na leżakowni. Na pierwszy ogień poszło Ale Proste, czyli premierowe piwo Piekarni: „chcieliśmy zrobić prostego, nieskomplikowanego ale’a, który cenowo będzie bardziej atrakcyjny dla osób przyzwyczajonych do poziomu cen koncernowych”, mówi Leszek. „Mamy nadzieję, że to zachęci te osoby do sięgnięcia po ciekawsze pozycje i pokaże, że piwo nie musi być nudne”. I faktycznie – Ale Proste to niezłożone piwo, dobrze nachmielone i mocno pijalne. Nie znajdziecie tutaj owocowej bomby w aromacie czy goryczki „jak w Sharku”. Niemniej nie o to w tym piwie chodzi, a ja osobiście znam parę osób, wśród których zrobi ono niezłą furorę.

Ale Proste

Kolejnej propozycji Leszka byłem o wiele bardziej ciekaw. Mam na myśli Pilsa, do którego użyto w sporej części słodu wędzonego bukiem. No i tutaj mojego geekowskie podniebienie zostało zaspokojone w 100%. Mimo iż piwo jeszcze chwilę w tanku poleży, tak już na ten moment nasz nos łechce intensywny aromat klasycznej wędzonki, który w połączeniu z czystym charakterem Pilsa tworzy propozycję niezwykle ciekawą i niesamowicie pijalną. A że na naszej scenie takich wariacji tegoż stylu jest niewiele, tak ja już osobiście wróżę w tym miejscu sukces, laury i zadowolenie całej masy beer geeków.

Wędzony Pils prosto z tanka

Ranga Piekarni Piwa z miesiąca na miesiąc rośnie. Dowodem na to są co raz większe zamówienia i co raz szersza skala, na jaką warzy ten śląski browar. I to bardzo cieszy, bo ja osobiście mocno cenię sobie piwa tej załogi. Mam też nadzieję, że inwestycja w kolejne tanki i rozwój browaru nastąpi szybciej, niż sam Leszek i Jacek tego się spodziewają. Plany chłopaki mają wyborne, a o pomysły na kolejne, szczególnie te mocniejsze piwa jestem spokojny. Trzymam za to kciuki i tego życzę, bo najzwyczajniej w świecie to się Piekarni należy!


Jacek Janota – właściciel Piekarni Piwa



„Szczyt tej góry jest już blisko, a potem z pewnością będzie łatwiej”, czyli o minionym roku w Browarze Łańcut w rozmowie z Jackiem Michną.

Kiedy wybierałem się na pierwsze urodziny Browaru Łańcut nie do końca zdawałem sobie sprawę z tego, że to dopiero ich pierwszy jubileusz. No bo jak to możliwe, że tak młody browar wypuścił tak wiele udanych piw? Ta sztuka udała się niewielu, w tym między innymi Łańcucianom. O tym, jak minął im pierwszy rok i o ich najbliższych planach rozmawiam z głównym piwowarem i współwłaścicielem browaru – Jackiem Michną.

Chmielobody: Jesteśmy dzisiaj w krakowskim multitapie Weźżekrafta, gdzie świętujemy pierwsze urodziny Browaru Łańcut. Jak oceniasz te 365 minionych dni?

Jacek Michna: Nie były one dla nas łatwe. Spodziewaliśmy się większej sprzedaży naszych produktów, a okazało się, że rynek zaczyna się powoli zapełniać, przez co mieliśmy trochę pod górkę. Na szczęście szczyt tej góry jest już bardzo blisko, a potem z pewnością będzie nam łatwiej. Warto zaznaczyć, że problemy pojawiły się w miejscu, w jakim totalnie się ich nie spodziewaliśmy. Mam tutaj na myśli marketing i sprzedaż, bo po stronie produkcji wszystko poszło lepiej, niż zakładaliśmy. Od pierwszych warek jakość piwa była wysoka i trzymała poziom, natomiast wiele osób zwracało nam uwagę, że od strony wizualnej można temat poprawić. I nad tą rozpoznawalnością będziemy pracować. Mamy w planach zmianę nazw naszych produktów i całkowicie nowe etykiety.

