Poznańskie Targi Piwne – zmierzch ery czy wróżenie z fusów?

Kiedy wybierałem się na tegoroczną edycję Poznańskich Targów Piwnych nie spodziewałem się, iż po ich zakończeniu pojawi się aż tyle skrajnych opinii w tym temacie. Jedni wieszczą koniec ery festiwali kraftowych, inni wręcz przeciwnie, a jeszcze inni narzekają na tych pierwszych, że nie mają racji, mimo że idealnie nie było. W całym tym zamieszaniu stoję niejako po środku, bo z jednej strony jestem przecież zwykłym konsumentem, a z drugiej siedzę po stronie branżowej, będąc współwłaścicielem sklepu z piwem rzemieślniczym. I o ile ocena samego festiwalu czy kondycji tychże w pierwszym wypadku jest dla mnie oczywista (o czym za chwilę), o tyle w drugim przypadku już nie do końca. Zacznijmy jednak od początku.

Poznańskie Targi Piwne to dla mnie impreza szczególna, gdyż jeden dzień mam wyjęty z życiorysu pod kątem zwykłego eksplorowania festiwalowych terenów. Wszystko to przez Beer Blog Day, organizowany przez Jurka Gibadło aka. Jerrego Brewery. W tym roku wystartowaliśmy w piątek, chwilę po otwarciu Targów Poznańskich, z warsztatem fotograficznym, przygotowanym przez firmę Olympus oraz Michała Kopika (Piwny Garaż). I być może Ameryki w ich trakcie nie odkryłem, ale złapałem kilka do tej pory nieznanych mi patentów. Tę pozycję w programie zaliczam zdecydowanie na plus. Drugim punktem na mapie Beer Blog Day’a  był kurs sensoryczny, przygotowany przez firmę Flavor Active, czyli największy podmiot, dostarczający próbek zapachowych w sektorze gastronomicznym. Warsztat, poprowadzony przez dra Borisa Gadzova, był dla mnie swego rodzaju powtórną kalibracją, gdyż miałem okazję przed dwoma laty w podobnych zajęciach już uczestniczyć. W skrócie – 13 próbek zapachowo-smakowych, z których tylko dwie można było zaliczyć do tych przyjemnych. No cóż, kraft wymaga poświęceń. Prowadzone po angielsku warsztaty były także świetną okazją do branżowego szlifu swoich umiejętności w tym języku. Mimo iż po wszystkim czułem się zmaltretowany, niczym koń po westernie, tak zwyczajnie gra była warta świeczki.

Drugim powodem, dla którego jeden z trzech dni festiwalowych miałem praktycznie totalnie zajęty była również prelekcja, jakiej udzielałem. Punktualnie (albo prawie punktualnie) o godzinie 16:00 stanąłem na scenie głównej i rozpocząłem swój wywód na temat tego, czy kursy sensoryczne w ogóle mają sens i jakie są ich wady i zalety. Nie ukrywam, iż początkowo praktycznie puste miejsca nieco mnie dołowały, ale nie potrwało to długo. Najpierw przed scenę ściągnęła niemal cała ekipa Browaru Kazimierz, a dosłownie kilka chwil później praktycznie wszystkie miejsca siedzące były zajęte. Miło.

Tak szczelnie wypełniony grafik spowodował, iż na tradycyjne, festiwalowe pomykanie między stoiskami został mi jedynie czwartkowy wieczór oraz połowa soboty. Niewiele, ale i tak starałem się wykorzystać ten czas na maksa. Co prawda pierwszego dnia potrzebowałem chwili relaksu (If you know what I mean, wink wink 😉 ) po dość ciężkim dniu w pracy, przez który niemal nie dotarłem na targi, ale w sobotę skupiłem się już na stricte reporterskiej robocie. I w tym miejscu naszła mnie pewna refleksja, do jakiej powinienem dojść już dawno temu. Na festiwalach nie ma co oceniać piwa. Kropka. Klimat, mnogość zapachów, rozproszenie uwagi, hałas, a finalnie i nasza kondycja psychofizyczna po prostu uniemożliwiają dokładną i sprawiedliwą ocenę trunku. Oczywiście kilka tematów zapadło mi w pamięć, z najlepszym moim zdaniem polskim piwem festiwalu, czyli Buzdyganem Rozkoszy z Browaru Harpagan na czele, ale to temat poruszony już w fotogalerii, jaką znajdziecie na fanpage’u FB (konkretnie pod zdjęciami piw -> —KLIK—).

