Wywody Chmielobrodego – cz. 6

Perfect Lager Gate – A Red Smoke Festival Beer Story

Nie należę do ludzi, którzy na siłę doszukują się dziur w całym, wypatrują samych wad w piwie czy przyczepiają się o byle pierdołę. Ale po prostu czasami się nie da. No zwyczajnie jest taki punkt mojej wytrzymałości, po przekroczeniu którego ciężko mi siedzieć spokojnie na czterech literach. I taki punkt został przekroczony w miniony weekend. Zacznijmy jednak od początku.

Jest taki festiwal na muzycznej mapie Polski, ściągający doborowe towarzystwo z klimatów stonerowych, doomowych, sludge’owych i okolic. Nie jest to duża impreza, ale klimat jaki tam panuje jest zwyczajnie nie do opisania. Miałem okazję grać na trzeciej odsłonie tego wydarzenia, więc złapałem bakcyla, dzięki czemu w tym roku, w kompanii mojego perkusisty ruszyliśmy na piątą edycję Red Smoke Festival, organizowanego w malowniczym Pleszewie. Dodatkowo organizatorzy ogłosili, iż na terenie festiwalu rozstawi się Doctor Brew i będzie polewał krafty. OK, być może browar ten nie należy do moich ulubionych, ale mieli kilka fajnych wypustów, jak np. Vic Secret czy Ella IPA. Zresztą zawsze to lepsze, niż picie pospolitych koncernów. To dodatkowo poprawiło mi nastrój przed wyruszeniem w drogę, a całości dodało tego malutkiego smaczku, jakiego zwykle brakuje mi na takich imprezach. Wszystko jak krew w piach.

Panowie Doctorzy okazali się monopolistą, jeśli chodzi o polewanie piwa na Red Smoke’u. Nie było opcji alternatywnej w postaci zimnego Leszka czy piwa, od którego chce się… no wiecie sami co 😉 I to chyba przesłoniło rozsądek tej dolnośląskiej ekipie. I nie mam tutaj pretensji do tego, że z większości kranów lał się Perfect Lager (do którego zaraz wrócimy). Spoko, w końcu to nie festiwal piwa; tutaj gawiedź raczej w większości będzie chciała po prostu napić się zimnego browarka, bez dodatkowych udziwnień. Tutaj chodzi o to, co w ogóle ze sobą przywiózł Doctor Brew.

Zacznijmy od tego co, było niezłe, czyli od Pszenicznego. Ok, być może było nieco zbyt kwaskowe, ale jednak banany i goździki dało się wyczuć, piwo orzeźwiało i smakowało całkiem przyzwoicie, jak na te okoliczności przyrody. I w tym miejscu plusy się kończą. Na kolejnym kranie odnalazłem Cascade IPA i od początku coś z tym piwem było nie tędy. Kilka niuchów i dzień dobry – mamy kwas masłowy. Mocno w tle, ale jednak frajdy z picia tego trunku nie miałem. Drugą pozycją do odstrzału był Perfect Lager z trawą cytrynową. Po kilku łykach gdzieś w tle zaczął mi się kołatać znajomy posmak, znany pewnie każdemu, kto się kiedyś ugryzł w policzek. Ale jak to żelazo? Test na skórze wstępnie to potwierdził, ale że już byłem w mocno imprezowym nastroju, tak postanowiłem wrócić do tematu dzień później. Moje obawy niestety okazały się słuszne, bo i drugiego dnia, całkiem na trzeźwo, test na skórze uwydatnił taki poziom żelaza, jakbym wsadził nos do portmonetki pełnej monet. I na sam koniec wisienka na torcie. Wszechobecny, lejący się bodaj z czterech kranów Perfect Lager, który wyglądał jak… New England Lager. I shit you not, sami zerknijcie:

Samo piwo smakowało jak lekko osłodzona woda gazowana, z goryczką na poziomie bliskim zeru. Być może nie jestem jakimś super znawcą, ale CO TO MIAŁO BYĆ?!? Bo z pewnością nie był to Perfect Lager, jaki znany mi jest z wersji butelkowej. A kiedy zapytałem „co ten lager taki mętny” Pani z uśmiechem odpowiedziała: „bo jest niefiltrowany”. Z boku wszystkiego słuchał jeden z Doctorów i tylko w stronę barmanki rzucił „Ty mu powiedziałaś, że to piwo jest niefiltrowane?!”, bez jakiegokolwiek wyjaśnienia w moją stronę. Na szczęście udało się w Pleszewie dorwać wariant w szkle, który w niczym nie przypominał tego z powyższego zdjęcia. Różnił się totalnie wszystkim – smakiem, aromatem, kolorem i klarownością. Rzecz oczywiście celowo udokumentowałem:

I teraz przechodzimy do sedna moich wywodów. Powiem szczerze – czuję się totalnie oszukany przez ekipę Doctor Brew. Czuje się oszukany w imieniu wszystkich tam obecnych, a przede wszystkim w imieniu organizatorów, których znam osobiście i wiem, że chcieli dobrze. Nie o takie krafty walczyłem. Nie o takie krafty walczy rzesza piwowarów, browarników, blogerów i konsumentów. To, co pokazał Doctor Brew, to w mojej opinii jest kpina na miarę Browaru EDI. Albo jeszcze gorzej. No bo jak do jasnej cholery taki Kowalski, pijący na co dzień Tyskie, a który zjawia się na Red Smoke Festival ma przekonać się do picia lepszego piwa? Za 10 zł dostaje coś, co było gorsze od Lecha Pils, przemycanego na potęgę na teren amfiteatru. I wierzcie mi – nie ja jeden marudziłem, bo zewsząd dochodziły mnie rozmowy „Co to ma być? Takie piwo za 10 zł? Chodźcie lepiej do spożywczaka po Tyskie”. Część gawiedzi oczywiście zasilała kasę Doctorów grubym hajsem, a ja sam zostawiłem tam niemałą część swojej gotówki, no bo jakoś tak głupio mi było przed organizatorami, żeby wnieść browarek z zewnątrz. W ostatni dzień skapitulowałem i sam sączyłem Pils z Poznania, bo już na to, co odjaniepawla Doctor Brew nie mogłem patrzeć.

I teraz na koniec zostawiam Was z pytaniem, na jakie sami musicie sobie odpowiedzieć. Czy to była celowa zagrywka i skok na kasę? Czy Doctor Brew specjalnie zabrał ze sobą spartaczone piwa, bo przecież lud na festiwalu wszystko kupi i wypije. Ja już swoją teorię na ten temat mam i powiem jedno – na szacunek trzeba długo pracować, ale o jego utratę jest bardzo łatwo.

PS

A że na festiwalach muzycznych da się w piwa kraftowe pokazał Browar Profesja, na odbywającym się równolegle Castle Party. Da się? No kurwa da się!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s