CHB: Czyli na półkach już nie spotkamy Kurnej Chaty i Zaciągu Towarzyskiego? Jak to teraz będzie wyglądało?

JM: Zmiany będziemy wprowadzać stopniowo we współpracy z agencją FLOV. My znamy się dobrze na warzeniu piwa, więc chcieliśmy, aby stroną graficzną i nazwami zajęli się profesjonaliści.  Na razie czekamy na finalny projekt wspólnej, rozpoznawalnej tylko dla nas linii etykiet. Kiedy będzie on zatwierdzony, zaczniemy wprowadzać nową szatę graficzną na rynek. Nowe etykiety będą zatem pojawiać się w miarę warzenia i wypuszczania ich kolejnych warek.

CHB: Czy zakładacie jakiś horyzont czasu, kiedy ta zmiana zatoczy pełne koło?

JM: Nie chcemy robić całkowitej rewolucji i nagle zmieniać wygląd tych piw i etykiet, które są rozpoznawalne. Klient mógłby w tej sytuacji stracić orientację. Na pewno najnowsze piwo, jakie pojawi się pod koniec roku będzie miało już zmieniony design. Natomiast o każdych kolejnych zmianach będziemy informowali na naszych stronach internetowych. Cały ten proces powinien zająć nam od pół roku do roku.

CHB: Porozmawialiśmy o okładkach, ale jak wiemy książki należy oceniać jednak po zawartości. I tutaj ja osobiście nie odnajduję żadnego, słabego punktu. Praktycznie od pierwszego piwa trzymacie poziom, o jakim startujący browar niejednokrotnie może pomarzyć.

JM: Faktycznie, Czarna Polewka, nasze pierwsze piwo, było świetne. To była chyba najlepsza Czarna Polewka z wszystkich dotąd uwarzonych. Tutaj zagrało doświadczenie piwowarskie Piotra Wypycha (współwłaściciel browaru – przyp. aut.) i moje oraz całkiem niezły sprzęt. Zresztą kiedy spotkaliśmy się z Piotrem i rozmawialiśmy o otwarciu browaru, to od razu postawiliśmy sobie jedną, podstawową zasadę: jeśli warka nie wyjdzie, to wylewamy ją w kanał. Okej, jedno piwo, które poszło do sprzedaży nam nie wyszło, ale jak dostaliśmy sygnały, że coś jest nie tak, to od razu wycofaliśmy je z rynku. Co ciekawe – zaraz po rozlewie wszystko było w porządku. A wracając do tego, co warzymy. Trzymamy się raczej klasycznych stylów; nie eksperymentowaliśmy do tej pory z jakimiś modnymi i dziwnymi dodatkami, co pewnie też pozwoliło utrzymać dobrą formę naszych produktów.

CHB: Być może nowofalowych dodatków nie używacie, ale za to nie boicie się dymić.

JM: No zdarza się nam czasem podymić, ale też zrobiliśmy totalnie niemodne w polskim krafcie piwo miodowe.

CHB: Znam i muszę przyznać, że jest to jedno z nielicznych piw z dodatkiem tego surowca, które mi faktycznie smakowało. Nie znajdziemy w nim typowej dla miodowych piw, znanych z polskich sklepów słodyczy. Jest bardziej wytrawnie, czuć grykę.

JM: Bo to piwo zostało wyprodukowane tak, jak Pan Bóg przykazał, czyli całe 250 kilogramów miodu gryczanego poszło na fermentację. Dodatkowo był w nim spory zasyp kaszy gryczanej, dzięki czemu ten charakter jest tutaj bardzo wyraźny, na czym zresztą nam zależało. Owszem, słodycz była w nim zaznaczona, ale nie był to ulepek, a skoro premiera była późną jesienią, to wszystko się nam tutaj zgodziło.

CHB: Wspomniałeś też wcześniej, że jedno z piw wycofaliście z rynku. Kto ponosi koszty takiego przedsięwzięcia?