A jak ja, jako konsument oceniam Poznańskie Targi Piwne? Poza drobnymi wpadkami jestem bardzo zadowolony. Miałem okazję spróbować naprawdę wielu ciekawych piw, zbić piątkę z całą masą znajomych z branży (i nie tylko), posłuchać kilku ciekawych wykładów, zbadać swoje „męskie” zdrowie czy w końcu wziąć udział w rozdaniu nagród Konkursu Piw Rzemieślniczych 2017. Tutaj naprawdę nie było czasu na nudę. A co z tymi wtopami? Po pierwsze nie do końca rozumiem ideę szumnego połączenia targów piwnych ze Street Food Spotem. Cała akcja sprowadziła się jedynie do umiejscowienia Food Trucków pod dachem. OK, fajnie żreć burgera, kiedy nic mi na niego z nieba nie kapie, ale czy to wystarczy? Wybór był mniej więcej taki sam, jak przed rokiem, liczba Spotów również, wiec tutaj organizator się nie popisał. Po drugie – woda do płukania szkła. Ja wiem, że to wina wodociągów, ale serio nie mogę pominąć faktu śmierdzącej cieczy, jaką można było wymyć swoje szklanki, pokale czy kieliszki. Finalnie Pani Kapitan znalazła na to patent, ale chyba niewielu wpadło na to, aby kilkunastoma energicznymi ruchami osuszyć szkło. Po trzecie – cena biletów. Ja narzekać co prawda nie mogę, gdyż jako prelegent miałem wjazd na targi za free, ale 20 zł za jeden dzień i 45 zł za karnet, to może być poziom zbyt wysoki nawet dla Beer Geeków.

A skoro już przy cenie biletów jesteśmy, to pozwolę sobie przejść na ocenę imprezy od strony „pseudo” branżowej. Dla mnie, jako dla współwłaściciela sklepu z piwem kraftowym targi to przede wszystkim ogromna szansa na zainteresowanie piwem rzemieślniczym osób na co dzień pijących nieco mniej „skomplikowane” trunki. I tutaj koszty wjazdu mogły być wyższe od chęci sprawdzenia „czym to ten kraft jest i jak się go pije oraz smakuje”. I możecie mi mówić, co chcecie, ale frekwencja naprawdę nie powalała. OK, piątek po 17tej fajnie już się rozkręcił, aby finalnie zebrać całą masę ludzi, ale od soboty oczekiwano więcej. Czwartku nie liczę, bo tutaj cudów nie ma i jedynie Warszawa jest w stanie obronić ten dzień. Nie było co prawda źle, ale nie słyszałem od żadnego wystawcy słów zadowolenia w tej materii. Stąd też moja (i nie tylko) konkluzja – dwa dni festiwalu spokojnie wystarczą. Po pierwsze wystawcy zostaną skasowani za jeden dzień mniej; po drugie poświęcą mniej czasu na imprezę, a co za tym idzie i pieniędzy na transport, opłacenie barmanów, hotele, jedzenie, etc.; po trzecie konsument nie będzie narzekał na przesyt i przejedzenie. Finalnie liczba wystawców też mogłaby być nieco ograniczona, co w przypadku Poznańskich Targów Piwnych i przy liczbie około 70 stoisk mogło mieć wpływ na uczucie przesytu i zmęczenia.

W mojej ocenie do zmierzchu idei targów piwnych jeszcze nam daleko. Zgadzam się, że temat wymaga przeformułowania i przemyślenia, ale nie demonizowałbym całej sprawy. Ostatecznie to konsument ma być zadowolony, więc w tym miejscu Poznańskie Targi Piwne nadal się bronią. Ja w każdym razie nie zamierzam odpuszczać i z pewnością jeśli tylko będzie okazja, to na każde targi się wybiorę. Bo w tym cały zamieszaniu chodzi przede wszystkim o ludzi i przyjemnie spędzony czas. A pod tym kątem takie imprezy sprawdzają się idealnie.

— ZOBACZ PEŁNĄ GALERIĘ ZDJĘĆ —

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s