JM: Wszystko spoczęło na naszych barkach, ale takie jest ryzyko. Jeśli nie podjęlibyśmy tego kroku, to oberwalibyśmy PR’owo, a na to nie możemy i nie chcemy sobie pozwolić.

CHB: Jeśli cała odpowiedzialność spoczywa na Was, to czy jednak nie kusiło Was, aby zamiast wydawać okrągły milion na własny browar, skorzystać jednak z możliwości innych i stać się kontraktem?

JM: W ogóle nie braliśmy tego pod uwagę. Kiedy dyskutowaliśmy z Piotrem o możliwości otwarcia własnego biznesu, to w grę wchodził jedynie fizyczny browar.

CHB: Skoro macie własny sprzęt, to może sami chcecie otworzyć się na kontrakty?

JM: Na razie tego nie planujemy. Po pierwsze mamy za mało tanków, a po drugie to jest w mojej opinii trochę strzelanie sobie w stopę, skoro w pełni wykorzystujemy swoje moce produkcyjne.

CHB: A co z modą na piwa leżakowane w beczkach? Doszły mnie słuchy, że i Wy temu trendowi ulegliście.

JM: Zgadza się. Uwarzyliśmy RISa, którego wlaliśmy w beczki po Tennessee Whisky. Pierwsza partia, jaką już częstowaliśmy na festiwalach i kranoprzejęciach, została rozlana do czterech beczek, a kolejna warka powędrowała do dziewięciu. Mowa tutaj o Zawiszy Czarnym. Druga warka jest co prawda nieco mniej słodka, ale tak ładnie odfermentowała, że już po leżakowaniu w tanku alkohol jest w niej praktycznie niewyczuwalny. To w połączeniu z beczką powinno dać rewelacyjny efekt.

CHB: Czy tym razem możemy spodziewać się również butelek?

JM: Tak, będziemy butelkować to piwo. Co istotne – wizerunek naszego Zawiszy został zaprojektowany przez wybitnego, polskiego artystę, Józefa Wilkonia, a sama grafika trafiła na metalowe, tłoczone etykiety. Piwo trafi w wyjątkowe butelki z lakowanym kapslem, a do zestawu dołączymy dedykowany kieliszek. Premierę Zawiszy planujemy na wrzesień.

CHB: Jak dużo tego piwo pojawi się na rynku?

JM: Samych butelek będzie około tysiąc, czyli tak naprawdę niewiele.

CHB: Czy poza Zawiszą Czarnym planujecie w najbliższym czasie jakieś nowości?

JM: Myślimy o Flandersie, a wcześniej wypuścimy nasze Kwaśne Berlińskie w dwóch wersjach – z wiśnią i maliną. Co dalej – czas pokaże.

CHB: Mam nadzieję, że te plany szybko się ziszczą, czego Wam życzę, a dzisiaj dziękuję za rozmowę.

JM: Dzięki.

Baśń o Michale, któremu aż chciało się, tfu, Ż!

[audycja zawiera lokowanie produktu]

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma rzekami i za siedmioma morzami żył sobie pewien poczciwy człowiek, nazwany imieniem Michał. Michał lubił piwo i najchętniej sięgał po te najzimniejsze, warzone przez jeden z największych browarów w królestwie. Przy każdym łyku powtarzał maksymę głównego piwowara i wykrzykiwał „Aż chce się Ż!”. Pewnego dnia dobry znajomy Michała pokazał mu, że jego ulubiony trunek może mieć różne formy i postaci, a smak, znany mu z tego, co pijał do tej pory, może być intensywniejszy, pełniejszy i o wiele przyjemniejszy. Michał podziękował swemu przyjacielowi i od tego czasu żył długo i szczęśliwie. Koniec.

Związek mojego imienia z imieniem bohatera owej baśni jest oczywiście jak najbardziej zamierzony, bo właśnie mniej więcej w ten sposób zacząłem zgłębiać temat piw kraftowych. Gdyby nie wspomniany wyżej kumpel być może do teraz żłopał bym Tajskie czy Żywca. Dlatego też sam staram się krzewić kulturę picia piw kraftowych wśród swoich znajomych i nieznajomych. Jednym z narzędzi temu służących jest oczywiście blog. Umówmy się – liczę na to, iż nie tylko piwne świry wchodzą na tę stronę. Może ktoś z „koncernopijców” z ciekawości tutaj zajrzy i dzięki temu sięgnie po jakiś lepszy trunek? Dodatkowo od pewnego czasu mam okazję działać w tej materii nieco bardziej bezpośrednio.

Otóż jest takie miejsce w Katowicach – Pole Do Popisu – prowadzące wszelkiej maści warsztaty kulinarne. W warsztatach może wziąć udział każdy przysłowiowy Kowalski, ale nie tylko. Często, w formie integracji, z tej opcji korzystają firmy. I tutaj wchodzę ja, cały na biało. Oczywiście z gotowaniem zbyt wiele wspólnego nie mam, ale czy nie fajnie przed gotowaniem zorganizować panel degustacyjny, wprowadzający do świata kraftów, a potem z dobrym piwem w ręku zasiąść za garami? Dla mnie ta opcja prezentuje się nad wyraz kusząco.

Sam panel jest stosunkowo prosty – na wstępie opowiadam o piwie, czyli skąd, po co i dlaczego; następnie wspólnie zastanawiamy się, z czego piwo jest zrobione, aby płynnie przejść do klasyfikacji, podziału stylów i parametrów. Oczywiście omówienie różnic między piwem koncernowym i kraftowym jest także stałym punktem programu. Jeśli czas na to pozwala, to dłuższą chwilę zatrzymuję się przy szkle do piwa, wyjaśniając po co w ogóle piwo warto przelać nawet do najprostszej szklanki. Punktem kulminacyjnym jest oczywiście degustacja wybranych przeze mnie (zazwyczaj) pięciu różnych, kraftowych pozycji. Nie byłbym sobą, gdybym w tym miejscu nie wyciągnął „spod lady” próbki referencyjnej, jaką zazwyczaj jest właśnie pospolity koncerniak. Reakcja zgromadzonych? „Hyhyhyhyhyhyhy”. I to właśnie w tym miejscu zaczyna się największa zabawa. Najpierw lecimy z tyskaczem. Okej, czasem w panelu biorą udział osoby, będące bardziej „into krafty”, ale one akurat wiedzą, czego się spodziewać. Kiedy pozostałych pytam, co czują i jak oceniają piwo, zawsze, jak jeden mąż odpowiadają „no pachnie i smakuje jak piwo”. Następny w kolejce jest zazwyczaj jakiś dobry pils. To czas na pierwsze zdziwienie zebranych. „Keeeeeeee? Gorycz? Większa pełnia? Wyraźniejszy smak?”. A kiedy w szkło wjeżdża dobrze nachmielona IPA, to oczy uczestników wyskakują już z orbity. Na sam koniec zostawiam sobie zazwyczaj jakiegoś tęgiego mocarza pod postacią RISa czy Porteru Bałtyckiego. To stawia przysłowiową kropkę nad i, skutecznie przeciągając zgromadzonych na ciemną stronę mocy. Tzn. na jasną. W sensie tę lepszą. I nawet podrzucane przeze mnie w połowie degustacji ciekawostki pod postacią czy to kwasa, dzikusa czy jakiegoś torfiaka nie zrażają nikogo. Baaaa, kiedyś jedna z Pań stwierdziła, że to właśnie Nightwolf z całej piątki smakował jej najbardziej. Wcześniej tylko Redd’s i Karmi. No tyle wygrać!

Mnie osobiście panele te dają sporo frajdy, bo wiem, że część z tych osób (o ile nie wszystkie) zacznie pić piwo bardziej świadomie i z większą rozwagą. Was też zachęcam do tego, aby pokazywać tę lepszą stronę piwnej mocy, chociażby tylko wśród znajomych. Wierzcie mi, słysząc od zatwardziałego „koncernopijcy” słowa „kiedyś codziennie piłem po dwa tyskacze, a teraz wolę wypić jedno, a dobre, kraftowe”, naprawdę robi się jakoś lepiej na duchu. Tylko w tym miejscu warto pamiętać o jednym – nic na siłę i wszystko z rozwagą. Wsadzając komuś swoje przekonania kijem do gardła osiągniecie odwrotny efekt. A jeśli ktoś, kiedyś będzie miał ochotę na żywo przekonać się, jak robi to Chmielobrody, to dajcie cynk – ogarniemy 😉











Odjedź z kraftem na PTP 2016!

Wybieracie się ma Poznańskie Targi Piwne, a jeszcze nie macie wejściówki? Do tego chcielibyście zgarnąć festiwalowe szkło? Nic trudnego, gdyż mam do rozdania trzy jednoosobowe karnety na cały festiwal ze szkłem i piwem w zestawie. Co trzeba zrobić? Nic trudnego – wystarczy że zrobisz zdjęcie w temacie piwnego kraftu, które będzie… odjechane. A co kryje się pod tymi słowami? Zaskoczcie mnie, a trzy najlepsze foty zostaną nagrodzone wyżej wspomnianymi wejściówkami. Czas macie do 2 listopada 2016 r. do goddziny 22:00. Swoje propozycje możecie wysyłać w wiadomości prywatnej na Fejsie albo na mail stempel(at)chmielobrody.pl. Czas – start!

Chmielobrody na swoim!

chmielobrody

Dzisiaj nowej recenzji nie będzie. Starej zresztą też nie, bo już mi się skończyły te co ładniejsze. Niemniej jednak wpis jak widać się pojawił, a będzie dotyczył czystej prywaty, lokowania produktu i szeroko pojętej reklamy.

Bo w życiu to trzeba mieć marzenia! Jak byłem młodzieńcem, to zapragnąłem zostać sławnym, rockowym gitarzystą. Niestety tutaj nie do końca się udało. Ok, na gitarze gram, ale nie jestem ani sławny, ani rockowy. O marzeniach wieku dziecięcego nie wspomnę, bo musiałbym wytłumaczyć, dlaczego w wieku 6 lat chciałem zostać śmieciarzem (true story). Niestety człowiek nabiera lat; jego cele, aspiracje i idee dojrzewają, a on sam musi podporządkować się prozie życia. No ale hola, hola, to że jestem po 30-tce nie oznacza, że nie mogę mieć marzeń, takich wiecie – dojrzałych. I tak oto parę lat temu zapragnąłem posiąść swój własny sklep z piwem rzemieślniczym, kraftowym i regionalnym. Powstał plan, pomysł na nazwę i logo. Niestety z czegoś żyć trzeba i rzucenie intratnej pracy w korpo (którą w sumie lubię) nie bardzo korespondowało z ideą życia na własny rachunek. Na szczęście los się w końcu odmienił i za sprawą mej ukochanej dziewczyny plan mógł się ziścić. Oczywiście nie obyło się bez trudności, bo przecież (jak to śpiewał Kazik Staszewski) -„Poooolska, mieszkaaaam w Poooolsce”. Bez zbednego zagłębiania się w szczegóły i kur**wania na biurokrację i lokalnych urzędników – udało się i tak oto 27.04.2016 roku na ul. Słowackiego 31 w Katowicach zostanie otwarty sklep, sygnowany imieniem Chmielobrodego. Fajnie? No pewnie, że fajnie! I żeby nie było – nie oczekujcie w tym miejscu samych superlatywnych recenzji od tej chwili, „no bo towar musi zejść”. Co to, to nie – jak będzie słabo, to szczerze o tym napiszę, bez owijania w bawełnę. O!

Tymczasem zapraszam Was wszystkich, czytających te wypociny na fanpage fejsikowy Chmielobrodego, gdzie też będę wrzucał linki do kontentu z tejże strony. Arghhhhhhh!

CHMIELOBRODY – PIWA KRAFTOWE